komentarze z onetu

Wpisy

  • piątek, 29 grudnia 2006
    • opowieść o Strasznych Starcach

      Co prawda już starożytni Rzymianie, którzy obok podboju świata zajmowali się głównie wymyślaniem sentencji na różne okazje, orzekli, że analogia nie jest dobrym argumentem, ale co z tego, skoro dolepienie jakiegoś paskudnego skojarzenia jest całkiem niezłym zabiegiem propagandowym? W związku z tym wszystkie strony publicznych sporów chcą sprawić, by ich oponenci kojarzyli się publiczności jak najgorzej. A że sytuacja polityczna w Polsce mocno się zaostrzyła, to i nie dziwota, że w ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy do czynienia z prawdziwą biegunką skojarzeń. Sytuacja po wygranych nie przez tych co trzeba wyborach kojarzyła się niektórym a to z weimarskimi Niemcami, a to z Hiszpanią generała Franco, a to z "marcem 1968", a to z chińską rewolucją kulturalną. Ale, ciekawa rzecz, wśród wielu malowniczych porównań jakimi raczyli nas obficie komentatorzy opisujący scenę polityczną jedno pojawiało się dziwnie rzadko, można wręcz powiedzieć, że nie pojawiało się niemal wcale. Może to dziwić, bo wpisywałoby się ono świetnie w ogólną poetykę stosowanych porównań, a idzie mi nie o chińską, ale naszą rodzimą "rewolucję kulturalną" zafundowaną Polsce przez komunistów na przełomie lat 40 i 50-tych ubiegłego wieku.

      To nie miejsce ani czas, by rozwodzić się nad szczegółami historii owej "rewolucji kulturalnej", pozostańmy przy ogólnym zarysie. Otóż, komuniści obejmujący - dzięki sowieckiej armii - władzę w Polsce nie mieli zbyt wielu aktywów w sferach akademicko-intelektualno-kulturalnych. Nietrudno więc zrozumieć Władysława Gomułkę, który, w 1945 roku, narzekał (mając na myśli świat akademicki): „Prawdą jest, że są tam profesorowie reakcyjni, ale przecież my profesorów na kursach nie dokształcimy. Profesorowie zdobywają kwalifikacje całe lata, długie lata, a my przecież jesteśmy u władzy dopiero miesiące. My dopiero możemy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno, ale dopiero po latach, po okresie potrzebnym na wychowanie profesora. Musimy pracować przy pomocy tych profesorów, którzy są ....”. Sytuacja, jak widać, była trudna. Przez pewien czas komuniści usiłowali zatem kokietować tzw. "starą kadrę", licząc, że przynajmniej jej część z czasem "dojrzeje do socjalizmu", ale równocześnie, myśląc perspektywicznie, uruchomili produkcję własnej inteligencji. I tu – okazało się – Gomułka był zbytnim pesymistą. Nie docenił siły kursów i różnych innych szybkich ścieżek akademickiej kariery. Nie minęło 4 lata a komuniści już mieli gotowy narybek partyjnej inteligencji. W związku z tym znudziło im się czekanie aż "stara kadra akademicka dojrzeje", tym bardziej, że „władza ludowa” w międzyczasie okrzepła i mogła sobie pozwolić na większą brutalność. Tak więc na przełomie lat 40 i 50-tych XX wieku komuniści gotowi byli do szturmu na uniwersytety, i szturm ten - z sukcesem - przypuścili. "Stara kadra" która nie dojrzała poszła w odstawkę, a jej miejsce zajęła młoda gwardia wyhodowana pod czułymi skrzydłami partii...

      No i powiedźcie teraz sami - czy historia polskiej "rewolucji kulturalnej" nie nadawałaby się do snucia analogii lepiej, niż historia chińskiej "rewolucji kulturalnej"? Ostatecznie bliższa koszula ciału, więc takie porównania winny wręcz cisnąć się na usta tym wszystkim, którzy chcą nas przekonać, że obecny reżim zniszczyć chce stare autorytety i, na ich miejsce, wywindować własne. Powinny się cisnąć, ale jakoś się nie cisną... Dlaczego zrezygnowano z tak smakowitego kąska? Ano dlatego, że - jak głosi ludowa mądrość - w domu powieszonego nie wypada mówić o sznurze. Rzecz w tym, że skutki "rewolucji kulturalnej" z przed dziesięcioleci trwają po dziś dzień, a jeden z tych skutków jest taki, że ośmiu na dziesięciu mających dziś pod 80-tkę koryfeuszy nauki i kultury ma na koncie stalinowski epizodzik. Są to - ni mniej, ni więcej - tylko podstarzali już, dawni stalinowscy hunwejbini, którzy w latach burzy i naporu, pod sztandarami PZPR, szturmowali uniwersytety. Rzućmy okiem na nazwiska osób orbitujących wokół 2-3 pism pozakładanych przez komunistów w latach 40/50-tych ("Kuźnica", "Odrodzenie", "Nowa Kultura"), dodajmy młode gwiazdy stalinowskiej nauki wykreowane przez Adama Schaffa w Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR - i mamy ich niemal w komplecie: prawie wszystkie autorytety "lewicy laickiej" przeszły przez te linie produkcyjne "nowej elity intelektualnej". Czy więc nie byłoby dość głupio zestawiać dziś straszliwą władzę PiS-u z rodzimą "rewolucją kulturalną" gdy dzień wcześniej drukowało się Jedlickiego lub Baumana w rolach autorytetów intelektualno-moralnych? Byłoby, rzecz prosta, bardzo głupio, toteż mało kto ośmiela się takie zestawienia stosować...

