komentarze z onetu

Wpisy

  • wtorek, 27 marca 2007
    • political fiction

          Wszyscy lubimy sobie poplotkować (no - może nie aż tak jak Józef "Brzytwa" Oleksy, który może plotkować przez trzy godziny bez przerwy...), wszyscy lubimy sobie pospekulować, ja też trochę sobie pospekuluję, a temat sam pcha się w łapy, oto autorzy bloga „Piąta Władza” stawiają pytanie: „Kto i w jakim celu chciał obalić Leszka Millera w 2003 roku? A jeśli faktycznie była montowana taka intryga, to jaką rolę odegrał w niej prezydent Kwaśniewski?”. Temat dobry, ale mocno go rozszerzę... Nietrudno zauważyć, że – gdzieś tak – od roku 2002 lewą stronę sceny politycznej wstrząsają ruchy tektoniczne - epizod o którym pisze „Piąta Władza” to epifenomen tego zjawiska. Zapytajmy więc: co było główną sprężyną nakręcającą cały ten mechanizm? Oto moje spekulacje...  

          Wyjdziemy od epizodu, o którym donosił Dziennik z 11.09.2006. Otóż, Dziennik donosił w tym dniu właśnie o prowokacji wymierzonej w Leszka Millera: "W 2003 roku Leszek Miller mógł być zmuszony do rezygnacji ze stanowiska premiera. I nie za sprawą demokratycznych procedur, a prowokacji przygotowanej przez ludzi związanych z lewicą i służbami specjalnymi. (...). Syn Leszka Millera miał brać łapówki od największych polskich biznesmenów: Kulczyka, Staraka i Gudzowatego. Miał o tym mówić jeden z zainteresowanych - Aleksander Gudzowaty. Wiadomość ta dotarła do ówczesnego premiera Millera od Zbigniewa Siemiątkowskiego. Gdyby taka informacja dostała się do mediów, mocny wtedy jeszcze Leszek Miller skończyłby natychmiast karierę". Miller - po otrzymaniu tej informacji - rozmawiał z Gudzowatym, ten wszystkiemu zaprzeczył...

          Jak zauważyła niedawno Kataryna, sprawa owej prowokacji była jednym z ważnych tematów rozmowy Gudzowaty - Oleksy. Przypomnijmy, że Gudzowaty mówił Oleksemu: "Moje zdanie jest takie, jeśli chcesz je znać, to Kwaśniewski szykował coś na Millera. Coś poważnego moim kosztem. (...). Oni chcieli premiera obalić moim kosztem". Co do opinii Millera w sprawie tych machinacji - Dziennik pisał: "Leszek Miller odrzuca (...) domysł, że zaplanowali to ludzie prezydenta. "Wykluczam hipotezę, że za całą prowokacją wobec mnie stał Aleksander Kwaśniewski". Były premier wskazuje raczej na tajemnicze "olbrzymie interesy i międzynarodowe siły nacisku", którym nie podobało się to, że nie zgadza się na sprzedaż polskiego sektora paliwowego" (Znajomi Millera chcieli łapówki od Gudzowatego, Dziennik 11.09.2006).

      Sprzedaż polskiego sektora paliwowego - dotarliśmy właśnie do głównej sprężynki napędzającej (według moich spekulacji oczywiście)ruchy tektoniczne po lewej stronie polskiej scenie politycznej. Z opinią Millera nie zgadzam się jednak w pełni. Owszem - były tu czynne "olbrzymie interesy i międzynarodowe siły nacisku", tyle, że i Kwaśniewski siedział we wszystkim po uszy. Ale - zacznijmy od początku(?)...  

          W roku 2001, gdzieś nad Morzem Śródziemnym Leszek Miller i Andrzej Kapkowski (były szef UOP) spotkali się ponoć z Wagitem Alekpierowem - szefem Łukoila. Rozmawiano o przyszłości polskiego sektora paliwowego. Rosjanie - w zamian za finansowe wsparcie kampanii wyborczej SLD - mogli liczyć na udział w prywatyzacji sektora... Takie przynajmniej zeznania trafiły do sejmowej komisji badającej aferę Orlenu a ich autorem był Maciej Maksym - były szef windykacji polskiego oddziału firmy Łukoil (za: Piotr Bączek, Rosyjski skok na polską ropę, Niezależna Gazeta Polska, nr.4). Czy do podobnych ustaleń doszło, czy nie faktem jest, że w lutym 2002 roku w czasie posiedzenia Rady Gabinetowej pojawia pomysł sprzedaży rynku naftowego Rosjanom - Rosjanie mają kupić Rafinerię Gdańską. Sprzeciwów nie było - obawy budziła jedynie możliwość pobudzenia w kraju "antyrosyjskich fobii".

          Tymczasem we wrześniu 2002 Miller staje okoniem i Łukoil nie kupuje Rafinerii Gdańskiej. Miller ma inny plan, za którym stoi - ponoć - Jan Kulczyk. Kulczyk chce połączyć w jeden koncern Rafinerię Gdańską z PKN Orlen i - dopiero potem - sprzedać Rosjanom pakiet kontrolny koncernu, co - swoją drogą -  oznaczało by przejęcie przez Rosjan kontroli nad Naftoportem. O działaniach Kulczyka 8 grudnia 2004 roku donosiła "Rzeczpospolita": "Jan Kulczyk obiecał szefowi Łukoilu, że pomoże rosyjskiemu koncernowi przejąć polski rynek naftowy". Według notatki wywiadu - która trafiła do komisji sejmowej badającej sprawę Orlenu - w październiku 2002 roku Kulczyk spotkał się w Londynie z szefem Łukoilu Wagitem Alekperowem, rozmawiali o połączeniu Orlenu i Rafinerii Gdańskiej i o przejęciu przez Rosjan pakietu kontrolnego koncernu. Kulczyk mówił, że może Rosjanom zapewnić ten interes, w notatce pojawia się suma miliarda dolarów (według autorów artykułu z "Rz" z którego czerpię - może to być "jaką miałby zarobić pośrednik"). Kulczyk miał się spotykać z szefami Łukoilu jeszcze kilka razy, choć wypierał się tego w prokuraturze, a w lipcu 2003 spotkał się w Wiedniu z Ałganowem, to spotkanie stało się później bardzo głośne...  

          Wiele wskazuje na to, że wokół kwestii przyszłości sektora paliwowego rozkręca się - przyznaję - dość dla mnie mętna rywalizacja w obozie władzy. Według autorów "Rz" w zamieszaniu wokół Orlenu  "prawdopodobnie poszło o to, kto pomoże Rosjanom przejąć PKN Orlen i Rafinerię Gdańską i zarobi na tym krocie" (Michał Majewski, Luiza Zalewska, Jak Kulczyk grał z Rosjanami, Rz 8.12.2004). Wygląda na to, że środowisko Kwaśniewskiego zaczyna gryźć się o te profity ze środowiskiem Millera. Ludzie Kwaśniewskiego usiłowali zablokować projekt połączenia Orlenu z Rafinerią Gdańską - tak to przynajmniej zdaje się wyglądać w odbiciu medialnym (aczkolwiek przyznaję - nie wgryzałem się zbyt mocno w archiwa). Przeciw fuzji Orlenu z Rafinerią Gdańską występował zarówno Kaczmarek, jak i jego następca na stołku Ministra Skarbu – także kojarzony z Kwaśniewskim – pan Cytrycki. Przypomnijmy, że aferę Orlenu odpalił Kaczmarek udzielając w kwietniu 2004 roku wywiadu GW, w którym to wywiadzie uchylił kulis zatrzymania prezesa Orlenu przez UOP (w lutym 2002). Z drugiej strony projekt fuzji Orlenu z Rafinerią Gdańską forsować miał Kulczyk – też kojarzony z Kwaśniewskim – podczas spotkania z Ałganowem powoływał się na „pierwszego”... Tak więc, jak pisałem, jest to wszystko dość mętne, ale na potrzeby mojego political fiction przyjmę, że koteria Millera faktycznie pogryzła się z koterią Kwaśniewskiego o zysk z pośredniczenia w wystawieniu Rosjanom polskiego rynku naftowego... Czy to możliwe, by konflikt na tle "sprzedaży polskiego sektora paliwowego" do tego stopnia rozpalił namiętności wśród liderów SLD, że środowisko Kwaśniewskiego gotowe było nawet rozbić partię, by "uwalić" grupę Millera? No cóż, gdy w grę wchodzą miliardy dolarów...

