komentarze z onetu

Wpisy

  • poniedziałek, 27 lutego 2006
    • Męczennicy

      W poznańskich tramwajach pojawić się dziś mają zdjęcia kilku chrześcijan zamordowanych, czy pomęczonych ostatnio z powodu wyznawanej przez nich religii, tym sposobem organizatorzy akcji zwrócić chcą uwagę publiczności na prześladowania, jakim podlegają chrześcijanie w różnych zakątkach świata. Akcję uznano w mediach za „kontrowersyjną”, gdyby w tramwajach zawisnąć miały zdjęcia lewackich bojówkarzy ustrzelonych przez policję kraju rządzonego przez prawicową dyktaturę, akcja, jak sądzę, w oczach mediów za „kontrowersyjną”, by nie uchodziła, ale cóż, chodzi o chrześcijan, a ci, jak wiadomo, nie są kontrowersyjni, tylko wówczas, gdy sami dyskryminują. O chrześcijanach-ofiarach mało się słyszy, tymczasem to chrześcijaństwo właśnie jest bodaj najmocniej dziś prześladowaną religią na świecie, kilka lat temu książkę na ten temat napisał włoski dziennikarz, Antonio Socci, według niego: „Współcześnie, zgodnie z wynikami (...) badań, najbardziej autorytatywnych, lecz których oczywiście nie należy traktować jako prawdy objawionej, rocznie traci życie z powodu wiary w Jezusa Chrystusa około 160 tysięcy osób”. Socci podaje dane z roku 2000, zginąć w tym roku miało 100 tysięcy katolików, 30 tysięcy protestantów, 14 tysięcy prawosławnych, oraz 16 tysięcy wyznawców innych odmian chrześcijaństwa, w sumie właśnie 160 tysięcy osób. Sto sześćdziesiąt tysięcy w ciągu roku, to bilans tak zadziwiający, że aż trudno weń uwierzyć, powiedzmy więc, że dane są przesadzone, że ginie, bo ja wiem?, osiemdziesiąt tysięcy. To nadal dużo. A jednak zjawisko to nie funkcjonuje w świadomości społecznej, a nie funkcjonuje głównie z tego powodu, że nie zajmują się nim media głównego nurtu. Dlaczego się nie zajmują? Być może w sedno trafił cytowany przez Socciego Michael Horowitz, który zauważył, że „elity intelektualne, którym leżą na sercu sprawy buddystów z Tybetu, Żydów z byłego Związku Sowieckiego oraz muzułmanów z Bośni, z łatwością odrzucają pogląd, że chrześcijanie mogą być w równym stopniu ofiarami prześladowań”. I tu jest pies pogrzebany. Lewicowe elity, a one dziś nadają ton, nie są za mocno zainteresowane chrześcijańskimi męczennikami, bo same chrześcijaństwa nie znoszą, widząc je jako ponurą religię, której historia to pasmo głupoty i zbrodni. Czy nie ma więc męczenników miłych sercu tuzów lewicowego intelektu i liberalnych gwiazd medialnych? Ależ są! I to nie tylko wymienieni przez Horowitza buddyści, Żydzi i muzułmanie. Oto, w ubiegłym tygodniu z wielkim hukiem wróciły „Tiszerty dla wolności”. Sprawa jest stara, bodaj rok temu koszulki reklamowały w mediach różne publiczne osobistości, ktoś tam założył koszulkę z napisem „mam spiralę”, ktoś inny obnosił się z napisem „masturbuję się”, zaś Kazimiera Szczuka pozowała w koszulce opatrzonej wyznaniem „mam okres”. Wszystko to dla wolności, rzecz prosta, albowiem, jak wiadomo, nie można beztrosko oznajmić, dajmy na to osobom, z którymi los zetknął nas w pociągu, „masturbuję się”, czy „mam spiralę”, to znaczy, niby można, ale spotkałoby się to z dystansem, a nie z entuzjazmem, niektórych ten dystans męczy, bo niby, czego tu się wstydzić, więc gdyby tak te uprzedzenia znieść, wszystkim żyłoby się swobodniej, krótko mówiąc przestrzeń wolności znacznie by się zwiększyła, a skoro tak, jest o co powalczyć. Mamy tu okazję do kolejnej akcji wyzwoleńczej, nic więc dziwnego, że specjaliści od wyzwalania nas od konwenansów z entuzjazmem akcję poparli, stąd wspomniana już sesja zdjęciowa reklamująca „Tiszerty dla wolności”, dzięki której wyzwoleńcze koszulki z napisami „mam okres”, „masturbuję się”, czy „mam spiralę” zaistniały w przestrzeni medialnej 100 razy mocniej, niż 160 tysięcy zabitych, gdzieś tam na świecie chrześcijan. Stało się tak ku wielkiemu zadowoleniu miłośników wolności, albowiem, jak wiadomo, koszulki wyzwalają, zaś chrześcijaństwo zniewala. Nie ma wątpliwości: uczyniony został kolejny krok ku Nowemu Wspaniałemu Światu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Męczennicy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2006 19:46
  • niedziela, 19 lutego 2006