      Tak więc dawni stalinowscy hunwejbini mają się dziś świetnie zażywając sławy, odbierając hołdy i robiąc za dyżurnych moralistów i ekspertów od moralności. Ich ofiary z lat 40 i 50-tych albo już nie żyją, albo jęczą w sposób niesłyszalny, bo nie porobiły karier, więc ich nie słychać. Wygląda to, doprawdy, na "zbrodnię doskonałą": sprawcy, oraz ich przyjaciele i obrońcy mają monopol na interpretację przestępstwa. Wobec tego dowiadujemy się dziś, że stalinizm był dla hunwejbinów doświadczeniem...tragicznym. Okazuje się, że w sumie sami są ofiarami tamtej okrutnej epoki. By daleko nie szukać - kilka dni temu z wielkim hukiem fetowano 80 urodziny profesor Marii Janion, niegdysiejszej protegowanej Stefana Żółkiewskiego - jednego z głównych stalinowskich macherów od kultury (on to zakładał Instytut Badań Literackich, którego adepci mieli stworzyć jedynie słuszną, marksistowską polonistykę). Maria Janion, której stalinowska gorączka przeszła dopiero około 1956 roku twierdzi, że dała się oszukać, a dała się oszukać dlatego, że przede wszystkim liczył się dla niej pokój. Czy to możliwe, by osoba obdarzona ponoć wybitnym intelektem dała się tak ordynarnie robić w konia przez blisko dekadę? Ano - widać możliwe, wypada więc współczuć oszukanej przez Stalina Marii Janion. Żeby nie współczuć, a do tego wytykać przeszłość, trzeba być, doprawdy, łajdakiem. A dotyczy to, rzecz prosta, i reszty niegdysiejszych hunwejbinów. Jak wyłożył to niezawodny Adam Michnik, którego, nie może zabraknąć w tym wpisie, bo zabrakło go w ostatnim: „Tak jak ataki na faszyzm przez długi czas miały w podtekście dezawuowanie myśli prawicowej, narodowej czy katolickiej (...) tak dziś stosunek do stalinizmu często okazuje się zakamuflowanym atakiem na współczesną myśl liberalną. To się zaczęło w 1968 roku, kiedy ukuto tezę, że protesty studenckie są inspirowane przez odsuniętych od władzy stalinowców, którzy chcieliby przywrócić status quo sprzed 1956 roku. Główny atak skierowany był więc na ludzi, którzy przeciw partii zbuntowali się na początku odwilży – w 1954 czy 1955 roku. Kilkanaście lat później można ich było łatwo dezawuować, cytując teksty z wczesnych lat 50-tych Hańba domowa i cały idący za nią nurt „intelektualnie radykalnych” rozliczeń jest w gruncie rzeczy przedłużeniem tamtego procederu” (między panem, a plebanem s.626).

      Atak na stalinizm – zakamuflowanym atakiem na współczesną myśl liberalną! Wielka jest głębia myśli Mistrza Cytatu, ale my zajmijmy się innym kawałkiem jego wypowiedzi, tym mianowicie w którym zestawia atakujących stalinizm z harcownikami „marca 68”. To się nazywa dokleić paskudne skojarzenie! No dobrze, ale czym był „marzec 68”? Otóż, poza wszystkim innym, był też próbą „powtórki z rozrywki”: kierownictwo partii znów próbowało skorygować kształt elity PRL. Tyle, że czasy były inne, więc próba wypadła znacznie gorzej. Jej smutne skutki odczuli jednak nasi bohaterowie: jak oni kiedyś płynęli na fali "rewolucji kulturalnej", która znosiła "starą kadrę akademicką" i otworzyła im drogi szybkiej kariery, tak teraz na nich płynęła fala "marcowych docentów". Oczywiście w porównaniu z przełomem lat 40 i 50-tych "marzec 68" był dziecinną igraszką, niemniej poobijani przez „marzec” ex-hunwejbini obnoszą swoje rany po dziś dzień – „marzec” robi za ostatni krąg piekła PRL. A przecież stalinowscy hunwejbini i „marcowi docenci” to – w pewnym sensie – koledzy (jeśli chodzi o sposób wchodzenia na szczyt). Ostatecznie i „marcowi docenci” mogliby się tłumaczyć mniej więcej tak, jak robią to humnwejbini „rewolucji kulturalnej”: że najpierw uwierzyli w socjalizm, a potem wierzyli, że socjalizmowi zagraża nacjonalizm, więc, gdy partia powiedziała, że socjalizmowi zagraża nacjonalizm żydowski (zwany syjonizmem), oni odpowiedzieli na wezwanie partii, tym bardziej, że wszystko to sprzężone było z polityką mocarstw na Bliskim Wschodzie, a to już jest kwestia światowego pokoju, no a przecież – pokój przede wszystkim, itd., itd... dziś wiedzą, że dali się nabrać i obiecują, że już więcej się nabrać nie dadzą... Czy ktoś dałby wiarę takim opowieściom „marcowych docentów”? Pewnie ktoś dałby, ale, żeby się takich znalazło wielu – wątpię. A podstarzałym stalinowskim hunwejbinom wierzą całe rzesze. I to też jest miara ich sukcesu...
      Jakie więc wnioski może wyciągnąć z historii współczesny, powiedzmy, 18 latek gdyby zobaczył jakąś szykującą się „rewolucję kulturalną”? Z jednej strony ma smutny przykład „marcowych docentów” żyjących w pohańbieniu, z drugiej strony kusi olśniewający sukces stalinowskich hunwejbinów... Rzecz zaiste godna głębokich przemyśleń...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „opowieść o Strasznych Starcach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 29 grudnia 2006 12:16
  • niedziela, 24 grudnia 2006
    • czyżby naprawdę...?

