komentarze z onetu

Wpisy

  • czwartek, 30 listopada 2006
    • dwie dusze Platformy

          Dawno temu, w czasach, gdy stonkę ziemniaczaną zwano żukiem colorado, a Wisława Szymborska nie była liberalną ironistką, tylko zupełnie poważną stalinistką pewien bojownik frontu ideologicznego – bodaj, czy nie był to jeden z późniejszych „autorytetów moralnych” – wymyślił doktrynę podwójnej duszy chłopa-średniaka. Chłop-średniak – zdaniem autora doktryny – posiadać miał dwie dusze. Jedna dusza ciągnęła chłopa ku socjalizmowi i kolektywizacji, druga – do kułactwa. Od tego, która dusza w chłopie wygra zależeć miało to, czy wykona on skok do Królestwa Wolności, czy też wyląduje na Śmietniku Historii. Oczywiście chłopu w dokonaniu właściwego wyboru należało pomóc, i tu właśnie otwierało się pole do działania dla – między innymi – bojowników frontu ideologicznego.

          Widząc co się od niedawna dzieje wokół Platformy Obywatelskiej, trudno doprawdy oprzeć się wrażeniu, że doktrynę podwójnej duszy wyciągnięto z lamusa, tyle, że tym razem nie idzie o dwie dusze chłopa-średniaka, ale o dwie dusze PO. Ktoś najwyraźniej usiłuje pomóc Platformie podjąć pewne decyzje, i znów czynni są bojownicy frontu ideologicznego. Osłona medialna jaką dotąd cieszyła się PO została, no może nie zdjęta, ale uchylona. Ot na przykład w TVN-24 pokazano posła Platformy, pana Chlebowskiego, akurat w chwili, gdy zapina guziki wychodząc z ubikacji. Powiedzie: drobiazg, ja powiem: ZNAK. Gdy wysokiego działacza PO pokazują w TVN w sposób, w jaki zwykło się tam pokazywać działaczy PiS – to musi coś znaczyć. Zresztą, nie musimy zajmować się takimi podprogowymi subtelnościami, w mediach oligarchii w Platformę od kilku dni wali się już i łopatologicznie. W Faktach TVN mogliśmy usłyszeć, że PO brakuje wyrazistego programu, że odnotowany przez PO spadek w sondażach może okazać się trwałym trendem i, że z kłopotów konkurencji cieszy się koalicja rządowa. Pojawił się też pan Kosh opowiadający o zawodzie jakim sprawił mu Jan Rokita.
       W wiadomościach Polsatu zaś usłyszeliśmy, że PO oferuje jedynie to, że nie jest PiS-em, że wyborcy okazali się łaskawi, ale może się to nie powtórzyć na co wskazuje ostatni sondaż, za wzór dla Platformy postawiono PiS (!!), który pozbył się działaczki, która weszła w sojusz z SLD (zdaje się w Czeladzi). Można by tu jeszcze dorzucić występ pana Kosha w programie TokSzok 2 panów Najsztuba i Żakowskiego (dowiedzieliśmy się, że Rokita był nielojalny, kłamał i lepiej byłoby dla Platformy, gdyby Rokity w niej nie było). Nie inaczej jest w gazetach – w „Polityce” na przykład mogliśmy przeczytać, że PO nie jest żadną opozycją i jej wygrana nie przyniosłaby żadnej zmiany w Polsce.

          Jak widać stworzył nam się ostatnio nieźle zgrany medialny front ideologiczny, który chce Platformę ociosać w ten sposób, żeby dało się z niej wystrugać drugą Unię Wolności. Ton nadaje – jakże by inaczej – nasza ulubienica Gazeta Wyborcza. Obowiązujący trend wskazał Piotr Pacewicz w tekście pod rozbrajająco trafnym tytułem „Wykształciuchy mają dość”, trend wygląda tak: młodzi, dobrze wykształceni mieszkańcy dużych miast coraz mocniej pożądają sojuszu PO z SLD i Demokratami, komunistyczna przeszłość bowiem nie ma już znaczenia. Czytać o tym, że przeszłość nie ma znaczenia w gazecie dzielnie wojującej z nieboszczykiem Dmowskim – to jeden z zabawnych paradoksów serwowanych nam przez GW, ale roztrząsanie takich paradoksów zostawmy sobie na inną okazję a dziś postawmy pytanie: która dusza wygra w PO? Czy frakcja Rokity (o ile jeszcze istnieje) będzie miała jeszcze coś do powiedzenia czy też Platforma rzuci się w ramiona LiD-u? Coś mi się zdaje, że to drugie rozwiązanie jest coraz bardziej prawdopodobne...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „dwie dusze Platformy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2006 19:24
  • czwartek, 23 listopada 2006
    • passe(nt)

