komentarze z onetu

Wpisy

  • środa, 31 stycznia 2007
    • bajeczka na dobranoc

          Za górami, za lasami – nie wiadomo gdzie – stoi szklana góra, a na szklanej górze zamek wysoki ze złota cały. W zamkowej wieży uwięziona jest piękna królewna, kto królewnę uwolni - ten ją weźmie za żonę. Sprawa nie jest łatwa bo na szklaną górę wiedzie most z pajęczyny przerzucony nad przepaścią w której goreje ogień piekielny, a – jakby tego było mało – zamku strzeże smok trójgłowy. Każdemu co się napatoczy smok czyta na trzy głosy antylustracyjne eseje Adama Michnika, czego nawet najwięksi śmiałkowie długo zdzierżyć nie mogą, nie dziwota więc, że królewna lata całe czekała w wieży wypłakując swe modre oczęta...   

      Wielu rycerzy ruszało, by uwolnić królewnę, ale żaden nic nie wskórał. Albo nie mogli znaleźć szklanej góry, albo bali się wstąpić na pajęczy most, albo wypłaszało ich okrutne smoczysko... Aż wreszcie znalazł się taki jeden – i to nawet nie rycerz, ale prosty łyk – co to wyruszywszy na poszukiwanie szklanej góry w dwie niedziele wrócił z królewną. Dziwili się ludzie okrutnie i prosili chłopa pokornie, żeby im o swoich przygodach opowiedział, bo też – bądźmy szczerzy – dał sobie chłop radę z wyzwaniem nie lada...

      Lubią ludzie słuchać takich opowieści, a i ja chętnie posłuchałbym gawędy chociażby przedstawiciela tych 95 procent radnych, którzy prawidłowo wypełnili i w terminie złożyli wszystkie wymagane papiery, bo – zważywszy na ilość przeszkód utrudniających dokonanie podobnego wyczynu (wymieniała je i ciągle wymienia Hanna Gronkiewicz Waltz) – każdy, kto się na coś podobnego porwał i skończył z dobrym skutkiem musi być chwatem nie lada...   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „bajeczka na dobranoc”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 31 stycznia 2007 18:44
  • piątek, 26 stycznia 2007
  • czwartek, 25 stycznia 2007
    • felix culpa

          Czy HGW utrzyma prezydencki stolec – to się jeszcze zobaczy, za to już dziś możemy powiedzieć, że wpadka prezydentki to prawdziwa „szczęśliwa wina”. Jest tak już choćby z tego powodu, że przygoda HGW dała wielu osobistościom pretekst do przedstawienia przemyśleń na temat prawa i cośmy się nasłuchali – to nasze. I tak, na przykład Ireneusz Krzemiński oznajmił, że pechowy przepis można było zignorować, bo jest głupi, Jacek Żakowski napisał, że poprawka na której potknęła się HGW jest „absurdalna”, ponieważ przekreśla decyzję tysięcy wyborców z „tego tylko powodu, że osoba, którą demokratycznie wybrali, z opóźnieniem wykonała jakąś formalną czynność”, zaś Marek Borowski dodał od siebie, że zasada „prawo nie działa wstecz” nie jest uniwersalna i niepodważalna – zależy po co zmienia się prawo. A wszystko to mówią przedstawiciele tzw. „Polski liberalnej”. Osobliwy to liberalizm, przecież taki Żakowski – przedkładający wolę ludu nad paragrafy – otarł się wręcz o jakobinizm (starczyłoby trochę pogrzebać, i pewne dałoby się znaleźć podobne klimaty i w pracach nazistowskich teoretyków prawa). Gdyby jedną trzecią tego wszystkiego powiedział ktoś kojarzony z PiS-em darcie szat trwałoby tydzień z okładem. A Krzemińskiemu, Żakowskiemu i Borowskiemu wolno...