    • Niedorzecznicy

      Sejm miał w piątek wybrać „Rzecznika Praw Dziecka”, ale nie wybrał. O ile dobrze usłyszałem stało się tak za sprawą posłanki Sobeckiej, która zrobiła prezydium Sejmu w konia: przesłała pismo informujące o swojej rezygnacji z ubiegania się o urząd rzecznika w formie kserokopii, po czym, gdy przyszło co do czego, oznajmiła, że to się nie liczy. Prezydium dało się więc podejść jak dziecko – skoro już o prawach dzieci mowa – za to pani Sobecka, zdaje się być babą kutą na cztery nogi. Gdy jakiś czas temu lider SLD Wojciech Olejniczak oznajmił, że kobieta z natury jest kłamliwa, zastanawiałem się, skąd tak młody człowiek, tyle wie o kobietach. Myślałem, że to może Leszek Miller, słynny kogut, czołowy ekspert lewicy od spraw damsko-męskich mu coś naopowiadał, ale chyba nie; Olejniczak po prostu nabrał doświadczenia obcując ze swoimi koleżankami-posłankami w czasie poprzedniej kadencji Sejmu. Jeśli wszystkie przypominają panią Sobecką, zrobią Olejniczaka cynikiem przed czterdziestką. O ile jednak kobiecej natury zmienić się nie da, o tyle z urzędami jest łatwiej, można je przekształcać, a nawet – uwaga! – likwidować. Tymczasem, przy okazji ustalania kandydatur na urząd rzecznika, nasłuchaliśmy się do rozpuku, o tym, że pani X jest lepsza od pani Y, a nikt jakoś nie wpadł na pomysł, by odesłać instytucję „Rzecznika Praw Dziecka” do diabła. Nawet Platforma Obywatelska, partia, ponoć, liberalna, zamiast krzyczeć „zgnieść to paskudztwo!”, wystawiła własną kandydatkę. Wszystko to pewnie ze strachu. Kto by się tam na „rzecznika praw dziecka” ważył zamachnąć! Zadziobano by takiego zuchwalca. Usłyszałby, że nie kocha dzieci, że w Polsce, choć jest rzecznik, dzieci się topi w beczkach, więc bez rzecznika, to już w ogóle byłaby tragedia, że dzieci głodują, więc jak to tak, bez rzecznika, że .... krótko mówiąc usłyszałby, że jest potworem, co na dobro dzieci dybie. Rzecz prosta, w tej sytuacji, nikt instytucji rzecznika nikt nie ruszy. A szkoda. Dzieci by tej „krzywdy” nie odczuły wcale, jeśli ktoś w ogóle zostałby skrzywdzony, to rzecznik, który utraciłby synekurę. Takie to mniej więcej „straty” ponosi się przy likwidacji urzędów tego gatunku. Gdy likwidowano urząd pełnomocnika do spraw równego statusu (czy jak się to tam nazywało), Magdalena Środa wieszczyła, że likwidacja może zmienić sytuację kobiet na gorsze, i rzeczywiście, kilka kobiet znalazło się w gorszej sytuacji. Mam na myśli panią Środę i jej koleżanki, brutalnie odcięte od posad i budżetowej kroplówki. Reszta kobiet zdaje się likwidacji urzędu nawet nie zauważyła. Czym bowiem zajmują się u nas tacy „rzecznicy praw” czy „pełnomocnicy od spraw”? Tym, czym zajmuje się każde biurokratyczne perpetuum mobile raz puszczone w ruch: dowodzeniem swojej niezbędności. Mówiąc inaczej: pisuje listy do gazet, produkuje analizy, organizuje i współorganizuje konferencje, oraz „interweniuje”, to znaczy, gdy zdarzy się coś niedobrego, rzecznik dzwoni i mówi: „żeby mi to było ostatni raz!”. Dochodzą do tego jeszcze dwa numery popisowe: „przygotowywanie projektów ustaw” (urząd pełnomocnika od zrównania robił to bodaj przez 3 lata, ale pewny nie jestem), oraz, od niedawna, drenowanie kieszeni europodatnika, czyli „pozyskiwanie środków z Unii Europejskiej”. No, to ostatnie, to już argument nie do odparcia! „Pieniądze dają! Grzech nie brać! Nie ruszajcie rzecznika, bo nam forsa przepadnie!” Pieniędzy może i szkoda, ale kto wie, czy koszty utrzymywania urzędu nie są większe, zwłaszcza, że spora część pozyskanych środków idzie na opłacenie krewnych i znajomych królika, którzy się do urzędu przyssali i realizują różne „projekty”. Trzeba by to wszystko policzyć. Przyjrzałem się działalności urzędu pełnomocnicy do spraw równości, przejawiał on taką właśnie aktywność, jaką opisałem powyżej, ze szczególnym uwzględnieniem monitoringu mediów. Wykaz podejmowanych działań składał się bowiem głównie z przykładów korespondencji pełnomocnicy z prasą krajową i lokalną, oraz z telewizjami. Można z tego wnosić, że w czasie, gdy pełnomocnica nie zajmowała się pisaniem listów do mediów, zajmowała się przeważnie czytaniem gazet i oglądaniem