          Spróbujmy teraz prześledzić polityczny aspekt konfliktu w SLD, pamiętając o okolicznościach zarysowanych powyżej. Oprzemy się na bardzo ciekawym wywiadzie jakiego dziennikarzom  „Panoramy Dolnośląskiej” udzielił w listopadzie 2005 roku Marek Dyduch. Dyduch narzekał, że w SLD trwała walka frakcyjna, i, że "ktoś namówił Wojciecha Olejniczaka, żeby pozbył się Millera, Józefa Oleksego". Winnymi rozbicia lewicy byli - zdaniem Dyducha - Kwaśniewski, Janik i Borowski. Idea nowej partii miała pojawić się po wyborach samorządowych 2002 roku, w których SLD zdobyło 24,5 procent głosów. Wtedy to w otoczeniu Kwaśniewskiego zaczęto mówić o konieczności "zejścia SLD ze sceny". Dyduch łączy te plany z wynikiem wyborów, ale - czy aby ważniejsze nie były tu inne czynniki? Przypomnijmy - w 2002 zaczyna się konkretyzować plan oddania sektora paliwowego Rosjanom... Nowa lewicowa partia powstać miała po wyborach do Parlamentu Europejskiego (czerwiec 2004) - z partii wyjść miał Marek Borowski z grupą posłów. Dyduch zapewnia jednak, że "grupa Borowskiego" chciała "zrobić Millerowi psikusa" jeszcze w roku 2003. Jak pamiętamy Borowski trochę się pospieszył – w stosunku do planów przewidujących powstanie nowej partii na czerwiec 2004 roku - nowy byt polityczny wykreował w marcu 2004-go...  

          Jeśli chodzi o SLD – miało zostać „odnowione”. Kwaśnieski stawiał na Janika, który został przewodniczącym SLD 21 stycznia 2004 roku wykopując ze stołka Millera. Wszystko zdawało się iść nieźle, ale oto  w grudniu 2004 r. pojawił się zgrzyt - szefem SLD zostaje Oleksy wygrywając z Janikiem (485 głosów do 393). W sympatyzującej z Kwaśniewskim GW skomentowano to w taki oto sposób: "Wraz z Janikiem przegrali SLD-owscy zwolennicy oczyszczenia partii z integracji lewicy z Alekandrem Kwaśniewskim na czele" (em. wz, Rozłam w SLD? GW 20.12.2004). Sukces Oleksego pogrzebać miał szansę na wspólnego kandydata lewicy w wyborach prezydenckich, typowany był Belka. Kwaśniewski nie pojawił się na kongresie, który wybrał Oleksego, wysłał jedynie list (i list prywatny do Janika), Janik zaczął montować w ramach SLD "socjaldemokratyczną platformę" (razem z Napieralskim, Nikolskim, Ostrowską, Jeschkem), nazywało się to "Socjaldemokratyczna Przyszłość". Gdy na początku 2005 roku z SLD wyszedł Hausner (wtedy - wicepremier), by z Frasyniukiem i Steinhoffem montować nową partię - "Socjaldemokratyczna Przyszłość" udzieliła mu pewnego poparcia (SLD wycofało co prawda poparcie dla Hausnera, ale nie dla rządu). Pojawił się nowy byt polityczny – Demokraci... Koterii Kwaśniewskiego udaje się „odbić” kierownictwo SLD stosunkowo szybko - 29 maja 2005 roku szefem SLD zostaje człowiek Kwaśniewskiego – Olejniczak. I tak dochodzimy do czasów – że tak powiem – nam współczesnych...  

      Trzęsie się scena polityczna kraju, rozpadają się jedne partie, powstają inne, w tle trwa "walka buldogów pod dywanem", starzy przyjaciele (przynajmniej - przyjaciele polityczni) montują przeciw sobie ponure prowokacje... Czy to możliwe, by głównym napędem tego wszystkiego były konfitury związane z prywatyzacją sektora paliwowego? Nie wiem. To tylko political fiction... Jak w każdym przyzwoitym political fiction mogłyby się tu pojawić różne barwne epizody, jak – dajmy na to – pożar w Rafinerii Gdańskiej w maju 2003 roku (Możejki też płonęły, gdy ważyły się ich losy), czy lotniczy wypadek Millera, ale – darujmy sobie takie efekciarstwo i skończmy w tym miejscu nasze spekulacje czekając na to, co przyniesie przyszłość...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „political fiction”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2007 19:29
  • sobota, 24 marca 2007
    • o kulturze antylustracyjnej pół-serio cz.I (długie - na weekend)

          Skąd bierze się filozofia? Wytwarzają ją, oczywiście, filozofowie, ale co ich napędza i dlaczego jednym wychodzi filozofia taka, a innym - owaka? Różnie można o tym sądzić. Jedni uważają, że powodowani umiłowaniem prawdy filozofowie odkrywają obiektywny stan rzeczy (lub błądzą), według innych filozoficzne spekulacje to konstrukcje subiektywne - filozofowie sprzedają publiczności obrazki swojego wnętrza co najwyżej upozowane na "ogólne zasady", czy "uniwersalne prawa", ewentualnie -  przez filozofów przemawiają uwarunkowania zewnętrzne, na przykład klasowe... By nie być gołosłownym podajmy kilka przykładów, i tak Fitche twierdził, że taką ma się filozofię jakim się jest człowiekiem, modny dziś filozof markiz de Sade utrzymywał, że poglądy zależą od konstytucji organizmu i człowiek ich sobie nie wybiera, podobnych twierdzeń dałoby się znaleźć multum, może najdalej posunął się tu Stanisław Cat-Mackiewicz, który palnął przy jakiejś okazji: "Studiuję wciąż filozofię i utwierdzam się w przekonaniu, że to nie nauka, ale choroba umysłowa".

          Mackiewicz - miejmy nadzieję - przesadził, bo aż strach pomyśleć, że za koncepcjami, które rewolucjonizowały kulturę stoi - bo ja wiem? - niedobór magnezu czy paranoja ich autorów. Ale i tego wykluczyć nie można. Ot - na przykład - w 1969 roku niejaki Wolfgang Treher wydał książkę "Hegel, albo ukryte oblicze historii", w której dowodził, że Hegel był schizofrenikiem, na co wskazują charakterystyczne cechy systemu, który sprokurował... Doprawdy - zadziwiające rzeczy mogą napędzać filozofów, czasem coś - wydawałoby się - małostkowego. Na przykład - bo ja wiem? - ojciec filozofa był złodziejem, więc ten wykorzystał swoje talenty do snucia spekulacji, by podważać nienaruszalność prawa własności... Takie rzeczy się zdarzają. Derrida -by nie szukać daleko - gdy odkryto, że pewien jego kumpel miał jakiś tam romans z faszyzmem, tak namotał, że wyszło mu iż trudno właściwie orzec co jest faszyzmem, a co antyfaszyzmem... Co powiedziawszy przechodzę do dania głównego, to jest pytania o kulturotwórczą rolę papierów zostawionych nam w spadku przez służby specjalne PRL. Rzecz jest poważna, nietrudno przecież zauważyć, że przeciwnikom lustracji nie wystarcza być przeciw lustracji ze strachu, z powodów politycznych czy towarzyskich. Antylustratorzy chcą nas przekonać, że odrzucają lustrację powodów wyższych, rzecz można - zasadniczych. W związku z tymi wysiłkami powstała już wręcz cała antylustracyjna kultura z własną koncepcją prawdy, etyką, historiozofią i metodologią naukową (to ostatnie - przynajmniej w odniesieniu do historii), wreszcie - z antylustracyjną teologią. Przyjrzyjmy się temu bliżej...  

