komentarze z onetu

Wpisy

  • piątek, 31 marca 2006
    • 1996 - 2006

      Obserwując z obrzydzeniem scenę publiczną opanowaną przez ogarniętych żądzą władzy małych ludzi, człowiek rozumny mimowolnie cofa się w przeszłość, gdy polityka miała inny – uczciwszy i ładniejszy – charakter. Nie było to znów tak dawno! Dość cofnąć się ledwie o dekadę. Do 1996 roku. Pamiętacie tamtych mężów stanu? Tamtych fachowców? Ludzi, którzy żyli tylko dla dobra kraju? Pozwólmy sobie na chwilę wspomnień.... W czasach trudnych lepsze czasy, które już były to azyl, w którym skołatane dusze znaleźć mogą chwilę wytchnienia.... Nie będę cytował Mickiewicza – wszyscy to znamy...
      A więc przypomnijmy – musimy wystartować trochę wcześniej, niż w 1996 - wybory parlamentarne we wrześniu 1993 roku wygrywa SLD, dostaje ponad 20% głosów, co przekłada się na 171 miejsc w Sejmie, drugie miejsce zajmuje PSL, gromadząc ponad 15% głosów co daje 132 miejsca w Sejmie. Trzecie miejsce – o szczęśliwe czasy! – zajmuje Unia Demokratyczna. Ponad 10% głosów i 74 miejsce w Sejmie. Unia Demokratyczna w Sejmie! Już ta okoliczność sprawia, że każdy człowiek rozumny winien tęsknić za tamtą szczęsną epoką, ale- idźmy dalej. SLD i PSL, dwie europejskie partie, których nikt nawet nie podejrzewa o chęć ograniczenia demokracji tworzą rząd.
      Na czele staje, wpierw Waldemar Pawlak - osoba niezwykle medialna, w przeciwieństwie do np. takich Kaczyńskich, z czasem zastępuje Pawlaka Józef Oleksy - przystojny, doskonale wykształcony światowiec. W PZPR od 1968. Był to co prawda akurat czas zaciągu „moczarowskiego”, ale przecież i porządni ludzie wtedy do PZPR wstępowali, na przykład Józef Oleksy. Zresztą. powiedzmy sobie szczerze – gdyby coś z tym zaciągiem premiera było nie tak, to przecież wolna prasa natychmiast by to nagłośniła. Wiele lat później stronniczy sąd okrzyknie Oleksego „kłamcą lustracyjnym”, ale to na pewno wyrok polityczny – znak nadciągającej IVRP – nie wybiegajmy jednak w przyszłość, na początku 1996 Rzeczpospolita ma szczęście być rządzona przez tego znakomitego męża stanu. Niestety, w lutym 1996 Oleksy musi ustąpić – to skutek prowokacji Milczanowskiego, który oskarża premiera o zbyt poufałe kontakty z niejakim Ałganowem towarzyszem z sowieckich spec-służb. Oleksy – prawda- z Ałganowem się przyjaźnił, ale – co w tym zdrożnego? Zbytnia ufność – oto słabość tego polityka. Jednak – odejść ze stanowiska premiera musi...
      Na szczęście wśród socjaldemokratów dobrych fachowców dostatek. Następcą Oleksego zostaje Włodzimierz Cimoszewicz. Katon lewicy. Później także – niezbyt fortunny- Cincinnatus. Próżno dziś takich szukać w Sejmie. Złośliwi mówią, że Cimoszewicz to agent „Carex”, ale zostawmy ich na boku. Niech się udławią własną żółcią. Tak więc Cimoszewicz tworzy gabinet. Ach! Co to był za rząd! Wystarczy kilka nazwisk. Szef URM – Leszek Miller. Nie trzeba przedstawiać. Dość powiedzieć, że przyjaźnią zaszczycił go sam Adam Michnik. Minister finansów - nikt inny tylko Grzegorz Kołodko! Słynny w świecie ekonomista, nie to, co jakaś Gilowska. Szef MSW – Zbigniew Siemiątkowski. Pod opieką takiego ministra człowiek mógł czuć się bezpieczny. A minister rolnictwa? Znany z uczciwości Roman Jagieliński. Szef MEN? Jerzy Wiatr, wybitny znawca marksizmu-leninizmu, chyba najlepszy w kraju, do tego demokrata szczery aż do bólu. Minister kultury i sztuki? Zdzisław Podkański, subtelny erudyta, miłośnik twórczości Józefa Czapskiego (1896-1993), którego zresztą chciał zaprosić na spotkanie. Że trochę za późno, skoro Czapski już w tym czasie nie żył? Liczą się intencje. Minister przekształceń własnościowych - Wiesław Kaczmarek, dla przyjaciół „Rudy”, wcielenie prawości. Minister sprawiedliwości – Leszek Kubicki, absolutnie bezstronny. Wzór do naśladowania dla wszystkich szefów resortu sprawiedliwości.
      Na koniec - deser. W roku 1996 w pałacu prezydenckim zasiada Aleksander Kwaśniewski. Człowiek wykształcony, w świecie bywały, znający języki, również szczery demokrata, mający piękną żonę. Dodajmy – prezydent jest wysokiego wzrostu (co łatwo zauważyć w TV, trudniej na żywo). To prezydent, którego nie musieliśmy się wstydzić. Powiedzmy to sobie wprost – dzisiejsi rządzący to karły na ramionach olbrzymów.....
      Wracajmy do 1996 roku. Nie ma - tak wszechobecnej dziś - żądzy władzy, nie ma wojenek, zamachów na demokrację, Trybunał Konstytucyjny, środowisko prawnicze. Wreszcie – nikomu nawet do głowy nie przychodzi, by nastawać na wolność mediów. Przecież gdyby przyszło – wolne media podniosłyby wrzask. O wolności mediów w owej epoce zaświadczyć może Tomasz Lis – tylko pięć dni walczył, by pokazać materiał z wizyty prezydenta w Charkowie (epizod z goleniem). Nie grozi nam faszyzacja, bolszewizacja, brutalizacja, a nade wszystko – nie grozi nam lustracyjne piekło. Mamy sprawne, bezpieczne, dobrze rządzone państwo. Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej.
      Łza się w oku kręci .... . Powiedzcie sami - czy nie chcielibyście cofnąć się do 1996?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „1996 - 2006”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 31 marca 2006 17:08
  • środa, 29 marca 2006
    • Nakręceni

      1. Przygody Manueli w kraju okupowanym

      Manuela Gretkowska to pisarka-skandalistka, prawda, skandalistka nieco już wyleniała, ostatni duży skandal zrobiła lata całe temu, gdy wydała książkę o kobiecie z dwiema łechtaczkami, ale, jednak – skandalistka. Niedawno Gretkowska znów dała o sobie znać, tym razem za sprawą felietonu napisanego dla pisma „Sukces”. W felietonie przeprowadziła psychoanalizę najsłynniejszych w Polsce bliźniaków, dochodząc do wniosku, że pani Lubelska (??) straciła rządową posadę na rzecz pani Gilowskiej, ponieważ Kaczyńscy, wychowani przez owdowiałą matkę przyzwyczaili się do tego, że władza spoczywa w rękach silnej kobiety....
      Pismo „Sukces” czytywane jest najwyraźniej w prezydenckiej kancelarii, wkrótce nadszedł bowiem z kancelarii list pióra pani Kamińskiej,  w liście stało, że felieton Manueli to pseudointelektualny bełkot naszpikowanym kłamstwami. Fakt jest faktem – felieton Gretkowskiej był pseudointelektualnym bełkotem naszpikowanym, jeśli nie kłamstwami, to przynajmniej przeinaczeniami (inna rzecz, czy język listu przystoi pismu kancelarii Prezydenta RP), straszliwy list to jednak betka, prawdziwy horror zaczął się później. Oto Manuela mocno chyba listem poruszona jedzie samochodem z Łodzi (do Warszawy?) i – tu oddajmy głos Smeczowi - Jastrunowi, który rzecz całą opisał w „Rzeczypospolitej”: „Nagle widzi, że kierowcy mrugają jej światłami, prawdziwa jednak groza ogarnęła ją, gdy ujrzała, że mrugają jej też z tyłu, światłami awaryjnymi. Czyli groźby urzędu prezydenta są nie tylko słowne? W pobliżu domu, gdy wiele wskazywało, że jednak ocali swe życie, zorientowała się, że nie włączyła świateł mijania”. Tyle Smecz....
      Gdybym był Gretkowską błagałbym Jastruna, by przytoczony powyżej kawałek ze swojego tekstu wyrzucił - Manuela prezentuje się w nim jako rozhisteryzowana idiotka - ale, że Gretkowską nie jestem, cieszę się, że Jastrun tą anegdotkę przytoczył, znając ją możemy bowiem postawić pytanie: kto nieszczęsną Manuelę do takiego stanu doprowadził? Kto sprawił, że dorosła, inteligentna (?) kobieta gotowa była przypuszczać, że urząd prezydencki nasłał na nią siepaczy w zemście za felieton z kobiecego pisma „Sukces”?