          Kilka lat temu, w jakimś jeziorze capnięto rybę-dziwo, prehistoryczne monstrum, które - zdaniem uczonych - nie powinno było żyć od ładnych paru milionów lat, a jednak - jak się okazało - żyło, i nieźle się miało. W jaki sposób bezczelna ryba przetrwała wszystkie kataklizmy, które zmiotły z powierzchni Ziemi jej krewnych i znajomych nie wspominając już o potężnych dinozaurach? Nie wiadomo. Pewne jest jedno - musiała się bestia nieźle ustawić. Rzeczona ryba nie była zresztą jedynym znaleziskiem tego rodzaju, zdarzały się podobne wcześniej i pewnie jeszcze się zdarzą, a nazywa się podobne przypadki "żywymi skamielinami".

          W naszym niesamowitym kraju też natknąć się można na "żywe skamieliny", by daleko nie szukać - uczucia obcowania ze swego rodzaju "żywą skamieliną" doświadczam zawsze, gdy na ekranie telewizora pojawia się pan Daniel Passent - weteran PRL-owskiej publicystyki czynny od lat 60-tych XX wieku (a - kto wie? - może popełnił coś jeszcze w latach 50-tych?). Dlaczego czepiłem się akurat Passenta, chociaż od "żywych skamielin" i to gorszego autoramentu aż się roi? Wyjaśnię niżej, najpierw kilka słów o niszy ekologicznej w której Passent wyewoluował, i w której czuł się jak ryba (!) w wodzie. Otóż, w coraz bardziej zamierzchłych czasach PRL-u Daniel Passent był przedstawicielem formacji zwanej "partyjnymi liberałami" (idzie mi o sposób funkcjonowania w ramach systemu i sposób podejścia do niego, a nie o formalną przynależność organizacyjną - czy Passent był w partii nie wiem). "Partyjnego liberała" opisać można jako zdystansowanego beneficjenta czy pragmatycznego entuzjastę. Zdystansowanego - bo, w przeciwieństwie do prymitywnych propagandzistów nie głosił on, że wszystko jest wspaniale, beneficjenta - bo bez wątpienia należał partyjny liberał do elity systemu. Przekaz, który oferował publiczności partyjny liberał odwoływał się nie do emocji, ale - do rozumu. Był to swego rodzaju socjalistyczny pozytywizm obliczony na uwiedzenie tych, którzy byli zbyt trzeźwi, by nabrać się na propagandę masową. Słowem  - partyjny liberał był od uprawiania propagandy dla inteligencji (pewien typ "partyjnego liberała" uwiecznił Stanisław Bareja w serialu "Alternatywy cztery" tworząc postać towarzysza Winnickiego, kto oglądał - a kto nie oglądał? - wie, co mam na myśli).

          "Nie podoba się wam to wszystko? - mówił partyjny liberał - jakże was rozumiem! Mnie też nie podoba się to i owo. A nawet, będę szczery, nie podoba mi się całkiem sporo. Ale - zastanówmy się. Jaką mamy alternatywę? Otóż, gdy się dobrze zastanowić wyjdzie na to, że lepiej być nie może, za to gorzej - jak najbardziej! Twardogłowi tylko czekają na okazję, by dorwać się do władzy! Dbajmy o to, co mamy! Zresztą - władza ma sporo racji robiąc to, co robi, a ci, którzy przeciw niej wierzgając, to - mówiąc między nami - oderwani od rzeczywistości durnie", itd., itp. -  uprawiając tego typu retorykę partyjni liberałowie obsłużyli Gomułkę, Gierka, Kanię i Jaruzelskiego (najstarsi z nich czynni byli już za Bieruta, ale w tamtych czasach o żadnym dystansie nie mogło być mowy, więc darujmy sobie ten epizod z ich życia...). Partyjni liberałowie mieli też pewne zrozumienie dla Zachodu (choć świt Nowego Jutra widzieli jednak na Kubie...) wykazywali też niejaką sympatię dla lewicy niekomunistycznej, zdarzało im się bywać w świecie i przywozić stamtąd różne nowinki. Tak więc, w warunkach PRL-u- w zestawieniu z, bo ja wiem?, Władysławem Machejkiem był taki Daniel Passent (i jemu podobni), jak się to mówi, "powiewem Europy". Ale tylko w takim zestawieniu, i nie wiem doprawdy, czy jest to dla Passenta komplement. Tacy mniej więcej byli „partyjni liberałowie”, formacja w sumie dość obrzydliwa, jak obrzydliwa byłaby każda formacja chcąca nas przekonać, że państwo policyjne, może i nie jest doskonałe, ale jest to najlepsza rzecz jaka mogła nas spotkać.