          W tym przedświątecznym dniu ułatwię sobie życie i skorzystam z krynicy wiecznej inspiracji, czyli – z „Gazety Wyborczej”. A dzieją się na jej łamach rzeczy tajemnicze. Oto w świątecznym dodatku do "GW" możemy przeczytać artykuł o Waldemarze Łysiaku pióra Wojciecha Czuchnowskiego. Skąd w "GW" tekst o Łysiaku i to popełniony przez głównego gazetowego speca od "czarnej roboty"? Dotąd był w "GW" na Łysiaka "zapis" - nie można było o nim pisać nawet źle. A tu naraz - nagła zmiana? Na usta ciśnie się więc pytanie: co się stało?! Skazani jesteśmy na hipotezy. Stawiam taką: Czuchnowski dostał na Łysiaka zlecenie, ponieważ o Łysiaku napisali niedawno - i to pozytywnie- w "Rzeczypospolitej". "Rzeczpospolita" liczona jest w poczet tzw. "poważnych mediów" więc "GW", chcąc nie chcąc,  musiała dać odpór. I dała. Artykuł Czuchnowskiego pisany jest, swoją drogą, według starej receptury. Jacek Baryzel wspominał (można to przeczytać w najnowszych "Arcanach"), jak to - w latach 70-ubiegłego  wieku - brygady okołoKORowskich młodzianków przekopywały w bibliotekach stare numery "Stolicy" w których znaleźć można było teksty Leszka Moczulskiego. Moczulski podpadł w tym czasie KOR-owcom – bez ich zgody prowadził działalność polityczną - młodziankowie szukali cytatów, które mogłyby Moczulskiego skompromitować (w tym miejscu wyrażam współczucie dla stażystów z "GW", którzy musieli przekopać te wszystkie roczniki PRL-owskich gazet, w których pokazał się Łysiak - bo przecież sam Czuchnowski nie grzebał...)

          Ale z tym Łysiakiem to drobiazg. W tym samym numerze "GW" mamy prawdziwą bombę: Michał Cichy przeprasza powstańców warszawskich za swój tekst z roku... 1994! (chodzi o słynny artykuł o powstańcach mordujących Żydów). Dwanaście lat to kupa czasu, do tego za oknem mamy grudzień - ani to rocznica wybuchu powstania, ani rocznica jego upadku, co więc nagle napadło Michała Cichego? Co prawda blisko do Świąt, więc może tu jest coś na rzeczy – Cichego ruszyło przed Wigilią sumienie.  Niewykluczone, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.  Artykuł z 1994 roku to nie był żaden wyskok pana Cichego, tylko realizacja polityki redakcyjnej, dziś podobnie - nie mamy do czynienia z poruszeniem sumienia, ale z polityką. Nad przeprosinami Cichego unosi się bowiem, niczym Duch Boży nad wodami, słówko: lustracja. Zdaje się, że w redakcji „Gazety” mocno już czują zbliżającą się falę rewizjonizmu historycznego i – w związku z tym - rzeź autorytetów. Dodajmy też przeczucie końca pół-monopolu „Gazety” na ustawianie dyskursu publicznego.  Bo o czym mówi nam pan Cichy, niby to mówiąc nam o powstańcach warszawskich? Ano, mówi nam, że „nie miał racji” gdy myślał, że „jesteśmy sobie winni przyznanie się do prawdy, choćby była okrutna”, nie miał też racji, wierząc, że „prawda podziała oczyszczająco”. Zweryfikował pan Cichy także swoje przekonanie, co do tego, że „debata jest naczelną cnotą wolnego społeczeństwa, że dzięki starciom odmiennych stanowisk przyszłość będzie lepsza od teraźniejszości”. Cichy stracił też wiarę w wartość dokumentów. Bije się więc w piersi: „Dziś widzę, że mój faktograficzny ton, bogactwo źródeł i przypisów, cała aparatura historiograficzna ukrywały jeszcze jedno – nieczułość”. I, żeby już było zupełnie jasne o co chodzi – w końcu nie każdy czytelnik „GW” „załapie” – rzuca na siebie Cichy najstraszniejszą z potwarzy: „zachowywałem się jak lustrator, przekonany, że prawda ponad wszystko – ponad pokój  i ponad ludzki ból. Miałem stosunek nieubłaganie krytyczny wobec wszelkich świętości. Później dopiero dotarło do mnie, że nie da się deptać świętości, nie depcząc ludzi, którzy je wyznają”. A co do prawdy, to dowiadujemy się, że „nie wystarczy mówić prawdy, żeby mieć rację” (!). Dodajmy jeszcze ten kawałek (bo ładny): Nie ma wydarzeń historycznych bez czarnych kart. (..). Nie uważam już, żeby skupianie się na czarnych stronach życia prowadziło do czegokolwiek dobrego, podobnie zresztą jak znieczulanie się samymi stronami najpiękniejszymi. Nie powinno się milczeć o grzechach, ale należy ich żałować, a nie czerpać satysfakcję z ich wytknięcia”. Piękne prawda? Znowu sobie w „Gazecie” poigrali z powstańcami. Ostatecznie tak, jak w 1994 czymś obrzydliwym było, akurat w 50 rocznicę powstania,  wciąganie powstańców w tryby gazetowej propagandy promującej teorie „polskiego antysemityzmu”, tak dziś obrzydliwe jest wykorzystywanie ich do gazetowych wojenek z lustracją. Nic się nam przez lata pan Cichy nie zmienił, ale – z drugiej strony – kto się po nim, albo po „gazecie”, czegokolwiek spodziewał? Ale skoro Cichy znów wkracza do akcji, to chyba znak, że sytuacja uznawana jest przez „ludzi gazety” za poważną... Czyżbyśmy naprawdę mieli szansę doczekać się lustracji oraz otwartej debaty, która – jak wierzył Cichy dwanaście lat temu, i jak niektórzy wierzą po dziś dzień – jest „naczelną cnotą wolnego społeczeństwa”?

      A poza tym – Wesołych Świąt!

      Tekst obrabiany – Michał Cichy, Przepraszam powstańców, GW 23/24.12.20006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „czyżby naprawdę...? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 grudnia 2006 10:08
  • czwartek, 14 grudnia 2006
    • będzie trzęsło...