      W ogóle zresztą „liberalni Polacy” zrobili się ostatnio jakoś bardziej szczerzy, by daleko nie szukać kolejnych przykładów -  Kinga Dunin przyznała, że celem jej kółka jest taka hegemonia, która pozwoli wykluczyć z dyskursu pewne treści i to raz na zawsze. Skoro jest to plan na przyszłość, to znaczy, że stan obecny Kingi Dunin nie zadowala, słowem – do treści, które już są wykluczane, chciałaby Kinga Dunin dorzucić jeszcze to i owo. Niechby się Kinga Dunin zeszła z Markiem Borowskim, to wyjdzie im na to, że można wykluczać wstecz i to bez oglądania się na formalności – tu już czerpiemy z przemyśleń Jacka Żakowskiego – starczy ogłosić się za wyrazicieli woli ludu... Mróz idzie po plecach od takiego liberalizmu....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „felix culpa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 stycznia 2007 18:36
  • wtorek, 23 stycznia 2007
    • nadgorliwość


          Od dwóch dni Warszawiacy mają powód do zmartwień - oto Hanna Gronkiewicz Waltz, Matka Stolicy, posłała do urzędu papier, którego nikt od niej nie wymagał. Jak mówi, zrobiła to z "nadgorliwości", by "uczynić zadość wyznawanej przez siebie zasadzie pełnej transparentności". Skoro wysłała "nadgorliwie", to znaczy, że świadomie, gdyby nie wiedziała co robi, nie mielibyśmy do czynienia z nadgorliwością, ale z pomyłką, a do pomyłki HGW się nie przyznaje. I jak ocenić czyn HGW? Na pierwszy rzut oka taka nadgorliwość może się podobać, ale wystarczy chwila refleksji, by pojawiły się wątpliwości. Ostatecznie nadgorliwość o tyle jest godna pochwały, o ile ma sens, a w tym przypadku sensu brak. Bo komu i po co potrzebny jest ten papier? Nikomu i po nic. Urzędnicy nie mogą z nim NIC zrobić (co najwyżej – wpiąć do akt, jako niepotrzebny świstek). Przecież, skoro dokument nie był wymagany, to – z urzędowego punktu widzenia – mogłoby go nie być. Równie dobrze HGW mogłaby podesłać urzędnikom próbkę moczu swojego męża - mielibyśmy z tego tyle samo pożytku (czyli - żadnego).  

          Może inaczej. Powiedzmy, że urząd A w ramach sprawy B wymaga, bo tak stanowią przepisy, dokumentu C, a my - przez pomyłkę, z nadgorliwości, czy dla hecy - posyłamy mu dokumenty C, D i E. Do czego urzędowi A potrzebne są dokumenty D i E? Otóż - do niczego. Te papiery - z urzędowego punktu widzenia – jako się rzekło - po prostu nie istnieją w ramach sprawy B (choć mogą być kluczowe w sprawie Z). Urzędnicy mogą je sobie pooglądać jako - bo ja wiem? - ciekawostki, i tyle z tego będą mieli. Prywatnie może to jest coś, ale - z formalnego punktu widzenia - jest to marnowanie opłacanego przez podatnika czasu. A w każdym bądź razie nie jest to żadna zdrowa transparentność. Nie chodzi przecież o to, by obywatel dokonywał przed urzędnikami aktów ekshibicjonizmu, ale o to, by był obnażany w stopniu w jakim określają to przepisy. Na wszystko co ponad to - urząd wręcz powinien być ślepy.  Oczywiście obnażanie się prywatne to już inna rzecz. Jeśli HGW uważa, że obywatele powinni wiedzieć o niej więcej, niż chce tego prawo - niech działa na rzecz jego zmiany, a w między czasie niech wiesza oświadczenia na słupie, albo publikuje je w internecie, ale niech nie zawraca głowy urzędnikom, bo ci są skrępowani przez paragrafy i nie do nich należy ich zmiana. W tym przypadku dawanie urzędowi więcej, niż ten wymaga - nie jest to żadna cnota, a nawet przeciwnie - jest to wprowadzanie w urzędniczy papieroobieg elementu anarchii. Wojaka Szwejka przerażała wizja pozbawionych dyscypliny żołnierzy łażących po drzewach, mieszkańców stolicy może dziś niepokoić wizja prezydentki zasypującej urzędy stosami nie wymaganych przez przepisy papierów, z którymi nie wiadomo co począć. A, że przykład idzie z góry...

