komentarze z onetu

Wpisy

  • sobota, 11 czerwca 2011
    • czarny, agresywny kundel

      Niewielki czarny, agresywny kundel terroryzuje jedno z mysłowickich osiedli. W biały dzień zaatakował już dwójkę dzieci. Tylko dzięki szybkiej interwencji sąsiada nie ucierpiało kolejne, kilkumiesięczne dziecko - informuje program "Prosto z Polski". (Onet, 11.06.2011)

      "Proponuję powiesić na psie napis "Szechter przeproś za ojca i brata",lub "Donald matole".Wtedy problem zostanie szybko rozwiązany" (kot_el_ato)
       Słyszeliście kiedyś o kocie który terroryzuje jakieś osiedle....?" (kocioo)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 11 czerwca 2011 09:39
  • czwartek, 20 grudnia 2007
  • środa, 22 sierpnia 2007
    • zrozumieć Środę...

          Czy można zadowolić Magdalenę Środę? Nie, nie chodzi mi o ten rodzaj satysfakcji, o jakim mogły pomyśleć jakieś świntuchy. Pytam, czy dałoby się zadowolić Środę odnośnie chrześcijaństwa? Stosunek Środy do chrześcijaństwa wydaje się prosty. By go uchwycić, sięgnijmy po  historyczną anegdotę. Starsi pamiętają: w grudniu 2004 roku Środa – wtedy rządowa pełnomocnica do spraw zrównania płci – została wypuszczona za granicę, na jakąś tam konferencję. Konkretnie: pojechała do Sztokholmu. Pojechała, wystąpiła i zrobił się z tego – w Polsce – skandal...

          Tu – przerwa. Zanim ruszymy dalej – dygresja o znajomości języków obcych... Rzecz wydaje się prosta: języki się zna, albo nie, przy tym znać je jest lepiej, niż nie znać. Ktoś, kto języki zna, ma więc przewagę nad kimś, kto języków nie zna, jeśli zaś chodzi o brak znajomości – ludzie nie znający języków są sobie równi. Trudno przecież dowodzić, że ktoś nie zna jakiegoś języka „lepiej” niż ktoś inny...  „Lepsza” lub „gorsza” może być jedynie znajomość języka... Proste? Proste. A jednak wszystko to jest bardziej skomplikowane. Otóż, są „lepsze” i „gorsze” nieznajomości języków... Pan Meller – na przykład – może jechać na placówkę do Moskwy nie znając rosyjskiego, i jest to OK., ale gdyby w ambasadory, bez znajomości języka, udał się ktoś, o kim Bronisław Geremek nie mówi „to mój dobry kolega” – byłby to, oczywiście, skandal...

          A co o językach obcych ma do powiedzenia Magdalena Środa? . Otóż Środa do znajomości języków obcych przywiązuje dużą wagę. Uświadamiała niedawno dziennikarza „Rzeczypospolitej” (pijąc do językowych braków Kaczyńskich): „Trzeba pamiętać, że historia Europy to (...) również kultura dworska, kultura salonów, rozmów, towarzyskich spotkań. Kaczyńscy niestety nie mogą tego zrozumieć i nie umieją z tego korzystać, bo obecność tłumacza im to uniemożliwia. To też poważne źródło kompleksów”.

          No dobrze, a co się stało, gdy za granicę – bez tłumacza – wypuściła się pani Magdalena? Otóż, skończyło się to nieszczęściem (o którym niżej), a przy okazji wyszło na jaw, że Środa jest na bakier z angielskim. Donosiła BBC: „M. Środa powiedziała, że ponieważ nie posługuje się biegle językiem angielskim, jej wystąpienie na konferencji było wcześniej przetłumaczone i odczytała je z kartek”.

          O ile dobrze rozumiem wyglądało to więc tak: Środa napisała tekst po polsku, ktoś jej to przełożył na angielski, a ona odczytała rzecz publiczności mechanicznie, ufając w wierność przekładu... Można i tak, ale wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby dziś podobny numer wykonał – i przyznał się do tego - minister z PiS-u ... Ale cóż – widać Środa należy do tych osób, które języków nie znają „lepiej”... Jej szczęście, ale zastanówmy się jak to właściwie jest z tym brylowaniem Środy na europejskich salonach? Oczywiście – Środa może znać świetnie 15 innych języków, ale ten angielski... Czy „nie posługując się biegle” akurat TYM językiem można dziś błyszczeć w salonie? Przypuszczam, że – mniej więcej – tak, jak w XIX wieku bez znajomości francuskiego ...  Angielski to wszak „język dworski” naszych czasów.

          Dobrze. Dość dygresji. Wracajmy na sztokholmską konferencję. Cóż takiego palnęła w Szwecji Środa? Cytuję za „Wirtualną Polską”: Pani minister oznajmiła, że choć katolicyzm bezpośrednio nie popiera, ani nie sprzeciwia się przemocy, jednak pośrednio ma na nią wpływ – ze względu na patriarchalną dominację Boga Ojca w tej religii”. Tak to mniej więcej wyglądało. Swoje teorie na temat chrześcijaństwa Środa zresztą twórczo rozwija: niedawno oznajmiła, że – jej zdaniem - chrześcijaństwo nie służy świadomości klasowej, albowiem obiecuje nagrodę w zaświatach...  Krótko mówiąc: Środa chrześcijaństwa nie ceni, przeciwnie – uważa, że jest to doktryna złowroga, przynosząca więcej szkód, niż pożytku... I niby wszystko jest jasne, ale z drugiej strony....

          Z drugiej strony z publicystyki Środy zdaje się wynikać, że boleje ona nad kondycją katolicyzmu w Polsce.... Oto, po śmierci Jana Pawła II, Środa– z wyraźną nutką przygany -  pisze w „Rzeczypospolitej”: „Jeszcze kiedy żył, był raczej podziwiany niż słuchany, adorowany, niż analizowany” (M. Środa, Postać mistyczna, Rzeczpospolita 77.04.2005). Dziwne. Bo – na zdrowy rozum – co powinien napisać o pierwszym szerzycielu doktryny ktoś, kto owej doktryny nie ceni? Chyba raczej coś w stylu: „Na szczęście przekaz tego ponurego typa nie był ani słuchany, ani analizowany”... Albo – zupełnie już niedawno – Środa w tekście „Stopień z Anioła Pańskiego” (GW 20.08.2007)  pisze, że wiedza adeptów szkół średnich o „podstawowych elementach katolicyzmu” jest „bliska zeru”, że przeciętny uczeń „nie zna Biblii, nie umie wyrecytować dekalogu, nie wie jak się ma Stary Testament do Nowego, co to są księgi kanoniczne i kim był Hiob”, jeśli zaś chodzi o przekazywanie uczniom wartości , to „jak i czy robią  to rzeczywiście katecheci” pozostaje dla Środy tajemnicą...