      2. Wielki Strach

      Zatem – kto Manuelę do takiego stanu doprowadził? Kto przyprawił ją o atak paranoi? Kaczyńscy – zakrzyknie wielu. I PiS – partia, która ma ochotę wprowadzić w kraju zamordyzm. I pani Kamińska – swoim listem. Mam inną teorię: imię sprawców Legion...
      Zacznijmy od kilku zagadek: kto i kiedy napisał te słowa? - „Idą mroczne czasy. (...). Trzeba zewrzeć szeregi. Barbarzyńcy nie stoją u bram naszego miasta, ale już w nim są”.  Tomasz Mann w 1933? Gdzie tam. Magdalena Środa pod koniec 2005.  A coś takiego?  - „Po ostatnich wyborach rzeczywistość nabiera wymiaru, który karze mi się czujnie przyglądać filmom Leni Riefenstahl sprzed wojny i wpatrywać się w analogie. (...). Jeśli nie będziemy reagować, to rzeczywiście niedługo dziarscy chłopcy z łysinami, przywdziani w narodowo-sojalistyczne ideologie zaczną nas przepędzać po ulicach, wybijać szyby w oknach i wyganiać do ciepłych krajów”. To Wojciech Kuczok, literat młodego (chyba jeszcze) pokolenia, cytowany zresztą z wyrozumiałością przez samego Adama Michnika. A to?: „Polsce grozi szmaciany stan wyjątkowy. Dojdzie do niego, gdy Samoobrona, LPR i PSL podpiszą tak zwany pakt stabilizacyjny z PiS. (...) miejsce kliki sanacyjnych pułkowników zajmą panowie: Dorn, Wasserman, Ziobro and their boys, ze wszystkich służb tajnych”. To Kazimierz Kutz. A to? – „Podnosi się fala głupoty i obrzydliwości”. To Krzysztof Teodor Toeplitz, ten sam, który merdał ogonem przed każdym PRL-owskim reżimem.... A to: „O klasie przywódców PiS świadczy też ich słownictwo. „Łże-elity” to przecież określenie przejęte z terminologii radzieckiej. Pół wieku temu ukazała się w ZSRR książka „Łże teoria Keynesa”, o której treści lepiej nie mówić. Stwierdzenie PiS z 18 marca, że w razie konieczności z przeciwnikami będzie walczyć na noże, trudno uznać za szczęśliwe, pamiętając o krakowskim zabójstwie kibica"” To Wacław Wilczyński....
      Oczywiście, że słówko "„łże"” bywa używane w ten sposób nie tylko w „terminologii radzieckiej”, ale i w języku polskim, prawda, że dziś już dość rzadko, także w rosyjskim (nie „radzieckim”!), w XVII wieku, po obu stronach granicy Dymitra Samozwańca zwano „Łże-Dymitrem”, oczywiście, że o „walce na noże” jako pierwszy mówił poseł Śpiewak z PO, Kaczyński jedynie się do tego odniósł, zastrzegając bodaj dwa razy, że wolałby takiej walki uniknąć, oczywiście, tylko  - co z tego?  Felieton Wilczyńskiego poszedł w świat, PiS kojarzony jest w nim z „terminologią radziecką”, „walką na noże” i „zabójstwem kibica” na dodatek .... . A skoro już pojawił się poseł-profesor Śpiewak, on wypuszcza w świat taką oto wizję „świata Kaczyńskich”: „Każdy kto odważy się na surowsze oceny, może od razu dostać w zęby i zostać przyszpilony imieniem osławionego prokuratora Wyszyńskiego”..... .
      I tak dzień w dzień, miesiąc po miesiącu, w tysiącach egzemplarzy na okrągło (korzystałem z „GW”, Przeglądu, Wprost i Przekroju): głupota, obrzydliwość, podłość, nazizm, barbarzyńcy, faszyzm, bolszewizm, bicie w zęby, tajne służby, zamordyzm, zawłaszczanie, cenzura, wojny.... Wszystko to w kontekście Kaczyńskich i PiS-u Można by tak cytować bez końca..... (jeśli nie jest to język Wyszyńskiego, to co to jest profesorze Śpiewak?).  Czy ktoś, kto pochłania chociaż cząstkę tego wszystkiego – na przykład Manuela Gretkowska  - nie może w końcu dostać ataku paranoi i zobaczyć na drodze skrytobójców nasłanych przez tyrana?  Oczywiście, że może. Trąbcie przez pół roku w mediach, że w lesie pod Radomiem pojawił się zbój łupiący podróżnych, a ludzie zaczną widzieć zbója za każdym krzakiem...
      Jak to wszystko działa? Jeszcze jeden cytat, znów ze Smecza: „Moja niechęć do PiS, do neoendecji, populistów, ojca dyrektora, zaczyna mieć charakter obsesji. Czytam, oglądam i mam mdłości, czegoś podobnego doświadczałem tylko na początku stanu wojennego”..... Czytam i oglądam... Co czyta Smecz? Zapewne Środę, Kutza, Toeplitza, Kuczoka, Śpiewaka, w przerwach ogląda zaś Monikę Olejnik, i Tomasza Lisa .... . A oni wszyscy czytują Smecza. I tak się kręci ten mechanizm wzajemnego nakręcania. Kutz nakręca Smecza, Smecz nakręca Środę, Środa Toeplitza, Toeplitz Kutza, a wszyscy współ nakręcają biedną Manuelę......I nas.
      A jak podkręca się temperaturę przekazu? No cóż, skorzystajmy znów z tekstu Smecza, skoro mamy go pod ręką. Smecz o Gretkowskiej i liście z kancelarii: „miesięcznik, w którym drukuje felietony otrzymał list z urzędu prezydenta RP ze stanowczym żądaniem, by magazyn pozbył się jej jako autorki”.  Teraz fragment listu Kamińskiej: „Zapisana w konstytucji wolność słowa gwarantuje, że swoje wynurzenia mogą publikować twórcy tej miary co Manuela Gretkowska. Dziwi jednak fakt, że „Sukces”, pismo, które stara się zachować wysoki poziom, otwiera swoje łamy na tego rodzaju publicystykę”. Można oczywiście dowodzić, że zdanie: „dziwi jednak fakt, że „Sukces”, pismo, które stara się zachować wysoki poziom, otwiera swoje łamy na tego rodzaju publicystykę”, sugeruje, że redakcja powinna z Gretkowską współpracę zerwać, z całą pewnością jednak nie jest to „stanowcze żądanie, by magazyn pozbył się jej jako autorki”, ale – cóż – taki właśnie przekaz poszedł w świat wraz ze stu iluśtam tysiącami egzemplarzy „Rzeczypospolitej”.
      Czy PiS jest bez winy? Oczywiście, że nie jest. List kancelarii do „Stylu” mógł być sformułowany oględniej (dodajmy jednak, że redaktor Gauden z „Rzeczypospolitej” przyznał, że w poprzedniej kadencji dostawał ostrzejsze listy, na przykład od ministrów – tyle, że jakoś nikt nie robił wokół tego szumu), mogliby działacze PiS-u wiedząc, że są na cenzurowanym trzymać czasem język za zębami, słowem – bez winy nie są. Ale nie są aż tak winni, by ich wina usprawiedliwiała histerię, z jaką mamy do czynienia od kilku miesięcy .....
      Dobrze – ktoś powie – powiedzmy, że wpływowe środowiska są do Kaczyńskich uprzedzone, nakręcają się wzajemnie, przekłada się to na przekaz medialny, ale są jeszcze media zagraniczne, w żaden sposób w nasze krajowe sprawy nie uwikłane. Co niby chcieliby ugrać zagraniczni korespondenci kreując PiS na partię faszyzującą, a Kaczyńskich na dyktatora (w dwóch osobach)? Pomówmy więc o mediach zagranicznych ....