          Antylustracyjna koncepcja prawdy jest - można rzec - relatywistyczno - pragmatyczna. W sumie nie wiadomo co jest, a co nie jest prawdą - przekonują nas antylustratorzy - a jeśli nawet da się to ustalić, to jeszcze wypada się zastanowić, czy warto ową prawdę ogłaszać. Etykę antylustracyjną dałaby się zaś opisać jako chrześcijańską herezję - Chesterton zauważył niegdyś, że heretycy z reguły wybierają sobie jedną chrześcijańską cnotę, poczym doprowadzają ją do skrajności, w przypadku antylustratorów taką cnotą byłoby miłosierdzie (realizowane poprzez praktykowanie bezwarunkowego wybaczania byłym TW ich przeszłości). Z etyką łączy się - rzecz prosta - antylustracyjna teologia. Antylustratorzy mają nawet kandydatkę na swoją "świętą księgę", chodzi oczywiście o "Ewangelię Judasza" - apokryf nagłośniony przez "GW" na początku 2006 roku. Kto wie, czy nie powstanie w końcu dzieło "O naśladowaniu Judasza" (na wzór głośnego "O naśladowaniu Chrystusa" Kempisa) - jako ścieżka dla tych, którzy doświadczyć zechcą  "misterium zdrady". Czymś w tym rodzaju zdaje się być zresztą 580 numer "Więzi" - nosi on podtytuł "Judasze wśród nas" (przy tym "śród" drukowane jest ciemniejszą czcionką, więc w sumie czyta się to równie dobrze jako "Judasze w nas"), możemy w owym numerze czytać rzeczy w rodzaju: "Judasza szukamy w innych, a nie w sobie. Tak wygodniej, tak bezpieczniej. Wolimy myśleć: "zdrada to nie ja, mnie to nie dotyczy". (...). Judasz kochał, Judasz zdradził. Jego zdrada jest tajemnicą, a nie problemem. Można próbować ją zrozumieć, nie da się jej rozwikłać. A jaka była jego miłość?" (Zbigniew Nosowski, Drodzy Czytelnicy, Więź nr. 580) Dodajmy, że od niedawna wśród antylustracyjnych teologów rosną notowania innej, obok Judasza,  postaci - Szawła, który stał się Pawłem. Pisze jeden z antylustracyjnych klasyków: "Być może ludzie, którzy okazali chwilę słabości, nie powinni być moralistami i pouczać innych jak żyć. Ale i to nie jest bezdyskusyjne, bo to zależy do tego, co ktoś sam zrobił ze swoją przeszłością. Ten, kto uznał własne winy i postanowił zadośćuczynić pokrzywdzonym, może zostać autorytetem. Szaweł przemienił się w Pawła. Nieprzypadkowo wśród świętych znajdujemy przynajmniej tyle samo nawróconych grzeszników, co bezwinnych od urodzenia do śmierci" (Jerzy Osiatyński, Grzech lustracji, GW 24/25.03.2007). Idźmy dalej...  Jeśli chodzi o antylustracyjną metodologię historii - dla antylustratorów charakterystyczne jest hiperkrytyczne podejście do źródeł historycznych (przynajmniej tych, wytworzonych przez PRL-owskie służby specjalne). Co do antylustracyjnej historiozofii - tu miarodajne są eseje Adama Michnika ilustrujące pochód Ducha Lustracji przez Dzieje i jego wcielanie się w różne historyczne figury (o ile mnie pamięć nie myli Michnik zaczął od rzymskiego dyktatora Sulli, a skończył na braciach Kaczyńskich...).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2007 17:26
    • o kulturze antylustracyjnej pół-serio cz.II

          Mieliśmy też - nie można o tym zapomnieć - coś na kształt nurtu okołolustracyjnej literatury, czy wręcz okołolustracyjny gatunek literacki, który nazwałem roboczo Ubrealizmem magicznym. O ile pierwszy człon tej nazwy wydaje się oczywisty, o tyle drugi wymaga wyjaśnień. Otóż, akcja opowiadań tego gatunku niby trzyma się kanonów realizmu, z drugiej jednak strony obecna jest w nich swego rodzaju aura niezwykłości, czy nieprawdopodobieństwa. W jednym z opowiadań - na przykład -  pojawia się tajemnicza postać ostrzega bohaterkę, że w IPN znalazła się jej teczka, w innym opowiadaniu ktoś - nagle, przypadkiem - znajduje w starej szopie akta znanej opozycjonistki, w innym wreszcie dziele magicznego UB-realizmu do redaktora gazety zgłaszają się ni stąd, ni zowąd anonimowi SB-cy i snują opowieści o fałszowaniu teczek. Przy tym - wszystkie te opowiadania publikowane są akurat w momentach newralgicznych dla sprawy lustracji, co - jeśli pominiemy teorie spiskowe, w które oczywiście nie wierzymy - da się wyjaśnić chyba tylko na gruncie jungowskiej teorii synchroniczności.

          Dziś nurt UB-realizmu magicznego nieco podupadł, rozkwitać za to poczyna - także okołolustracyjny - cykl "Moje spotkania z SB" (z podtytułem "podpisałem, ale nie szkodziłem"). Ta seria ma przed sobą wielkie perspektywy i niewykluczone, że na gruncie kultury antylustracyjnej pojawi się w związku z tym zjawisko zbliżone do tego, jakie można było zaobserwować w subkulturze gejowskiej w odniesieniu do AIDS. Otóż, w miarę rozwoju epidemii, doszło do tego, że - w pewnych przynajmniej kręgach -  bycie nosicielem niejako nobilitowało. Była to, bez wątpienia, próba oswojenia "naznaczenia" wirusem przez uwznioślenie tego stanu. Kto wie, czy - gdy przekroczona zostanie jakaś masa krytyczna ujawnień głośnych TW - bycie "zarejestrowanym" nie stanie się w "środowisku" przedmiotem fascynacji. Mamy już pierwsze jaskółki tego fenomenu, oto Marek Piwowski przepytywany przez Kamila Durczoka (na okoliczność współpracy z bezpieką) oznajmia: "Nie czuję wstydu, ponieważ nikomu nie szkodziłem", a - gdy Durczok stwierdza, że wychodzi na to, że rozmawia z agentem, Piwowski replikuje: "Tak to wychodzi, ale jestem z tego dumny. Nie. Przesadziłem teraz". Tym razem pada jeszcze "przesadziłem", ale co będzie jutro? Jutro może zdarzyć się wszystko - wszelkie znaki na ziemi wskazują, że kultura antylustracyjna Wielkie Dni ma dopiero przed sobą...  

          W drugiej części naszych rozważań zestawimy sobie paradygmat „kultury antylustracyjnej” z paradygmatem innej kultury, którą nazywał będę dla uproszczenia "kulturą holokaustu".  „Kulturę holokaustu”  zdefiniuję koślawo, ale - mam nadzieję - zrozumiale  jako "dyskurs o holokauście produkowany w środowisku GW lub środowiskach do niej zbliżonych""(dlaczego akurat GW? Łatwo zgadnąć - GW jest główną tubą "kultury antylustracyjej"). Nacisk położymy na sztandarowe dzieło "kultury holokaustu" - "Sąsiadów" Jana Grossa. Otóż - nietrudno spostrzec, że "Sąsiedzi" nie mogliby zaistnieć na gruncie "kultury antylustracyjnej". I to z wielu powodów. Zacznijmy od metodologii. Jako się rzekło antylustracyjna metodologia historii zasadza się na hiperkrytycznym podejściu do źródeł. Ot - weźmy takie źródło, jak relacje ofiar. W "kulturze antylustracyjnej" wygląda to tak: "Dlaczego ofiary nie mogą być sędziami we własnej sprawie? Bo zawsze uwikłane są w pułapki resentymentu, nawet jeśli czują się od niego wolne. Z rezerwą trzeba traktować zarówno ich wspomnienia z przeszłości (nawet jeśli są oparte na dokumentach), jak i oceny moralne, które wygłaszają" (Sebastian Duda, Miłosierdzie z lustracją w tle, GW 10/11.02.2007). Jest to podejście radykalne różne od metodologii proponowanej przez Grossa (Gross: "Nasza postawa wyjściowa do każdego przekazu pochodzącego od niedoszłych ofiar Holokaustu powinna się zmienić z wątpiącej w afirmującą").

           Jak w praktyce wygląda stosowanie metodologicznych postulatów Grossa widzimy u Anny Bikont - chociażby wtedy, gdy pisze o kluczowym dla Grossa świadku wydarzeń w Jedwabnem, czyli o Szmulu Wasersztajnie.  Bikont przyznaje, że Wasersztajn "miesza to, co sam widział, z tym co usłyszał od innych i z tym, co sobie wymyślił", jest też u Wasersztajna obecny resentyment przed którym przestrzegał ks. Duda: Wasersztajn w swoich wspomnieniach - cytowanych przez Bikont - mówi wprost o "krystalicznie przejrzystym projekcie zemsty".  Wszystko to Annie Bikont nie przeszkadza, a nawet - przeciwnie. Bikont pisze: "Gdyby nie świadectwo Wasersztajna wydobyte po latach na światło dzienne przez Grossa, może nigdy nie ujawniono by zbrodni w Jedwabnem. To paradoks, że drogę ku prawdzie utorowała relacja, do której - w świetle wszystkiego, co wiemy dziś - można mieć różne zastrzeżenia. Ale można wyobrazić sobie inny scenariusz. Wasersztajn zostaje kompetentnie odpytany wtedy, w 1945 r. Dokument, który pozostaje w archiwach, rozdziela wyraźnie to, co świadek sam zobaczył, od tego, co wie z drugiej ręki. Czy jego relacja miałaby wtedy tę moc, która kazała Grossowi napisać książkę o Jedwabnem? Czy IPN zająłby się dociekaniem co się stało w Jedwabnem, prezydent by przepraszał, a biskupi modlili się o przebaczenie" (Anna Bikont, Ja, Szmul Wasersztajn ostrzegam, GW 13/14.07.2002). Przekłamania, czy przejaskrawienia w relacji świadka są więc - w ramach "kultury holokaustu" - atutem. W przypadku "kultury antylustracyjnej" - dezawuują źródła. Dodajmy, że w przypadku Jedwabnego w "GW" bagatelizowano fakt, że jednym z głównych źródeł były materiały ze śledztwa prowadzonego w latach 40-tych,  tymczasem "kultura antylustracyjna" oferuje zgoła inne podejście do tego rodzaju źródeł, na przykład Janusz A. Majcherek wywodzi: "Do czego (...) prowadzi przyjmowanie punktu widzenia funkcjonariuszy tamtego systemu i efektu ich pracy jako mających odsłaniać prawdę o nim a zwłaszcza o jego ofiarach i przeciwnikach, przekonują rozmaite opracowania typu "oczami bezpieki", które pokazują tak kuriozalnie wykoślawiony obraz tamtej rzeczywistości, że każdy, kto ją zna z autopsji, wpada w osłupienie" (Janusz A. Majcherek, Prawdziwe problemy, problemy z prawdą, GW 20.01.2007).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „o kulturze antylustracyjnej pół-serio cz.II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2007 17:25
    • o kulturze antylustracyjnej pół-serio cz.III