          I znów – czego można by się spodziewać w tym miejscu po kimś, kto uważa, że katolicyzm pobudza do bicia żon i ogłupia klasę robotniczą?  Chyba – wyrazów satysfakcji. Czegoś w rodzaju – „dobra nasza – nikt tego wszystkiego nie bierze na poważnie”, albo – „cała para idzie w gwizdek”... Tymczasem: nic podobnego. Takie motywy wcale się u Środy nie pokazują. Sądząc po kontekście – nieskuteczność katechezy Środę raczej uwiera, niż cieszy... Zupełnie jak w anegdocie o Żydzie, który przychodzi do baru, zamawia obiad, zjada, po czym wzywa szefa i oznajmia, że jego noga nie stanie więcej w tym lokalu, bo – po pierwsze – jedzenie jest paskudne, a – po drugie – porcje za małe... Czy można zrozumieć tą kobietę?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „zrozumieć Środę...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2007 18:51
  • środa, 11 lipca 2007
    • lobbyści

          Ledwie ujawniono nagrania w których ksiądz Rydzyk zarzuca prezydentowi „uleganie lobby żydowskiemu”, a już Centrum im. Szymona Wiesenthala zaczęło domagać się od polskiego episkopatu, by ten zrobił z Rydzykiem porządek. Czy – jeśli z Rydzykiem zrobią porządek – będzie można powiedzieć, że episkopat „uległ lobby żydowskiemu”? Tak czy owak pewne jest jedno: ktokolwiek to powie, będzie miał do czynienia z Centrum im. Szymona Wiesenthala, „Gazetą Wyborczą”, stowarzyszeniem „Otwarta Rzeczpospolita” i jeszcze innymi, licznymi podmiotami.

          Jak łatwo zauważyć, w całym tym zamieszaniu przepadła kwestia: na co się oburzamy? Czy prezydent faktycznie ulega jakiemuś „lobby żydowskiemu” i to jest oburzające? Czy też „lobby żydowskie” co prawda istnieje, ale prezydent mu nie ulega, więc Rydzyk kłamie – co nas oburza. A może nie ma żadnego „lobby żydowskiego”, Rydzyk je sobie wymyślił, bo jest antysemitą i oburza nas właśnie ten rydzykowy antysemityzm? Tego rodzaju rozważań zabrakło. I może słusznie? Kwestia istnienia „lobby żydowskiego” jest bowiem, z pewnego punktu widzenia, drugorzędna.  Czy lobby istnieje, czy nie – działa. Spróbuję wytłumaczyć to inaczej... O ile mi wiadomo nie istnieje nic takiego jak „mafia kaszubska”. Ale gdyby na każdego, kto powie coś brzydkiego o „mafii kaszubskiej” sypały się liczne razy – „mafia kaszubska” aczkolwiek wirtualna, byłaby mafią mającą siłę całkiem realną. Z czymś podobnym mamy do czynienia właśnie w  przypadku „lobby żydowskiego” (lub też mamy do czynienia ze sprawnie działającym „lobby żydowskim”). O tym jak sprawnie działa to lobby świadczy powszechna u nas skłonność do robienia z oponentów antysemitów. Zrobimy z niego antysemitę – niech z nim zrobi porządek „mafia kaszubska”.... Tak to mniej więcej funkcjonuje...  

          Nie inaczej stało się nawet w przypadku tematu "kanon lektur szkolnych". Wydawało się, że to niemożliwe, że przy takiej okazji to już się nie da. A jednak -  dało się. Zaczęło się od lektur - skończyło na Żydach. Przez chwilę, co prawda, dyskusja zbaczała (!) w kierunku seksu, ściślej - homoseksualizmu u Gombrowicza. Ten trop podsuwał sprytnie Roman Giertych, ale oponenci nie dali się zwieść. Wiedzieli gdzie skręcić, żeby  Giertycha przebić. Oto śledczy z kręgu SLD ustalili, że wszyscy pisarze usunięci z kanonu przez Giertycha byli pochodzenia żydowskiego. Oprócz Marii Konopnickiej - ta jednak mocno wspierała Żydów (Konopnicka podejrzewana jest o lesbijstwo, o czym najwyraźniej w SLD nie wiedzą, albo wiedzą, ale faktycznie, tym razem woleli darować sobie kwestię "mniejszości seskualnych" i skupić się na mocniejszym "antysemityzmie"). Obok, wspomnianej już, Konopnickiej idzie o pisarzy: Lechonia, Wierzyńskiego, Schulza, Gombrowicza i Lema. O żydowskim pochodzeniu Gombrowicza nie pisali nawet w "Gazecie Wyborczej" (chyba, że przeoczyłem), więc żydoznawcy z kręgu SLD musieli grzebać naprawdę głęboko. Być może sięgnęli do ustaleń swoich starszych kolegów z lat 60-tych ubiegłego wieku. Tak czy owak, teorię rasowej czystki w kanonie ogłosił nie byle kto, tylko sam sekretarz generalny (czy kim on tam w SLD jest) - Napieralski. "znając poglądy Romana Giertycha, jego ojca Macieja i ich zaplecza politycznego można bardzo łatwo te dwa fakty połączyć" - powiedział, łącząc - faktycznie łatwo - pochodzenie pisarzy i usunięcie ich dzieł z kanonu.

          Teoria podsunięta Napieralskiemu (sam na nią nie wpadł) jest oczywiście dęta. Giertych usunął wspomnianą 6-tkę, za to przywrócił Kafkę, Herlinga-Grudzińskiego,  Witkacego i Goethego, co - "znając poglądy Romana Giertycha, jego ojca Macieja i ich zaplecza politycznego" nie powinno się zdarzyć. Ostatecznie Kafka był Żydem, Herling-Grudziński był żydowskiego pochodzenia, "orientacja seksualna" Witkacego to rzecz dwuznaczna, Goethe zaś był mason i -zdaje się -  różokrzyżowiec. Nie idzie jednak o trafność teorii, ale jej użyteczność. A tą w SLD uznano za wysoką, co – poza wszystkim innym – jest hołdem złożonym skuteczności „lobby żydowskiego”. Kto wie - być może, gdyby nie "taśmy Rydzyka" i wyrzucenie Leppera z rządu, w TVN-24 i brzęczałby dziś temat antysemityzmu Giertycha? Na podobną nutę pograno sobie i z Jarosławem Kaczyńskim - występując w TOK FM Alina Cała odkryła u Kaczyńskiego inteligencko ukrywany antysemityzm. Najwyraźniej towarzystwo wpadło już w zupełną desperację, skoro sięga po „broń ostateczną”. Coś mi się zdaje, że Andrzej Lepper powinien czym prędzej dać się obrzezać. Byłoby przynajmniej jasne dlaczego wyleciał z rządu...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „lobbyści”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 11 lipca 2007 17:49
  • sobota, 07 lipca 2007
    • z ręką w nocniku...