      3. Zagranica

      W burzliwym roku 1956 pojawił się w Polsce Filip Ben, urodzony bodaj w Łodzi korespondent pisma „Le Monde”. Ben, postać zapoznana, odegrał sporą rolę w dniach „polskiego października”, (i nie tylko), jego nazwisko często pojawia się we wspomnieniach z epoki, ciepło pisał o nim Nowak Jeziorański, któremu Ben dostarczał materiałów do „Wolnej Europy”, wspomina o Benie Jedlicki w głośnych niegdyś „Chamach i Żydach”, słowem – jest Ben jednym z cichych bohaterów historii, o których mało kto pamięta, wracajmy jednak do Warszawy roku 1956... 
      Tak więc Ben pojawił się w Warszawie, stanął w „Bristolu” i tam zaczęła go odwiedzać Edda Werfel – zastępca (zastępczyni?) naczelnego „Życia Warszawy”. Do Bena posyłał Eddę Stefan Staszewski, niedawno jeszcze zwany „blond bestią”, ale w roku 1956 już partyjny liberał (nie mylić z klasycznym liberałem). Pani Werfel dostarczała Benowi odpowiednio dobranych i zinterpretowanych informacji, a Ben posyłał to w świat. Mówiąc inaczej był Ben, jak sądzę świadomie, uczestnikiem politycznych rozgrywek w łonie polskiego aparatu partyjnego. Jego korespondencje urabiały zachodnią opinię publiczną, nastawiając ją życzliwie do frakcji Staszewskiego, według Jedlickiego to Ben sprawił, że zaczęto ją określać na Zachodzie mianem „liberalnej”, ale też wpływały na sytuację w Polce – robiła się z nich bowiem informacja zwrotna, co ciekawe ulegał jej wpływom nawet sam Staszewski. Według Jana Kotta wyglądało to mniej więcej tak: Staszewski mówił Edzie Werfel: „Powiedz Benowi o ruchach wojsk w rejonie Ostrołęki. Nie jest pewne, ale mu powiedz”. A następnego dnia, wysłuchawszy o ruchach sowieckich wojsk w „Wolnej Europie” Staszewski wołał: „Wiadomość sprawdzona! Podało radio!”....
      Wiecie już oczywiście, ku czemu zmierzam. Czy chcę zasugerować, że wszystko to, co się dziś o Polsce pisze nadają zagranicznym dziennikarzom ludzie związani z jedną, dość specyficzną opcją światopoglądowo-polityczną? Nie. Chcę zasugerować, że czynnik ten istnieje, ma znaczenie, i to spore. Tak już jest, że lepsze dojście do uszu zagranicznych korespondentów mają osobnicy prawicy nie znoszący, każda aktualnie najsilniejsza prawicowa partia to dla nich partia faszyzująca, teraz padło na PiS... „Polska jest jedynym znanym mi krajem – pisze Maciej Rybiński – którego politycy jeżdżą do Brukseli skarżyć się tamtejszym urzędnikom unijnym na własny kraj. Potem wracają i pouczają nas, że mamy popsutą opinię w Europie. Jeśli ta opinia nie jest dostatecznie zła, to oczywiście trzeba jeszcze zainspirować korespondentów mediów zagranicznych tu na miejscu, w Warszawie”.
      Wysłannik NYT udaje się więc do Marka Ostrowskiego z „Polityki”, a ten informuje go, że Polska zmierza w kierunku polityki „ksenofobicznej i antyeuropejskiej”. A kogo na okoliczność sytuacji w Polsce przesłuchuje wysłannik „Guardiana”? Rzecz prosta Szymona Niemca - aktywistę gejowskiego. Dzięki rozmowie z Niemcem czytelnicy „Guardiana”, mogą się dowiedzieć, że współczesna Polska przypomina Niemcy lat 30-tych, rządzona jest bowiem przez faszystowską partię posługującą się ideami i językiem Adolfa Hitlera.
      Czy można więc dziwić się temu, że Niemcy, których odwiedził niedawno Kaczyński byli najwyraźniej zaskoczeni, że polski prezydent nie zjawił się w mundurze oficera SS? Komentator „Die Welt”: „Chociaż żaden z niemieckich polityków otwarcie tego nie przyzna, nieufność wobec skłaniającego się do populizmu i radykalnych rozwiązań Kaczyńskiego jest duża. Swój udział ma w tym też strona polska. Wielu poważanych w Niemczech publicystów i polityków z Polski ostrzegało przed nowym rządem i nie robiło tajemnicy z tego, że będzie się miało do czynienia z „półdemokratami”. Tego jednak nie udowodniono i prawdopodobnie się nie udowodni”....
      Słyszy się czasem, fala histerii z jaką mamy do czynienia to coś normalnego, że każdy układ rządzący był krytykowany. Otóż, jest to nieprawda. Wystarczy porównać to, co pisało się o SLD, nawet w chwili jego najgłębszego upadku, z tym, co dzieje się w mediach dziś.....
      A Manueli Gretkowskiej życzymy zdrowia.....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Nakręceni”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 29 marca 2006 16:56
  • poniedziałek, 27 marca 2006
    • Szczeliny Systemu