          Przejdźmy do aspektów ważniejszych od metodologii, na początek - stosunek do przeszłości. W przypadku "kultury holokaustu" w grę wchodzi nacisk na potrzebę "zmierzenia się z trudną historią", co mocno kontrastuje z właściwą dla kultury antylustracyjnej niechęcią do  "grzebania się w przeszłości".  Artur Domosławski pisał o rozrachunkach z historią (w kontekście Jedwabnego): "Na pewno czasy dyktatury i cenzury nie służyły spoglądaniu w lustro i bolesnym rozrachunkom z własnym dziedzictwem. Jesteśmy jednak w czasach wolności" (Artur Domosławski, Kustosz Polski niewinnej, GW 19/20.o5.2001). "Kulturze holokaustu" obcy jest też argument zgodnie z którym wychylona w przyszłość młodzież nie jest zainteresowana roztrząsaniem spraw z przeszłości i oczekuje od czegoś zupełnie innego. Przeciwnie - gdy idzie o "kulturę holokaustu" edukacja historyczna winna objąć nawet pędraki mocno nieletnie, jeśli dosłownie potraktować np. "list do siostrzenicy" - makabreskę  Michała Olszewskiego zaczynającą się od słów: "Droga Aniu. Zastanawiałem się dzisiaj, czy w swoim pięcioletnim (sic!!) życiu słyszałaś już wyraz Auschwitz. Auschwitz, Auschwitz, jak to brzmi?" (Michał Olszewski, Planeta Auschwitz, GW 29/30.01.2005)

          Wreszcie - rzecz bodaj najistotniejsza: stosunek do prawdy (przypomnijmy: kultura antylustracyjna przyjmuje relatywistyczno-pragmatyczną koncepcję prawdy). Weźmy - na przykład - prowadzone kontekście lustracyjnym rozważania Janusza Majcherka. Dowiadujemy się z nich, że "filozofowie już od dawna powątpiewają, czy prawda zawsze niesie dobro", że "ujawnienie prawdy ma niekiedy wątpliwe moralnie skutki. Może przysporzyć szkód, krzywd, cierpień, których nie ma czym usprawiedliwić", oraz, że "pryncypializm, absolutyzm i uniwersalizm forsujący pogląd, że od wartości nie wolno czynić wyjątków w żadnej sytuacji, w żadnych okolicznościach i warunkach, bywa bezwzględny i bezlitosny, więc niekoniecznie dobry" (Janusz A. Majcherek, Prawdziwe problemy, problemy z prawdą, GW 20.01.2007). Albo podobne - już otwarcie okołolustracyjne - rozważania Wiktora Osiatyńskiego: "Prawda jest wartością, lecz nie wartością absolutną. Zastanawiające, że wśród dziesięciorga przykazań nie ma bezwzględnego nakazu mówienia prawdy. Prawdy nie ma też wśród wartości, które pozwalają na ustawowe ograniczenia praw i wolności obywatelskich. (...). Każdy lekarz, który staje wobec umierającego, wie, że ciężka prawda może go szybciej zabić albo zwiększyć cierpienie. Tylko zupełnie niewrażliwy lekarz mówi całą prawdę" (Wiktor Osiatyński, Grzech lustracji, GW 24/25.03.2007). Takie wątpliwości nie istnieją - rzecz prosta - na gruncie "kultury holokaustu". Oto w lipcu 2001 na pierwszej stronie "GW" wydrukowano tekst "Stanąć w prawdzie" (podpisany: "Redakcja GW"), w  którym czytamy: "Od ponad roku Polska robi rachunek sumienia. W naszym życiu publicznym toczy się debata, jakiej nigdy nie było. (...). Polska jest jedynym krajem postkomunistycznym, który zdobył się na taką konfrontację ze swoją historią - także, że swoją hańbą. Usłyszeliśmy już głosy najważniejszych autorytetów w państwie. (...). Wszystko to dowodzi, że polska demokracja idzie drogą prawdy, że prawda jej służy. Zasługujemy na miejsce w moralnej wspólnocie wolnych narodów. Inne narody mają powód, by spoglądać na Polskę z szacunkiem" (Stanąć w prawdzie, GW 10.07.2001).

          U jednego tylko autora znalazłem zestawienie "prawdy holokaustu" i "prawdy lustracyjnej", mam na myśli Marka Safjana i jego tekst: " O naszym stosunku do Żydów. Jest źle czy dobrze?".  Pisząc o kwestii stosunków "polsko-żydowskich" Safjan trzyma się, choć z pewnym dystansem, paradygmatu "kultury holokaustu": "Jeśli ujrzymy w jaskrawym świetle lampy badacza własną przeszłość i zachowanie, łatwiej będzie nam walczyć z antysemickim stereotypem, otwierać na innych i godzić się ze złożonością świata. (...). Nie chcę wypowiadać się jako historyk, którym nie jestem. Mogę jedynie wyrazić przekonanie, że próba zrozumienia minionego czasu (a warunkiem jest poznanie prawdy) przynieść może, mimo nieuchronnego ryzyka, także wiele korzyści i podziała oczyszczająco. Kwestię lustracji Safjan unieważnia, czy bagatelizuje: "Dyskusję nad przeszłością lat 1939-48 uznaję za daleko ważniejszą niż dyskusje nad granicami lustracji. W tym pierwszym przypadku chodzi o nasze dusze i rozumienie świata, w tym drugim o banał ludzkich charakterów" (Marek Safjan, O naszym stosunku do Żydów. Jest źle czy dobrze?, GW 9.03.2007). Dlaczego w przypadku lustracji nie mogłoby chodzić o "nasze dusze i zrozumienie świata", i czy aby historii lat 1939-48 nie dałoby się - gdyby kto chciał - sprowadzić do zagadnienia "banału ludzkich charakterów"? Na te pytania Safjan nie odpowiada (nie stawia ich zresztą). Co nie dziwi - ponieważ paradygmaty "kultury antylustracyjnej" i "kultury holokaustu" mocno się gryzą, każdy, kto chce być - zarazem - adeptem jednej i drugiej skazany jest albo na ostre ćwiczenia z dwójmyślenia, albo na omijanie problemu. Zdarzają się też gwałtowne nawrócenia. To właśnie stało się udziałem Michała Cichego. Cichy, niegdyś zdolny propagator "kultury holokaustu" złożył niedawno samokrytykę wyrzekając się zasad konstytuujących ową kulturę. Pozwalam sobie wkleić kawałek jednego z moich wcześniejszych wpisów mówiący o tym właśnie nawróceniu. W świątecznym numerze GW Cichy przeprosił powstańców warszawskich za artykuł z roku 1994, w którym oskarżył ich o mordowanie Żydów.  Cichy kajał się, że "nie miał racji" gdy myślał, że "jesteśmy sobie winni przyznanie się do prawdy, choćby była okrutna", nie miał też racji, wierząc, że "prawda podziała oczyszczająco". Zweryfikował pan Cichy także swoje przekonanie, co do tego, że "debata jest naczelną cnotą wolnego społeczeństwa, że dzięki starciom odmiennych stanowisk przyszłość będzie lepsza od teraźniejszości". Cichy stracił też wiarę w wartość dokumentów. Bił się więc w piersi: "Dziś widzę, że mój faktograficzny ton, bogactwo źródeł i przypisów, cała aparatura historiograficzna ukrywały jeszcze jedno - nieczułość". I, żeby już było zupełnie jasne o co chodzi - w końcu nie każdy czytelnik "GW" "załapie" - rzuca na siebie Cichy najstraszniejszą z potwarzy: "zachowywałem się jak lustrator, przekonany, że prawda ponad wszystko - ponad pokój  i ponad ludzki ból. Miałem stosunek nieubłaganie krytyczny wobec wszelkich świętości. Później dopiero dotarło do mnie, że nie da się deptać świętości, nie depcząc ludzi, którzy je wyznają". A co do prawdy, to dowiadujemy się, że "nie wystarczy mówić prawdy, żeby mieć rację" (!). Dodajmy jeszcze ten kawałek (bo ładny): Nie ma wydarzeń historycznych bez czarnych kart. (..). Nie uważam już, żeby skupianie się na czarnych stronach życia prowadziło do czegokolwiek dobrego, podobnie zresztą jak znieczulanie się samymi stronami najpiękniejszymi. Nie powinno się milczeć o grzechach, ale należy ich żałować, a nie czerpać satysfakcję z ich wytknięcia".