          Wśród całej masy informacji przemknęła ostatnio i taka: Rosyjskie Centrum Badania Elit ocenia, że 78% ludzi tworzących rosyjską elitę polityczną związanych było z KGB. Jeśli ta ocena jest trafna - wychodzi na to, że odwieczną rywalizację KGB-GRU wygrało to pierwsze. Trudno przecież inaczej zdiagnozować sytuację, w której zaledwie 22% elity miało związki z GRU (chyba, że to te ważniejsze 22% i dlatego Centrum woli siedzieć cicho na ich temat...). Wszystko są to rzeczy ciekawe, ale ciekawostką jest i to, że w Rosji istnieje coś takiego jak Centrum Badania Elit. W Polsce niczego podobnego zdaje się nie ma, i jeszcze długo nie będzie, bo też elity III RP wolą raczej, by narzędzia badawcze trzymać od nich z daleka. Tak więc na Centrum Badania Elit pewnie sobie poczekamy, ale - mimo wszystko - jakieś tam badania się robi...

      Nie, no oczywiście, że żaden desperat - może poza prof. Zybertowiczem -  nie bada jaki odsetek elity III RP związany był z SB czy "wojskówką". Robi się inne badania, też ciekawe. Na przykład - zważywszy, że właścicielami Polski Ludowej była partyjna nomenklatura ciekawie byłoby zobaczyć jak też sobie ta nomenklatura poradziła w wolnej już Rzeczypospolitej. Otóż, wyniki badań mówiących to i owo ta ten temat przedstawił w jednej ze swoich książek pan Majcherek. A wyglądało to mniej więcej tak: jedna czwarta dawnej nomenklatury założyła własne firmy, lub zajęła wysokie stanowiska w firmach prywatnych i prywatyzowanych (zdaniem Majcherka członek nomenklatury miał o 65% więcej szans na zostanie prywatnym przedsiębiorcą od tych, którzy w nomenklaturze nie byli). Dalej. Około siedemnastu procent dawnej nomenklatury utrzymało, lub zyskało wysokie stanowiska w firmach państwowych. Czyli - zacytujmy Majcherka dosłownie - "łącznie około 40% wszystkich znalazło się na wysokich miejscach drabiny społecznej III RP". Do tych pracujących dodać należy około 15% tych, którzy przeszli na renty i emerytury (Majcherek: "w zdecydowanej większości przyznane i wyliczone w oparciu o specjalne przywileje, co zagwarantowało im utrzymanie wysokiego statusu materialnego"). Oczywiście w każdym większym gronie znajdzie się pewien procent idiotów, nie inaczej było i w przypadku nomenklatury, ta jej pośledniejsza część nie potrafiła wykorzystać swojej szansy i poleciała w dół na drabinie społecznej, ale - jako się rzekło - była to mniejszość. Większość utrzymała, lub podniosła swój status (oczywiście konwertując go na warunki "wolnorynkowe"). Nie przypuszczam, by ci "beneficjenci transformacji ustrojowej" mieli swój hymn, ale - gdyby chcieli go mieć - świetnie nadawałaby się nań pieśń uczestników jednej z dymitriad przytoczona przez Pawła Jasienicę w "Rzeczypospolitej Obojga Narodów". Szło to tak:  

      Kto nam chce skarby wydrzeć,
      Nie wydrze, nie wydrze, nie wydrze!
      Trwogi się bać!, trwogi się bać!, trwogi się bać!
      Nic nie bać!
      Nic nie bać!

      Brońmy!, brońmy!, brońmy!
      Niech nas znają.
      Nas niewiele
      A ich wiele

      Bić!, bić!, bić!, siec, bronić
      A nieprzyjaciół gromić!
      Kto wykroci, kto wykroci?
      Nie ugrożą, nie ugrożą
      Ale się srożą!

      Nie dbać, bronić,
      A skarbów chronić!
      Wygrają - nie wygrają!
      Niechaj nas znają!

          Teraz: skoro właścicielem Polski Ludowej była partyjna nomenklatura, a w wolnej Rzeczypospolitej ta (była)nomenklatura ma się, generalnie rzecz biorąc, równie dobrze, albo i lepiej, to jak brzmi odpowiedź na pytanie: kto jest właścicielem III RP (a przynajmniej właścicielem jej co bardziej smakowitych kawałków)? Zadajmy jednak inne pytanie. Do kogo w III RP należy władza? Do pana prezydenta, do pana premiera, parlamentu i sądów - odpowie każde dziecię, które przyswoiło sobie lekcję o trójpodziale władz. I byłaby to odpowiedź trafna, ale - nie do końca. Ostatecznie nikt, kto nie jest już dzieckiem nie powie, że formalne struktury kanalizują władzę w stu procentach, a już zwłaszcza nie w Polsce, gdzie - jak ujął to klasyk teorii politycznej III RP Józef Oleksy - polityka salonowa przeważa nieraz nad sejmową. Zatem: kto dzierży w III RP władzę? III RP jest oczywiście demokracją, tyle, że demokracja to tylko jeden z pseudonimów oligarchii, słowem suwerenem jest lud, ale tak naprawdę realna władza spoczywa w wypielęgnowanych dłoniach znacznie węższego grona, którego spora część jest niezależna od wyroków ludu-suwerena, nie pochodzi bowiem z wyboru, ani też nie jest nominowana przez wybrańców ludu.