      PS

      Oczywiście – pisząc powyższe – zakładam, że wersja HGW (złożenie tego dokumentu nie było wymagane) jest właściwa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „nadgorliwość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 stycznia 2007 17:24
  • sobota, 20 stycznia 2007
    • o Miłosierdziu Bożym - czyli teologia postkomunistyczna

          Okrutnie skrzywdzeni przez faszystowskich konkwistadorów poczciwi Aztekowie wierzyli, że Słońce zgaśnie - jeśli przestaną składać ofiary z ludzi. Ale oto nadszedł dzień, w którym ofiar nie złożono, a Słońce - mimo to - wzeszło... Był to zapewne przykry dzień dla azteckich kapłanów (wielu chyba wolałoby, żeby świat - zgodnie z założeniami azteckiej teologii - trafił szlag), ale był to też pewnie dzień refleksji - w niejednej azteckiej głowie zaświtać musiała wtedy myśl: "a więc to wszystko było mocno dęte?". Coś podobnego musieli przeżyć niedawno ci wszyscy, którzy uwierzyli, że stanie się Coś Strasznego ledwie tylko z NBP odejdzie Leszek Balcerowicz. Złotówka - padnie, "rynki" - oszaleją, słowem nadejdzie jakaś Katastrofa. Balcerowicz tymczasem odszedł i nie stało się nic nadzwyczajnego ((jeśli pominąć tę okoliczność, że giełda zanotowała kolejny "historyczny szczyt"). Co prawda niektórzy kapłani...to jest niektórzy komentatorzy wieszczą katastrofę w "dłuższej perspektywie", ale - zgódźmy się - "dłuższa perspektywa", to już nie to samo gwałtowne załamanie... I tu pojawia się pytanie: jeśli złotówka nie była w sposób magiczny związana z Leszkiem Balcerowiczem, to od czego właściwie zależy jej kondycja? Otóż, niewykluczone, że wkrótce dowiemy się, iż kondycja złotówki zależy od... Bożego Miłosierdzia. Skąd to przypuszczenie? No cóż - skoro właśnie dowiedzieliśmy się, że Boże Miłosierdzie zaważyło na barku w Polsce lustracji... Ale od początku....

          Z chwilą gdy ulotniła się gdzieś atmosfera lat 90-tych odpowiedź na pytanie "dlaczegóż to nie przeprowadzono w Polsce lustracji?" stała się trudna. Udzielane dotąd odpowiedzi zaczęły wyglądać jakoś naiwnie, straciły urok i moc, stały się nieprzekonujące, słowem -  anachroniczne. Pojawiło się więc zapotrzebowanie na odpowiedź nową, i odpowiedź taka padła: lustracji w Polsce nie było, bo nie chciał jej Jan Paweł II. Jako pierwszy objawił tę nową prawdę bodaj Jacek Żakowski, a potem to już poleciało... Co prawda Żakowskiemu szło najpierw tylko o lustrację w kościele, ale - bądźmy poważni - gdyby papieżowi udało się przeforsować lustrację kościoła nie sposób byłoby uniknąć lustracji i w innych obszarach, tak więc Jan Paweł II blokując lustrację kościelną zablokował lustrację ogólną. Tak to mniej więcej wygląda - jeśli uwierzymy Jackowi Żakowskiemu i innym teologom lustracyjnym.  Ale w imię czego papież miałby stopować lustrację? No więc właśnie w imię Bożego Miłosierdzia. Naiwni myśleli, że anylustracyjny pasztet pichci się głównie przy ulicy Czerskiej w Warszawie, tymczasem inspiracja szła wprost z Watykanu (by nie powiedzieć - z Nieba).