          "Białe miasteczko" obrasta imprezami i instytucjami, odwiedzają je ludzie prości i publiczni, politycy i artyści, słowem -  ciągnie do niego kto może, w związku z czym pielęgniarskie koczowisko - jak się to mówi - na trwale wpisało się w kulturalny pejzaż stolicy. Po politykach i artystach ruszyli do miasteczka lewoskrętni intelektualiści - ostatnia miasteczkowa inicjatywa to „biały uniwersytet”.  O ile dobrze usłyszałem z pierwszym wykładem pojawiła się w miasteczku Halina Bortnowska z "Tygodnika Powszechnego", Bortnowska opowiedziała pielęgniarkom o specyfice ich zawodu (!). Nie od dziś wiadomo, że ludzie TP są wszechstronni, niczym - nie przymierzając - blogerzy, ale żeby aż do tego stopnia? Jak tak dalej pójdzie - w 150 dniu protestu zobaczymy w miasteczku księdza Bonieckiego dającego pielęgniarkom kursy udzielania pierwszej pomocy. Ale nim do tego dojdzie w miasteczku zagoszczą inni wybitni myśliciele, wizytę zapowiedziała - na przykład - Kazimiera Szczuka, która mówić będzie - zdaje się - o kobiecych protestach społecznych (szkoda, że nie o cyberfeminizmie...).  

          Taki uniwersytet ludowy, to zresztą dla lewoskrętnych intelektualistów prawdziwa łaska boska, zwłaszcza po tym, gdy Aleksander Kwaśniewski nie dał im się wygadać na swojej konferencji poświęconej obronie standardów demokratycznych. Konferencja ta, jak wiadomo, skończyła się na 4 czy 5 wystąpieniach i zimnym bufecie (przy tym, czy ten drugi był - nie jestem pewien). Nie dać się wygadać intelektualistom! - dość to okrutne. Dawid Warszawski odgrażał się nawet w "Rzeczypospolitej", że skoro tak, to jego noga więcej na podobnej imprezie nie stanie. Pielęgniarki, z racji zawodu, to świetne psycholożki, na pewno pozwoliłyby Warszawskiemu gadać do rozpuku, może więc i on powinien machnąć się do miasteczka z jakimś odczytem (powiedzmy, na temat: "Pielęgnowanie chorych w Starym Testamencie")?

          W tym miejscu kończymy niesmaczne żarty i przechodzimy do pytań poważnych. Oto pierwsze: skąd u lewicowych myślicieli ten nawrót "chłopomanii"? Dlaczego osławiony sojusz intelektualistów z ludem opiewany przez poetów w latach 80-tych, sojusz, który zaczął zdychać gdzieś tak około roku 1987 (jak raz w tym samym mniej więcej czasie, gdy prof. Reykowski nawiązał kontakt ze swoim przedszkolnym kolegą Bronisławem Geremkiem), sojusz, który około roku 1990 był martwy jak głaz, zmartwychwstał nagle w roku 2007? Ostatecznie, w ciągu ostatnich 18 lat, protestów społecznych mieliśmy od groma, i skoro dziś nic nie stoi na przeszkodzie temu, by Halina Bortnowska wyjaśniała pielęgniarkom specyfikę ich zawodu, to cóż przeszkadzało - powiedzmy - Andrzejowi Szczypiorskiemu ruszyć w roku, bo ja wiem?, 1996 do strajkujących górników z wykładem "Problemy emocjonalne pracowników przemysłu wydobywczego"? (nie pamiętam dokładnie, ale jacyś górnicy z pewnością wtedy strajkowali). No, ale tamte lata to był czas, gdy Magdalena Środa wzywała do nie nadużywania instytucji "obywatelskiego nieposłuszeństwa", a w "GW" można było wyczytać, że zbyt łagodne obchodzenie się z protestującymi wiedzie wprost do anarchii...

          Ta osobliwa, kilkunastoletnia "przerwa w chłopomanii" skłania do podejrzeń, że dzisiejszy przypływ uczuć "środowiska" do klasy robotniczej jest nie tyle funkcją miłości do ludu, co funkcją nienawiści do PiS-u. I w tym miejscu pojawia się pytanie o szczerość uczuć z lat 80-tych ? (ja wiem, że dziś to już często inni ludzie, ale formacje te sama, istnieje coś takiego jak ciągłość środowisk). Czy aby w latach 80-tych „lewica laicka” i przykościelna nie poczynała sobie równie instrumentalnie? Czy nie mieliśmy do czynienia z symulowaniem uczuć? Prawdziwie emocje raczej nie zapalają się i nie gasną jak za przekręceniem wyłącznika. A obserwujemy właśnie coś w tym rodzaju...  

          Weźmy stosunki „lewicy laickiej” z kościołem. Oto, gdy nadeszły burzliwe lata 80-te „lewica laicka” rzuciła się w objęcia kościoła z  mocą, która zaskoczyła samego Adama Michnika. Mówił później o latach 80-tych: „Nagle wielką grupę moich przyjaciół opanował jakiś bzik bezkrytycyzmu. Nawet mój przyjaciel Bronek Geremek spędził parę lat jakby na kolanach. Nie można było wyciągnąć z niego jednego krytycznego słowa na temat czegokolwiek w polskim kościele”  Szydził z tego około kościelnego zaangażowania niedawnych antyklerykałów Jerzy Urban, pisujący felietony pod pseudonimem Jan Rem (Urban był w luksusowej sytuacji - służby dostarczały mu sprawozdania z imprez na których występowali prominenci „środowiska”). Z czasem Michnik zgodził się zresztą z Urbanem. Przyznał po latach: „moi klerkowie uprawiali czyste intelektualne wazeliniarstwo, zaś sceny do jakich  dochodziło w kościołach, określił krótko: „po prostu groteska”. Tak było do połowy lat 80-tych,  później  nadeszła zmiana. W miarę rozpadu PRL-u drogi „lewicy laickiej” i Kościołą zaczęły się rozchodzić. A w 1987 roku – jak szczerze ujął to później Jacek Żakowski  - „polityczna odwilż dała nam już tyle luzu, że mogliśmy sobie pozwolić nawet na cierpkie miny części biskupów”