          W 1989 „partyjni liberałowie” jak jeden mąż przechrzcili się na demoliberalizm, ogłosili dziećmi Boya-Żeleńskiego i po dziś dzień mają się jak pączki w maśle, a Daniel Passent (obok Krzysztofa Toeplitza) należy do najgłośniej basujących w tym gronie. Umieć się ustawić – to dobre prawo dla każdego, także dla „partyjnych liberałów”, nie dziwmy się więc Danielowi Passentowi, dziwmy się raczej ich dzisiejszym wielbicielom. W tym miejscu muszę wyjaśnić skąd moje nagłe zainteresowanie akurat Passentem. Otóż, złożyły się na te dwie rzeczy: po pierwsze odwiedziłem blog Daniela Passenta, po drugie „Niezależna Gazeta Polska” w ostatnim numerze dała zestaw pochodzących z lat 60-80 tych XX wieku cytatów z tekstów „partyjnych liberałów”, w tym Passenta właśnie. Cytaty są smaczne, a, że na ten blog mogą trafić osoby, które nie czytają „Niezależnej Gazety Polskiej” więc kilka cytatów zacytuję. Cytaty robią szczególne wrażenie w zestawieniu z aktualną passentową twórczością blogową, tak więc – prawdziwym koneserom – zalecam takiego zestawienia dokonać. Tyle przydługiego wstępu, teraz obiecane cytaty.

      1. Poniższy cytat uznać można za kwintesencję „partyjnego liberalizmu”. Każdy aktualny tyran jest dla „partyjnego liberała” najlepszym z możliwych. Cytat pochodzi z „Polityki” z roku 1982.

      „W dającej się przewidzieć przyszłości Polska może być tylko socjalistyczna, z kierowniczą rolą partii, jak Pan Bóg przykazał. W świecie współczesnym nie widzę możliwości zmiany tego stanu rzeczy, ani od wewnątrz, ani od zewnątrz, a tylko alternatywę przerażającą, po której Polska będzie jeszcze bardziej smutna, zdyscyplinowana i milcząca. Dlatego ci, którzy rzucają kamieniami w milicję, powinni się nimi raczej podrapać w głowę i zadać sobie pytanie: czy w obecnej sytuacji kraju istnieje dla władz alternatywa liberalna? Pomijając już fakt, że nie jest to kwestia do roztrząsania na ulicy, moja odpowiedź brzmi: NIE. Alternatywą wobec obecnego kursu władz jest wyłącznie kurs bardziej surowy”

      2. Cytat drugi to opinia Passenta o weryfikacji kolegów-dziennikarzy w stanie wojennym (weryfikowano od prasy centralnej po gazetki zakładowe, inne media oczywiście też). To danie najlepiej spożywać zakąszając cytatami z blogu Passenta – niedawno pojawiły się tam wpisy gromiące straszliwe czystki robione przez PiS w mediach publicznych. Cytat jest z „Polityki” z roku 1982.

      „Zgadzam się z Urbanem, że wiarygodność pewnych ludzi, a także prasy po 13 grudnia wymagała, aby część aktywu odeszła, aby ludzie najbardziej krótkowzroczni i zacietrzewieni, którzy utracili poczucie rzeczywistości i stracili tę niezbędną dla dziennikarza kwalifikację usunęli się, niekoniecznie na zawsze, ale przynajmniej na czas otrzeźwienia i kaca. Słowem problem polityczno-kadrowy w dziennikarstwie istniał. Ani Urban ani weryfikanci go nie wymyślili”

      3. I na koniec Passent walczący z bezproduktywnym malkontenctwem. Znów „Polityka” z 1982 roku.

      „Nikt w Polsce socjalizmu kochać nie każe, do entuzjazmu już nie namawia, więcej się dziś mówi o reformowalności niż o wyższości systemu, nikt nikogo nie zmusza, by wstąpił do partii czy został posłem, ale do postawy czynnej zamiast chowania się po kątach i czerpania masochistycznej satysfakcji, że nic się nie udaje – namawiać trzeba”