          Niczego tu nie zmyślam. Podobne teorie brzmią ostatnio coraz głośniej. Na przykład pan Wołek - w "Polityce" - pisze: "Rząd dusz piastował w Polsce nie żaden Michnik - lecz, przynajmniej od roku 1978, Jan Paweł II. To on w stopniu przemożnym formował polskie umysły, to on przeorał nasze serca, chociaż można by się smętnie zadumać, jak powierzchownie, jak pobieżnie przyjmowano papieskie nauczanie". Wołkowi nie wyszło to najzręczniej (czy coś przyjmowane "powierzchownie" i "pobieżnie" może "formować" i "przeorać"?), ale znalazł się tęższy teolog, który lepiej wszystko ułożył - prof. Romanowski w „GW”: „Jan Paweł II sprawę Miłosierdzia Bożego postawił w centrum swojego nauczania. Kiedy jednak z minionych lat usiłuję sobie przypomnieć jakiś głos na temat miłosierdzia w życiu publicznym, sztuki wybaczania, gotowości do pojednania – wówczas nie przychodzi mi do głowy nikt z biskupów czy katolickiego laikatu, lecz tylko Adam Michnik”.

      I teraz już wszystko jasne:

      Duch Święty przez swego Namiestnika natchnął Adama Michnika, by ten głosił, że nie mają racji zwolennicy grzesznej lustracji. Za udział w tym bożym trudzie szarpią Michnika źli ludzie, nagroda mu będzie dana - na łonie Abrahama.

      Wykładam rzecz rymem częstochowskim i żółtym w formie dziadowskiej pieśni dobrej do śpiewania po odpustach, bo w tym kształcie łatwiej chyba będzie propagować teologię lustracyjną wśród ludu. Tylko - czy w 2007 roku ktoś w coś podobnego uwierzy? Ale cuda się przecież zdarzają. A to złotówka nie upada, choć Balcerowicz odszedł, a to znani publicyści, jak jeden mąż zaczynają nagle propagować pewien przekaz z papieżem w roli głównej - zupełnie jakby się zmówili (a to przecież niemożliwe - natchnienie musiało spłynąć na nich z Góry!). Tak więc - niech żywi nie tracą nadziei. Gdy już obrońców 3rp wszystko inne zawiedzie – zawsze będą mogli liczyć jeszcze na cuda i Boże Miłosierdzie...     

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „o Miłosierdziu Bożym - czyli teologia postkomunistyczna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2007 10:23
  • wtorek, 16 stycznia 2007
    • socjopatyczna histeria....

          Blogi, jeśli mają być w pełni wartościowym medium, powinny odnosić się i do siebie nawzajem, odniosę się zatem do pewnego bloga (czytuję go, ponieważ jego autorka do tego stopnia liczy się z moim zdaniem, że aż zablokowała mi możliwość komentowania swoich wpisów). Mam na myśli blog o nazwie „Socjopatyczna Malkontentka”. Jego gospodyni zamieściła właśnie utrzymany w tonie cierpiętniczym długaśny tekst, a pretekstu do tej bolesnej obstrukcji dostarczył tym razem Lech Kaczyński, który powiedział: „chrześcijański, czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem w naszym kraju i on nie ma alternatywy”.

          Niżej podaję (mam nadzieję działający) link, nie będę więc dokładnie streszczał wpisu Malkontentki. Kto chce – przeczyta oryginał. Powiem jedynie krótko, że Kaczyński Malkontentkę nastraszył: przeczytawszy jego słowa Malkontenkta poczuła się „wykluczona” i „stygmatyzowana” (było też coś o totalitaryzmie, brunatnych koszulach, Kazimierzu Wielkim i Polsce Jagiellonów, zajęciach ze studentami i romantyzmie, a nad tym wszystkim motto ze świętej Teresy, w sumie – warto zajrzeć, zwłaszcza, gdy kto lubi bigos). No dobrze, ale czy Lech Kaczyński powiedział coś szczególnie kontrowersyjnego? Jego wypowiedź można rozbić na dwa kawałki:

      1. chrześcijański, czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem w naszym kraju.
      2. on nie ma alternatywy.

