komentarze z onetu

Wpisy

  • środa, 28 lutego 2007
    • drobiazgi

       1. Adolf Hitler to demon  uniwersalny, nie ma sprawy do której nie dałoby się go wykorzystać, więc i ja sobie pozwolę... A więc: co zrobiłby Adolf Hitler gdyby zmartwychwstał w III RP? Przede wszystkim - zwołałby konferencję prasową i oświadczył, że poda do sądu każdego, kto twierdzi, że on - Adolf Hitler - wiedział o holokauście. Zważywszy na wyroki jakie zapadają w sprawach lustracyjnych - kanclerz miałby korzystne orzeczenie w kieszeni. Sądy wyjątkowo gorliwie wszelkie wątpliwości rozstrzygają na korzyść oskarżonego, a - o ile mi wiadomo - nikt, jak dotąd, nie przedstawił niezbitego dowodu na to, że Hitler cokolwiek o holokauście wiedział. Niby wiadomo, że wiedział, ale dowodu - brak. David Irving zdaje się ufundował nawet nagrodę dla tego, kto dowód znajdzie, było to już jakiś czas temu, Irving zdążył posiedzieć w kryminale za "rewizjonizm", ale nagroda pozostała nieodebrana... Po drugie - Hitler oznajmiłby, że wysuwane Zadprzeciw niemu oskarżenia to sprawa polityczna, przejaw antyniemieckiej fobii Kaczyńskich oraz próba „przykrycia” najnowszego skandalu z udziałem PiS.  A dalej to już by samo poleciało... Adam Michnik napisałby esej dowodzący, że "demokrata sceptyk" nie powinien wydawać w sprawie Hitlera jednoznacznych wyroków, bo te są domeną "nowych populistów". Paweł Wroński oznajmiłby, że - co prawda - trudno Hitlera lubić, ale w obecnej sytuacji politycznej jego prześladowanie sprawia, że zyskuje on obrońców (w ten mniej więcej sposób Wroński rozpływał się nad Wachowskim...). Piotr Pacewicz - być może - napisał by coś o "delikatnych rękach malarza", których nie chciałby widzieć zakutych w kajdanki.  Hitler stałby się też stałym gościem TVN-24 w której to stacji mógłby przedstawiać swoją wersję wydarzeń, tak jak stało się to udziałem płk. Lesiaka (wszak każdy ma „własną opowieść). Jeśli zaś chodzi o opracowania historyczne - dowiedzielibyśmy się, że "tam nic nie ma", zresztą – chyba nikt nie sądzi, że historia składa się z samych przyjemnych epizodów...  

      2. A tymczasem Leszka Bubla sądzić chcą za antysemityzm. Fakt jest faktem: jeśli mamy w Polsce antysemitę – jest nim właśnie Leszek Bubel, sam się zresztą do tego przyznaje (przecząc tym samym badaczom antysemityzmu z kręgu GW: według nich rasowy antysemita za cholerę nie przyzna się do antysemityzmu i to właśnie świadczy o jego antysemityzmie – nazywa się to chyba dialektyka). I tu ciekawa rzecz – kilka tygodni temu Bubla doprowadzili na badania psychiatryczne. Wyników nie znam, ale – jakiekolwiek by one nie były – numer z badaniem uważam za ryzykowny dla aktywistów frontu walki z antysemityzmem. Przypuśćmy bowiem, że Bubel wyszedł w badaniu na skończonego wariata. I jak wyglądają teraz aktywiści? Jak pieniacze handryczący się z osobnikiem niespełna rozumu (a poza tym – jak go teraz ciągnąć przed sąd?). A jeśli konsylium orzekło, że Bubel jest normalny? Cóż – ma teraz papier co najmniej sugerujący, że antysemityzm to ideologia zdroworozsądkowa, a do tego całkiem zasadnie może twierdzić, że jego oponenci nie mogą równie stanowczo powiedzieć tego samego o swoich ideach – przynajmniej do czasu, aż i ich przebadają. Doprawdy – wciąganie psychiatrii w takie sprawy, to rzecz wielce ryzykowna...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „drobiazgi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 28 lutego 2007 22:16
  • niedziela, 25 lutego 2007
    • ofiary z ludzi