          Jak wąskie jest to grono? Obawiam się, że jest to trudne do ustalenia, bo gdy mowa o władzy realnej, to pod uwagę trzeba brać też władzę nieformalną, a coś takiego jak nieformalne wpływy bada się dużo trudniej, niż - dajmy na to - posła Łyżwińskiego na okoliczność ojcostwa, a i wyniki są dużo bardziej dyskusyjne. Nie mogę zatem przedstawić żadnych szacunków dotyczących oligarchii III RP (kłania się brak Centrum Badania Elit?), ale mogę podać dane nie pochodzące z naszego ogródka – zawsze pozwala to wyrobić sobie jakieś wyobrażenie o jakie wielkościach może chodzić... Bodaj w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku niemieccy socjologowie postanowili porachować jak liczny jest – w ich kraju - ten najbardziej wpływowy krąg, i wyszło im - mowa o ówczesnej RFN - że w grę wchodzi z grubsza rzecz biorąc 500 osób. Liderów politycznych, finansistów, przemysłowców, wreszcie organizatorów zbiorowej wyobraźni i modelatorów dyskursu publicznego, czyli dysponentów mediów, dziennikarzy, publicystów i intelektualistów.  Gdybyśmy zrobili podobny rachunek w Polsce zwracając przy tym uwagę na to KIM są przedstawiciele tych paru górnych setek, to wyszłoby, że - tak, zgadliście - są to w dużym procencie wspomniani wyżej „beneficjenci transformacji ustrojowej" (bo jakże mogłoby być inaczej?). Wychodzi więc na to, że spory kęs władzy w Polsce wciąż należy do byłej nomenklatury partyjnej...

      Chwileczkę! – powie ktoś – w PRL nomenklatura była grupą zorganizowaną, zgoła sformalizowaną i centralnie zarządzaną. Dziś nie mamy z niczym podobnym do czynienia. Jeśli nawet znacząca część tych „paru górnych setek” tworzących elitę władzy wywodzi się z nomenklatury, to i co z tego? Nie tworzą przecież jednej organizacji ze ścisłym kierownictwem i programem działania. Istotnie nie tworzą organizacji. Ale istnieje coś takiego jak „interes grupowy” czy chociaż „instynkt samozachowawczy”. A ten interes czy instynkt każe im bronić „zdobyczy okrągłego stołu”. Przecież iluś tam z nich uprzywilejowaną pozycję nie zdobyło dzięki talentowi i pracy. Pieniądze na rozruch interesów „pożyczyli” sobie z kieszeni podatnika, najsłynniejszą z takich przepompowni był oczywiście FOZZ...

      Co by się więc stało, gdyby nagle do głosu doszły siły kontestujące sporą część pookrągłostołowego porządku i mające ochotę pogrzebać przy korzeniach „transformacji ustrojowej” (a przynajmniej znacząco ułatwić to grzebanie)? Wiadomo co: „kto nam chce skarby wydrzeć...”, itd., itd. Tak więc niech porzucą nadzieję ci, którzy liczą na jakieś „uspokojenie sceny politycznej” Będzie jeszcze trzęsło i to jak cholera...



      Dane o losach partyjnej nomenklatury w III RP za: Janusz A. Majcherek, Kto zyskał, kto stracił, Plus-Minus nr.333

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „będzie trzęsło... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 grudnia 2006 17:06
  • wtorek, 12 grudnia 2006
    • wywiad z Adamem M.

          W sobotniej „Gazecie Wyborczej” (co blogowicze robiliby bez tej gazety?) dowcipni redaktorzy wydrukowali sztuczny wywiad z ojcem Rydzykiem klecąc go (wywiad, nie Rydzyka) z wypowiedzi Ojca Dyrektora pochodzących z różnych miejsc i czasów. Było to jawne wyzwanie rzucone filutom wszelkiego gatunku – z miejsca zaczęły powstawać spreparowane w podobny sposób wywiady z Adamem Michnikiem. Widziałem już ze dwa takie wywiady, przedstawiam kolejny...


      Ojciec Redaktor: na początek - może coś o sobie.

      Adam M.: Jak na pewno wiecie, środowiskiem z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej, niż przynależność do partii - oznaczało przynależność do pewnego języka, pewnej kultury, fobii, namiętności.... (1)

      Ojciec Redaktor: To wszystko wiemy.  Chodziło nam raczej, o coś bardziej wewnętrznego, o rodzaj spowiedzi... Jak widzi się Adam M.?

      Adam M.: ulegam nałogom, żądzom, pokusom. Po prostu grzeszę... (2)

      Ojciec Redaktor: coś jeszcze?

      Adam M.: mam temperament fanatyka. Na ogół jestem przekonany, że we wszystkim mam absolutną rację. A ponieważ dobrze rozumiem swoją naturę, wiem, że muszę mieć poglądy liberalne i tolerancyjne. Inaczej byłbym Berią. Potworem. Kaligulą. (2)

      Ojciec Redaktor:  Berią? Kaligulą? Potworem? Aż tak ostre oceny? Kim zatem by Pan był, gdyby przyszło Panu żyć w czasach Kaliguli, albo - może lepiej, bo to bliższa nam epoka - w czasach Berii?

      Adam M.:  Doceniam tę Boską łaskę, że nie żyłem w stalinizmie. Bo byłbym komunistą i takich ludzi jak Józek (Tischner ) bym niszczył z absolutną bezwzględnością" (2)

      Ojciec Redaktor: A więc - istotnie -  pozostaje nam tylko cieszyć się z tego, że jest Pan liberalny i tolerancyjny... Porozmawiajmy teraz o środowisku, z którego się Pan wywodzi, wspomniał Pan o nim na początku naszej rozmowy. To środowisko postrzegane jest bardzo różnie. By daleko nie szukać - Ojciec Dyrektor, czy w ogóle intelektualiści skupieni wokół Radia Maryja niezwykle ostro oceniają tradycję tzw. "lewicy laickiej", postrzegają ją jako siłę antypolską, i - zwłaszcza - antykatolicką. Wywodzi się Pan z tego środowiska, niegdyś był Pan jego gorliwym obrońcą, czy dziś zgadza się Pan raczej z ocenami Ojca Dyrektora?