      Co do punktu pierwszego – nie tak dawno z badań CBOS wynikało, że za katolików uważa się 96 procent badanych (jedynie 4 procent stwierdziło, że religia nie odgrywa w ich życiu ważnej roli). Śmiem twierdzić, że w sytuacji, gdy przywiązanie do jakiegoś systemu deklaruje 96 procent badanych, nazwanie tego systemu „jedynie powszechnie przyjętym” jest niczym więcej, jak stwierdzeniem faktu. Co do punktu drugiego – chętnie zapytałbym Malkontentkę jaką to REALNĄ alternatywę widzi dla obecnego jedynie powszechnie przyjętego systemu wartości w naszym kraju. Jaki system – w miejsce katolicyzmu - może, jej zdaniem, zostać POWSZECHNIE przyjęty? Otóż, takiej REALNEJ alternatywy, moim zdaniem, nie ma. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma alternatywnych systemów. Są oczywiście, także w Polsce. Jednemu z nich hołduje Malkontentka. Twierdzę jednak, że żaden z tych systemów nie ma dobrych widoków na powszechne przyjęcie. A jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej – niech przedstawi zarys drogi, jaką miałoby się to dokonać, i co miałoby być tą alternatywą. Świecki humanizm? Islam? Konfucjonizm? Wolne żarty! Być może katolicyzm zmniejszy stan posiadania, jego hegemonia ulegnie osłabieniu, ale kandydata na nowego hegemona brak. Można się z tego cieszyć, można nad tym boleć – to już inna rzecz. Cóż więc takiego powiedział Lech Kaczyński? Powiedział coś, pod czym podpisałaby się bez wahania większa część socjologów. Dlaczego wobec tego jego wypowiedź wprawiła Malkontenkę w stan histerii? A to już jest kwestia pewnej mentalności, ale opowieść o niej zostawimy na inną okazję (gdyby ktoś chciał jednak pooglądać wykwity tej mentalności – niech pilnie studiuje blog Socjopatycznej...).

      Link do bloga:

      http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/html

      PS

      Zauważyłem, że tym razem nie było nic o „Gazecie Wyborczej”, odrabiam zatem to zaniedbanie. Otóż, dowiaduję, że „ludzie gazety” mają pretensje do pewnego warszawskiego radnego z PiS o to, że ten nazywa „Gazetę Wyborczą” „koszerną”. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek przyjdzie mi się zgodzić z „ludźmi gazety”, ale – stało się – zgadzam się z nimi. Nazywanie „GW” „koszerną” jest nie na miejscu. „GW” nie jest koszerna! „GW” jest trefna!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „socjopatyczna histeria.... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 stycznia 2007 17:13
  • piątek, 05 stycznia 2007
    • ręce do góry....

          "I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu" - głosi ludowa mądrość, ale Francuzi nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i robią różne inne cuda. Ostatnio - na przykład - znaleźli ksenofobię w zupie. A było to tak: organizacja "Solidarność Francuzów" rozdawała paryskim biedakom zupę gotowaną na wieprzowinie. Policja orzekła, że to dyskryminacja - żydzi i muzułmanie unikają wieprzowiny jak ognia - i dokarmianie kazała przerwać (swoją drogą - ciekawe ile francuskich organizacji charytatywnych wystarało się o certyfikaty koszerności dla swoich garkuchni, a jeśli niewiele, to dlaczego padło akurat na "Solidarność Francuzów"?). Sprawa wylądowała w sądzie, sąd orzekł, że - co prawda - faktycznie była to dyskryminacja, ale zupę je kto chce, więc nie można takiej dyskryminacji zakazać. W tym miejscu wtrącił się burmistrz Paryża, który skarcił sąd słowami: "W obliczu tej inicjatywy, która śmierdzi ksenofobią, chcę jeszcze raz wyrazić pragnienie ratusza, by zwalczać wszelkie formy dyskryminacji, rasizmu i antysemityzmu". I na tym - póki co - stanęło.