telewizji. Teraz zajmuje się mniej więcej tym samym, i pisuje felietony o tym, co ostatnio zobaczyła w telewizji, ale robi to już nie za publiczne pieniądze, ale za pieniądze „Agory”, więc sytuacja jest zupełnie inna. Nie narzekam wcale na brakoróbstwo naszych dotychczasowych pełnomocników i rzeczników! Przeciwnie. Lepiej by nic nie robili, zamiast robić różne „rewolucje mentalne”, bo tym trudnią się instytucje tego rodzaju, gdy już naprawdę zabiorą się do roboty. Ale o tym będzie innym razem. Urząd „pełnomocnika do spraw równego statusu” nabierał powoli rozpędu, pełnomocnica i jej przyboczne już, już miały odłożyć gazety, przestać pisać listy do mediów i zabrać się na poważnie za wychowywanie Nowego Człowieka, na szczęście sytuacja polityczna się zmieniła i tej hydrze łeb odcięto. Że odrośnie, prawie pewne, póki co mamy chwilę spokoju ...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Niedorzecznicy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2006 12:55
  • czwartek, 16 lutego 2006
    • Fobie postępowe i reakcyjne

      Jak wiadomo jakiś czas temu lewica zwinęła sztandar z napisem „Postęp”, a wyciągnęła sztandar z napisem „Prawa”, można to zresztą zrozumieć, pod sztandarem „postępu” nawyczyniano takich brewerii, że słówko mocno się zużyło, „prawa” są w lepszym stanie, można z nich czas jakiś korzystać. Dodajmy, że nowy sztandar służy lewicy, do tego, co i stary, to jest do walenia nim po łbie oponentów. Patent jest prosty: taki czy owaki postulat, na spełnienie którego mamy ochotę nazywamy „prawem”, i – dopóki nie dostaniemy, czego chcemy – krzyczymy, że „odmawia się nam naszych praw”. W ten sposób postulaty wolnej aborcji i refundacji środków antykoncepcyjnych stały się „prawami reprodukcyjnymi”, a postulat wprowadzenia „małżeństw” monopłciowych zyskał ponętny kształt „praw gejów i lesbijek”. Jest to rzecz prosta intelektualny terroryzm, o postulatach można dyskutować jak równy z równym, no, ale gdy ktoś „odmawia praw”, to już zupełnie co innego, o prawa się walczy, i tak właśnie wygląda dziś lewicowa retoryka – lewica „walczy o prawa”, zwłaszcza o prawa kobiet i homoseksualistów, równie zaciekle jak niegdyś o „postęp”. Kobiety, a raczej feministki, i homoseksualiści pojawiają się tu nie od rzeczy, na wymianie sztandaru bowiem się nie skończyło, lewica zmieniła też obiekt działań wyzwoleńczych – dziś na topie są kobiety i geje. A co z robotnikami, żeby już nie mówić o chłopach-biedniakach? Ano – nic. Wielkoprzemysłową klasę robotniczą puszczono kantem, bo też ostatnio jakby straciła na znaczeniu, zupełnie jakby nie wiedziała, że Marks wieszczył co innego, zresztą – bądźmy szczerzy – czy nie przyjemniej wyzwalać pederastów i kobiety? Robotnicy są brudni, piją tanią wódkę, nie czytują modnych filozofów, pederastów nie lubią, poglądy na stosunki damsko-męskie mają patriarchalne, wolny czas spędzają przed telewizorem, albo w obskurnych knajpach, słowem, są dość odrażający, nie to, co geje i feministki! Geje zadbani są od zawsze, a feministki od pewnego czasu, to jest od chwili gdy uznały, że depilacja i kosmetyki to nie tylko piekielne narzędzia systemu, ale też coś, co może sprawiać kobiecie przyjemność, byle używać tego świadomie, do tego feministki i gejowscy aktywiści bawią się w dobrych lokalach, a przy tym są wprost napompowani najmodniejszymi teoriami, takimi, o jakich właśnie dyskutuje się w paryskich i nowojorskich salonach, jest więc o czym pogadać, robotnicy ani się do nich umywają. Dawniej lewicy było trudniej, Jacek Kuroń pierwszego robotnika, z którym mógł pogadać spotkał gdzieś tak około 1978 roku, a i ten –jak się okazało- nie był szczerym proletariuszem, tylko współpracownikiem tajnej policji, więc i to się chyba nie liczy. By dowieść wyższości nowej lewicowości, dość powiedzieć, że kwaterę główną warszawska Nowa Lewica założyła sobie w „Le Madame” – lokalu prowadzonym przez ciemnoskórego (!), homoseksualnego(!!) górala (!!!), ponoć jest to najmodniejsza knajpa w stolicy, to tak, jakby przedwojenni komuniści zbierali się w „Adrii”, zamiast męczyć się po ciasnych mieszkaniach, postęp jest tu niewątpliwy, wyzwalanie zrobiło się przyjemniejsze i jakieś