      Adam M.: Ateizm i antyklerykalizm były trwałymi składnikami ideologii polskiego rewizjonizmu. W przeprowadzanych przez rewizjonistów -najostrzejszych nawet - krytykach stalinizmu prześladowania religii i Kościoła nie piętnowano wcale, albo też widziano w nich jedynie błędną taktykę, która - spychając Kościół na skraj katakumb - umacniała "przesądy religijne". Zaryzykowałbym pogląd, że wielu rewizjonistów uważało wydatne ograniczenie wpływów katolicyzmu i Kościoła jako jedną z niewielu zalet epoki "błędów i wypaczeń"... (3)

      Ojciec Redaktor: Może konkretniej. Proszę podać jakiś przykład

      Adam M.: tzw. list otwarty do PZPR, posiadał wszystkie cechy antykościelnego obskurantyzmu lewicy... (3)

      Ojciec Redaktor: obskurantyzmu ... lewicy?

      Adam M.: poza obskurantyzmem kościelnym istnieje też obskurantyzm antykościelny! (3)

      Ojciec Redaktor: ach tak...więc może podobny temat... mówiliśmy o tradycji "lewicy laickiej", więc teraz, dla równowagi, zajmijmy się tradycją endecką... sporo kontrowersji wywołało odsłonięcie pomnika Romana Dmowskiego, lewica ostro krytykowała ten projekt, pojawił się list otwarty podpisany, między innymi, przez Marka Edelmana i Marię Janion, zarzucali Dmowskiemu, czy szerzej endecji tendencje faszystowskie, zainfekowanie polskiej przestrzeni publicznej antysemityzmem... co sądzi Pan o takim widzeniu tradycji Narodowej Demokracji? Czy - Pana zdaniem - i w tym przypadku mamy do czynienia z jakimś "lewicowym obskurantyzmem"? Może uprzedzeniem?

      Adam M.: stereotyp antyendecki - zwłaszcza lewicowy - jest (...) jednowymiarowy i prymitywny. Akcentuje się w nim ksenofobię i antysemityzm endecji, prorosyjskość, związek z klasami posiadającymi i caratem, ciągoty pałkarsko-dyktatorskie, sympatie do faszyzmu... (4)
       
      Ojciec Redaktor: Zarzucenie Markowi Edelmanowi czy Marii Janion propagowania jednowymiarowych, prymitywnych antyendeckich stereotypów nie przysporzy Panu popularności w pewnych kręgach, zwłaszcza, że i inne przedstawiane tu przez Pana poglądy wydają się bliskie poglądom Ojca Dyrektora. Ciekawe zatem jak ocenia Pan ideę tzw. "krytycznego patriotyzmu" propagowaną, między innymi, przez "Gazetę Wyborczą", przypomnijmy, że idea ta zasadza się na bezwzględnej walce z narodowymi mitami, bogoojczyźnianym patosem, itd., itd... sądząc po tym, co powiedział Pan wcześniej koncepcja "patriotyzmu krytycznego" chyba już Pana nie zachwyca ...  czy może Pan wymienić kilka słabych punktów tej koncepcji?

      Adam M: krytyczny, "szyderczy" stosunek do tradycji; niechęć do gloryfikowania przeszłości wiodącą czasem ku przesadnemu "czarnowidztwu" polskich dziejów; lekceważenie i całkowite niemal pomijanie roli katolicyzmu w kulturze narodowej; ignorowanie funkcji Kościoła w życiu społecznym" (3)

      Ojciec Redaktor: mocno powiedziane... ale, skoro już złapaliśmy byka za rogi - porozmawiajmy jeszcze o siłach zagrażających Polsce. Na przykład o masonerii. Wielu ją lekceważy, osoby, które wskazują na masońskie niebezpieczeństwo są wyśmiewane. A jak Pan postrzega ten problem? Niegdyś i Pan należał do prześmiewców kpiących z „wyznawców spiskowej teorii dziejów”...

      Adam M.: Teraz widzę, że była w tym jakaś naiwność. Kiedy pewien wybitny intelektualista tłumaczył mi, że włoskie uniwersytety kontroluje masoneria, uznałem, że po prostu oszalał. Zaraz potem wybuchła we Włoszech afera z lożą P-7, która – jak się okazało – w wielkim stopniu kontrolowała nie tylko uniwersytety... (2)

      Ojciec Redaktor: Wystarczy! Mądrej głowie dość dwie słowie, a możemy się zapędzić... chyba i tak powiedział Pan zbyt wiele. I jeszcze, już na koniec, pytanie o historię najnowszą. Mamy kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, proszę o krótką ocenę tzw. "twórców stanu wojennego"

      Adam M.: szpicle, kaci i tchórze! (5)

      Ojciec Redaktor: jest Pan bezkompromisowy! To rzadkie w naszych czasach. Skąd czerpie Pan siłę?

      Adam M.: Nie mam cienia wątpliwości, że Chrystus mnie umiłował! (6)

      Ojciec Radaktor: Amen. Dziękujemy za rozmowę. Były to prawdziwe "Wyznania nawróconego dysydenta"!  

      1. Michnika dla "Powściągliwości i Pracy" z 1988 roku (cyt. za: Gergely Ungran, Historyczny kompromis, w: Fronda 23/24).
      2. Adam Michnik, Józef Tischner, Jacek Żakowski, Między panem a plebanem
      3. Adam Michnik, Kościół, lewica, dialog,
      4. Adam Michnik, Szanse polskiej demokracji
      5. cytowane za: Andrzej Walicki, Polskie zmagania z wolnością
      6. cytowane za: Waldemar Łysiak, Rzeczpospolita kłamców. Salon
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „wywiad z Adamem M. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 grudnia 2006 16:09
  • poniedziałek, 11 grudnia 2006
  • piątek, 08 grudnia 2006
    • styl i mentalność