          Okazję do zwrotu ideowo-politycznego wyczuł najszybciej – jak zwykle – Adam Michnik. W 1987 roku publikuje artykuł „Kłopot”. Według prof. Ryszarda Legutki,  tekst ten, wydrukowany „w czasie entente cordiale intelektualistów i kościoła” miał charakter „antycypujący mające nadejść gwałtowne ochłodzenie stosunków między obiema stronami”. Michnik zarzucał intelektualistom – pamiętać wypada, że dla Michnika intelektualista to tyle co przedstawiciel „lewicy laickej” – że, „lecąc” do Kościoła „na łeb i szyję” popełnili zdradę – „drugą zdradę klerków” (pierwszą zdradą miało być zaangażowanie się w komunizm). Intelektualiści przyjęli diagnozę z entuzjazmem i tak, jak niegdyś wcale gładko przeszli od bojowego anty klerykalizmu do „czystego intelektualnego wazeliniarstwa”, tak teraz, w ciągu stosunkowo krótkiego czasu przeszli od „czystego intelektualnego wazeliniarstwa” do  - jak to określono z czasem – „zimnej wojny” z Kościołem”...

      I tu przerywamy historyczne wspominki stawiając ostanie już pytanie: co zostanie z dzisiejszej „chłopomanii”, gdy odwróci się sytuacja polityczna, gdy – powiedzmy – Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i Bronisławowi Geremkowi uda się „uratować demokrację”? Zostaną oczywiście pielęgniarki. Z ręką w nocniku...   

      Cytaty pochodzą z

      R. Legutko, O czasach chytrych i prawdach pozornych
      J. Żakowski, Między panem, a plebanem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2007 16:36
  • wtorek, 03 lipca 2007
    • Środa - zrównywaczka

          Moja ulubienica Magdalena Środa nie dawała ostatnio o sobie znać, myślałem nawet, że zeszła do głębokiego podziemia, albo emigrowała, a tu okazuje się, że nie, że ciągle jest wśród nas i ma się dobrze. Oto – jakby to ujął Jacek Żakowski – Środa wysiedziała kolejne jajo rozumności i podzieliła się nim z czytelnikami „Rzeczypospolitej”. To na łamach tej zacnej gazety Środa ogłosiła, że – jej zdaniem – ukrytym motorem polityki braci Kaczyńskich jest ich głębokie przywiązanie do matki. Co by nie mówić – jest to teoria prawie równie dobra, co teoria głosząca, że ukrytym motorem feminizmu Środy jest zazdrość o członek. Tak więc gratulujemy Magdalenie Środzie tego jaja, ale pozostawimy na boku ukryte motory i zajmiemy się innymi wątkami poruszonymi przez nią w „Rzeczypospolitej”.

          A mówiła Środa, między innymi o patriotyzmie. „Czuję się przede wszystkim Europejką i walka o silną tożsamość narodową w kontekście Europy nie jest dla mnie żadnym priorytetem” – wyznała. Dodała, że nie utożsamia patriotyzmu ze ślepą walką o odrębność” i o pokazanie „że czymś się różnimy od reszty krajów”. Patriotyzm bowiem to – dla Środy – postawa obywatelska i służenie dobru wspólnemu, tym dobrem zaś jest europejskość, a nie sarmatyzm. Za 20 lat – wieszczy Środa – patriotyzm Giertycha i Fotygi będzie „folklorem”. Te przemyślenia nie dotyczą chyba tylko Polski. Ostatecznie byłoby dość głupio, gdyby inne kraje pokazywały, że czymś się od innych różnią, a tylko Polska starała się pokazać, że nie różni się niczym (zresztą – nie miałaby się różnić od którego z różnych krajów?). Byłby to absurd, już choćby z tego powodu, że podobna postawa mocno by Polskę na europejskim tle wyróżniała, a nie o to przecież Środzie chodzi. Wypada więc uznać, że Środa życzy sobie, by wszystkie europejskie kraje nie różniły się specjalnie od siebie. Słowem – chce Środa kulturowego zglajszachtowania Europy. Jest to wizja upiorna (ja przynajmniej nie chciałbym jechać, powiedzmy, do Francji tylko po to, by spotkać tam 50 milionów Magdalen Śród) i można się zastanawiać skąd się właściwie bierze ta niechęć lewicy do różnorodności?

          Bo przecież Środa jest dziedziczką długiej tradycji lewicowego glajszachtowania ciągnącej się od czasów rewolucji antyfrancuskiej. Ponoć około 1789 roku jedynie 40 procent mieszkańców Francji mówiła po francusku, reszta posługiwała się lokalnymi dialektami (nie wspominajmy już o lokalnych prawach i zwyczajach). Jakobini ujednolicenie tej mozaiki wzięli sobie za punk honoru (jak przemawiał w konwencie pewien jakobiński deputowany: „Język wolnego narodu powinien być jeden i ten sam dla wszystkich”) i co postanowili – to zrobili. A potem naśladowali ich lewicowcy wszelkiej maści od Lenina i Hitlera, po Magdalenę Środę, która chce, ale – póki co – na szczęście nie może. Wiem co usłyszę (jeśli zaplącze się na ten blog jakiś lewicowiec). Usłyszę, że brzydko robię zestawiając wyżej wymienionych socjalistów z Magdaleną Środą, oraz, że mylę się gruntownie, albowiem to właśnie lewicy (prawdziwej, rzecz jasna) zależy na różnorodności. Co do Lenina i Hitlera, to kto może zestawia z nimi kogo może, więc byłoby mi głupio, gdybym sam czasem czegoś podobnego nie zrobił. Przejdźmy do kwestii różnorodności. To prawda – lewica krzyczy: jesteśmy za różnorodnością!. Jeśli popieramy, powiedzmy środowiska gejowskie – powie mi każdy lewicowiec – to dlatego między innymi, żeby było bardziej różnorodnie. Rzecz w tym, że to nieprawda. Jeśli bowiem lewica popiera środowiska gejowskie (skoro już o nich się zgadało), to raczej dlatego, że życzy sobie, by w Polsce było tak samo jak w Amsterdamie, w Amsterdamie tak samo jak w Berlinie, a w Berlinie tak samo jak w  Madrycie. Lewica chce kulturowej unifikacji w ramach takiego czy owakiego projektu, który jest akurat na lewicowym topie (dziś na topie jest to, co Środa nazywa „europejskością”). Co zostanie z Europy, gdy jej różnorodność zaleje „europejskość”? Mam nadzieję, że nie będziemy mieli okazji tego oglądać...