takie bardziej rozrywkowe, aż zazdrość bierze, i zaczyna się człowiek rozglądać za jaką bliższą prawicy, a dyskryminowaną grupą o której prawa dałoby się powalczyć, choćby gwałtem. I rzeczywiście, jest taka grupa – kler. Jakże to? – zakrzykniecie – to kler jest dyskryminowany? A jest. Nie mniej niż homoseksualiści przynajmniej. Bo też zastanówmy się: homoseksualiści przez prawo dyskryminowani nie są, to, co nazywają „dyskryminacją” sprowadza się do tego, że, po pierwsze, chcieliby mieć pewne przywileje - takie, jakimi cieszą się małżeństwa – oraz, po drugie, nie podoba im się to, że są tacy, co homoseksualistów nie lubią, i czynnie to okazują. Te dwa powody wystarczają w zupełności, by gardłować o dyskryminacji, a ten sposób, jak łatwo zauważyć, dyskryminowani są wszyscy, bo każdy chyba jest nie od tego, by nie chcieć jakiego przywileju, a też i nie ma takich, których wszyscy lubią. Rudych poniżają bo są rudzi, grubych bijają za tuszę, z wysokich się śmieją, bo są za wysocy, z niskich, bo są za niscy, z okularników, bo noszą okulary, a i antyklerykałów, skoro już o klerze mowa, nie brak. Sytuacja kleru jest zresztą nawet gorsza, niż homoseksualistów, bo o ile nie ma pism specjalizujących się w homofobii, to pisma antyklerykalne, owszem, są, by wymienić tylko „Nie” czy „Fakty i mity”. Dobrze – powiecie – mniejsza już o przywileje, ale może homoseksualistów nie lubi się jakoś bardziej? Czy, gdyby policzyć akty dyskryminacji, to nie okazałoby się, że tych wymierzonych w homoseksualistów jest najwięcej? Odpowiadam: nie mam pojęcia. Nikt chyba takich rachunków nie prowadzi, może więc w grę wchodzi po prostu stopień zorganizowania środowiska? O homoseksualistach słyszy się najwięcej, bo najgłośniej krzyczą, albo mają najwięcej wtyczek w mediach? We Francji na przykład jest urząd pełnomocnika do spraw osób starszych, pełnomocnik, rzecz prosta policzył ilu jego podopiecznych spotykają różne przykrości, i wyszło mu, że w 2002 jakieś 800 tysięcy staruszków było „maltretowanych”, idę o zakład, że – nawet po uwzględnieniu różnic procentowych, w końcu staruszkowie ciągle jeszcze przeważają chyba liczebnie homoseksualistów – było tego więcej niż aktów czynnej homofobii, a przecież Pismo nakazuje starszych szanować, a pederastów kamienować, a nie odwrotnie, więc może ten wynik, to efekt francuskiej laicyzacji, o której tyle się mówi? Mniejsza już o to, wracajmy do rzeczy, to jest do dyskryminacji kleru, no więc, gdyby tak policzyć ile mamy rocznie antyklerykalnych wyskoków, to może nie byłoby tego mniej, niż różnych anty -gejowskich psikusów? Diabli wiedzą, tak czy owak, coś by się tam uskładało. Pomysł na jakiś przywilej dla kleru też dałoby się znaleźć, oczywiście w formie żądania praw, niechby to było i prawo do adopcji, bo to modne, a przy tym można przechwycić całą gejowską argumentację i wołać: „chyba lepiej, żeby się dzieciak chował przy jakiej plebani, niż męczył w ponurym domu dziecka”, dodajmy do tego demonstracje przeciw szalejącym antyklerykałom, i już mamy walkę z dyskryminacją, może by Unia Europejska przyznała na to jakiś grant, więc gra jest warta świeczki. A gdyby kler nie chciał, żeby o jego prawa walczyć? Bądźmy poważni, a który z bojowników dba o takie szczegóły? Czy komuniści pytali robotników czy życzą sobie zostać wyzwolonymi? Czy feministki pytają o to kobiety? Wyzwala się przemocą i podstępem, dla dobra wyzwalanych i cześć, a kler jest dyskryminowany i trzeba coś z tym zrobić. Widzę zresztą dalsze cele. Oto dowiaduję się, że niejaki profesor Dunbar z Uniwersytetu Kalifornijskiego pragnie wpisać homofobię, definiowaną jako „silne uprzedzenia wobec homoseksualistów” na listę chorób i zaburzeń psychicznych, basuje mu pani Chaiken (?) z kalifornijskiego wydziału karnego, twierdząc: „traktujemy rasizm i homofobię jak zaburzenia urojeniowe”. Medykalizacja oponenta ma długą tradycję, jeszcze w czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych diagnozowano u lojalistów rodzaj gorączki przejawiającej się wiernością Koronie, w Związku Soweckim pakowano dysydentów do szpitali psychiatrycznych z diagnozą schizofrenii objawiającej się krytycyzmem w stosunku do radzieckiej