      I w tym miejscu kończymy nasz wykład wyciągnięcie wniosków pozostawiając czytelnikom...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „o kulturze antylustracyjnej pół-serio cz.III”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 24 marca 2007 17:23
  • piątek, 23 marca 2007
    • gangsta rap

      Uwaga: osoby nienawykłe do żargonu elit 3rp i żargonu subkultury hip-hopowej uprasza się o nie czytanie poniższego wpisu.  



          Józef Oleksy będzie się chyba musiał pożegnać ze sceną polityczną, ale czy to znaczy, że musi się pożegnać ze sceną w ogóle? Niekoniecznie! Być może stoi dopiero u progu wielkiej scenicznej kariery. Otóż, czytając stenogram rozmowy Oleksego z Gudzowatym doszedłem do wniosku, że byłby z Oleksego niezły raper. Ma to „coś”! Jędrny, ostry, rubaszno-wulgarny język, bezpośredni przekaz, szczerość, bezkompromisowość... Wcale bym się nie zdziwił, gdyby niedługo w sklepach pojawił się nagrany przez Oleksego krążek „Moja sitwa miała Polskę w d...”, a na nim kawałek „Żadnemu nie wierzę z lewicy”. Mogłoby to iść tak:


      Jestem MC Brzytwa
      a to moja sitwa:

      Wojtek – narcyz!
      Olek – krętacz!
      jest i Jurek – buc nadęty!
      Jolka – lifting ma na gębie!
      no i Miller – ch... zawzięty!
      Marek – kanciarz!
      Michnik – upadł!
      Leszek – autorytet dęty!
      Siemiątkowski – konfabulant!
      dziwi was, że szły przekręty?

      Żadnemu nie wierzę z lewicy!
      To są takie skończone żule!
      I takie ch...je!
      I taka młodzieżówka!

      Taki mam styl!
      so – keep it real!
      Mother F...ers!

      Jakieś dobre bity w podkładzie, skreczing (Czarzasty mógłby się przyuczyć, w polityce już chyba nie pogra...) – mógłby być z tego hit... A, że jak wiadomo raperzy lubią się pojedynkować na rymy Oleksemu mógłby odpowiedzieć – na przykład – Kwaśniewski (jako MC Kwas?), który zresztą – jak rasowy raper – ma ponoć słabość do drogich zegarków. Byłoby to – powiedzmy – coś w stylu:

      Myślisz, że dobrze rymujesz?
      Chyba się .... źle czujesz!
      Kretyn!
      Zdrajca!
      Wyrwę ci jajca..

      itd., itd. w żargonie elity 3rp. Doprawdy, gdyby wierchuszka SLD dała sobie spokój z polityką i zabrała się za hip-hop doczekalibyśmy się rodzimej odmiany gangsta rapu...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „gangsta rap”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2007 17:38
  • środa, 21 marca 2007
    • a co z aborcją dla mężczyzn?

          Temat aborcji znów stał się modny, w mediach króluje Alicja Tysiąc, feministki bronią "prawa kobiety do decydowania o sobie", a ja pytam: a co z mężczyznami? Czy mężczyzna ma - zdaniem feministek - prawo do aborcji? Rozważmy pewną sytuację - zaznaczam rozważmy nie na gruncie polskiego prawa aborcyjnego, ale na gruncie wymarzonego przez feministki "prawa liberalnego". Mamy oto mężczyznę, który nie chce zostać ojcem, tak się jednak składa, że jego partnerka zachodzi w ciążę. Mężczyzna przeżywa w związku z tym różne nieprzyjemne sensacje, zamartwia się, źle śpi, trzęsą mu się ręce, wpada w nerwicę, słowem - ciąża źle wpływa na jego zdrowie (co z tego, że to nie on jest w ciąży? Zdrowie to zdrowie!). Na gruncie liberalnego prawa aborcyjnego aborcja usługą de facto na życzenie, tym bardziej jest więc uzasadniona, gdy ciąża zagraża zdrowiu. Mężczyzna zwraca się więc do partnerki słowami: "ciąża źle na mnie wpływa, zrób sobie aborcję". A kobieta na to: "Ani myślę". I tu pojawia się pytanie: czy wobec takiej odpowiedzi mężczyzna powinien mieć prawo do "aborcji mentalnej" i "aborcji ekonomicznej", słowem - czy może się psychicznie i finansowo odciąć od niechcianego przez siebie dziecka? A jeśli nie może, jeśli prawo zmusza go do płacenia alimentów (w psychikę prawo - póki co - ingerować nie może) to czy nie mamy aby do czynienia ze "zmuszaniem mężczyzny do ojcostwa"? Pytam feministek: jakim prawem prawo zmusza mężczyzn do ojcostwa? Czy feministki - jeśli poważnie traktują hasło "mój brzuch - moja sprawa" - nie powinny działać na rzecz "aborcji symbolicznej" dla mężczyzn?  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „a co z aborcją dla mężczyzn?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2007 21:25
  • czwartek, 15 marca 2007
    • Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego (odgrzewane)

      Wstęp:

      Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego zamieściłem na blogu około roku temu, dziś, przy okazji wejścia w życie nowej ustawy lustracyjnej umieszczam go po raz kolejny (ta wersja zawiera drobne uzupełnienia). Rok temu mój blog był, że tak powiem, mniej popularny, myślę, że dziś leksykon znajdzie nowych, wdzięcznych czytelników.


      Leksykon

      Powiedzmy to sobie wprost: nadeszły ciężkie czasy dla ludzie rozumnych, dla ludzi przyzwoitych. Ciężkie z wielu powodów, a jednym z tych powodów jest kolejna ofensywa lustratorów. W latach 90-tych było łatwiej. Rynek mediów zdominowany był przez media odpowiedzialne, byle kto nie mógł dorwać się do głosu, lustratorzy w mediach głównego nurtu przedstawiani byli tak, jak na to zasługiwali, pozostawały im jakieś marginalne pisemka, ale – kto by się tym przejmował? Dziś jest trudniej. Zgoda, środowisko ludzi rozumnych nadal jest silne, ale to już nie to. Dziś, zdarza się, że nawet w mediach głównego nurtu pojawiają się fanatyczni zwolennicy lustracji, i ... mówią. Sytuacja ta może powodować zamieszane wśród ludzi przyzwoitych, myślę zwłaszcza o inteligencji, niejeden zdezorientowany obywatel dojść może, pod wpływem pro-lustracyjnej propagandy, do wniosku, że – kto wie? – lustracja może i jest potrzebna? By uniknąć tak smutnych przypadków przygotowałem „Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego”, leksykon dostarczyć ma wszystkim inteligentom, wszystkim ludziom przyzwoitym anty-lustracyjnej odtrutki. Sięgnąłem po najlepszych autorów, po ludzi z kręgu „Gazety Wyborczej”, przewertowałem niezliczoną ilość numerów „GW”, by wyssać z nich esencję poglądów „ludzi gazety” na kwestię lustracji. Czyż może bowiem istnieć lepsze źródło wiedzy o tym, co człowiek przyzwoity winien o lustracji, lustratorach, IPN-ie, itd., itd., myśleć?  Oczywiście – nie może! Leksykon dostarczyć ma argumentów, słownictwa, zwrotów, schematów interpretacyjnych do dyskusji, jakie ludziom przyzwoitym przyjdzie toczyć z lustratorami. Jeśli, choć w części, spełni to zadanie, mój trud nie pójdzie na marne.

      Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego

      Motto:
      „Polska Adama Michnika widziała świat w różnych odcieniach szarości. Jedni byli lepsi, drudzy byli gorsi. Jedni szli w lepszym kierunku, a drudzy szli w gorszym. Oceniając ludzi ważyła proporcje”
      Jacek Żakowski.  