      I my nie każemy dziś Passentowi „kaczyzmu” kochać, do entuzjazmu nie namawiamy, ale bezproduktywnemu malkontenctwu mówimy zdecydowane NIE  ;-)

      Cytaty pochodzą z: Piotr Lisiewicz (i współpracownicy), Dziennikarze z przeszłością, Niezależna Gazeta Polska nr. 9

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „passe(nt)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 listopada 2006 19:52
  • niedziela, 19 listopada 2006
    • zagadka realnego socjalizmu

          Jest całe mnóstwo teorii mających wyjaśnić upadek komunizmu, począwszy od teorii głoszącej, że komunizm wcale nie upadł, tylko komuniści udają, że jest inaczej, po teorie zakładające interwencję sił nadprzyrodzonych. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami sytuuje się teoria zgodnie z którą komunizm zawalił się sam i teoria mówiąca,  że komunizm obalił Lech Wałęsa. Jak widać mnóstwo dobrych umysłów biedzi się nad rozwiązaniem zagadki upadku komunizmu, tymczasem wygląda na to, że dużo bardziej zagadkowe jest nie to, że komunizm w końcu upadł, lecz to, że wcześniej trwał przez całe dekady.

      Piszę powyższe pod wpływem oświadczenia właściciela „Polsatu” pana (iluś-tam nazwisk) Solorza, który – gdy wyszła na jaw jego współpraca z PRL-owską bezpieką – oświadczył, że – co prawda – deklarację współpracy, owszem, podpisał, ale w sumie nie współpracował, a już z całą pewnością nikogo nie skrzywdził. Jedno takie oświadczenie – to byłoby jeszcze nic, rzecz w tym, że mamy już do czynienia z całą serią. Ot niedawno pan Subotić z TVN zapewniał nas, że – prawda – zarejestrowała go jako tajnego współpracownika PRL-owska „wojskówka”, ale on przez lata całe nie napisał ani jednego raportu. Wcześniej był jeszcze „Pedagog”, który też „podpisał, ale nie szkodził”, był „Jankowski”, byli i inni...

      Nie wierzyć tak szanowanym obywatelom – nie sposób, wypada więc z tych opowieści wyciągnąć wnioski dotyczące systemu, który produkował i tolerował tego rodzaju „tajnych współpracowników”. Wniosek może być tu tylko jeden – długoletnie trwanie takiego systemu to prawdziwa zagadka. Bo jak to wygląda? Tajni Współpracownicy – fikcyjni albo nieszkodliwi. Na czele służb specjalnych – „ludzie honoru”. Funkcjonariusze służb – swoje chłopy przymykające oko na niesolidność tajnych współpracowników, takich jak panowie Solorz czy Subotić, albo wrażliwcy i filantropi fałszujący teczki w celu ochrony zagrożonych obywateli (co przytrafiło się pani Gilowskiej). A w partii?  W partii – prawie sami reformatorzy dyszący wręcz żądzą zdemokratyzowania systemu (jeśli pominiemy frakcję endeków, którzy się jakimś sposobem w partii zalęgli i bruździli).

      Do takiej mniej więcej wizji usiłują nas przekonać wcale liczni i wpływowi publicyści czy politycy i wychodzi im na to, że wszystko co w PRL-u złe, było winą wspomnianych gdzieś wyżej endeków (partyjnych i bezpartyjnych). Taki zresztą mniej więcej przekaz wyłania się z tego, co w swoim blogu pisuje pan Waldemar Kuczyński, jeśli mnie pamięć nie myli, to właśnie u niego wyczytałem, że realny socjalizm (a może szło tylko o PZPR?), był fenomenem w gruncie rzeczy prawicowym i endeckim. Podsumujmy. To, co w PZPR złe = endecja, a endecja = Dmowski. I teraz wiemy już, kto nam realny socjalizm zafundował. W świetle powyższych ustaleń niedawne odsłonięcie pomnika Dmowskiego uznać wypada za wydarzenie nadzwyczaj niefortunne. Pomnik należy usunąć i wystawić na jego miejscu monument ku czci reformatorów z PZPR, „ludzi honoru” ze służb i tajnych współpracowników, którzy „nikomu nie szkodzili” (choć przecież mogli)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „zagadka realnego socjalizmu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 listopada 2006 10:33
  • czwartek, 16 listopada 2006
  • wtorek, 14 listopada 2006
    • trefny sponsor