rzeczywistości, wpisuje się więc prof. Dunbar w pewne tradycje, wpiszmy się i my przy okazji, bo czyż antyklerykalizm, czyli „silne uprzedzenie wobec kleru” nie przypomina wypisz wymaluj homofobii? Oczywiście – przypomina. Kler w antyklerykale, podobnie jak gej w homofobie budzi poczucie zagrożenia i agresję, a poza tym i tu i tu mamy do czynienia z odrazą do zwyczajów seksualnych. Kto nie wierzy, niech poczyta, co antyklerykałowie mają do powiedzenia o celibacie. Krótko mówiąc antyklerykalizm jest zaburzeniem urojeniowym nie gorszym niż homofobia, i skoro na liście chorób i zaburzeń psychicznych homofobia zmieścić się może, to i dla antyklerykalizmu miejsce się znajdzie, jeśli się koło tego dobrze zakręcić, jest więc o co powalczyć. Zatem – do dzieła!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Fobie postępowe i reakcyjne”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lutego 2006 19:30
  • wtorek, 14 lutego 2006
    • Walentynki

      Dziś dzień świętego Walentego, patrona epileptyków, więc wypada napisać coś o polityce, bo też od kilku miesięcy nasza scena polityczna zdaje się trwać w stanie permanentnego ataku epileptycznego. Ostatnie nasilenie mieliśmy wczoraj. W związku z pogłoskami o możliwości rozwiązania Sejmu, politycy i dziennikarze przez pół dnia szaleli niczym mrówki w kopniętym mrowisku. Ciągną się te drgawki od wyborów, końca nie widać, wielu krzyczy „skandal!”, a ja się cieszę. Cieszę się, bo mi się zdaje, że całe to zamieszanie bierze się stąd, że najpoważniejsze polityczne gry zaczynają wreszcie wchodzić w instytucjonalne ramy dla nich przeznaczone, zamiast toczyć się gdzieś na zapleczu, przy zasłoniętych oknach, i przygaszonym świetle. A że brzydko to wygląda, to już trudno. Wzniosłe bywają dyktatury, w demokracji się kupczy i mami, „wy mi to, to ja wam tamto”, i pół biedy, gdy się to odbywa przy uchylonej kurtynie. Główna patologia III RP na tym właśnie polegała, że oficjalne życie polityczne było pół atrapą, a to, co najważniejsze załatwiano gdzieś na boku, jak to przy jakiejś okazji ujął Józef Oleksy, polityka salonowa przeważała nad sejmową. Tu akurat Józefowi wierzę, Sejm, Senat i Pałac, były to instytucje do opanowania, żeby był w nich spokój, w Sejmie obecnym spokoju, póki co, na szczęście, nie ma. Ledwie gra o władzę i wpływy stała się bardziej otwarta, a już zaczęły pokazywać się rzeczy zastanawiające. Publiczność zobaczyła na przykład jak mocno w politykę uwikłały się nam media. Niby było to wiadome, ale teraz to już wręcz bije po oczach. Dziennikarskie gwiazdy w Polsce bywają politykami, kaznodziejami, wychowawcami, ale dziennikarzami – rzadko. Ubawił mnie więc redaktor Stasiński, gdy niedawno z grymasem obrzydzenia oznajmił, że „medialne imperium” Radia Maryja, to nie medium, a ośrodek usiłujący kreować sytuację polityczną. A czymże innym jest „medialne imperium” dla którego żyły wypruwa sobie redaktor Stasiński? To medialno-polityczne uwikłanie ma i ten skutek, że od chwili, gdy do głosu doszedł układ, z którym medialne gwiazdy są na dystans, komentatorzy polityczni z lekka zgłupieli. Z poprzednim układem żyli w pół miłosnym uścisku, no – w każdym razie w symbiozie, mieli różne przyjaźnie i dojścia, teraz im się to naderwało, skazani są więc mocniej na siłę własnego rozumu, w związku z czym naprodukowali całą masę prognoz i analiz, które okazały się niewiele warte. Redaktor Paradowska, na przykład, z oczu Jarosława Kaczyńskiego wyczytała, że Lepper na bank zostanie premierem. No doprawdy, skoro sama redaktor Paradowska musi się chwycić takiego wróżenia, to, doprawdy ciekawych czasów dożyliśmy. Wczoraj też, niektórzy z tych, co wieszczyli rozwiązanie Sejmu, nie wytrzymali, zaczęli krzyczeć, że Sejm już właściwie rozwiązany, że „ja wiedziałem, że tak będzie”, powyciągali swoje wróżby na dowód przenikliwości, i znowu nic. A i w samym Sejmie odkąd stał się głównym polem starcia o realną władzę dzieją się cuda. Widzieliśmy już liberałów licytujących się na socjalność z socjalistami, widzieliśmy opozycję, która chciała gwałtem uchwalić rządowi budżet, widzieliśmy lidera tejże opozycji, który oznajmiwszy, że aktualny układ sejmowy pcha kraj do zguby, zagroził akcją obywatelskiego nieposłuszeństwa, gdyby .... prezydent rozwiązał parlament. A wszystko to przy wtórze okrzyków „my wyborów się nie boimy!”