          Wciąż chyba modny filozof sado-masochista Michel Foucault przekonywał w swych licznych dziełach, że najciekawsze nie są centra Systemu, lecz jego peryferia i szczeliny - to tam właśnie pulsuje raźno inspirująca Inność. Foucault poszukiwał owej Inności włócząc się po gejowskich knajpach, tak długo, aż w końcu zaraził się AIDS i umarł, ale jego idea żyje, zapuśćmy się więc i my w głąb pęknięć Dyskursu Dominującego, gdzie oczywistości Systemu przestają być oczywiste...
          „Kara śmierci to barbarzyństwo” – głosi Dyskurs Dominujący, a tymczasem .... a tymczasem w styczniu 2006 roku dziesięciu więźniów osadzonych z potężnymi wyrokami (bodaj dożywocia) w więzieniu w Clairvaux we Francji zaczęło domagać się jej przywrócenia. Twierdzili, że wolą szybką egzekucję, niż powolne dogorywanie w celach. I co zrobić takim fantem?
      Sprawa nie jest prosta. Jak bowiem wyglądają najmocniejsze argumenty przeciwników kary śmierci? Mniej więcej tak: kara śmierci jest zbyt okrutna, a nadto nieodwracalna. Ta druga właściwość kary śmierci jest ważna, może się bowiem zdarzyć, że skazany zostanie osobnik niewinny, wykonanie egzekucji uniemożliwia „poprawienie” pomyłki wymiaru sprawiedliwości. Niestety, w przypadku więźniów z Clairvaux argumenty te nie działają...
          Ostatecznie to karani wiedzą najlepiej jaka kara jest dla nich najdotkliwsza, a ci skazani, jako się rzekło, najwyraźniej uznali dożywocie za karę bardziej uciążliwą niż KS. Jeśli zaś chodzi o pomyłki sądowe - żaden z więźniów nie twierdzi, że trafił za kraty przez pomyłkę. Chcą kary. Zgoda – w zachodnich systemach prawnych przyznanie się do winy przez oskarżonego to za mało. Winę trzeba oskarżonemu udowodnić. Ale to właśnie zostało najwyraźniej zrobione w trakcie procesów Mamy więc do czynienia z pełną zgodnością stanowisk – i sąd i sami skazani uważają, że wina była, ryzyko sądowej pomyłki jest tu doprawdy minimalne. Jak okrutnym trzeba być, by utrzymywać przemocą przy życiu ludzi, którzy chcą umrzeć? Więc może spełnić postulat więźniów z Clairvaux? Jakoś nie wypada. Przywracać karę śmierci odsądzoną od czci i wiary... . Zresztą – tym więźniom już by to nie pomogło, ostatecznie zostali już osądzeni.
          Może więc – bo ja wiem – eutanazja? Też niedobrze. W przypadku dożywocia jeszcze jakoś trzyma się to kupy. Ostatecznie dożywocie to dożywocie, nieważne, czy ciągnie się to 2 tygodnie czy pięćdziesiąt lat, ale co z innymi wyrokami? Przyznając więźniowi skazanemu na – powiedzmy – dwadzieścia pięć lat prawo do eutanazji przyznajemy mu tym samym prawo do samodzielnego regulowania wymiaru kary. Czy to nie zbyt wielki przywilej? Posiedzi taki ze dwa lata i zagra sprawiedliwości na nosie – zamiast odsiedzieć pozostałe dwadzieścia trzy, zafunduje sobie lekkie zejście na koszt podatnika. Głupio...
          Wracając do barbarzyńskiego charakteru kary śmierci ....Kara śmierci to barbarzyństwo, powiedzmy, ale co począć, gdy domagają się jej sami skazani? Może od takiej strony: skoro karę śmierci uważają za łagodniejszą, wygląda na to, że po prostu domagają się złagodzenia wymiaru kary, a tego zawsze można im odmówić. Dobrze, ale co powiedzą o nas, Europejczykach, barbarzyńcy, skoro skazujemy ludzi na kary gorsze od kary śmierci, która wśród barbarzyńców uchodzi za najwyższy wymiar kary? Obawiam się, że bez wstydu się nie obejdzie ... . Więźniowie z Clairvaux najwyraźniej podważyli niepodważalność Dyskursu Dominującego... Żeby tylko oni!
          Weźmy coś takiego: z raportu przygotowanego przez WHO wynika, że więcej niż połowa ankietowanych kobiet (w niektórych społeczeństwach prawie wszystkie) uważa, że w pewnych przypadkach mężczyzna ma prawo uderzyć kobietę. W jakich przypadkach? Gdy kobieta jest nieposłuszna, odmawia współżycia, nie wykonała na czas swoich domowych obowiązków, gdy wypytuje męża o inne kobiety, oraz, gdy podejrzewana jest o niewierność.
          Cóż - wygląda na to, że spora część mężczyzn i kobiet zgadza się co do tego, że czasami fizyczne karcenie żon jest zupełnie na miejscu. I co zrobić z takim consensusem w sytuacji, gdy Dyskurs Dominujący przekonuje nas, że kary fizyczne w małżeństwie są czymś absolutnie niedopuszczalnym, głosząc zarazem, że dwoje dorosłych ludzi może robić ze sobą wszystko, na co mają ochotę, byle za obopólną zgodą? Gdyby tu szło o – dajmy na to – praktyki sado-masochistyczne! Kto śmiałby wtrącać się w życie małżeńskie? A niechże się leją– usłyszelibyśmy – skoro obie strony nie mają nic przeciw temu, a do tego mają z tego satysfakcję. Ich sprawa. Ale czy wypada powiedzieć coś takiego gdy idzie nie o zaspokojenie popędów płciowych, ale o zaspokojenie poczucia sprawiedliwości? Wypadałoby chyba zastosować podobne podejście. Ostatecznie mamy do czynienia z dorosłymi ludźmi, którzy swój rozum mają, ale jednak .... .
          Jest oczywiście pewne wyjście. Zamyka się w ramach teorii „fałszywej świadomości”: ci ludzie, a już zwłaszcza kobiety, nie wiedzą co czynią. Nie są sobą! Są niewolnikami narzuconych im w procesie socjalizacji norm kulturowych dopuszczających kary fizyczne w małżeństwie. Trzeba ich z owych norm wyzwolić, dla ich własnego dobra! Kłopot jednak w tym, że gdy raz puścimy w ruch teorię „fałszywej świadomości”, otworzymy jednocześnie prawdziwą puszkę Pandory - każdy styl życia opisany być może jako efekt „fałszywej świadomości” osobników go praktykujących. Także nasz – jakikolwiek by nie był. Albo przyznajemy dorosłym ludziom prawo do samo decydowania o sobie, albo nie, ale jeśli nie przyznajemy, nie dziwmy się, że i nam ktoś może go odmówić....
      I co począć ze Szczelinami Systemu?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 marca 2006 20:45
  • sobota, 25 marca 2006
    • Geny KPP