          Senatorowie z PiS i LPR wybierają się na jakiś polonijny zlot organizowany przez pana Kobylańskiego, w związku z czym w mediach znów zagościł temat Kobylańskiego jako „podejrzewanego o szmalcownictwo sponsora ojca Rydzyka”. Skoro tak, to ja też popiszę sobie o sponsorze, ale – przewrotnie – nie o Kobylańskim, tylko o Edwardzie Mazurze. Ostatecznie Mazur to też sponsor, ale – ciekawa rzecz – gdy ostatnio znowu zrobiło się o Mazurze głośno, w związku z jego zatrzymaniem przez Amerykanów, temat sponsorskiej aktywności Mazura jakoś nie zaistniał. A szkoda. Ale – nic. Poradzimy sobie sami, a że będzie to nie tylko opowieść o Mazurze, ale i historia z cyklu „media w III RP”, więc nie od rzeczy będzie przypomnieć, że sprawę „szmalcownika Kobylańskiego” jako pierwsza podniosła „Rzeczpospolita”. Jaki ma to związek z Mazurem? Dość okrężny, ale - cierpliwości. O tym – potem. Wracajmy do tematu: Mazur-sponsor.

          Otóż, pan Edward Mazur wspierał swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi tzw. Amerykańskie Centrum Kultury Polskiej, jego nazwisko wciąż figuruje w spisie najbardziej hojnych sponsorów tej organizacji, a nie jest to spis długi, obok nazwiska Mazura są tam ledwie trzy inne nazwiska. Wspierane przez Mazura Amerykańskie Centrum Kultury Polskiej przedstawiane bywało w polskiej prasie jako „słuszna” organizacja polonijna w opozycji do „niesłusznego” Kongresu Polonii Amerykańskiej pana Moskala – jak wiadomo – straszliwego antysemity. Na przykład pan Krzysztof Darewicz - zapamiętajmy to nazwisko – drukował w „Rzeczpospolitej” teksty o Centrum z tytułami w stylu „Nie tylko Moskal”. Dodajmy w tym miejscu, że dużą rolę w Centrum odgrywa pani Mirecka-Ploss, to nazwisko też się jeszcze pojawi...

          Powiadają, że za pośrednictwem Centrum Mazur sponsorował i fundację Jolanty Kwaśniewskiej. Współpraca Mazura z fundacją prezydentowej miała się zacząć w 1999 roku, ale znali się chyba wcześniej. Oto w 2004 roku nieżyjące już „Życie” publikuje zdjęcia z imprezy jaka odbyła się w roku 1995 w warszawskim hotelu Holiday Inn, na zdjęciach podziwiać można było panią Kwaśniewską oraz tak godnych szacunku biznesmenów jak pan Kuna, pan Żagiel i – właśnie – pan Mazur. W związku z publikacją „Życia” Kancelaria Prezydenta wydała oświadczenie, w którym stało, że prezydent z małżonką na otwartych przyjęciach spotykają całą masę różnych ludzi, których nie znają, co – oczywiście – było szczerą prawdą, tyle, że według „Życia” impreza w Holiday Inn była akurat zamknięta... Kwaśniewska zaprzeczyła jakoby Mazur dawał pieniądze na jej fundację za pośrednictwem Centrum Kultury Polskiej, tyle, że w wydawanej przez Centrum kwartalniku „Center Line” pisali ponoć wprost, że część z 41 tysięcy dolarów przekazanych przez Centrum fundacji pochodziło właśnie z kieszeni Mazura. Prezydentowa musiała być zresztą bliska sercu biznesmena, skoro w październiku 2003 roku Mazur zamieścił w wydanym przez Centrum folderze całostronicowe pozdrowienia dla pani Jolanty...