. Są to fenomeny zadziwiające, a czeka nas jeszcze więcej atrakcji, bo oto dochodzą mnie słuchy, że Jan Rokita – ten sam, który mówi, że po pierwsze, rząd nic nie robi, a po drugie, wszystko, co robi, robi źle (!) – wpadł podobno na pomysł, żeby zgłosić w Sejmie propozycje podatkowe PiS, które, o ile mnie pamięć nie myli, PO w trakcie kampanii wyborczej krytykowała do upadłego. Co będzie dalej nie wiem, w przeciwieństwie do redaktor Paradowskiej, nie mam za wielu okazji do patrzenia w oczy Jarosława Kaczyńskiego, ale będzie ciekawie. To pewne. A demokracja, wbrew temu, co niektórzy krzyczą, zagrożona nie jest. Może i szkoda....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Walentynki”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lutego 2006 18:43
  • poniedziałek, 13 lutego 2006
    • Blasfemia

      Zaroiło się ostatnio od bluźnierstw, zapanowała wręcz jakaś moda na blasfemię. Zaczął redaktor Gauden z „Rzeczypospolitej”, który zebrał się na odwagę i stawiając na szali zdrowie polskich dyplomatów, puścił w swojej gazecie karykatury Mahometa. Dawniej mawiano, że Anglia gotowa jest poświęcić dla wolności ostatniego francuskiego żołnierza, zdaje się, że i redaktor Gauden gotów jest wiele w imię wolności zaryzykować. Śmiały gest redaktora dał początek całej bluźnierczej serii, oto redakcja reaktywowanej „Machiny” wpadła na koncept, by dać na okładkę Madonnę zrobioną na Matkę Boską Częstochowską. Jakimś sposobem wypatrzyli to paulini, zrobił się szum, redakcja idzie w zaparte „jaki skandal?”, „co za szukanie taniej reklamy?”, „o co w ogóle chodzi?”, ale zamysł jest tu tak jawny, że nawet zawodowi bojownicy o wolność kpienia z cudzych świętości są nieco zażenowani, i wolą rozdzierać szaty w związku z aresztowaniem przez policję zdjęcia rogatej Matki Boskiej, co się zdarzyło bodaj w Myślenicach. Policję napuściły miejscowe babcie, ale redaktor Osęka dostrzegł w tym dalekosiężną rękę ojca Rydzyka. W środowisku redaktora Osęki ojciec Rydzyk nabiera cech zła zgoła już metafizycznego, ale to temat na inną okazję. Wracając do Myślenic – w związku z całą tą policyjno-religijną aferą doszło do zabawnego qui pro quo, okazuje się bowiem, że rogata Matka Boska, to nie Matka Boska, tylko celtycka wróżka Maligna, o której – wstyd pisać – miejscowe babcie dotąd nie słyszały, w co trudno uwierzyć redaktorowi Osęce, który, jak się wydaje, gdy mówi o Malignie, to wie, o czym mówi. Ale co tam Mahomet, Matka Boska, czy wróżka Maligna. Wszystko to są żarty. Prawdziwe bluźnierstwo strzeliło gdzie indziej: na stronach internetowych Instytutu Pamięci Narodowej pokazał się tekst „oczerniający Jacka Kuronia”. Na takie szarganie świętości zawyła „Gazeta Wyborcza”. Babcie z Myślenic, które bezwiednie stanęły w obronie czci wróżki Maligny smagnięto tylko drobnym felietonem, za to w pana Gontarczyka, autora tekstu „szkalującego Jacka Kuronia” walnięto potężnym artykułem. Odpór bluźniercy dał cały hufiec obrońców dogmatu o niepokalanej przeszłości Kuronia. Pod przewodem niezawodnego w takich razach Wojciecha Czuchnowskiego, stanęli „nestor polskich historyków” oraz „najlepszy w Polsce specjalista od komunistycznej propagandy”. Jakby nestora i najlepszego specjalisty było mało, z boku harcował jeszcze Seweryn Blumsztajn z komentarzem. To szacowne grono wdeptało Gontarczyka w ziemię, ich subtelne wynurzenia roiły się od zwrotów w rodzaju „nieuctwo”, „tałatajstwo”, „pętak”, „hańba nauki historycznej”, czy – w stylu zgoła barokowym – „ponura kontynuacja moczarowskiej propagandy”. Skoro znalazł się wśród autorów najlepszy w kraju specjalista od propagandy komunistycznej, to mógłby przy okazji powiedzieć, czy tekst, do którego powstania przyłożył rękę z czymś mu się aby nie kojarzy, ale my zastanówmy się skąd taka zapalczywość?  