          Dawno, dawno temu, w czasach, gdy ludzie wierzyli jeszcze w możliwość koalicji PO-PiS, profesor Paweł Śpiewak rozmawiając z Moniką Olejnik przypomniał, że ojciec Włodzimierza Cimoszewicza, wówczas kandydata do urzędu prezydenckiego, służył w Informacji Wojskowej - cieszącej się ponurą sławą instytucji czasów stalinizmu.
          Kręgi, a nawet - nie bójmy się tego słowa - określone kręgi, które przyznały sobie monopol na prawo do grzebania w rodzinnej przeszłości, zareagowały na słowa Śpiewaka oburzeniem, zresztą dość umiarkowanym, jeśli zestawić je z hukiem jaki niedługo potem wywołał dziadek Donalda Tuska. Określonym kręgom dziwić się nie można, gdyby o nich sądzić na podstawie matek, ojców czy pociotków, to niech ręka boska broni! KPP nie jest tu jeszcze najgorsza, w pewnych przypadkach w grę wchodzi już wprost NKWD.
          Określone kręgi więc się oburzyły, bo i co innego mogły zrobić, ale profesor Śpiewak, mający akurat atak ostrego antykomunizmu, poszedł w zaparte, i za nic nie chciał się pokajać. A że jest socjologiem, stanowi trudny orzech do zgryzienia, może bowiem motać przy pomocy żargonu, a - jak wiedzą profesorowie i podrywacze - dobra gadka, to już połowa sukcesu. Tak więc profesor Śpiewak stanął okoniem, i, gdy Monika Olejnik, przy następnej okazji, zapytała go, czy to wypada wyciągać na wierzch rodzinne zaszłości, odparł, że owszem, w pewnych wypadkach wypada. "Dobrze jest wiedzieć - powiedział profesor - jeżeli się rozmawia z osobą polityczną, kim ona jest, skąd się wywodzi, jakie są jej korzenie ideowe, jakie są jej korzenie społeczne itd." (no, już za takie "itd." niejeden został mianowany antysemitą, ale profesorowi się upiekło, bo też w jego przypadku byłaby to nominacja zupełnie nie na miejscu). Dlaczego dobrze jest wiedzieć takie rzeczy? Ano dlatego, że osobnik polityczny może być - oddajmy znów głos prof. Śpiewakowi - "...wkomponowany w struktury dziedziczone: doświadczenie, przywileje, wiedzę i również interesy pewnej grupy". I na tym stanęło. Temat wkrótce zszedł ze sceny przywalony bieżącymi wydarzeniami.
          Opowiadam tę anegdotę z zamierzchłej przeszłości nie bez powodu - oto pierwszy skandalista Rzeczypospolitej, Jarosław Kaczyński wywołał ostatnio kolejny skandal, mówiąc (w wielu miejscach i w wielu wersjach, podaję wypowiedź dla "Newsweeka"), że "Gazeta Wyborcza jest późną, zmutowaną postacią KPP". Rzecz prosta i tym razem podniósł się krzyk, że jak tak można, że to przejaw zdziczenia obyczajów, ale Kaczyński, podobnie jak niegdyś prof. Śpiewak, nie tylko nie odszczekał, tego, co był powiedział, ale nawet rozwinął swoją myśl goszcząc w Salonie "Polityki". Wyłuszczył tam: "Jeżeli jedna osoba miała ojca, a może nawet i matkę, w KPP i funkcjonuje w jakimś środowisku - a takie osoby są również po prawej stronie sceny - jest to bez znaczenia. Jeśli jednak istnieje całe środowisko, w którym praktycznie wszystkie osoby miały rodziców w KPP i na dodatek osoby te mają potężny instrument oddziaływania na świadomość Polaków, to pojawia się problem. Zwłaszcza, że na łamach tego potężnego instrumentu pewne idee KPP - oczywiście uwzględniając zupełnie inny kontekst historyczny, bo nie żyjemy w latach trzydziestych ubiegłego wieku - mają swoją kontynuację. Elementem kontynuacji jest radykalne kwestionowanie wartości narodowych. (...). Zwykły obywatel ma więc prawo do informacji, ma prawo wiedzieć, w jakim sposobie myślenia zakorzenione są głoszone obecnie idee. Jestem gotów bronić tezy, że nastawienie owej potężnej gazety, to poczucie misji - w moim przekonaniu bardzo szkodliwej dla Polski - bierze się właśnie z tamtej spuścizny".
          I tym razem wywołany przez Kaczyńskiego temat długo szumieć nie będzie, a szkoda, bo sprawa jest. I Śpiewak i Kaczyński mają rzecz prosta rację. To, z jakiej tradycji czy środowiska wywodzi się dany osobnik może mieć (i częściej ma, niż nie ma) znaczenie. Zdają sobie z tego sprawę bodaj wszyscy, także ci, którzy rytualnie oburzają się dziś na Kaczyńskiego. Weźmy taki oto kwiatek zerwany na internetowym blogu Waldemara Kuczyńskiego (mowa w nim o historyku z IPN - Piotrze Gontarczyku): "Uczniem Moczara może on nie jest, ale nurt myślowy, formacja intelektualna jest ta sama, oczywiście w innym czasie i w innych kontekstach. Moczar umarł, moczarowcy przeminęli, ale ich schematy myślowe przetrwały i znalazły sukcesorów w postaci części polskiej prawicy (...)".
          Jak łatwo zauważyć Kuczyński „przemawia Kaczyńskim”. Akurat w tym przypadku Kuczyński, jak sądzę, racji nie ma, Gontarczyk i moczarowcy – to zestawienie nie wydaje mi zbyt trafne, ale gdyby zamiast o moczarowcach mówić o typie myślenia znanym z tradycji endeckiej – dlaczego nie? To już mogłoby być lepiej trafione. Jak jest nie wiem, nie interesowałem się aż tak mocno Piotrem Gontarczykiem (wiem, wiem – dla niektórych Moczar to też „endecja”, ale to już nie mój problem). Tak więc, czy się to nam podoba czy nie istnieje coś takiego jak – skorzystajmy z żargonu profesora Śpiewaka – struktury dziedziczone, nie wspominając już interesów grupowych, a w skład owych dziedziczonych struktur wchodzić może też, na przykład, nastawienie, które Kaczyński określił jako „radykalne kwestionowanie wartości narodowych”, a ja wolę opisać je słowami „uprzedzenie do głównego nurtu kultury” .
          Czy takie nastawienie uważamy za cenne, czy za złowrogie – to już zależy od tego, co sami o owym głównym nurcie sądzimy, jak akurat skłonny jestem zgodzić się z Kaczyńskim, w środowisku „GW” nastawienie to ma już charakter lekkiej (?) obsesji, i – tu znów zgadzam się z Kaczyńskim – nie bez znaczenia jest tu ta okoliczność, że prominentne osoby z tego kręgu wywodzą się z rodzin KPP-owskich funków. Było to środowisko bardzo specyficzne, jak określił to Adam Michnik w wypowiedzi dla „Powściągliwości i Pracy”: "Jak na pewno wiecie, środowiskiem z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej, niż przynależność do partii - oznaczało przynależność do pewnego języka, pewnej kultury, fobii, namiętnośći". Jedną ze wspomnianych przez Michnika „namiętności”, była, mówiąc delikatnie, niechęć do polskości głównego nurtu. Aleksander Wat, który dobrze znał środowisko KPP wspominał: "Ci, którzy kierowali partią, robili politykę zdecydowanie antypolską, nawet jakaś pasja była w tej antypolskości. I to nie tylko Żydzi, którzy byli na wysokich stanowiskach w partii, ale nawet więcej niektórzy Polacy, jak np. Cichocki, bardzo wybitny komunista polski. (...). Miałem z nim długą rozmowę. To było na początku "Miesięcznika". I byłem zaszokowany namiętnością antypolską".
          To środowiskowe dziedzictwo, moim zdaniem w kręgu prominentów „GW” istniejące, ma- niestety – skutki praktyczne, przekłada się na prowadzone przez „ludzi gazety” działania polityczne, lansowane przez nich projekty kulturowe (hodowla „Polaka nowego typu” – jak określił to Michnik przemawiając nad trumną Miłosza), na ich stosunek do PRL-u (Piotr Pacewicz o Michniku: "On się boi dekomunizacji. Nie dlatego, że ma coś do ukrycia (...). Powiedziałbym wręcz, że ma obsesję antykomunizmu w tym kraju, po części dlatego, że jest Żydem, po części, ponieważ ma obsesję na punkcie wszelkiej dyskryminacji"). Nie twierdzę, że „środowiskowe dziedzictwo” tłumaczy wszystko, niemniej – czynnik ten gra rolę. Warto by przeprowadzić na ten temat spokojną debatę, ale debaty takiej – rzecz prosta – nie będzie. Skończy się na medialnym szumie i rytualnych potępieniach. Jak zwykle....

      Teksty cytowane

      Piotr Pacewicz – Przyganiał Śpiewak Kurskiemu, GW 15/16.10.2005
      Dość awantur – rozmowa P. Zaremby z J. Kaczyńskim, Newsweek 12/2006
      Wizje prezesa – Polityka 12/2006
      Wypowiedź Michnika dla "Powściągliwości i Pracy" z 1988 roku cyt. za: Gergely Ungran, Historyczny kompromis, w: Fronda 23/24
      Aleksander Wat, Mój wiek
      Tina Rosenberg, Kraje w których straszy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Geny KPP”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 25 marca 2006 12:33
  • czwartek, 23 marca 2006
    • przyczynek do dyskusji okołomedialnych

      „Falę protestów w Niemczech wzbudziła w tym tygodniu sprzedaż znanej niemieckiej gazety „Berliner Zeitung” anglo-amerykańskiemu konsorcjum. Czy to dlatego, że po raz pierwszy niemiecki dziennik znajdzie się w rękach obcego kapitału? (...). „Wolność prasy nie jest swobodą wielkich graczy finansowych, by spekulować na gazetach” – pisze w proteście przeciw tej t transakcji ponad 130 znanych niemieckich osobistości. (...). Osobny protest ogłosiło Stowarzyszenie Niemieckich dziennikarzy – David Montgomery oraz jego mocodawcy nie opowiadają się za pluralizmem poglądów, wolnością prasy, oraz za dziennikarstwem wysokiej jakości – mówił we wtorek szef stowarzyszenia Michael Konken”
      (Łukasz Adamski, Kto grozi wolności prasy w Niemczech?, GW (internet) 27.10.2005)

      „Dziś trzy na cztery sprzedawane gazety codzienne pochodzą z polskich spółek zagranicznych koncernów. Najliczniej reprezentowane są firmy niemieckie -–wydają ponad 40 proc. gazet codziennych. Rynek gazet lokalnych praktycznie podzieliły między siebie norweska Orkla oraz niemiecka Polskapresse (należąca do wydawnictwa Verlagsgruppe Passau) – mają razem ok. 95 proc. sprzedaży. Na polskim rynku działa większość liczących się wydawców zza Odry. Poza już wymienionymi są także Bauer, Gruner&Jahr, Burda. Wydawana jest przez nie blisko połowa ilustrowanych magazynów” (Adam Grzeszczak, Media pod prasą, Polityka 12/2547)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „przyczynek do dyskusji okołomedialnych”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 marca 2006 20:27
  • wtorek, 21 marca 2006
    • Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego

      Powiedzmy to sobie wprost: nadeszły ciężkie czasy dla ludzie rozumnych, dla ludzi przyzwoitych. Ciężkie z wielu powodów, a jednym z tych powodów jest kolejna ofensywa lustratorów. W latach 90-tych było łatwiej. Rynek mediów zdominowany był przez media odpowiedzialne, byle kto nie mógł dorwać się do głosu, lustratorzy w mediach głównego nurtu przedstawiani byli tak, jak na to zasługiwali, pozostawały im jakieś marginalne pisemka, ale – kto by się tym przejmował? Dziś jest trudniej. Zgoda, środowisko ludzi rozumnych nadal jest silne, ale to już nie to. Dziś, zdarza się, że nawet w mediach głównego nurtu pojawiają się fanatyczni zwolennicy lustracji, i ... mówią. Sytuacja ta może powodować zamieszane wśród ludzi przyzwoitych, myślę zwłaszcza o inteligencji, niejeden zdezorientowany obywatel dojść może, pod wpływem pro-lustracyjnej propagandy, do wniosku, że – kto wie? – lustracja może i jest potrzebna? By uniknąć tak smutnych przypadków przygotowałem „Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego”, leksykon dostarczyć ma wszystkim inteligentom, wszystkim ludziom przyzwoitym anty-lustracyjnej odtrutki. Sięgnąłem po najlepszych autorów, po ludzi z kręgu „Gazety Wyborczej”, przewertowałem niezliczoną ilość numerów „GW”, by wyssać z nich esencję poglądów „ludzi gazety” na kwestię lustracji. Czyż może bowiem istnieć lepsze źródło wiedzy o tym, co człowiek przyzwoity winien o lustracji, lustratorach, IPN-ie, itd., itd., myśleć?  Oczywiście – nie może! Leksykon dostarczyć ma argumentów, słownictwa, zwrotów, schematów interpretacyjnych do dyskusji, jakie ludziom przyzwoitym przyjdzie wkrótce toczyć z lustratorami. Jeśli, choć w części, spełni to zadanie, mój trud nie pójdzie na marne.

      Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego

      Motto:
      „Polska Adama Michnika widziała świat w różnych odcieniach szarości. Jedni byli lepsi, drudzy byli gorsi. Jedni szli w lepszym kierunku, a drudzy szli w gorszym. Oceniając ludzi ważyła proporcje”
      Jacek Żakowski.  


      Agenci (Tajni Współpracownicy, TW) – „Ci, których udało się złamać. A może tylko przyłapać na chwili słabości. A może tylko zastraszyć”. Przykłady agentów: „kandydat na burmistrza, który wprawdzie znalazł się na czarnej liście, ale od lat skutecznie i uczciwie stara się, by lokalnej społeczności żyło się lepiej i wygodniej”, „sąsiad u którego trzymałam książki, i który po dwóch latach przyszedł prosić, żebym je zabrała i żebym udawała, że go nie znam”.
      (patrz – funkcjonariusze SB)
      (autorzy hasła: Marian Filar, Teresa Bogucka)

      Archiwiści IPN – „Archiwiści IPN to w większości młodzi ludzie, tamtych czasów nie znają, w większości ideowi, z definicji i rekrutacji zwolennicy lustracji. Czy będą stosować zasadę domniemanej niewinności?
      (patrz – IPN, tamte czasy, zwolennicy lustracji).
      (autor hasła: Piotr Pacewicz)

      Bender Ryszard – „Człowiek o niechlubnej przeszłości i teraźniejszości. Człowiek, który w 1976 r. po wpisaniu do konstytucji PRL wiernopoddańczych deklaracji wierności ZSRR, pozostał głuchy na apele demokratycznych środowisk katolickich i wszedł do Sejmu PRL, reprezentując katolików kolaborujących z władzą. Człowiek, który w 1976 r. współtworzył odszczepieńczy KIK w Lublinie. Człowiek, który poparł stan wojenny. Ten człowiek, okazuje się teraz „pokrzywdzonym” w świetle ustawy o IPN. Jako „pokrzywdzony” dostaje papiery które dają mu okazję do rzucania oskarżeń o współpracę z PRL-owską bezpieką”
      (patrz – lustratorzy, pokrzywdzeni)
      (autor hasła: Paweł Wroński)

      Efekt lustracji  - „Ktoś powiesi szczura na klamce sąsiada, którego nazwisko znajduje się na liście agentów. Malinowski dumnie wypnie pierś, bo okazał się lepszy od Kowalskiego. I co nam z tego przyjdzie?”
      (patrz – agenci, Kowalski i Malinowski)
       (autor hasła: Marian Filar).

      Funkcjonariusze SB – pracownicy PRL-owskiej policji politycznej, zajmujący się głównie fałszowaniem teczek nieistniejących agentów, w celu wykazania się wynikami w dziele zwalczania opozycji. Działanie mechanizmu według Tiny Rosenberg: „Urzędnicy służby bezpieczeństwa na ogół musieli zwerbować pewną minimalną liczbę agentów. Mieli więc silną motywację, by pobierając dane od jednego współpracownika przypisywać je trzem lub czterem. Jedno przesłuchanie dysydenta zapisywano jako szereg spotkań – i tak oto dysydent przeobraża się w kolaboranta. Jeśli chodzi o pieniądze przeznaczone dla fikcyjnych współpracowników, bywało, że urzędnik po prostu chował je do kieszeni".  W związku z tym procederem „nawet otwarte archiwa mogą przysłaniać prawdę”
      (patrz - agenci, Nowak, teczki)
      (hasło opracowane na podstawie studiów i analiz autorów i współpracowników „GW” )

      Giertych Roman – „Faszysta i sadysta. (...). Giertychowi marzy się faszystowska struktura społeczeństwa z nim na czele jako duce. Kopanie ludzi sprawia mu satysfakcję”
      (patrz – lustratorzy)
      (autor hasła: Hanna Świda-Ziemba)

      Gontarczyk Piotr – „Gontarczyk czy Gontarz?”, „pętak”, „Gontarczyk to 36 letni historyk znany ze skrajnie prawicowych poglądów. W publikacjach podważał ustalenia IPN na temat współodpowiedzialności polskich mieszkańców za zbrodnie w Jedwabnem. W książce „Tajne oblicze AL.-GL, PPR” (...) jako wiarygodne źródło o tamtym okresie traktuje materiały wymuszane w śledztwach przez stalinowskich ubeków. Książki Gontarczyka stanowią żelazny repertuar księgarń i domów wysyłkowych z antysemicką literaturą takich jak warszawska księgarnia „Antyk”. „Pan Gontarczyk jest zastępcą pionu archiwalnego i przeszedł do IPN z Biura Rzecznika Interesu Publicznego. Można domniemywać, że on się nią (lustracją) będzie zajmował. Jeśli tak, będzie to lustracja bardzo mało wiarygodna”.
      (patrz  - archiwiści IPN, historycy IPN, IPN, lustracja, efekt lustracji)
      (autorzy hasła: Seweryn Blumsztajn, Karol Modzelewski, Wojciech Czuchnowski)

      Historycy IPN – „żeby wierzyć w rzetelność i kompetencje tych ludzi, trzeba najpierw uwierzyć, że śledź może być koniem wyścigowym. Są tam – szkoda, że tak nieliczni – i porządni badacze, ale ich nazwisk nie wymienię, żeby im nie zaszkodzić”
      (przykład historyka IPN – Piotr Gontarczyk)
      (patrz – IPN, Piotr Gontarczyk)
      (autor hasła: Adam Michnik)

      Instytut Pamięci Narodowej (IPN) – „Bezprawie i absurd”, „Wylęgarnia lustratorów.(...) przypomina skład narkotyków, których pilnują narkomani i handlarze narkotykami”
      (patrz – archiwiści IPN, historycy IPN, lustratorzy)
      (autor hasła: Andrzej Romanowski, Adam Michnik)