          Wyjaśnijmy, że rola Mazura w „słusznym” środowisku tworzącym Centrum była poważna. Z czasem Mazur wszedł nawet do Zarządu Centrum, zasiadł tam obok samego Jana Karskiego, gdy Karski zmarł Mazur współfinansował jego pomnik ( w odsłonięciu brał udział Cimoszewicz, wtedy szef MSZ) i sponsorował nagrodę imienia Karskiego. Wobec powyższego nie dziwi, że znalazł się też w Komitecie przyznającym nagrodę, słowem – podejrzany typ Mazur obracał się w niezłym towarzystwie... No dobrze – powiecie – ale czy to człowiek zawsze wie, z kim ma do czynienia? Może wszyscy ci zacni ludzie z Centrum Kultury Polskiej i z Komitetu nagrody imienia Jana Karskiego nie mieli pojęcia, że Mazur jest uwikłany w różne dziwne historie? Może widzieli w nim jedynie godnego szacunku (i hojnego) biznesmena-społecznika? Otóż, sprawa nie jest taka prosta. Przypomnijmy: Mazur zostaje zatrzymany przez CBŚ 27 lutego 2002 roku, dwa dni potem jest już wolny niczym ptak, ulatuje z kraju, a kilka miesięcy później....

          A kilka miesięcy później – 25 września 2002 roku – odbywa się w USA huczna uroczystość wręczenia nagrody im. Jana Karskiego pani Janinie Ochojskiej, znanej społecznicy z Polskiej Akcji Humanitarnej. Na uroczystości jest pan Mazur –pamiętajmy: członek Komitetu nagrody - jest też znany nam już pan Darewicz z „Rzeczypospolitej”, tej samej „Rzeczypospolitej”, która tak dzielnie tropiła „podejrzewanego o szmalcownictwo sponsora Radia Maryja” pana Kobylańskiego (1). Tak więc pan Darewicz na uroczystości jest, ale w swojej korespondencji oszczędza czytelnikom „Rz” informacji o obecności pana Mazura. Czy Darewicz mógł nie wiedzieć o zamieszaniu wokół osoby Mazura? Czy wiedział, ale – po prostu – go nie zauważył? Jak powiada poeta – „wszystko to być może”, pozwólcie jednak, że takie hipotezy między bajki włożę. Zwolnienie Mazura wywołało spory szumek (jak dziś wiemy za „przeciekiem” informacji o zwolnieniu stali członkowie grupy badającej zagadkę śmierci Papały zrozpaczeni tym, że ktoś im psuje robotę), w związku z czym – jak sądzę - Darewicz nie dlatego przemilczał obecność Mazura, że go nie widział, ale, że tak powiem – wręcz przeciwnie. To osobliwe zaślepienie wytknął Darewiczowi Bartosz Węglarczyk z „GW”, tyle, że wytknął mu je w roku 2005, gdy żona pana Darewicza poprztykała się z panią Mirecką-Ploss z Amerykańskiego Centrum Kultury Polskiej (2). „GW” w tym sporze sprzyjała pani Ploss, zamieszczając przy tej okazji jej wyznanie: „pana Mazura nie znam” i informację, że Mazur bywał „dwa trzy razy” w domu Darewiczów... Węglarczyk wytknął coś Darewiczowi, więc my wytknijmy coś Węglarczykowi, otóż, o ile w tekście z roku 2005 Węglarczyk pisze, że Mazur był członkiem Komitetu nagrody im. Jana Karskiego, o tyle w tekście Węglarczyka z roku 2006 stoi już tylko, że Mazur „był jednym ze sponsorów prestiżowej nagrody imienia Jana Karskiego”. Niby prawda, ale jakby nie cała...

          I tak moglibyśmy ciągnąć tą opowieść snując rozważania o słusznych i niesłusznych organizacjach i ich słusznych i niesłusznych sponsorach, oraz – oczywiście – o dziennikarzach, którzy czasem o czymś pamiętają, a czasem nie, czasem kogoś widzą, a czasem kogoś nie zauważają, ale ponieważ za długie wpisy w blogu męczą, więc przerwijmy w tym miejscu stawiając na koniec pytanie: gdyby pan Kobylański otworzył kiesę dla wsparcia jakiejś „słusznej sprawy”, to czy „nie zauważono” by jego papierów w IPN, tak jak – nie przymierzając – pan Darewicz „prześlepił” obecność Edwarda Mazura na bibce z okazji wręczania nagrody im. Jana Karskiego sympatycznej pani Ochojskiej? To pytanie, niestety, muszę zostawić bez odpowiedzi, chociaż pewne podejrzenia co do tego, jak brzmi odpowiedź prawidłowa mam...