          Komu lub czemu składamy dziś ofiary z ludzi? Nikomu i niczemu - powiecie, ale sprawa nie jest taka prosta. Weźmy - Rospudę. Przez Augustów przejeżdża dziennie jakaś obłędna ilość tirów w związku z tym dochodzi tam rocznie do iluś tam wypadków, w których ginie iluś tam ludzi. Zmiana trasy obwodnicy - zmiany domagają się ekologowie - opóźni budowę obwodnicy o lata, można więc zakładać, że - pośrednio - zmiana trasy będzie kosztować ileś tam ludzkich żywotów. Spróbujmy to koślawo policzyć - obwodnica budowana ma być przez trzy lata, trasa alternatywna oznacza budowę przez pięć i pół roku, czyli - dwa i pół roku dłużej. Rocznie w Augustowie ginie w wypadkach ponoć około 20 osób, przez dwa pół roku uskłada się więc około 50 ofiar, oczywiście nie każda ofiara wypadku to efekt braku obwodnicy, powiedzmy, że takich ofiar jest jedna na dziesięć - wypadałoby więc 5 trupów w imię ochrony przyrody (zgoda - obliczenia są karkołomne). Obrońcy Rospudy gotowi są złożyć tą ofiarę Matce Naturze w imię celu wyższego jakim jest - dla nich - zachowanie doliny w stanie nienaruszonym. Oczywiście - mamy tu do czynienia ze statystyką. Nie można wskazać konkretnego mieszkańca Augustowa i z całą pewnością powiedzieć: pan Jan Z. lat 45 zginie - z powodu braku obwodnicy - 4 marca 2013 roku o godzinie 15. Nie można nawet z całą pewnością powiedzieć, że w ogóle ktoś zginie. Ale ze statystyki wynika, że zginie. Ofiara ekologów dziś statystyczna i abstrakcyjna szybko się skonkretyzuje i ucieleśni, co jednak ekologów nie odstrasza - "skarb narodowy Polski" (Rospuda) jest dla nich ważniejszy...

      Usłyszę, że uprawiam demagogię, że podobne rzeczy można wypisywać - na przykład - przy okazji budowy dowolnej drogi (ostatecznie - bodaj na każdej drodze ktoś w końcu ginie), że zrównuję, czy prawie zrównuję, inżyniera projektującego drogę "żeby się ludziom lepiej jeździło" z - dajmy na to - funkcjonariuszem NKWD strzelającym komuś w potylicę "dla lepszego jutra". A przecież inżynier nie chce nikogo zabić! Wypadki na drodze - to efekt uboczny. Zgoda - czym innym jest, że tak powiem, bezpośrednie składanie ofiar, a czym innym składanie ofiar mimo woli i przy okazji. Nie zestawiajmy więc budowniczych dróg, czy ekologów broniących Rospudy z funkcjonariuszami NKWD mordującymi w imię "wyższych celów", ale z innymi przypadkami "ofiar mimo woli"...

      Na przykład: skoro ekologowie gotowi są składać ofiary z ludzi dla zachowania stanu natury, to dlaczego by nie złożyć ofiary ludzkiej dla ratowania stanu kultury? Piję tu - rzecz jasna - do głośnego ostatnio przypadku sparaliżowanego 32 latka domagającego się, by sąd "pozwolił mu umrzeć". Takie przypadki zwykle wywołują dyskusje o eutanazji, tak było i tym razem, przy okazji takich dyskusji zwolennicy eutanazji przedstawiają jej przeciwników jako osobników bezdusznych, wystawiających ludzi na cierpienie w imię abstrakcyjnych zasad (przy tym, tak się jakoś składa, że środowiska mocno pro-ekologiczne są z reguły pro - eutanazyjne i odwrotnie).  Czy ekologowie nie są jednak równie "bezduszni", tyle, że w imię innej sprawy? To prawda - sparaliżowany 32 latek jest ofiarą konkretną, a przyszłe ofiary braku obwodnicy są - dziś – potencjalne i abstrakcyjne, ale to tylko kwestia ustawienia przypadków na osi czasu: piętnaście lat temu Janusz Świtaj był potencjalną ofiarą tabu kulturowego zabraniającego eutanazji, za rok czy dwa ofiary braku obwodnicy - dziś - abstrakcyjne - będą już konkretne...