      W poniedziałek dowiemy się jak wypadł „test na ojcostwo” posła Łyżwińskiego. Poseł Łyżwiński, jeśli miał okoliczność z Anetą K. strasznie się chyba denerwuje, Aneta K., jeśli miała okoliczność nie tylko z posłem Łyżwińskim, też pewnie nie śpi spokojnie, cała Polska czeka na wyniki testu, a my zajmijmy się jednym z bocznych wątków dyskusji związanych z seks-sferą, a takim wątkiem są rozważania dotyczące mentalności i stylu polskiej klasy politycznej. Dominika Wielowiejska, na przykład, napisała w swoim, blogu, że – jakkolwiek seks-afera się skończy – Samoobrona i tak jest skończona a to właśnie za sprawą mentalności i stylu jej członków objawionych przy okazji sprawy Anety K. Dominika Wielowiejska ma tu na myśli sposób w jaki politycy Samoobrony odpierają zarzuty (nie przypominam w jaki sposób to robią, bo wszyscy jeszcze to pamiętają). „Żal mi premiera” – pisze pani Dominika, sugerując, że Jarosław Kaczyński powinien się wstydzić aliansu z takimi ludźmi. W porządku. A co z innymi? Ot na przykład - Demokraci (kolejna mutacja Unii Wolności), ci arbitrzy elegancji polskiej polityki, celem obrony zdobyczy III RP zawarli niedawno w sojusz z SLD tworząc twór zwany Lewica i Demokraci. Sprawdźmy więc jaki styl i mentalność reprezentuje SLD -  jeśli chodzi o sprawy okołopłciowe. Czy nie znalazłaby się jakaś seks-afera w kręgu SLD? Proszę bardzo. Wystarczyło lekko pogrzebać w archiwum gazetowego Forum Kraj, by znaleźć coś takiego:
       
      "Sąd Rejonowy w Sławnie (Zachodniopomorskie) skazał Ryszarda P., byłego szefa powiatowego SLD, na półtora roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata za zmuszanie liderki jednego z kół partyjnych do seksualnego współżycia. Seksualna afera w kręgach sławieńskiej lewicy ujrzała światło dzienne 26 listopada 2001 roku. 32 letnia wówczas Kinga K. zawiadomiła prokuraturę i pomorskie media, że 58 letni Ryszard P. zmuszał ją do stosunków seksualnych. Od utrzymywania intymnych stosunków uzależniona była moja praca - twierdziła pokrzywdzona. Ryszard K. oponował: - Owszem, pomagałem tej dziewczynie znaleźć pracę, ale nie utrzymywałem z nią żadnych intymnych stosunków. To biedna, słabo wykształcona i podatna na różne naciski kobieta. W doniesienie do prokuratury wmanewrowali ją moi polityczni przeciwnicy. Sąd nie uznał jednak jego wyjaśnień za wiarygodne i po niejawnym procesie orzekł "winny". Wyrok nie jest prawomocny. Adwokat Ryszarda P. zapowiedział odwołanie" (wątek: kolejny przypadek molestowania w SLD, 19.07.2002)

      Co tam – powiecie – cóż to jest: szef powiatowego SLD? Nie ma jakiejś grubszej ryby? Jest: może ktoś jeszcze pamięta -  w 2002 roku Tadeusz Iwiński, SLD-owski prominent i - wówczas - jakiś tam minister, bawiąc w Barcelonie z oficjalną wizyta obłapywał publicznie tłumaczkę. Zrobił się z tego, oczywiście, skandal, a koledzy bronili Iwińskiego w stylu zgoła podobnym do stylu Samoobrony. I tak, Leszek Miller stwierdzić miał, że skoro tłumaczka nie ma pretensji, to nie ma sprawy, Józef Oleksy oznajmił, że był to "gest życzliwości", sam Iwiński orzekł zaś, że "nie ma w tym nic niestosownego" i jeszcze: "od tylu lat uczestniczę w różnych forach międzynarodowych. Np. na forum Rady Europy z delegatkami z południa obejmujemy się, całujemy, ściskamy. Mamy taki sposób bycia". A Jaruga-Nowacka? Jaruga-Nowacka napisała do Leszka Millera list z prośbą o wyjaśnienie co się zdarzyło i czy aby nie doszło tu do molestowania. Minister klepie publicznie tłumaczkę po pupie, a Jaruga-Nowacka pyta Millera co to było! To się nazywa styl i mentalność! (odpowiedzi Millera nie znam, a szkoda...)  I z partią, której członkowie reprezentują taki właśnie "styl i mentalność" Demokraci bronić chcą "dorobku III RP"... Co pani na to pani Dominiko? Żal pani Demokratów?  Albo-  z innej beczki - jakiż to styl i mentalność wyłania się z nagrań rozmów wybitnego eseisty z wielkim animatorem kultury lub z nagrań rozmów tegoż wybitnego eseisty z rekinem biznesu? Jeśli styl odbija mentalność, to - doprawdy - nie wydaje mi się, by Adam Michnik, Lew Rywin i pan Gudzowaty – bo o nich tu mowa -  źle czuli się w towarzystwie posła Filipka, i w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z poetyką zgoła knajacką. To prawda - nie mieliśmy okazji usłyszeć jak panowie Michnik, Rywin i Gudzowaty rozprawiają między sobą na tematy erotyczne, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto o biznesie mówi posługując się grypserą, sprawy okołopłciowe opiewa językiem trubadurów...