      Przypisy:

      1) Przypomina mi to wytrwałe tropienie przez „Rz” przeszłości pana Netzla, gdy ten został szefem PZU, przy jednoczesnym braku zainteresowania przeszłością poprzednika pana Netzla, czyli – pana Stypułkowskiego, a byłoby o czym pisać! (zamiast tego drukowano w „Rz” Stypułkowskiemu laurki, jako wybitnemu fachowcowi)

      2) Swoją drogą - byłoby czymś niezwykle interesującym zerknąć do relacji „GW” z wręczenia nagrody pani Ochojskiej, „GW” musiała przecież to wydarzenie odnotować, nie mam niestety pod ręką tego numeru gazety, ale – idę o zakład - że „GW” Mazura na uroczystości też „nie zauważyła”. Gdyby ktoś miał pod ręką odpowiedni rocznik gazety ...




      Teksty wykorzystane:

      Bartosz Węglarczyk – Bartosz Węglarczyk odpowiada Krzysztofowi Darewiczowi, GW 16.05.2005

      Bartosz Węglarczyk, Interesy Edwarda Mazura za oceanem, GW 24.10.2006

      Krąg towarzyski prezydentowej Kwaśniewskiej, GW 20.12.2004

      Piotr Bączek – Kwaśniewska i Mazur, Głos – internet

      Daniel Walczak, Robert Zieliński, Grupa specjalna na tropie zbrodni, Dziennik 25.10.2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „trefny sponsor”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 listopada 2006 17:53
  • wtorek, 07 listopada 2006
    • desakralizacja

          Nabieram chyba brzydkich zwyczajów Waldemara Łysiaka, mam na myśli cytowanie samego siebie, ale, co tam - od czasu do czasu uchodzi... Otóż, pod koniec kwietnia umieściłem w blogu wpis pt. "Co można, a czego nie można - poradnik dla zagubionych". Wpis zawierał zbiór porad co robić wypada, a czego należy unikać, by uchodzić za "człowieka rozumnego".  Porada numer cztery brzmiała: "Można krytykować KAŻDĄ instytucję państwową - ze szczególnym wskazaniem IPN - poza Trybunałem Konstytucyjnym (przynajmniej do jesieni)" (1). Idzie mi zwłaszcza o to "przynajmniej do jesieni", bo mamy właśnie jesień i oto czytam w "Dzienniku": "Gazeta Wyborcza wezwała ostatnio - piórem Ewy Siedleckiej - do debaty nad poglądami nowych kandydatów do Trybunału. Na wzór amerykański, gdzie takie debaty są głośne i emocjonujące". Autor cytowanego tekstu, Piotr Zaremba,  zauważył przy okazji przytomnie: "To słuszny postulat. Tyle, że sprzeczny z tym, co wielu obrońców obecnego Trybunału do tej pory mówiło" (2). No właśnie. Pamięć ludzka, generalnie rzecz biorąc, jest dość krótka, ale chyba nie aż tak, by nie pamiętać, że jeszcze kilka miesięcy temu pomysł, by dyskutować o polityczo-światopoglądowycb uwikłaniach członków TK uchodziłby w kręgu "ludzi rozumnych" za "brutalny atak na Trybunał Konstytucyjny", czy  za „podważanie filaru” (demokratycznego państwa oczywiście). Ostatecznie powodem dla którego porada numer cztery z mojego „poradnika dla zagubionych” brzmiała tak jak brzmiała była histeria wywołana słowami Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział, że w TK zasiadają omylni ludzie mający pewne poglądy, i że fakt ten wpływa na kształt orzecznictwa trybunału.

       A teraz proszę – minęło kilka miesięcy i filar podważa nie kto inny tylko sympatyczna pani Siedlecka z „GW”. Wezwanie pani Siedleckiej jest – jak sądzę – sygnałem wysłanym do „ludzi rozumnych”, sygnał brzmi „teraz już można!” i pewnie jest ważny – dla tych, którzy podobnych sygnałów od pani Siedleckiej potrzebują. Ale to już są problemy „ludzi rozumnych”, my zadowólmy się stwierdzeniem, że zrobiło się normalniej. Oczywiście byłoby jeszcze lepiej, gdyby w końcu rozpadło się to „stado niezależnych umysłów” potrzebujące dyrygenta w osobie pani Siedleckiej (czy kogoś innego z jej kółka), ale nie wymagajmy zbyt wiele na raz i miejmy nadzieję, że „zadziała efekt zapadki” – skoro RAZ już zostało „ludziom rozumnym” powiedziane, że o podobnych sprawach dyskutować jednak można, to trudno będzie to odkręcić w przyszłości. Gdyby tak było – choć może przeceniam tu „ludzi rozumnych”, albo nie doceniam potęgi dyrygentów – znaczyłoby to, że idzie ku lepszemu. Niedawno w "Polityce" wyczytałem, że, cytuję: "w jakimś sensie udało się PiS odsakralizowanie demokracji, jej spospolitowanie i uzwyczajnienie" (3). Cóż – „w jakimś sensie” jest to prawda. A, że demokracja jest fenomenem politycznym, a nie sakralnym więc "odsakralizowanie" znaczy tu też tyle, co "przywrócenie normalności". Oczywiście z miejsca nasuwa się pytanie, któż to nam wcześniej demokrację "sakralizował", jak to robił i po co, i warto by poszukać na to pytanie odpowiedzi, choćby po to, by w przyszłości uniknąć podobnych sztuczek magicznych...