      Agenci (Tajni Współpracownicy, TW) – „Ci, których udało się złamać. A może tylko przyłapać na chwili słabości. A może tylko zastraszyć”. Przykłady agentów: „kandydat na burmistrza, który wprawdzie znalazł się na czarnej liście, ale od lat skutecznie i uczciwie stara się, by lokalnej społeczności żyło się lepiej i wygodniej”, „sąsiad u którego trzymałam książki, i który po dwóch latach przyszedł prosić, żebym je zabrała i żebym udawała, że go nie znam”.
      (patrz – funkcjonariusze SB)
      (autorzy hasła: Marian Filar, Teresa Bogucka)

      Archiwiści IPN – „Archiwiści IPN to w większości młodzi ludzie, tamtych czasów nie znają, w większości ideowi, z definicji i rekrutacji zwolennicy lustracji. Czy będą stosować zasadę domniemanej niewinności?
      (patrz – IPN, tamte czasy, zwolennicy lustracji).
      (autor hasła: Piotr Pacewicz)

      Bender Ryszard – „Człowiek o niechlubnej przeszłości i teraźniejszości. Człowiek, który w 1976 r. po wpisaniu do konstytucji PRL wiernopoddańczych deklaracji wierności ZSRR, pozostał głuchy na apele demokratycznych środowisk katolickich i wszedł do Sejmu PRL, reprezentując katolików kolaborujących z władzą. Człowiek, który w 1976 r. współtworzył odszczepieńczy KIK w Lublinie. Człowiek, który poparł stan wojenny. Ten człowiek, okazuje się teraz „pokrzywdzonym” w świetle ustawy o IPN. Jako „pokrzywdzony” dostaje papiery które dają mu okazję do rzucania oskarżeń o współpracę z PRL-owską bezpieką”
      (patrz – lustratorzy, pokrzywdzeni)
      (autor hasła: Paweł Wroński)

      Efekt lustracji  - „Ktoś powiesi szczura na klamce sąsiada, którego nazwisko znajduje się na liście agentów. Malinowski dumnie wypnie pierś, bo okazał się lepszy od Kowalskiego. I co nam z tego przyjdzie?”
      (patrz – agenci, Kowalski i Malinowski)
       (autor hasła: Marian Filar).

      Funkcjonariusze SB – pracownicy PRL-owskiej policji politycznej, zajmujący się głównie fałszowaniem teczek nieistniejących agentów, w celu wykazania się wynikami w dziele zwalczania opozycji. Działanie mechanizmu według Tiny Rosenberg: „Urzędnicy służby bezpieczeństwa na ogół musieli zwerbować pewną minimalną liczbę agentów. Mieli więc silną motywację, by pobierając dane od jednego współpracownika przypisywać je trzem lub czterem. Jedno przesłuchanie dysydenta zapisywano jako szereg spotkań – i tak oto dysydent przeobraża się w kolaboranta. Jeśli chodzi o pieniądze przeznaczone dla fikcyjnych współpracowników, bywało, że urzędnik po prostu chował je do kieszeni".  W związku z tym procederem „nawet otwarte archiwa mogą przysłaniać prawdę”
      (patrz - agenci, Nowak, teczki)
      (hasło opracowane na podstawie studiów i analiz autorów i współpracowników „GW” )

      Giertych Roman – „Faszysta i sadysta. (...). Giertychowi marzy się faszystowska struktura społeczeństwa z nim na czele jako duce. Kopanie ludzi sprawia mu satysfakcję”
      (patrz – lustratorzy)
      (autor hasła: Hanna Świda-Ziemba)

      Gontarczyk Piotr – „Gontarczyk czy Gontarz?”, „pętak”, „Gontarczyk to 36 letni historyk znany ze skrajnie prawicowych poglądów. W publikacjach podważał ustalenia IPN na temat współodpowiedzialności polskich mieszkańców za zbrodnie w Jedwabnem. W książce „Tajne oblicze AL.-GL, PPR” (...) jako wiarygodne źródło o tamtym okresie traktuje materiały wymuszane w śledztwach przez stalinowskich ubeków. Książki Gontarczyka stanowią żelazny repertuar księgarń i domów wysyłkowych z antysemicką literaturą takich jak warszawska księgarnia „Antyk”. „Pan Gontarczyk jest zastępcą pionu archiwalnego i przeszedł do IPN z Biura Rzecznika Interesu Publicznego. Można domniemywać, że on się nią (lustracją) będzie zajmował. Jeśli tak, będzie to lustracja bardzo mało wiarygodna”.
      (patrz  - archiwiści IPN, historycy IPN, IPN, lustracja, efekt lustracji)
      (autorzy hasła: Seweryn Blumsztajn, Karol Modzelewski, Wojciech Czuchnowski)

      Historycy IPN – „żeby wierzyć w rzetelność i kompetencje tych ludzi, trzeba najpierw uwierzyć, że śledź może być koniem wyścigowym. Są tam – szkoda, że tak nieliczni – i porządni badacze, ale ich nazwisk nie wymienię, żeby im nie zaszkodzić”
      (przykład historyka IPN – Piotr Gontarczyk)
      (patrz – IPN, Piotr Gontarczyk)
      (autor hasła: Adam Michnik)

      Instytut Pamięci Narodowej (IPN) – „Bezprawie i absurd”, „Wylęgarnia lustratorów.(...) przypomina skład narkotyków, których pilnują narkomani i handlarze narkotykami”
      (patrz – archiwiści IPN, historycy IPN, lustratorzy)
      (autor hasła: Andrzej Romanowski, Adam Michnik)

      Kowalski i Malinowski – „.Kowalski faktycznie nie był agentem, nie został też za takiego błędnie uznany przez IPN (co zdarzyć się mogło, skoro sam profesor Kieres przyznaje, że w pewnej sprawie „to co naszemu archiwiście wydało się zupełnie jednoznaczne (....) mnie się już jednoznaczne nie wydało”). Kowalski dostał swoją teczkę i są w niej nazwiska konfidentów, którzy na niego donosili. Na jego żądanie należy mu podać ich nazwiska (....). Kowalski dowiaduje się teraz, że agent ps. „Alfa” to Nowak, zaś „Beta” to – powiedzmy – Malinowski. (...). Jeśli Kowalski nie zdecyduje się opublikować w gazecie informacji o tym, że Nowak to „Alfa”, a Malinowski to „Beta”, tylko poprzestanie na opowiadaniu o tym znajomym (....) atmosfera wokół Nowaka i Malinowskiego zacznie się zagęszczać. Znajomi zaczną ich omijać, ktoś odmówi podania ręki ..... (...). A może, choć wydało się to archiwiście IPN takie jednoznaczne, wcale takie jednoznaczne  nie było? Może oni wcale kapusiami nie byli? A jeśli Kowalski opublikuje w prasie informacje o tym, że jego dawni przyjaciele Nowak i Malinowski to agenci „Alfa” i „Beta”? Co mogą zrobić Nowak i Malinowski?”  
      (patrz  – agenci,  archiwiści IPN, efekt lustracji, Nowak)
      (autorzy hasła: Zbigniew Hołda, Jan Widacki)

      Lista katalogowa zbiorów archiwalnych IPN– „ubecka lista”, „lista proskrypcyjna”
      (patrz – IPN)
      (autorzy hasła: Wojciech Czuchnowski, Tadeusz Szawiel)

      Lustracja – „danie wysmażone bez wątpienia w politycznej, przedwyborczej kuchni”, „tsunami”, „maczuga”, „gilotyna”, „koń trojański”, „potężna ropucha”, „prawo do linczu”, „brudna gra”,
      „sianie zamętu”, „awantura”, „reality show” .
      (patrz– efekt lustracji, lustratorzy, zwolennicy lustracji)
      (autorzy hasła: zespół i współpracownicy „GW”)

      Lustratorzy – „Różnego rodzaju chuliganeria, która będzie wyciągać rewelacje z teczek bezpieki. Nie po to, żeby dochodzić prawdy, ale by szantażować, mścić się na wrogach, prowadzić polityczne rozgrywki”. „Fanatyczny lustrator łatwo godzi się  z krzywdą – zwłaszcza cudzą. Dla niego niesprawiedliwe pohańbienie człowieka to konieczny koszt, który trzeba ponieść dla wyższego celu – lustracji”
      Przykład lustratora – Roman Giertych
      (patrz – Giertych Roman, lustracja, teczki)
      (autorzy hasła: anonimowy duchowny cytowany przez M. Lizuta, Piotr Stasiński)

      Nowak – pseudonim agenta SB działającego w środowisku pracowników „Tygodnika Solidarność”. Nieszkodliwy („ Nie ma w tych raportach niczego, co obciążałoby osoby ze środowiska „TS”) , przy tym nie jest wcale pewne, że była to akurat Małgorzata Niezabitowska (a nawet jeśli była, to różnie z tym być mogło). Wojciech Czuchnowski: „Czy możliwa jest (...) taka historia: Grzelak przeforsowuje u przełożonych projekt: „Niezabitowska na agenta” i bierze za niego służbową odpowiedzialność. Na początku wszystko idzie dobrze. Ale Niezabitowska wycofuje się ze współpracy. Grzelakowi grozi zawodowa kompromitacja. Co robi? Stwarza fikcję. Z pierwszych przesłuchań ma dość informacji do początkowych raportów. Potem jest obserwacja, podsłuch, wcześniejsza duża wiedza zebrana o Niezabitowskiej. Z tego da się coś sklecić”
      (patrz – agenci, funkcjonariusze SB, tamte czasy)
      (hasło opracowane na podstawie studiów i analiz autorów i współpracowników „GW”).