      Zaprawdę! Styl i mentalność to słaba strona nie tylko Samoobrony...
      A może krzywdzimy ich wszystkich? Może po prostu ich nie rozumiemy? Niewykluczone. Ostatecznie istnieją tzw. gwary środowiskowe. Mamy nawet pod ręką ciekawy przykład. Oto, na uboczu wielkich wydarzeń politycznych toczy się właśnie proces osławionego Huberta H. – bezdomnego przyskrzynionego za obrazę urzędu Prezydenta RP. Obrona oznajmiła ostatnio, że Hubert H. nie bluzgał, ale prowadził debatę publiczną w swoim narzeczu, to jest posługując się językiem bywalców noclegowni. Co tak naprawdę chciał powiedzieć Hubert H.? Zaraz do tego dojdziemy, zacytujmy wpierw oryginalną wypowiedź: „Wy kmioty Kaczyńskiego, czego się ch... czepiacie, przez tego ch... prezydenta, ch... mu w d..., wyr... obie kaczki”. Zatem – co chciał przez to powiedzieć Hubert H.? Otóż, jak sam wyjaśnił: „Moim celem nie było obrażanie kogokolwiek, ale zwrócenie uwagi na tragiczny los ludzi bezdomnych, ludzi, którymi się gardzi, którymi się pomiata. Zapytuję was wszystkich, czy dobrze się wam z nami żyje?”. To właśnie w swoim narzeczu powiedział Hubert H. Tak przynajmniej twierdzi on sam i jego obrońcy. Kto wie co w swoich narzeczach chcieli nam powiedzieć posłowie Samoobrony, albo panowie Michnik, Rywin i Gudzowaty?
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „styl i mentalność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2006 18:37
  • środa, 06 grudnia 2006
    • hipotezy okołorozporkowe


          A więc doczekaliśmy się i w Polsce - mamy seks skandal, polityka sięgnęła rozporka. Prawda - była wcześniej Anastazja P., ale teraz to chyba grubszy kaliber. Aneta H. oskarżyła posła Łyżwińskiego i wicepremiera Leppera o seksualne wykorzystywanie, Łyżwiński wykorzystywać miał regularnie, Lepper z doskoku, a trwać to miało latami. Narzędziem nacisku była posada – gdyby Aneta H. nie zaspokajała chuci Łyżwińskiego, dla którego pracowała miała zostać wyrzucona na bruk. Szczerze mówiąc wygląda to wszystko nie tyle na straszliwe wymuszanie, co na układ akceptowany przez obie strony - póki działał. Sypnęło się z czasem - Samoobrona miała fatalny wynik wyborczy i Aneta H. cie została radną, co jak się wydaje było częścią umowy, a Łyżwiński nie miał ochoty płacić w inny sposób. Byłby więc Łyżwiński tyleż ofiarą chuci, co i węża, którego hoduje w kieszeni - gdyby z większą łatwością otwierał portfel, pewnie nie byłby dziś w tarapatach. Co niech będzie nauką dla wszystkich...  

          Jest jednak w tej sprawie coś dziwnego – Aneta H. zapewnia, że Łyżwiński jest ojcem jej córki, Łyżwiński zapewnia, że ojcem nie jest. Tak więc jedna ze stron kłamie (lub co najmniej się myli), co trudno zrozumieć - biorąc pod uwagę, że ustalenie ojcostwa nie jest dziś wielkim wyczynem. Żadna ze stron, jeśli działa racjonalnie, nie powinna wystawiać się na tak łatwe zdemaskowanie. Nie kłamie się publicznie w sytuacji, gdy można łatwo zweryfikować kłamstwo. Łyżwiński albo powinien siedzieć cicho, albo – co byłoby chyba rozsądniejsze, jeśli jest ojcem – przyznać się do ojcostwa trzymając się przy tym wersji „romans – tak! molestowanie – nie!”. Aneta H. również – o ile nie jest pewna swego – nie powinna poruszać kwestii ojcostwa; gdyby badania wypadły na korzyść Łyżwińskiego – jej wiarygodność runie jak domek z kart. O co więc może chodzić? Cóż – może po prostu jedna ze stron nie działa racjonalnie, ale możemy też puścić wodze fantazji i nawymyślać trochę hipotez. A co by było, gdyby ojcem dziecka był ... Andrzej Lepper? Przypuśćmy, że badania, że tak powiem, oczyszczają Łyżwińskiego z zarzutu, Lepper z Łyżwińskim triumfują, wiarygodność Anety H. rozbita zostaje w pył, wydaje się, że z aferą koniec, a tu Aneta H. oświadcza: „doprawdy! Współżyłam w tamtym czasie głównie z Łyżwińskim, i przekonana byłam, że to jego dziecko, ale pamiętam, że raz czy dwa zdarzyło mi się i z panem przewodniczącym...”. Mamy rewitalizację afery i to nawet z większym rozmachem... No zgoda – łatwo wykazać, że ta hipoteza ma słabe strony, nie będę się przy niej upierał, mam jeszcze lepszą – a gdyby była to... prowokacja Samoobrony? Ostatecznie Lepper już raz posłużył się kobietą i dziennikarzami... Przypuśćmy, że Aneta H. jest wierną funkcjonariuszką partii, która zgadza się „wystawić” w ten sposób, by skompromitować wrogów Samoobrony. Wokół Samoobrony robi się szum, wrogowie triumfują, a tu nagle Aneta H. oświadcza: „Nie mogę tego dłużej ciągnąć! Przyznaję: dałam się namówić do wystąpienia przeciwko panu przewodniczącemu. Namawiali i zastraszali mnie:.....”. Gazeta Wyborcza zostaje mocno kopnięta... Owszem, jest to hipoteza fantastyczna, Aneta H. za dużo by ryzykowała, naskładała już przeciwko Łyżwińskiemu i Lepperowi zeznań w prokuraturze, ale z drugiej strony nie takie numery zdarzają się na świecie... Rzeczywistość okaże się pewnie znacznie bardziej prozaiczna...  


      Ps

      Mam wrażenie, że wyznanie o podaniu oksytocyny w celu wywołania porodu w 6 miesiącu ciąży nie padło w programie „Teraz My” spontanicznie, pod wpływem chwili. Wyglądało to mniej więcej tak: Aneta H. informuje Sekielskiego z Morozowskim, że jej córka jest wcześniakiem, a jeden z redaktorów pyta (mniej więcej): „a dlaczego jest wcześniakiem?”. Skąd takie „ginekologiczne” pytanie?
      I dlaczego Aneta H. mówi w telewizji coś, o czym „zapomniała” poinformować prokuratora?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „hipotezy okołorozporkowe”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 06 grudnia 2006 17:47