      Kowalski i Malinowski – „.Kowalski faktycznie nie był agentem, nie został też za takiego błędnie uznany przez IPN (co zdarzyć się mogło, skoro sam profesor Kieres przyznaje, że w pewnej sprawie „to co naszemu archiwiście wydało się zupełnie jednoznaczne (....) mnie się już jednoznaczne nie wydało”). Kowalski dostał swoją teczkę i są w niej nazwiska konfidentów, którzy na niego donosili. Na jego żądanie należy mu podać ich nazwiska (....). Kowalski dowiaduje się teraz, że agent ps. „Alfa” to Nowak, zaś „Beta” to – powiedzmy – Malinowski. (...). Jeśli Kowalski nie zdecyduje się opublikować w gazecie informacji o tym, że Nowak to „Alfa”, a Malinowski to „Beta”, tylko poprzestanie na opowiadaniu o tym znajomym (....) atmosfera wokół Nowaka i Malinowskiego zacznie się zagęszczać. Znajomi zaczną ich omijać, ktoś odmówi podania ręki ..... (...). A może, choć wydało się to archiwiście IPN takie jednoznaczne, wcale takie jednoznaczne  nie było? Może oni wcale kapusiami nie byli? A jeśli Kowalski opublikuje w prasie informacje o tym, że jego dawni przyjaciele Nowak i Malinowski to agenci „Alfa” i „Beta”? Co mogą zrobić Nowak i Malinowski?”  
      (patrz  – agenci,  archiwiści IPN, efekt lustracji, Nowak)
      (autorzy hasła: Zbigniew Hołda, Jan Widacki)

      Lista katalogowa zbiorów archiwalnych IPN– „ubecka lista”, „lista proskrypcyjna”
      (patrz – IPN)
      (autorzy hasła: Wojciech Czuchnowski, Tadeusz Szawiel)

      Lustracja – „danie wysmażone bez wątpienia w politycznej, przedwyborczej kuchni”, „tsunami”, „maczuga”, „gilotyna”, „koń trojański”, „potężna ropucha”, „prawo do linczu”, „brudna gra”,
      „sianie zamętu”, „awantura”, „reality show” .
      (patrz– efekt lustracji, lustratorzy, zwolennicy lustracji)
      (autorzy hasła: zespół i współpracownicy „GW”)

      Lustratorzy – „Różnego rodzaju chuliganeria, która będzie wyciągać rewelacje z teczek bezpieki. Nie po to, żeby dochodzić prawdy, ale by szantażować, mścić się na wrogach, prowadzić polityczne rozgrywki”. „Fanatyczny lustrator łatwo godzi się  z krzywdą – zwłaszcza cudzą. Dla niego niesprawiedliwe pohańbienie człowieka to konieczny koszt, który trzeba ponieść dla wyższego celu – lustracji”
      Przykład lustratora – Roman Giertych
      (patrz – Giertych Roman, lustracja, teczki)
      (autorzy hasła: anonimowy duchowny cytowany przez M. Lizuta, Piotr Stasiński)

      Nowak – pseudonim agenta SB działającego w środowisku pracowników „Tygodnika Solidarność”. Nieszkodliwy („ Nie ma w tych raportach niczego, co obciążałoby osoby ze środowiska „TS”) , przy tym nie jest wcale pewne, że była to akurat Małgorzata Niezabitowska (a nawet jeśli była, to różnie z tym być mogło). Wojciech Czuchnowski: „Czy możliwa jest (...) taka historia: Grzelak przeforsowuje u przełożonych projekt: „Niezabitowska na agenta” i bierze za niego służbową odpowiedzialność. Na początku wszystko idzie dobrze. Ale Niezabitowska wycofuje się ze współpracy. Grzelakowi grozi zawodowa kompromitacja. Co robi? Stwarza fikcję. Z pierwszych przesłuchań ma dość informacji do początkowych raportów. Potem jest obserwacja, podsłuch, wcześniejsza duża wiedza zebrana o Niezabitowskiej. Z tego da się coś sklecić”
      (patrz – agenci, funkcjonariusze SB, tamte czasy)
      (hasło opracowane na podstawie studiów i analiz autorów i współpracowników „GW”).

      Pokrzywdzeni – „Gdyby stalinowscy oprawcy i odsunięci od władzy prominenci PZPR zwrócili się dzisiaj do IPN, mieliby szansę dostać status pokrzywdzonego. (...).Byli przecież śledzeni, działała wokół nich agentura. Mieli swoje teczki” .
      Przykład pokrzywdzonego – Ryszard Bender
      (patrz – Bender Ryszard, tamte czasy, teczki)
      (autor hasła: Wojciech Czuchnowski)

      Rewolucja moralna – „Rewolucja niemoralna”. „Ci, którzy zachowują się nieuczciwie w życiu politycznym, najwięcej mówią o odrodzeniu moralnym. Tak też czynili komuniści. Adam Ważyk w „Poemacie dla dorosłych” pisał o hyclach od moralności socjalistycznej. Teraz mamy hycli od moralności narodowej czy chrześcijańskiej” „Aby usunąć z życia publicznego ludzi dawnego systemu (...), trzeba by nie dekomunizacji, lecz rewolucyjnego terroru. Oczywiście wobec wszystkich, nie tylko „komuchów”, bo nigdzie nie udało się pogodzić wolności i państwa prawa dla jednej części społeczeństwa z terrorem wobez innej”.
      (patrz – lustracja, lustratorzy, zwolennicy lustracji)
      (autorzy hasła: Waldemar Kuczyński, Hanna Świtała-Ziemba)

      Rzepliński Andrzej – „szarżujący nosorożec”
      (patrz – zwolennicy lustracji)
      (autor hasła: Antoni Pawlak)

      Tamte czasy - „W PRL teczek TW nie mieli ubecy, członkowie rządzącej partii, dzieci oraz ci, którzy nic nie robili. Na nielicznych, którzy próbowali walczyć z systemem, czyhał arsenał środków i armia funkcjonariuszy, którzy musieli się wykazać wynikami. To tym nielicznym właśnie zakładano teczki i wykorzystywano ich ludzkie słabości. Przekreślenie ówczesnych działaczy opozycji na podstawie teczek – tworzonych przecież przez ich najgorszych wrogów – to straszne nadużycie”
      (patrz – agenci, funkcjonariusze SB, teczki).
      (autor hasła: Wojciech Czuchnowski)

       Teczki – „Kadź ekstrementów”, „pornografia”
      (autorzy hasła: Marian Filar, Adam Michnik)

      Zwolennicy lustracji – „Współczesny motłoch. Dziedzice tych, którzy zawsze gotowi byli lżyć ludzi na stosach i pod gilotyną. Tych, którzy wyli na pokazowych procesach, potępiali na wiecach nienawiści lat 60 i 70., a byli wtedy aktywną  częścią potulnej i zastraszonej większości, gotową do rzucenia się na wskazaną ofiarę, bez znaczenia – winną czy niewinną. Ważne, że bezbronną” . Przykład zwolennika lustracji – Andrzej Rzepliński (patrz – Bender Ryszard, Giertych Roman, lustratorzy,  Rzepliński Andrzej)
      (autor hasła: Teresa Bogucka)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 marca 2006 20:23
  • wtorek, 07 marca 2006
    • Przekobiecone