      Pokrzywdzeni – „Gdyby stalinowscy oprawcy i odsunięci od władzy prominenci PZPR zwrócili się dzisiaj do IPN, mieliby szansę dostać status pokrzywdzonego. (...).Byli przecież śledzeni, działała wokół nich agentura. Mieli swoje teczki” .
      Przykład pokrzywdzonego – Ryszard Bender
      (patrz – Bender Ryszard, tamte czasy, teczki)
      (autor hasła: Wojciech Czuchnowski)

      Rewolucja moralna – „Rewolucja niemoralna”. „Ci, którzy zachowują się nieuczciwie w życiu politycznym, najwięcej mówią o odrodzeniu moralnym. Tak też czynili komuniści. Adam Ważyk w „Poemacie dla dorosłych” pisał o hyclach od moralności socjalistycznej. Teraz mamy hycli od moralności narodowej czy chrześcijańskiej” „Aby usunąć z życia publicznego ludzi dawnego systemu (...), trzeba by nie dekomunizacji, lecz rewolucyjnego terroru. Oczywiście wobec wszystkich, nie tylko „komuchów”, bo nigdzie nie udało się pogodzić wolności i państwa prawa dla jednej części społeczeństwa z terrorem wobez innej”.
      (patrz – lustracja, lustratorzy, zwolennicy lustracji)
      (autorzy hasła: Waldemar Kuczyński, Hanna Świtała-Ziemba)

      Rzepliński Andrzej – „szarżujący nosorożec”
      (patrz – zwolennicy lustracji)
      (autor hasła: Antoni Pawlak)

      Tamte czasy - „W PRL teczek TW nie mieli ubecy, członkowie rządzącej partii, dzieci oraz ci, którzy nic nie robili. Na nielicznych, którzy próbowali walczyć z systemem, czyhał arsenał środków i armia funkcjonariuszy, którzy musieli się wykazać wynikami. To tym nielicznym właśnie zakładano teczki i wykorzystywano ich ludzkie słabości. Przekreślenie ówczesnych działaczy opozycji na podstawie teczek – tworzonych przecież przez ich najgorszych wrogów – to straszne nadużycie”
      (patrz – agenci, funkcjonariusze SB, teczki).
      (autor hasła: Wojciech Czuchnowski)

      Teczki – „Kadź ekstrementów”, „pornografia”, "sprawa teczek jest świadectwem szaleństwa” (autorzy hasła: Marian Filar, Adam Michnik, Andrzej Szczypiorski)

      Ustawy Lustracyjne – "Konsekwencje takich ustaw łatwo sobie wyobrazić: gwałtowne pomnożenie nienawiści i różnego rodzaju konfliktów społecznych, utrata poczucia współodpowiedzialności za państwo przez sporą część obywateli, kompromitacja demokracji i prawa, które odtąd w powszechnym odczuciu traktowane by były nie jako dobro wspólne, lecz łup dla zwycięzców. Na arenie międzynarodowej Polska uzyskałaby opinię państwa niestabilnego, łamiącego prawa człowieka”
      (autor hasła: Lesław Maleszka)

      Zwolennicy lustracji – „Współczesny motłoch. Dziedzice tych, którzy zawsze gotowi byli lżyć ludzi na stosach i pod gilotyną. Tych, którzy wyli na pokazowych procesach, potępiali na wiecach nienawiści lat 60 i 70., a byli wtedy aktywną  częścią potulnej i zastraszonej większości, gotową do rzucenia się na wskazaną ofiarę, bez znaczenia – winną czy niewinną. Ważne, że bezbronną” . Przykład zwolennika lustracji – Andrzej Rzepliński (patrz – Bender Ryszard, Giertych Roman, lustratorzy,  Rzepliński Andrzej)
      (autor hasła: Teresa Bogucka)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Leksykon Lustracyjny Człowieka Rozumnego (odgrzewane)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 marca 2007 19:51
  • poniedziałek, 12 marca 2007
    • collage okołopolsatowski cz. I

      Wstęp

      „W październiku 1991 r. na prostym odcinku trasy z Warszawy do Katowic w wypadku samochodowym zginął Walerian Pańko, prezes NIK. Miał on w Sejmie zaprezentować ustalenia izby dotyczące afery FOZZ. Zamieszani byli w nią wysocy oficerowie służb specjalnych i urzędnicy Ministerstwa Finansów, którzy w połowie lat 80. I 90. Zdefraudowali miliony przeznaczone na wykup polskich długów za granicą. Od tego czasu wymiar sprawiedliwości nawet o milimetr nie przybliżył się do wyjaśnienia tej sprawy. Za to w sprawie śmierci Pański osąd był bardzo szybki i kategoryczny – zwykły wypadek samochodowy. Dziwi to tym bardziej, że kilka miesięcy wcześniej zmarł Michał Falzmann, kontroler NIK, który tropił nadużycia w FOZZ. W oficjalną przyczynę śmierci Falzmanna – zawał serca – do dziś mało kto wierzy” (Tomasz Budkiewicz, Marcin Dzierżanowski, Umarli na egzekucję, Wprost 5.12.2004)



      I. Przywieczerski

      Tadeusz Kowalik: "To nieprawda, że komunistyczna nomenklatura weszła w nowy ustrój z pokaźnymi zasobami, co pozwoliło im je zwiększać. Oni byli bogaci nie w zasoby, ale w informację. Wielokrotnie zauważyłem, że dorabiali się ludzie z nomenklatury gospodarczej, ci którzy siedzieli w gospodarce, a nie aparatczycy komunistyczni. Bo znali ludzi, mechanizmy itp. Jacek Kuroń twierdził wręcz, że polska klasa średnia rodziła się z notesów telefonicznych. Ale to oznacza, że inni tych notesów nie mieli" (Od Stiglitza do Keynesa, z Tadeuszem Kowalikiem rozmawia Sławomir Sierakowski, Krytyka Polityczna 9/10)

      Jerzy Przystawa: "Jednym z głównych bohaterów tych przemian był niejaki Dariusz Tytus Przewieczerski, który w roku 1989 wypłynął na pierwsze strony gazet, przede wszystkim dzięki temu, że tak wspaniale zarządzał wielką firmą handlu zagranicznego. PHZ "Universal", że błyskawicznie zmienił ją w pierwszą polską spółkę giełdową, a sam trafił na listę 100 najbogatszych Polaków. Pochwałom i zachwytom nie było końca. Tym bardziej, że bogactwa swego nie rezerwował tylko dla siebie, ale wspomagał kogo się dało, a to szpital we Włocławku, a to Unię Wolności, a to Jacka Kuronia, a to Kongres Liberałów, praktycznie wszystkich polityków, którzy się do niego zwracali. (...). W 1976, kiedy pacyfikowano Radom, Przywieczerski w tej pacyfikacji odgrywał czołową rolę, choć nie był dużo starszy od Aleksandra Kwaśniewskiego" (Jerzy Przystawa, In dubio, pro reo, Nowa noline, maj 2005)

      Władysław Frasyniuk: "Kiedyś Dariusz Przywieczerski zaproponował mi, żebym robił  z nim interesy: "Panie Władku, pan wie kim jestem. Dawno już czytałem raporty o panu (...). Bardzo pana szanuję. Chcę zaproponować panu partnerstwo w biznesie. Wysłałem go na drzewo. Po paru latach przychodzi do mnie i mówi: "Pamięta pan, jak proponowałem panu spółkę?  Niech pan teraz sprawdzi, kto siedzi w moich radach nadzorczych"" To byli moi koledzy, którzy w więzieniu tłumaczyli mi: "Władek, ty jesteś za ostry!" (...), ci, którzy krzyczeli przeciwko czerwonym, umacniali swoją pozycję, robiąc z nimi interesy. To oni zasiadali w radach nadzorczych Przywieczerskiego, robili deal z tymi grupami kapitałowymi, które powstały z niejasnych pieniędzy i zupełnie jawnych powiązań z ludźmi ze służb specjanych. (...). Jeśli spojrzeć na najbogatszych ludzi w Polsce, to każdy polityk ze średniej i wyższej półki doskonale wie, skąd są ci ludzie i z kim są powiązani" (wywiad z Władysławem Frasyniukiem 2004 r, cyt. za: Andrzej Zybertowicz, AntyRozwojowe Grupy Interesu: zarys analizy, Arcana nr. 73)