By to zrozumieć, wypada cofnąć się do czasów, gdy oficjalnym kultem był w Polsce kult Józefa Stalina. Kult obsługiwało spore kolegium kapłanów, wiodło im się nieźle, aż tu - trach! – Stalin umiera, i, co gorsze, zaczyna się mówić, że nie był znów tak wspaniały ani genialny, że właściwie był to łajdak, i, że może trochę przesadzono z tym kultem, słowem kapłani, którzy przez lata całe dmuchali balon z napisem „Stalin” obudzili się z ręką w nocniku. Wówczas jeden z arcykapłanów orzekł, że skoro skończyło się kapłaństwo, to zostało już tylko błazeństwo, kapłani z miejsca poubierali błazeńskie czapki, i zaczęli szydzić z tych, na których wcześniej pluli. Był to jednak pewien postęp, AK-owcy, na przykład, którzy wcześniej byli dla kapłanów bandą faszystów, dla błaznów stali się bandą ciężkich frajerów, w sumie więc poszło ku lepszemu. Ale człowiek to takie stworzenie, że samo błaznowanie mu nie wystarczy, od czasu, do czasu musi oddać się jakiemuś bałwochwalstwu. Eks-kapłani raz sparzywszy się na kulcie publicznym, zabrali się za kult prywatny i zaczęli czcić samych siebie. Polegało to na wzajemnym nasładzaniu, Miś chwalił Rysia, Ryś, Zdzisia, Zdziś Misia, i tak na okrągło, całe to przekonywanie się o własnej wspaniałości ciągnęło się przez lata całe i przez pokolenia, bo narybek przejmował zwyczaje starszych. Czasem tylko coś zgrzytnęło, gdy na przykład Zbyś doszedł do wniosku, że Ryś to krętacz, a i Miś ma łajdacką stronę, ale wtedy cała reszta krzyczała głośno „Wariat!”, i jakoś to szło. A w praktyce wyglądało tak: Bronisław Geremek o Adamie Michniku: „Adam Michnik jest nie tylko redaktorem, jest nie tylko arką przymierza z dysydencją kraju i świata. Ale także jednym z najznakomitszych polskich pisarzy politycznych, łączących wyobraźnię historyka z odważnym wizjonerstwem intelektualisty, wrażliwość poetycką z „mędrca szkiełkiem i okiem”, czyli z rygorami myślenia”, Adam Michnik o Bronisławie Geremku: „Znakomity intelektualista, wybitny polityk, łączący zręczność z jasnymi etycznymi zasadami. (...). Profesorski chłód, ironiczny żart, moralna pasja poddana rygorom dyplomatycznej elegancji. Bronisław Geremek to wielki świadek i kreator naszego czasu(...)., itd., itd. Tym sposobem samochwalcy nakręcili taką atmosferę, że gdy się w „Rzeczypospolitej” ukazał tekst o Michniku, w którym natężenie czołobitności było nieco mniejsze niż zwykle, znajomi gratulowali redaktorowi naczelnemu odwagi, mocniej, niż przy okazji karykatur Mahometa, a jeśli chodzi o autora rzeczonego tekstu, to – jak zaświadcza Smecz – autor sam przyznaje, że się na coś podobnego porwał, bo mieszka w Kopenhadze. Teraz już rozumiecie jaki to wstrząs, gdy jakiś pismak z IPN-u godzi w samego Jacka Kuronia. „Ketman”, którego wypracowania wykorzystał Gontarczyk, dostał ponoć sercowego ataku, pewnie z tego powodu, że się do bluźnierstwa przyłożył, co prawda mimowolnie, ale zawsze to wstyd. No dobrze, ale co takiego strasznego napisał ten zbrodzień Gontarczyk? Ano tyle mniej więcej, że Kuroń to nie był taki boży człowiek, co się żywi tylko wódką i ideą, ale że miał polityczne ambicje, i uprawiał polityczne gry, a wszystko to związane było z jedną partyjną frakcją, do tego i on, i jego podopieczni, byli raczej internacjonalistycznymi komunistami, niż lokalnymi patriotami. Bogiem a prawdą, żeby dojść do takich wniosków, nie trzeba raportów „Ketmana”, dość poczytać co napisali Kuroń z Michnikiem, bo i z tego wynika, że Kuroń  był to lewak, przy którym Gomułka zdaje się monarchistą, a i młodzi akolici Kuronia wiele się pod tym względem od swojego mistrza nie różnili, chociaż Michnik twierdził, że odszedł od „Walterowców”, bo Kuroń był dla niego za czerwony. Ale to są subtelności, które mogą rozważać Michnik z Żakowskim, a nie jakiś Gontarczyk z IPN, w związku z czym z Gontarczykiem rozprawiła się brygada szybkiego reagowania. I wszystko byłoby dobrze, jak dawniej bywało, Gontarczyk obłożony klątwą pogrążyłby się najpierw mroku hańby, później w mroku niepamięci, gdyby nie psikus ze strony IPN. Bo oto, gdy obrońcy dogmatu niepokalanej przeszłości Jacka Kuronia zadzwonili do Instytutu, zamiast kajania i obietnic poprawy usłyszeli taką bezczelną mowę: „IPN prezentuje na łamach swoich wydawnictw poglądy wielu historyków, którzy pracują na dokumentach i mają prawo do ich oceny czy interpretacji”. Możecie uwierzyć? Niby – banał. Taki to już urok nauk historycznych, że są jedną wielką dyskusją. Historycy kłócą się do upadłego, prawie o wszystko, z biografii samego Napoleona dałoby się złożyć sporą bibliotekę, jedni biografowie wynoszą Napoleona pod niebiosa, inni odsyłają go do piekła, a wszystko to na podstawie mniej więcej tej samej bazy źródłowej, tyle, że różnie interpretowanej. I tak być powinno. I to jest zdrowa sytuacja. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju mielibyśmy już z pięć biografii Kuronia, Napoleon to nie był, ale w historii Polski jakoś się tam zaznaczył, jedne biografie byłyby krytyczne, inne hagiograficzne, a tymczasem co mamy? Mamy pięć książek, które Kuroń sam o sobie napisał, oraz wspomnienia przyjaciół Kuronia utrzymane w stylu, w którym Michnik przemawiał o Geremku, a Geremek o Michniku, co cytowałem nieco wyżej. Tekst Gontarczyka to jakiś znak normalności, byle się tylko obrońcom dogmatu nie udało tej normalności zadusić, a apetyty mają na to potężne, niedawno Sergiusz Kowalski z kolegą zaproponowali, żeby IPN zamknąć, i będzie po kłopocie. Ale czas już na morał z wszystkich tych około bluźnierczych opowieści, a morał jest taki: każdy błazen ma gdzieś swoją kapliczkę, a każdy kapłan lubi pobłaznować – przed ołtarzami cudzych bogów, zaś to, co zwie się „krytycyzmem” polega najczęściej na opluwaniu cudzych świętości zza ogrodzenia z własnych dogmatów.  I to by było na tyle ....

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Blasfemia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 lutego 2006 18:52
  • niedziela, 12 lutego 2006
    • Święty na czas lustracji

      Józef Majewski w„Tygodniku Powszechnym” (7/2006) w  artykule „Ja, Judasz” zastanawia się, czy Judasz może zostać zrehabilitowany. Punktem wyjścia rozważań są plotki o watykańskich planach rehabilitacji Judasza. Co prawda Watykan plotki dementuje, ale o pisały o nich gazety, więc kto by tam Watykanowi wierzył. Pana Majewskiego wizja rehabilitacji zdaje się pociągać. Jak pisze, obraz Judasza jako godnego potępienia zdrajcy jest zbyt uproszczony, a może nawet fałszywy. Mamy tu do czynienia raczej z „tajemnicą zdrady”, nie zaś z czymś, co da się ocenić jednoznacznie. Czyn Judasza można wszak widzieć nie jako zdradę, ale jako dowód miłości i posłuszeństwa. Tak postrzega go prawosławny teolog ojciec Sergiusz Bułgakow, zaś hiszpański teolog Antonio Salas, uważa, że postać Judasza odsłania możliwość naszej własnej zdrady i stanowi symbol każdego chrześcijanina.  Poza tym wszystkim  informacje o Judaszu są nieliczne, niepewne, wyrywkowe i sprzeczne. Byli i tacy, co oceniali go pozytywnie. Odkryto gnostycką „Ewangelię Judasza”, której autorzy o Judaszu piszą z szacunkiem, doceniając jego wkład w dzieło zbawienia. Krótko mówiąc Judasz to postać tragiczna i niejednoznaczna, więc z tą rehabilitacją może coś jest na rzeczy.  Czytając tekst Majewskiego nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś mi on przypomina. Ależ tak! Znam ten styl! Wystarczy sięgnąć po pierwszy z brzegu tekst anty lustracyjny, by natknąć się na ten sposób argumentacji! Czy autorzy anty lustracyjnych tekstów nie przekonują nas, że Tajni Współpracownicy to postacie niejednoznaczne, często tragiczne, że archiwaliom nie można ufać, że wszyscy są jakoś tam umoczeni, że ... . Wszyscy to znamy. Czy można przecenić potencjał, jaki dla przeciwników lustracji miałby Judasz zrehabilitowany? Nie można! Lustracja powoli, ale konsekwentnie, nabiera ostatnio rozpędu, w związku z czym wydaje się oczywiste, że anty lustratorzy powinni zrobić wszystko, co w ich mocy, by wesprzeć działania na rzecz rehabilitacji Judasza. Więcej! Judasza wypada nie tylko zrehabilitować, ale wręcz kanonizować! Byłby to idealny święty na czas lustracji. Patron TW, może nawet patron komisji prawdy i pojednania o której marzy biskup Życiński.  Kłopot widzę tylko jeden – Judasz zwrócił pieniądze, które zarobił jako Tajny Współpracownik. Ten czyn może okazać się zbyt trudny do naśladowania dla współczesnych TW ...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Święty na czas lustracji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 lutego 2006 10:47
  • piątek, 10 lutego 2006