      PS

      „jajo rozumności” wziąłem z kultowego tekstu Jacka Żakowskiego o inteligencji (jeśli ktoś nie zna tego klasyka publicystycznej psychodelii – niech szybko nadrobi braki!). Zdaniem Żakowskiego misją inteligencji jest wysiadywanie jaj rozumności, więc – jak sądzę – tym właśnie zajmuje się Magdalena Środa. Żakowski chyba wie co pisze, a Środa, to niewątpliwie inteligentka.   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Środa - zrównywaczka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 lipca 2007 17:03
  • poniedziałek, 25 czerwca 2007
    • profesor - skarżypyta

      „Piotruś nie był dzisiaj w szkole
      Antek zrobił dziurę w stole,
      Wanda obrus poplamiła
      Zosia szyi nie umyła
      Jurek zgubił klucz, a Wacek
      Zjadł ze stołu cały placek

      Któż się ciebie o to pyta?
      Nikt. Ja jestem skarżypyta”

      (J.Brzechwa, Skarżypyta)

          Dlaczego cytuję klasyka? Piję – rzecz prosta – do Bronisława Geremka, który po raz n-ty poskarżył się zagranicznej prasie na polskie władze. Tym razem padło na gazetę włoską. A ponieważ podobne wybryki najwyraźniej weszły Geremkowi w krew, zaczęły pojawiać się teorie mające wyjaśnić zagadkę: o co profesorowi chodzi? Osoby Geremkowi życzliwe utrzymują, że Geremek żali  się zachodnim dziennikarzom powodowany poczuciem obywatelskiego obowiązku. Wezmę pod uwagę taką możliwość – zaraz po tym, gdy ktoś dostarczy mi przykładów krytycznych wypowiedzi Geremka na temat poprzedników obecnej koalicji. A byłoby o czym mówić! Wystarczy przypomnieć sobie, co o rządach SLD, u schyłku tych rządów, mieli do powiedzenia ludzie bliscy Geremkowi, tacy jak – dajmy na to – Mirosław Czech (cyt: „Po ogromnym sukcesie wyborczym SLD jego działaczom do głów uderzyła woda sodowa. Narzucało się porównanie z czasami PRL, gdy kasta rządząca nie przejawiała więcej ochoty do martwienia się sprawami kraju, przedkładając nad nie osobiste i grupowe interesy”). A jeśli ktoś nie ma pod ręką starych numerów „GW”, w których pisywał Czech – niech sięgnie chociażby do sobotniego wydania „Dziennika” i poczyta, jak (dawne)SLD widzi Jan Lityński (piszę „dawne” SLD, bo – jak wiadomo – SLD przeszło błyskawiczną kurację uzdrawiającą, i dziś jest partią tą samą, ale nie taką samą, inaczej przecież „ludzie etosu” w rodzaju Lityńskiego czy Onyszkiewicza nie wchodziliby z SLD w mariaże...).    

          Ktoś powie: może rząd SLD nie był święty – gdy idzie o sprawy krajowe, ale polityka zagraniczna była OK., więc Geremek nie miał o czym z zachodnimi dziennikarzami gadać. Rzecz w tym, że Geremek krytykuje nie tylko aktualną politykę zagraniczną, ale i stosunki wewnętrzne, i to do tego stopnia, że chce przeciw „populistom” mobilizować już całe narody (cokolwiek to znaczy). Jeśli więc jest tak, że Geremek alarmuje Europę dziś, a nie alarmował Europy w czasach SLD – to mamy do czynienia z godną uwagi wybiórczością, gdy idzie o poczucie obywatelskiego obowiązku. Chyba, że chodzi o coś zupełnie innego – na przykład o uprawianie polityki krajowej, przy pomocy stosunków międzynarodowych w interesie swojego środowiska. Być może SLD, jakkolwiek tworzyło kastę rządzącą przedkładającą interesy osobiste i grupowe ponad interesy kraju, to jednak nie zagrażało interesom osobistym i grupowym, w które uwikłany jest Geremek, więc profesor nie zawracał głowy zagranicznym dziennikarzom. Taka jest moja teoria – zweryfikuję ją, jako się rzekło, zaraz po dostarczeniu mi przykładów krytycznych  wypowiedzi Geremka o rządach postkomunistów (z prasy zagranicznej). Ostatecznie – może było takich wypowiedzi na kopy, i tylko mnie jakoś umknęły...

          A swoją drogą – mogliby z Geremkiem porozmawiać i dziennikarze krajowi. O tyle spraw można by profesora zapytać! Ot chociażby -  Geremek, czy to jako długoletni szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, czy to jako szef MSZ miał ogromy wpływ na sprawy kadrowe, można by go więc zapytać o to, dlaczego MSZ III RP przez prawie dwie dekady było przechowalnią dla starych wyjadaczy PRL-owskiej dyplomacji. Bo było - i to na najwyższych szczeblach (smętny rekord padł tu bodaj w 1994 roku, kiedy to wiceministrem spraw zagranicznych został niejaki Eugeniusz Wyzner rodem z miasta Chełmna, w MSZ zasiedziały od roku – uwaga – 1952). Argument o „braku fachowców” jest dość marny, zważywszy na to, jak długo trwał ten stan, nie wspominając już o tym, że „dyplomacja PRL” znaczyła mniej więcej tyle, co „wywiad PRL” (czy wręcz – „wywiad sowiecki”), i trudno przyjąć, że akurat po tego typu „fachowców” niepodległa RP powinna była sięgać. Ale czy znaleźliby się tacy dziennikarze, którzy zawracaliby głowę profesorowi pytając o podobne drobiazgi?


      PS

      Ledwie Donald Tusk powiedział, że rządząca koalicja jest najbrutalniejszą po 1989, a tu się okazuje, że PO jest najbrutalniejszą opozycją. We Wrocławiu działacze PO biją policję. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy dojdą do władzy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „profesor - skarżypyta”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2007 16:52
  • czwartek, 14 czerwca 2007
    • Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych (sf)

          Szanowni Państwo!

          Mroczny Wiek Lustracji - to dla historyka prawdziwe wyzwanie! Jak wiadomo w roku 2037 Trybunał Konstytucyjny wydając Ostateczne Orzeczenie w Sprawie Niekonstytucyjnego i Zbrodniczego Charakteru Lustracji nakazał zniszczenie nie tylko archiwów tzw. IPN (pamięć jego niech będzie przeklęta), ale też - dla pewności - zniszczenie wszelkich archiwów i zbiorów bibliotecznych z lat 1900 - 2036. Postanowienie to - bez wątpienia słuszne - utrudnia przecież pracę historykom. Rekonstruując historię Mrocznego Wieku Lustracji mamy do dyspozycji jedynie niezwykle szczupły zespół źródeł, które - w taki czy inny sposób - przetrwały proces Oczyszczenia. Odnosi się to i do źródeł traktujących o postaci Jarosława Apostaty, o którym dziś będzie mowa. Już z powodu deficytu źródeł postać Apostaty budzi gorące spory wśród historyków. Radykalni negacjoniści twierdzą wręcz, że Jarosław Apostata wcale nie istniał, a opowieść o nim to tylko jedna z legend Cyklu Lustracyjnego, nie mocniej oparta na faktach niż "Legenda o dobrym TW Janie - Cudotwórcy", czy "Legenda o lustratorze, w którego piorun trzasnął". Nie zgadzam się z tą teorią. Moim zdaniem Jarosław Apostata to postać historyczna, co więcej - to właśnie jego działalność dała początek legendom Cyklu Lustracyjnego.