      (1) Rada nie była doskonała. Zapomniałem o NBP! NBP też krytykować nie było można - i nie można dziś - do czasu odejścia Balcerowicza...  
      (2) P. Zaremba, Trybunał doraźnych poruczeń
      (3) M.Janicki, W. Władyka, Pierwszy rok Czwartej, Polityka 39/2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „desakralizacja”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 listopada 2006 17:28
  • czwartek, 02 listopada 2006
    • sprawa honorowa?

          Skandal w Krakowie: krytyk literacki, pan Markowski spoliczkował literata - pana Liberę. Gdyby krytycy regularnie lali artystów, byłaby to może jakaś metoda podniesienia poziomu kultury narodowej, niestety nie szło o Sztukę, ale - banalnie - o kobietę. A nawet, skoro już jesteśmy tak ściśli, nie tyle o kobietę, co o żonę: żonę pana Markowskiego, którą podobno obraził pan Libera.

          Sprawa obrazy została w prasie opisana na tyle mgliście, że nie wiadomo jak to dokładnie było, tak czy owak od kilku dni Markowski robi, w pewnym kręgu, za bohatera - jako wskrzesiciel podupadłej nieco tradycji obrony czci niewieściej. Przy tej okazji wyciągnięto nawet z lamusa, zwykle obśmiewany „Polski kodeks honorowy” Władysława Boziewicza. Na staruszka Boziewicza powoływał się, broniąc Markowskiego i ksiądz Boniecki i panowie Najsztub z Żakowskim, którzy zaprosili Markowskiego – takie czasy – do swojego talk show. Żakowski (czy Najsztub) w internetowym blogu wyznał też, że mu Markowski zaimponował.

          I można by się z takiego odrodzenia kodeksów honorowych w epoce „tokszołów” i blogów ucieszyć, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czyn Markowskiego wpisany został w tak szlachetny kontekst nie tyle ze względu na swój charakter, co ze względu ma osobę która go dokonała. Otóż, Markowski związany jest z "Tygodnikiem Powszechnym, więc Libera otarł się o prawdę mówiąc, na łamach "Dziennika", cytuję: "Nie ulega dla mnie wątpliwości, że prof. Markowski, znawca i wielbiciel Nietschego, należy do rasy panów". Spokojnie! Tym razem nie chodzi mi dosłownie o rasę, ale o środowisko. Podejrzewam bowiem, że gdyby Markowski był felietonistą nie „Tygodnika Powszechnego”, ale – powiedzmy – „Dziennika” (albo – nie daj Boże – „Naszego Dziennika”), to by się Najsztub z Żakowskim tak tym wymierzonym Liberze policzkiem nie zachwycali.

          Ale nic. Przyjmijmy, że się mylę, że nie wchodzą tu w grę żadne środowiskowe uwikłania, że wszystkie zwierzęta są równe, słowem – przyjmijmy, że Najsztub z Żakowskim szczerze cieszą się z powrotu rycerskich tradycji. A więc znowu obowiązuje Boziewicz? Doskonale. Widzę sporą gromadkę kandydatów do obicia wywodzących z kręgów bliższych środowisku panów Markowskiego, Żakowskiego i Najsztuba, pech chce, że Boziewicz ze społeczności osób honorowych wykluczył alkoholików, oszczerców, homoseksualistów, paszkwilantów tudzież osoby ustawicznie obcujące z ludźmi niehonorowymi, więc - niestety -  części się upiecze...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „sprawa honorowa? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 listopada 2006 23:14