      Jutro tzw. „Święto Kobiet” wypada więc napisać coś o feministkach. Otóż, jednym z najmocniej rozpowszechnionych stereotypów feministycznych jest przekonanie, zgodnie z którym, kobiety tak często dystansują się od feminizmu z powodu braku wiedzy na jego temat. Według feministek, mówię tu aktywistkach głęboko zaangażowanych w ruch feministyczny, feminizmowi dorobiono „gębę”. Osobnicy feminizmowi nieprzychylni rozpowszechniając antyfeministyczne stereotypy doprowadzili do tego, że w świadomości potocznej feministka jawi się jako nienawidzący mężczyzn, palący staniki i hodujący owłosienie na nogach babo-chłop, często lesbijka. A przecież to wszystko nieprawda! „Gdyby kobiety lepiej nas znały, nie miały by nic przeciw temu, by deklarować się jako feministki” – twierdzą aktywistki. Krótko mówiąc aktywistki zdają się być przekonane, że gdyby tylko kobiety poznały „prawdziwą twarz” feminizmu wnet poczęły by masowo zaciągać się pod feministyczne sztandary. O ile wypada zgodzić się z tym, że wiedza na temat feminizmu jest wśród kobiet nikła, o tyle nie jest wcale pewne, czy wzrost tej wiedzy przyniósłby oczekiwany przez feministki efekt. Więcej! Gotów jestem zaryzykować tezę przeciwną. Uważam, że spora część kobiet, które określają się jako feministki, przestała by to robić, gdyby ich wiedza o feminizmie była pełniejsza. Zastanówmy się: ile kobiet deklarujących się jako feministki zetknęło się z teoriami feministycznymi bliżej? Z teoriami przedstawionymi chociażby na takim stopniu uogólnienia, jak ma to miejsce w opracowaniach Kazimierza Ślęczki czy Rosemarie Putnam Tong? Niewiele. Zdecydowana większość pań nazywających się feministkami, wyznaje feminizm, który nazywać można „potocznym”. Historycy używają terminu „historia potoczna”, oznaczającego utrwalone w świadomości potocznej wyobrażenia dotyczące historii, nie mające często wiele wspólnego z historią akademicką. Wyobrażenia te złożone są z fragmentów szkolnych wiadomości, strzępów wiedzy pochodzącej z filmów i książek, propagandy politycznej, gdzieś zasłyszanych opowieści. Historia taka jest silnie zmitologizowana, emocjonalna, i – zadziwiająco trwała. Feminizm potoczny, to właśnie coś w rodzaju „historii potocznej”. Tworzy go zespół wyobrażeń na temat feminizmu i feministek, wyobrażeń, w przeciwieństwie do antyfeministycznych stereotypów, nacechowanych pozytywnie. Da się w nim wyróżnić co najmniej dwie warstwy: historyczną i ideową. Ta pierwsza zasadza się na przekonaniu, że kobiety ogromnie wiele feministkom zawdzięczają. Mówiąc inaczej stanowi tą warstwę mit mówiący o tym, jak feministki „wyzwoliły kobiety”. Warstwa druga, ideowa, to zestaw kilku ogólnych haseł, które co prawda nie są ściśle przypisane do feminizmu, ale z nim się akurat feministkom potocznym kojarzą. Zestaw taki może wyglądać na przykład tak: „dla mnie feminizm to wolność wyboru, równość szans niezależnie od płci, partnerstwo w małżeństwie, a poza tym uważam, że kobiety zasługują na więcej, niż zwykle dostają”. To prawda – feministki głoszą wszystkie te hasła, ale po pierwsze, jak już pisałem, łatwo zauważyć, że nie są to hasła wyłącznie feministyczne, po drugie feminizm to jeszcze coś więcej, niż tego rodzaju zestaw ogólników. Nawiasem mówiąc, do podobnego zestawu dojść można wychodząc z wielu różnych pozycji ideowych. Chrześcijanin wyjść może od „przyrodzonej godności ludzkiej”, liberał od „wolności jednostki”, socjalista od „równości społecznej”. I tak właśnie to wyglądało. Sufrażystki tworzące ponad sto lat temu zręby doktryn emancypacyjnych korzystały z wszystkich przywołanych przed chwilą źródeł więcej, niż mogłoby się wydawać, ale – zostawmy to. Czym jest to feministyczne „coś więcej” o którym wspominałem? Warto sprawdzić samemu. Zagłębcie się w odmęty feministycznych teorii. Czekają na was feminizm marksistowski, feminizm postmodernistyczny, eko-feminizm, feministyczne spekulacje psychoanalityczne i dużo, dużo więcej. Być może studiując, którąś z tych teorii powiecie sobie: Tak! To właśnie jest opis mojego doświadczenia!, ale – będę szczery – wątpię, by doszło do czegoś podobnego. Owszem, to się zdarza – w końcu istnieją wspomniane już aktywistki ruchu, prawdziwe wyznawczynie feministycznych teorii – ale zdarza się to rzadko. Myślę, że wiem dlaczego tak się dzieje. Mówi się często, że feministki są mało kobiece. To błąd. W pewnym sensie feministki są kobietami zbyt mocno. Są wręcz przekobiecone. To prawda, płeć jest jedną z tych zmiennych, które najsilniej określają naszą tożsamość, feministki jednak definiują się przez pryzmat płci już nazbyt mocno. Płeć zajmuje je tak mocno, jak nic innego na świecie. Feminizm to hipertrofia kobiecości, kobiecości specyficznej, bo upolitycznionej. Żaden „patriarchalny stereotyp” dotyczący kobiecości nie odznacza się dziś intensywnością, która mogłaby dorównać sporej części feministycznych konstrukcji. To feministki są dziś najpoważniejszą siłą wtłaczającą kobiety w skonstruowaną kobiecość, mimo, ze autorki owych konstrukcji deklarują cele „wyzwolicielskie”. Nie, nie twierdzę, że wszystko co mają do powiedzenia feministki to oderwane od rzeczywistości konstrukcje będące efektem płciowego przewrażliwienia. „Myśl feministyczna” przypomina odwróconą piramidę. Jej czubek, to poziom empiryczny, nad nim wznosi się gigantyczny gmach teorii i interpretacji, w których jedynie nieliczne kobiety i nieliczni mężczyźni są w stanie rozpoznać swoje doświadczenie. Do teorii feministycznych łatwo da się odnieść to, co Gibbon miał do powiedzenia o neoplatonikach: „Ta swoboda interpretacji (...) obnażała jałowość uprawianej przez nich sztuki(...)namaszczonego rozdzielania włosa na czworo i nieprzeniknionej mętności tych mędrców, którzy utrzymywali, że objawiają strukturę wszechświata. Tłumacząc jakiś arbitralny symbol, mogli z niego wyciągnąć(...)dowolne znaczenie, które pasowało do ich ulubionego systemu”. Powtarzam: nie ma dziś siły mocniej niż feminizm wpychającej kobiety w wyspekulowaną, zideologizowaną kobiecość. I niech nikogo nie zwiodą zapewnienia feministycznych teoretyczek mówiące o walce ze stereotypami. Nawet ezoteryczne koncepcje feministek postmodernistek opisujące kobietę jako niezdefiniowaną „Inną”, mogącą kształtować się samodzielnie w procesie auto kreacji przebiegającym w szczelinach fallogocentrycznego universum symbolicznego nie są tu wyjątkiem. Skonstruowana przez feministki kobiecość postmodernistyczna też jest kobiecością ideologiczno - obsesyjną, i nie bez racji zarzuca się jej autorkom ukryty esencjalizm. Każda feministka potoczna powinna zadać sobie pytanie: czy na pewno wie, do czego zgłasza akces nazywając się „feministką”. No dobrze – zapyta ktoś – a co z kobietami, które mając pewne pojęcie o feministycznych teoriach, mimo wszystko nazywają się feministkami? Otóż, rzecz charakterystyczna, ogromna większość z nich deklaruje się jako „feministki liberalne”. Łatwo to zrozumieć. Nie obciążają feminizmu liberalnego oderwane od jakiegokolwiek kobiecego doświadczenia psychoanalityczne spekulacje, niemal wolny jest od rewolucyjności, wypożyczonej przez feministki radykalne od marksistów. Krótko mówiąc, feminizm liberalny ma to do siebie, że jest najmniej feministycznym z feminizmów. Oczywiście, w tych miejscach, w których jest najbardziej feministyczny, jest najmniej liberalny, pozostaje jednak liberalny na tyle, że jest do zniesienia, przynajmniej w zestawieniu z resztą feminizmów, mocniej nasyconych feministyczną treścią Zaryzykuję więc twierdzenie, że to „liberalizm”, a nie „feministyczność” jest głównym powodem, dla którego feminizm liberalny cieszy się największą wśród feminizmów popularnością (co nie znaczy, że jest popularny).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przekobiecone”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 marca 2006 21:02