          Otóż, z pochodzących z epoki źródeł wynika, że Jarosław Apostata był jak najbardziej realnym władcą Polski w epoce Ciemnego Wieki Lustracji. Nie wiadomo, niestety, w jaki sposób Apostata zdobył władzę. W świetle "źródła XV" najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza najazdu. "Źródło XV" zawiera wypowiedź niejakiej Środy, bez wątpienia odnoszącą się do rządów Apostaty, cyt.: "Trzeba zewrzeć szeregi. Barbarzyńcy nie stoją u bram naszego miasta, ale już w nim są". Rzecz mogła więc wyglądać tak: barbarzyński komes Jarosław zwany jeszcze wówczas "Kaczyńskim" (być może kaczka była zwierzęcym totemem jego rodu) najechał około roku 2003-2007 Polskę, podbił ją i ogłosił się jej władcą z tytułem "premiera". Znamy nawet nazwiska dwóch legendarnych pomagierów Apostaty - Giertycha i Leppera. Niestety  - niewiele więcej możemy o nich powiedzieć. Według przekazów legendarnych, ten pierwszy słynął z brutalności (zlikwidował między innymi niejakiego Gombrowicza - postać zdaje się głośną w tym czasie), Lepper zaś odznaczał się nadzwyczajną lubieżnością, dybiąc na cnotę szlachetnych dziewic (patrz - "Legenda o sex-aferze"). Czy legendy te zawierają coś więcej niż źdźbło prawdy? - nie wiadomo. Za to pojawiająca się w legendach postać "Macierewicza" czy "Mąciwodziewicza" (?) z całą pewnością jest fikcyjna - przypisywane mu cechy są już nazbyt nieludzkie. Nie ulega jednak wątpliwości okrutny charakter rządów najeźdźców. Potwierdza to - chociażby - "źródło VI", zawierające takie oto słowa nieznanego nam skądinąd Zygmunta Baumana: "Polityka - zdają się mówić nam nowi włodarze Polski - to tyle, co tropienie nikczemników, którzy kryją się z odmiennymi poglądami, a pręgierz, dyby, gęsior i pal to główne narzędzia naprawy Rzeczypospolitej". Wyłania się więc ze "źródła VI" i "źródła XV" jednoznaczny obraz brutalnej, barbarzyńskiej okupacji...
       
          Ale skąd się wziął przydomek "Apostata"? Otóż, jak się wydaje rządy Jarosława Kaczyńskiego miały - obok politycznego - aspekt religijny. Nowy władca propagował nowy kult - Kult Samego Dobra, którego wcieleniem się ogłosił. To przynajmniej zdaje się wynikać ze "źródła II", które przypisuje Jarosławowi Apostacie deklarację "ja jestem Samo Dobro" (aluzję do kultu Samego Dobra zawiera też "źródło IV" - o czym później). Wszystko to sprawiło, że wśród bogobojnego ludu postać Jarosława budziła grozę zgoła religijną. Dla naświetlenia tej kwestii kluczowe wydaje się wspomniane już "źródło IV" zawierające wypowiedzi niejakiego Waldemara Kuczyńskiego. Kuczyński mówi: "Czuję lęk od przyjścia do władzy dwóch braci. Mówiąc dokładniej, jednego, bo to jest jeden brat w dwóch osobach". Wynika z tego, że Jarosław Apostata już przez mu współczesnych postrzegany był jako przerażająca istota demoniczna, posiadająca nadnaturalne właściwości (jeden brat - w dwóch osobach) Nie jest to zresztą sytuacja wyjątkowa, podobne motywy spotkać można - na przykład - w "Historii sekretnej" Prokopiusza z Cezareii opisującej rządy cesarza Justyniana.  Kuczyński ("źródło IV") identyfikuje zresztą Kaczyńskiego wprost, cyt.: "Jarosław Kaczyński jest jak Lord Vader, Książe Ciemności". Trudno tu o wątpliwości. Postać "Lorda Vadera" nie występuje co prawda w żadnej ze znanych nam dziś demonologii, ale z kontekstu wynika jasno, że był to jeden z ówczesnych przydomków diabła. Potwierdza to zresztą inna wypowiedź Kuczyńskiego ("źródło IV"), cyt.: "Na podstawie demonologii wiem, że diabeł najchętniej działa przez samo dobro". Odnotujmy, że wypowiedź ta zawiera też jednoznaczną aluzję do kultu Samego Dobra, o którym mówiliśmy wcześniej. Idźmy dalej...

          Czy brutalne rządy Jarosława Apostaty i podjęta przez niego próba reformy religijnej spotkały się z oporem? Część badaczy, głównie na podstawie "źródła III" snuje teorie o ruchu sykariuszy, którzy - pod wodzą niejakiego Edelmana - walczyli z okrutną władzą. "Źródło III" zawiera - zdaniem tych badaczy - programową dla sykariuszy wypowiedź Edelmana, cyt.: "Jeśli chcemy uratować Polskę, to moją radą jest wziąć nóż i uderzyć tam, gdzie ich zaboli". Czy Edelman i jego sykariusze przyczynili się do klęski Apostaty? Trudno orzec. Tak jak nie możemy być pewni sposobu w jaki Apostata władzę zdobył, tak też nie jesteśmy pewni tego, jak ją stracił. Jedne legendy sugerują interwencję sił nadprzyrodzonych, inne legendy mówią pojawieniu się Pomazańca, który zrzucił Apostatę z tronu. O tym zdaje się mówić "Legenda o powrocie Aleksandra Wielkiego". Nie wiemy przy tym, czy chodzi - ahistorycznie - o starożytnego władcę Macedonii (a jeśli tak - to dlaczego właśnie o niego?), czy też o innego Aleksandra, któremu wdzięczna pamięć ludu przydała przydomek "Wielki". Tak czy inaczej - upadek Apostaty to początek końca Mrocznego Wieku Lustracji.