      puenty – nie będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „ofiary z ludzi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 lutego 2007 18:51
  • środa, 21 lutego 2007
    • mądrość starożytnych

          Kilka tygodni temu media doniosły, że Donald Tusk od pięciu miesięcy studiuje „Wojnę peloponeską” Tukidydesa. Byli tacy co się śmiali – że tak długo, ale niesłusznie bo to gruba książka, a do tego wielce polityczna: opisuje wojnę Aten ze Spartą, które tak długo ze sobą wojowały, aż im pod bokiem wyrosła potęga Macedonii. Rozumiecie tę figurę – że niby PO naparza się z PiS, a tu może pojawić się „ten trzeci”, który na tym skorzysta. Nogami przebiera Lewica i Demokraci, a ostatnio podejrzane ruchy robić zaczyna Andrzej Olechowski, który oświadczył, że założy nową partię – jeśli nie zadowoli go majowy zlot Platformy... Jaką więc naukę wyciągnie Tusk z lektury antycznych autorów? Pogodzić Ateny ze Spartą? Wątpię. Stawiam na inne rozwiązanie. Oto, w starożytnych Atenach funkcjonowała instytucja tzw. „synomosias”. Był to rodzaj tajnych klubów tworzonych przez arystokratów w celu obsadzania urzędów przez ludzi stronnictwa oligarchicznego, oraz w celu wpływania na sądy – gdyby któryś z oligarchów został oskarżony o to, czy owo. Jak ujmował to niejaki Adejmantos: „Żeby się zamaskować wejdziemy w tajne związki i zawiążemy towarzystwa – a istnieją nauczyciele wymowy i udzielają mądrości potrzebnych na zgromadzeniach ludowych i w sądzie – więc jedno zyskamy wymową, a drugie gwałtem, tak by zawsze być górą, a kary uniknąć”. Polska to nie Ateny, ale coś mi się zdaje, że tradycja synomosias jest w niej kultywowana, i – kto wie – czy Tusk po lekturze antycznych autorów nie dojdzie do wniosku, że warto by postawić na stronnictwo oligarchów, zwłaszcza, że stronnictwo to ma iście magiczny wpływ na „nauczycieli wymowy” od których roi się w mediach... Ruchy Olechowskiego zdają się być zaproszeniem – z tych nie do odrzucenia – „albo z nami, albo...”  

      PS

      Ale – żeby nie kończyć tak smutno. Skoro już uwikłaliśmy się w antyczne odniesienia, a do tego jest ŚRODA popielcowa... Magalena Środa zajęła się badaniem pogłowia autorytetów. Wnioski wyciągnęła takie: „liczba autorytetów i miernot pozostaje stała (...) tylko nieudacznicy wymieniają się rolami jak w zwariowanej orkiestrze, gdy bębny biorą się za pierwsze skrzypce i gdy milknie fletnia Pana”. Gdyby – na podstawie reszty tekstu Środy - rozszyfrować tą metaforę wyjdzie na to, że w bębny walą Ziemkiewicz z Rybińskim, kto rzępolił na skrzypcach – trudno orzec, ale podejrzewam, że wśród pierwszych skrzypków Środa widzi i siebie, jeśli zaś chodzi o Pana – najwyraźniej idzie tu o Adama Michnika. Całkiem trafne. Pan – jak wiadomo – był opiekunem trzód, to i nie dziwne, że gdy zamilkł – trzodę ogarnęła trwoga...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „mądrość starożytnych”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 21 lutego 2007 20:10
  • wtorek, 13 lutego 2007
    • jak rozmawiać o dyplomacji - poradnik człowieka rozumnego