          W Polsce nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale przeżywamy właśnie swoją własną histerię związaną z tzw. "hajlowaniem". Oto popularnym sportem stało się polowanie z aparatem fotograficznym na narodowców podnoszących rękę. Przyłapany na czymś podobnym narodowiec zaliczony zostaje w poczet "neonazistów" po czym rozpoczyna burzliwą medialną karierę. Narodowcy ze swojej strony, tłumaczą, że - bynajmniej - nie wykonują gestów nazistowskich, ale - tradycyjne gesty narodowców. I - jak raz – mogą mieć rację. Wystarczy sięgnąć choćby do opracowania "Obóz Narodowo Radykalny. Geneza i działalność" Szymona Rudnickiego, by na stronie 30 przeczytać o takich zwyczajach Ruchu Młodych Obozu Wielkiej Polski: "Witano się podnosząc prawą rękę w górę z zawołaniem "czołem". I teraz można się zastanawiać: czy współcześni narodowcy "tak naprawdę" oddają się neonazistowskim bachanaliom mydląc publiczności oczy gadaniem, że nawiązują do własnej tradycji, czy też - przeciwnie - nawiązują do tradycji przedwojennych narodowców, ale niektórym kojarzy się to z NSDAP? Oczywiście dla zawodowych łowców "nazistów" rzecz jest obojętna - dla nich OWP czy NSDAP to "wsio ryba", ale dla kogoś, kto nawet nie ceniąc narodowych radykałów ceni precyzję sprawa tak prosta już być nie musi.

          W tym miejscu może pojawić się argument: tak czy owak, to nieważne kto jeszcze oprócz nazistów podnosił łapę. Skojarzenie z nazizmem jest dominujące, bo NSDAP zdobyła sobie, największą i trwałą popularność w świadomości społecznej. Naziści, można powiedzieć, zmonopolizowali „hajlowanie” i cześć...  Chętnie przyjąłbym ten argument, ale pamiętam, że gdy pani Nieznalska wystawiła w galerii krzyż z wmontowanym zdjęciem fallusa, byli tacy, co mówili, że katolicy nie powinni się obruszać, albowiem krzyż jest uniwersalnym znakiem kulturowym i chrześcijanie nie mają nań monopolu (a poza tym, gdy kto nie chce czegoś takiego oglądać - niech nie łazi do galerii i nie ogląda). A mówili takie rzeczy akurat przedstawiciele środowisk wojujących z "nazizmem" - na przykład pani Kinga Dunin. Jak nietrudno zauważyć argument ten pasuje równie dobrze do krzyża, jak i do swastyki, czy do podnoszenia ręki. Można wywodzić, że naziści nie mają monopolu na powitanie przez podniesienie ręki, a jeśli kogoś takie powitania rażą, to niech nie wprasza się na prywatne imprezy narodowców. Rzecz prosta – i takiego argumentu łowcy „nazistów” nie kupią. Mam więc dla narodowców inną radę. Otóż, powitanie przez podniesienie ręki upodobali sobie nie tylko młodzi z OWP czy członkowie NSDAP, ale też tzw. „syjoniści-rewizjoniści” pana Żabotyńskiego (takich patentów jak mundury, czy bojówki też – bynajmniej – nie unikali). Co prawda „syjoniści-rewizjoniści” mogą robić za „żydowskich faszystów” (byli tacy, co ich tak nazywali), równie dobrze jak ONR robi za „faszystów polskich”, ale myślę, że gdyby współcześni narodowcy twierdzili, że podnosząc ręce odwołują się do ich tradycji, to mogłoby to chwycić. Ostatecznie robienie im w takim wypadku wyrzutów byłoby równie dobrym przejawem antysemityzmu, co i wieprzowina w zupie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „ręce do góry....”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 05 stycznia 2007 17:50