          Szanowni Państwo! Podsumujmy krótko: w świetle źródeł Jarosław Apostata jawi się jako postać, jednak, historyczna. Był to brutalny władca z epoki Ciemnego Wieku Lustracji, któremu ludowa wyobraźnia przydała cech demonicznych inspirując się wyraźnie legendami o Antychryście. Kończąc chciałbym wyrazić nadzieję, że odkryte zostaną następne źródła, które historię Apostaty pozwolą uczynić pełniejszą.  


      Dziękuję za uwagę! 


      Referat "Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych" wygłoszony został 21.03.3456 roku przez prof. Mścisława Czecha, podczas sympozjum "Mroczny Wiek Lustracji - nowe perspektywy badawcze" zorganizowanym przez Towarzystwo Wiecznej Pamięci Brutalnie Zlustrowanych.


      PS

      Powyższy tekścik to SF, ale czy zagraniczna publiczność, która wiedzę naszym kraju czerpie głównie ze źródeł podobnych do cytowanych wyżej źródeł II, III, IV, VI i XV nie ma aby pojęcia o Polsce zbliżonego do teorii mojego prof. Czecha? 
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych (sf)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 czerwca 2007 06:12
  • środa, 06 czerwca 2007
    • między spiskiem a żywiołem - początki III RP

          Minęła niedawno rocznica wyborów z 1989 roku, przy tej okazji odżyło pytanie: czy aby „transformacja ustrojowa” nie była efektem spisku? Czy przy „okrągłym stole” nie doszło do zmowy „różowych” z „czerwonymi”? Są tacy, którzy twierdzą, że tak właśnie było. Oczywiście obok spisku mamy inne możliwości, na przykład manipulacje (gdy jedna strona manipuluje drugą, trudno mówić o zmowie), czy poczciwe negocjacje w trakcie których negocjujący dochodzą do takiego czy innego porozumienia. I ta ostatnia możliwość jest – jak łatwo zgadnąć – ukochana przez wrogów spiskowej teorii „okrągłego stołu”. A w poczet tych wrogów zalicza się też profesor Marcin Król, który – poza innymi – ma i tę zaletę, że za „okrągłym stołem” siedział. Celem pognębienia spiskologów prof. Król spisał swoje wspomnienia z obrad, dał im tytuł "„Polityka jako żywioł” i wydrukował rzecz w piśmie „Res Publica Nowa” (był to – zresztą – cały numer antyspiskowy). Ze wspomnień profesora obrady „okrągłego stołu” jawią się jako ledwo kontrolowany chaos. Oddajmy mu głos:

      "Nieoczekiwanie najważniejsza okazała się grupa polityczna, którą z naszej strony kierował Bronisław Geremek, a ze strony władzy Janusz Reykowski. Dochodziło między nimi naturalnie do licznych starć, w czasie których starali się zachować formułę ""Pan"" co nie było całkiem naturalne, gdyż uprzednio chodzili do tej samej grupy w przedszkolu".

      A potem - pełny żywioł:

      "I tak już w trakcie zaawansowanych obrad Janusz Reykowski nieoczekiwanie przedstawił zupełnie nową koncepcję prezydentury. Dla nas oczywiste było, że chodzi o generała Jaruzelskiego, chociaż w trakcie rozmów to nazwisko nie padło. Musieliśmy jakoś zareagować, tym bardziej, że widać było, że im na tym prezydencie bardzo zależy. Trzeba było wynaleźć coś, na czym nam by również zależało, i co dla nas byłoby korzystne. Nie pamiętam już, kto wpadł na pomysł powołania Senatu i to w całkowicie wolnych wyborach. Pomysł ten spotkał się stosunkowo szybko z aprobatą strony przeciwnej"

      Dalsza cześć opowieści o Senacie:

      "W trakcie kolejnych negocjacji na temat uprawnień Senatu ustaliliśmy, że decyzję Senatu zmieniającą decyzje Sejmu, Sejm będzie musiał przegłosować dwoma trzecimi głosów. Ale przepisująca wieczorem te ustalenia maszynistka pomyliła się i zamiast 2/3 napisała 3/5, co dla nas było oczywiście korzystne, bo oznaczało 60, a nie 66 procent w Sejmie. Następnego dnia Bronisław Geremek świadomy tej pomyłki twardo bronił trzech piątych podczas obrad całego stołu politycznego, i tak zostało aż do uchwalenia Konstytucji" (Marcin Król, Polityka jako żywioł, ResPublica Nowa, lato 2005)

          Tak to wygląda u profesora Króla: historię lepi się na bieżąca, z tego, co się akurat nawinie pod rękę, do tego swoje pięć groszy dodaje do tego przypadek. Czy można nie zaufać naocznemu świadkowi? Rzecz w tym, że są i inni świadkowie. Co wyłania się z ich relacji? Zatrzymajmy się przy Senacie... Od 1987 roku trwały spotkania emisariuszy PRL-owskich władz z przedstawicielami Kościoła. Ze strony władz głównym rozmówcą był Stanisław Ciosek, Kościół reprezentowali biskupi Orszulik i Dąbrowski (ten drugi, jak dziś wiemy był - co najmniej przez kilka lat - tajnym współpracownikiem bezpieki o pseudonimie "Ignacy"). Z rozmów strona kościelna robiła notatki, część z nich biskup Orszulik przedstawił publiczności w książce „Czas przełomu”. Są to notatki nadzwyczaj ciekawe. Na przykład notatka z rozmów z 3 czerwca 1988: "Ciosek powiedział, że jest rozważana idea powołania Senatu lub izby wyższej parlamentu. W Sejmie koalicja rządząca zachowałaby 60-60% miejsc. Natomiast w Senacie byłoby odwrotnie. Senat miałby prawo wnioskowania, aby kontrowersyjne decyzje Sejmu ponownie poddać pod głosowanie, przy czym powinny one wtedy uzyskać większość 2/3 głosów". Albo - notatka z 24.08.1988. Wypowiedź Kazimierza Barcikowskiego: "na szczycie byłby prezydent, poniżej Senat (w którym byłby podział sił: 1/3 koalicja rządząca, 1/3 ludzie Kościoła, 1/3 - ludzie niezależni), jeszcze niżej parlament, w którym koalicja rządząca miałaby 60%, a opozycja i "nasi bezpartyjni przyjaciele" - 40%" (cyt. za: Antoni Maciarewicz, Rzecz o przełomie, Głos 1138-1139)

          No cóż - jakby nie patrzeć Marcin Król z kolegami w trakcie spontanicznych narad i burz mózgów doszedł do rozwiązania, które - niemal idealnie - wpisywało się w scenariusz opracowany przez "stronę rządową" - co najmniej - rok wcześniej (swoją drogą - wielka szkoda, że prof. Król nie pamięta, kto wpadł na pomysł z Senatem...). Dodajmy, że już rok wcześniej "strona rządowa" najwyraźniej znała wynik ustaleń "okrągłego stołu" - jeśli chodzi o rozkład sił w parlamencie (60-65% miejsc dla "strony rządowej", reszta - inni). Czy nie ujmuje to obradom przy „okrągłym stole” żywiołowości? Moim zdaniem – ujmuje, jeśli pominiemy hipotezę, że pomysły „strony rządowej” z 1988 i pomysły prof. Króla i jego kolegów z 1989 zbiegły się tzw. fuksem. Taką możliwość – przykro mi – wkładam między bajki. Moim zdaniem „strona rządowa” przy „okrągłym stole” grała, a „strona społeczna” tańczyła w rytm tej melodii – niezależnie od tego, co się jej wydawało.