          Polityka zagraniczna to temat ostatnio modny, w związku z czym ludzie rozumni mogą stanąć przed dylematem: jak rozprawiać o polskiej dyplomacji bez obawy, że palnie się jakieś głupstwo? Oto kilka dobrych rad pomocnych przy rozwikłaniu tego rodzaju problemów. Zatem: jak w sposób bezpieczny dyskutować o polskiej dyplomacji? Rozstrzygające są tu, rzecz jasna, opinie i znajomości profesora Geremka. Weźmy te drugie. Gdy wiemy, że o Stefanie Mellerze prof. Geremek mówi "to mój doby kolega", a o pani Fotydze "nie znam tej pani" - możemy być pewni, że Stefan Meller to dyplomatyczny geniusz, a minister Fotyga nie może być nawet przeciętną sterniczką dyplomacji, choćby w jej ciele przemieszkiwały pospołu duchy Metternicha i Talleyranda. Dobrze, ale co robić w przypadku, gdy akurat nie znamy opinii prof. Geremka? To proste -  w takiej sytuacji najlepiej oceniać polską dyplomację kierując się opiniami prasy zagranicznej, najlepiej -niemieckiej (nie musimy znać języka, polskie gazety dostarczają nam użytecznych wypisów). Gdy niemieccy komentatorzy Polskę chwalą - jest dobrze, gdy niemieccy komentatorzy na Polskę się krzywią - znak to niechybny, że polska dyplomacja kuleje. W tym miejscu przyda się uwaga o komentatorach polskich. Otóż, jeśli zauważymy, że jakiś komentator notorycznie, przez lata całe w 90% przypadków zgadza się ze stanowiskiem rządu niemieckiego (a te pozostałe 10% to sprawy II i III rzędne), to w żadnym razie nie powinniśmy brać pod uwagę możliwości, że mamy do czynienia z płatnym (lub społecznym) agentem wpływu (nawet jeśli - tak się składa - komentator ów związany jest z fundacją wspieraną przez przeróżnie niemieckie organizacje). Agenci wpływu bowiem, jeśli w ogóle istnieją, to z pewnością nie w Polsce (widział kto kiedy w Polsce agenta wpływu?). Zgodność, o której było wyżej, bierze się po prostu stąd, że rząd niemiecki ma z reguły rację, o czym zresztą łatwo można się przekonać - czytając niemiecką prasę (patrz wcześniejsza uwaga o prasie niemieckiej). Kierując się przedstawionymi wskazówkami śmiało rozprawiać możemy o polskiej polityce zagranicznej bez obawy przed utratą statusu "człowieka rozumnego".   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „jak rozmawiać o dyplomacji - poradnik człowieka rozumnego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 lutego 2007 19:01
  • czwartek, 08 lutego 2007
    • niesmaczne dywagacje

          Dymisje Sikorskiego i Dorna skomentowane zostały na wszystkie możliwe sposoby, trudno dodać do tego coś sensownego (albo i bezsensownego) w związku z czym powiem tyle: miło było dowiedzieć się, że w złożonym z nieudaczników rządzie krył się – jednak! – jakiś zdolny minister, oraz, że w zamordystycznej partii był – jednak! – jeden osobnik myślący samodzielnie, gotów do przeciwstawienia się Wodzowi. Szkoda, że komentatorzy zauważyli te perły gdy obydwaj panowie stracili posady, ale dobrze, że w ogóle zauważyli... Co powiedziawszy przechodzę do tematu głównego, to jest do seksafery, która rozwija się na tyle interesująco, że można ją odgrzać...

          Dowiedzieliśmy się oto, że na okoliczność ustalenia ojcostwa córki Anety Krawczyk przebadano już cztery osoby, oraz, że zatrzymano demonicznego weterynarza, który wstrzykiwać miał Krawczykowej oksytocynę w celu wywołania przedwczesnego porodu. Z miejsca nasuwa się szereg pytań, na przykład: według jakiego klucza typowani są kandydaci do przebadania? Brani są chyba z listy sporządzonej przez Anetę Krawczyk (bo niby skąd?). Można więc głowić się jak długa okaże się ta lista, czy - inaczej - z iloma mężczyznami spółkowała Aneta Krawczyk w tym mniej więcej czasie, w którym doszło do zapłodnienia. Biorąc pod uwagę chociażby wyniki osiągane w trakcie bicia tzw. "rekordów seksualnych" ilość kandydatów na tatę iść może w setki  albo i w tysiące, ale to pewnie przesada - krąg potencjalnych, szczęśliwych inseminatorów obejmuje raczej kilka, kilkanaście osób, z czego czworo już przebadano, a piąty - Lepper - właśnie jest badany. Czy wszyscy badani coś na Anecie Krawczyk - w zamian za seks - "wymuszali"? Nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. A szkoda. Albo – skoro ani Łyżwiński, ani – zakładam – Lepper nie są ojcami, to po co właściwie Anecie Krawczyk aplikowano oksytocynę? O ile – oczywiście - aplikowano. Jedyne sensowne wyjaśnienie jest chyba takie: żaden z wymienionych panów ojcem co prawda nie jest, ale jeden z nich był przekonany, że jest, mielibyśmy więc do czynienia z ponurą komedią pomyłek...