          Pozostaje jeszcze historia sekretarki, która - myląc się podczas przepisywania dokumentu - wpłynęła na bieg historii (zakładam, że anegdota o sekretarce jest autentyczna). Czy to możliwe, by coś podobnego mogło się zdarzyć? Czy "strona rządowa" mogła zgodzić się na podobną "wyrwę" w swoim planie? Myślę, że - tak. O ile błąd sekretarki mieścił się w ramach "warunków brzegowych" scenariusza "strony rządowej". Nie twierdzę, że ustalenia „okrągłego stołu” pozbawione były zupełnie cech realnych negocjacji, czy, że nie motał przy stole przypadek. Idzie jednak o proporcje udziału „planu” i „żywiołu”, „spisku” (może lepiej – „manipulacji”) i „negocjacji”, a także o to, kto był głównym rozgrywającym, co rozgrywał i jak mu wyszła rozgrywka. A wyszła – doskonale, choć nie bez kiksów. Dziś wiemy, że życie zaskoczyło "stronę rządową". Jak się wydaje komuniści naprawdę nie spodziewali się aż tak mocnego lania w czasie wyborów. Poległa "lista krajowa", nic nie wyszło z projektowanego układu sił w Senacie. A jednak, jak się okazało, to co udało się komunistom osiągnąć zupełnie wystarczyło, by zapewnić im miękkie lądowanie w nowym ustroju. Warunki brzegowe scenariusza zostały utrzymane - dzięki postawie części "strony solidarnościowej" (czyli "lewicy laickiej"), którą to postawę najlepiej oddają słowa Bronisława Geremka "pacta sunt servanta". No cóż – władza wiedziała jak dobrać sobie „negocjatorów”. Jak to powiedział Wojciech Jaruzelski? "Nie było żadnych formalnych gwarancji, oczywiście, że nie. Ale cała filozofia tych działań, rozmów o podziale władzy, była oczywista. Oddaliśmy władzę tym siłom w "Solidarności", których motywem nie była chęć zemsty" (Tina Rosenberg, Kraje w których straszy, s.275)  

      No właśnie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „między spiskiem a żywiołem - początki III RP”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2007 11:17
  • poniedziałek, 04 czerwca 2007
    • księgi zbójeckie

          Kto napisał najniebezpieczniejsze teksty w dziejach literatury? Markiz de Sade? Nietzsche? Bataille? Celine? A gdzie tam. Najbardziej niebezpieczne teksty wyszły spod piór panów Sienkiewicza i Dobraczyńskiego. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie – słuchając wrzawy jaka wybuchła, gdy Roman Giertych  usunął kilka pozycji z projektu spisu lektur szkolnych, zalecając – zarazem – jako lektury książki w/w panów. To prawda – krzyczy się raczej o książkach usuniętych. Ale krzycząc o nich, mówi się i o Sienkiewiczu z Dobraczyńskim, a raczej mówi się o zgubnych skutkach czytania ich książek bez zabezpieczenia. Bo wychodzi właśnie na to, że Giertych usuwając Gombrowicza (i kilku innych autorów) zlikwidował bezpiecznik utrzymujący w ryzach niszczycielski potencjał dzieł Sienkiewicza i Dobraczyńskiego. Teraz – gdy zabezpieczenia brak – potencjał ten eksploduje, a skutki eksplozji będą straszne. Nie chcę się nad tymi skutkami rozwodzić, kto ciekawy – znajdzie szczegóły chociażby w „GW”. Mówiąc w skrócie – czytanie Sienkiewicza z Dobraczyńskim bez zabezpieczenia grozi utratą zdolności samodzielnego myślenia, ogólnym stępieniem krytycyzmu, popadnięciem w bezrefleksyjne, narodowe samozadowolenie, w przypadkach skrajnych może się to wszystko skończyć nawet głosowaniem na LPR w czasie najbliższych wyborów parlamentarnych.

          Przyznaję – Dobraczyńskiego nie czytałem (Bogu dzięki! – chciałoby się powiedzieć, skoro to pisarz tak jadowity), ale Sienkiewicza znam. Myślałem, że Sienkiewicz to – nie powiem „ramota” – ale rzecz w sumie poczciwa, a tu – okazuje się – jest z Henryka prawdziwy dynamit. Że i Dobraczyński nie lepszy – wierzę na słowo krytykom, którzy ostatnio mają o nim tyle do powiedzenia. Wypadałoby więc chyba wycofać książki obydwu autorów z obiegu, dawać tylko w komplecie z książkami – bezpiecznikami, albo sprzedawać z ostrzeżeniem w stylu „czytanie albo zdrowie – wybór należy do ciebie”, czy „nadużywanie grozi skutkami ubocznymi”. Można by też doczepiać do książek obu panów recepty mówiące jak pomóc desperatowi, który się niebacznie na Sienkiewicza z Dobraczyńskim porwał i odczuł tego smutne skutki (recepty w stylu – bo ja wiem? – „w razie wystąpienia gorączki patriotycznej – neutralizować dawką Gombrowicza”). Sprawa jest, w każdym bądź razie, poważna. Ale że z nią sobie nasi intelektualiści poradzą – nie wątpię. I tu mógłby nastąpić koniec mojego wpisu, ale – specjalnie dla wykształciuchów – daję jeszcze wyjaśnienie z cyklu „co autor miał na myśli”. Otóż, idzie mi o to, że przy okazji sporu o „indeks Giertycha” (naprawdę sprzedano wykształciuchom taki termin!) mimowolnie – czy celowo – zdemonizowano Gombrowicza z Dobraczyńskim. I -  ciekawa rzecz – gdy Giertych zdemonizował Gombrowicza wzbudziło to śmiech powszechny, a demonizacji Sienkiewicza i Dobraczyńskiego bodaj nikt nie zauważył. Ech...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „księgi zbójeckie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 czerwca 2007 17:13