          Ale porzućmy te niesmaczne dywagacje i zajmijmy się smaczniejszymi: oto w ogniu seksafery swoją pieczeń próbują piec feministki. Chcą nas, na przykład przekonać, że przygody Anety Krawczyk to ilustracja podłego losu kobiety zmuszonej do życia w warunkach patriarchatu. Mocno to naciągane. Równie dobrze można dowodzić, że Aneta Krawczyk, z racji swojej płci miała łatwiej. Dlatego tylko, że jest kobietą robiła karierę niedostępną dla mężczyzn - ostatecznie, nawet gdyby znalazł się desperat gotów oddać się Łyżwińskiemu za posadę, Łyżwiński nie poszedłby na taki układ (choć, rzecz prosta pewności mieć tu - tak do końca - nie mogę...). Mówiąc inaczej - mężczyzna nie mógłby być "molestowany", nawet gdyby sobie tego życzył. Zresztą - czy w ogóle mamy tu do czynienia z "molestowaniem"? Otóż -  i to jest wątpliwe. "Praca za seks" to nie "seks w pracy". Aneta Krawczyk umówiła się z panem Łyżwińskim, że - w zamian za posadę i poparcie polityczne - będzie świadczyć mu usługi seksualne. Z powodów bliżej nieznanych (aczkolwiek można zgadywać, że idzie o walory propagandowe) transakcja ta określona została właśnie jako "molestowanie", choć spełnia kryteria słownikowej definicji prostytucji (cyt: "prostytucja – uprawianie stosunków płciowych w celach zarobkowych”). Prostytucja nie jest zakazana przez prawo, w sumie więc można mieć do umawiających się stron pretensje co najwyżej o to, że jako środka płatniczego używały pieniędzy publicznych, to jest funduszy budżetowych przeznaczonych na prowadzenie biura poselskiego. Tu pojawia się pytanie: jak daleko można się posunąć, by - powiedzmy - zdobyć pracę. W ujęciu feministycznym, kobieta niezaspokojona w pewnym wymiarze potrzeb (np. - kobieta bezrobotna), to istota znajdująca się w stanie wyższej konieczności znoszącym prawa boskie i ludzkie. Jest to rodzaj świętego szału - kobieta w tym stanie może zrobić niemal WSZYSTKO, by zaspokoić swoje potrzeby, a cokolwiek zrobi całe odium spada na "system", kobieta zaś utrzymuje status niewinnej ofiary "męskiego świata". W ten sposób feministyczną bohaterką została pewna pokręcona morderczyni upieczona na krześle elektrycznym w USA, w Polsce - szczęśliwie - takiej bohaterki jeszcze nie mamy, mamy za to Anetę Krawczyk, "ofiarę molestowania", niewinną z definicji – Krawczyk mogła robić (prawie) wszystko, bo nie miała pracy... No cóż, za kilkanaście lat córka Anety Krawczyk dowie się – choćby grzebiąc w starych gazetach, czemu się chyba nie oprze – że jej droga mamusia dla forsy i kariery gotowa była pozbyć się jej w – o ile pamiętam – szóstym miesiącu ciąży, a potem, przez cztery lata żyła w dobrej komitywie z (prawie) mordercą jej dziecka i dopiero gdy wyschło źródełko dochodów poczuła się „ofiarą”... Czy córka Anety Krawczyk podzieli poglądy feministek na całą tą sprawę? Tego też się – pewnie – nie dowiemy...

      (pisząc powyższe zakładałem, że Krawczyk z Łyżwińskim faktycznie coś łączyło, choć i to pewne nie jest...)  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „niesmaczne dywagacje”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 lutego 2007 17:22