      Michał Matys: W 1990 roku Universal wyemitował akcje i stał się symbolem sukcesu w kapitalizmie. W styczniu 1999 Komisja Papierów Wartościowych usunęła jego akcje z publicznego obrotu, co oznacza opuszczenie giełdy. Ukarała go za to, że nie informował akcjonariuszy o wszystkich transakcjach. Długi Universalu przekroczyły 300 milionów złotych. Przywieczerski dbał o swój wizerunek w mediach. Do niedawna jego firma była współwłaścicielem Polsatu. Finansuje dziennik "Trybuna". Sam Przywieczerski często dzwonił do dziennikarzy, witał się "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", a potem ostrzegał, że wytoczył ponad 20 procesów tym, którzy źle pisali o nim i jego firmie. (Michał Matys, Historia o Dariuszu Przywieczerskim, GW 27.02.1999)

      II Solorz

      Michał Matys: W 1984 roku Zygmunt Solorz podpisał kontrakt na dostawy aut z państwową centralą handlu zagranicznego Polimar. Jednym z dyrektorów był tam W.D., pochodził także z Radomia, gdzie jego rodzina miała garbarnię. W.D. pracował wcześniej w PZPR-owskim koncernie wydawniczym RSW Książka-Prasa Ruch. Musiał już wtedy mieć szerokie znajomości. Potem był pracownikiem Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu. W 1995, za czasów Leszka Millera został dyrektorem MSWiA. Jego nazwisko pojawiło się na łamach prasy, gdy w 1998 r. zastrzelono Marka Papałę, byłego komendanta policji (Michał Matys, Solorz, Zygmunt, Polsat, GW 31.12.1999)

      Anna Marszałek: Marek Papała - według świadków - miał informacje dotyczące niejasnych powiązań dyrektora jednego z urzędów centralnych (w strukturze MSWiA). Od początku w śledztwie pojawiła się informacja o piśmie do wicepremiera Janusza Tomaszewskiego, w którym Papała miał informować o swoich ustaleniach. Pisma tego nie odnaleziono. Jak się jednak dowiedzieliśmy, Papała dotarł z tą sprawą do jednego z wysokich urzędników MSWiA, który potwierdził to w śledztwie. Papała poinformował go między innymi, że dyrektor W.D. wynajmuje magazyn Turkom, którymi interesują się służby tureckie w związku z przemytem heroiny. (...). W.D. nie jest już dyrektorem, ale w rozmowie z Rzecząpospolitą twierdził, że odszedł po normalnym okresie wypowiedzenia, nikt nie stawiał mu żadnych zarzutów (Anna Marszałek, Informacje i dezinformacje, Rzeczpospolita 25.06.1999)

      Michał Matys: Można przypuszczać, że to W.D. poznał Solorza z Piotrem Nurowskim, zajmującym się propagandą w Komitecie Warszawskim PZPR, prezesem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, u schyłku PRL dyplomaty w Maroku. Jego brat był ministrem rynku wewnętrznego w rządzie Rakowskiego. Piotr Nurowski pozostaje do dziś jednym z najważniejszych współpracowników Solorza. W maju 1989 roku Solorz pożyczył 100 milionów starych złotych z FOZZ. Jako zabezpieczenie wpłacił 70 tysięcy dolarów. Pożyczkę spłacił po trzech miesiącach. (...). Na początku 1993 roku Solorz ogłosił, że będzie się starał o koncesję na telewizję ogólnopolską. Założył spółkę Polsat w której obiął 98% akcji, resztę - wrocławianie Andrzej Ryszko i Józef Birka. (...). Kto podsunął Solorzowi pomysł, aby inwestować w media? Być może Piotr Nurowski zajmujący się kiedyś propagandą w Komitecie Warszawskim PZPR. W połowie 1994 roku udziałowcem Polsatu został Universal. Dawna centrala handlu zagranicznego, sprywatyzowana i wprowadzona na giełdę przez Dariusza Przywieczerskiego, niegdyś etatowego pracownika KC PZPR. Dawna księgowa Universalu była wicedyrektorem FOZZ. (...). Universal kupił od Solorza 20% akcji Polsatu za 300 mld. starych złotych (30 mln. nowych)
      (Michał Matys, Solorz, Zygmunt, Polsat, GW 31.12.1999)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „collage okołopolsatowski cz. I”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 marca 2007 20:55
    • collage okołopolsatowski cz. II

      III Lew Rywin i Adam Michnik o naszych bohaterach

      Adam Michnik: Powiedz mi, jak sądzisz skąd, że tak powiem, ta grupa wpadła na pomysł, żeby składać takie oferty?
      Lew Rywin: Ja myślę, że jako partia potrzebują środków. Myślę, że to jedna z głównych możliwości sięgnięcia po takie środki. I dwa: część przynajmniej z tych ludzi, część w ogóle śmieje się z tego, że chcesz kupić Polsat, bo nie wiedzą w którym kierunku pójdziesz, jaka to będzie widownia, czy będziesz wypychał TVN. W ogóle jest duża dyskusja, merytoryczna, nazwijmy to. A część chce niepisanego sojuszu na zasadzie - zresztą, to co mówili ostatnio - że nie to, że ty będziesz ich pomagierem, nazwijmy to, ale w drugim, trzecim, jeśli trzeba przypierdolić, to dopiero wtedy. Chcą takiego powiązania nieformalnego. Boją się, poza tym, że ... Gdzieś muszą szukać oparcia.
      (...)
      Adam Michnik: A, jak sądzisz, dlaczego oni wolą się w takiej sprawie porozumieć ze mną, a nie z Solorzem?
      Lew Rywin: Dlatego, że ty - pomimo, że jesteś wariat, ale to obliczalny wariat jesteś i z tobą się dogadam, z Solorzem nie. Zresztą ja im sam odmawiałem od Solorza. Dlatego, że to jest bandyta, nie złodziej z nim się nie da namówić. Ja próbowałem, zresztą Wanda i Piotr mogą o tym dokładnie opowiedzieć. Ułożyć się potrzebowałem, ale to nie, nie. To jest facet, który ci wbije rdzawy nóż w plecy. (...). Solorz jest człowiekiem, który rozpierdala każdy interes. Polsat po prostu był trafiony. Nurowski (członek rady nadzorczej Polsatu - red.) załatwiał sprawy polityczne i organizacyjne, a Basia Pietkiewicz z Wrocławia, nie wiem czy ją znasz...
      Adam Michnik: Nazwisko znam.
      Lew Rywin: Ona była szefową we Wrocławiu i widziała, jak się robi telewizję dla mas. Poza tym zobaczył u Kircha, jak to jest, że trzeba najtańszy produkt. (...). Ale później wszystko rozpieprzył, platformę cyfrową wspólną nam (...)Ja wziąłem wszystkie biznesy, które on robi i robił wszystko po prostu na szczęście. On nie miał żadnych mądrych pomysłów. Nie miał żadnego mądrego posunięcia. (...)
      Adam Michnik: (...)
      Lew Rywin: To mówię ci, że wszystko zrobili mu ludzie, a on tam tylko trochę (...)
      Adam Michnik: On poradził (...) telewizji, przecież to jest człowiek w ogóle z innej łapanki.
      Lew Rywin: Nurowski. Nurowski to wtedy przez Majkowskiego (pracował przez pierwsze lata w Polsacie - red.) i poprzez te, twierdzi, że on załatwiał wszystko. I był układ taki z Universalem, nie wiem czy siedzi, czy nie siedzi, pierwsze pieniądze stamtąd dostał (Universal przez kilka pierwszych lat był udziałowcem Polsatu - red.). Jak on się nazywał... Przywieczerski (Dariusz Przywieczerski, prezes Universalu - red.)
      Adam Michnik: On już dawno nie siedzi (Przychodzi Rywin do Michnika, Rzeczpospolita 19/19.01.2003)

      IV Pożegnanie z naszymi bohaterami

      "Dariusz Przywieczerski, mózg afery FOZZ skazany niedawno na 3,5 roku więzienia, uciekł za granicę wskutek niefrasobliwości polskiego wymiaru sprawiedliwości. Wcześniej zdążył przepisać majątek na żonę i zagraniczne firmy, które kontroluje za pośrednictwem spółek w rajach podatkowych. Mimo, że 4.04.2004 r. sędzia Andrzej Kryże zakazał Przywieczerskiemu opuszczenia kraju i odebrał mu paszport, oskarżony odwołał się do Sądu Administracyjnego w Warszawie, który uchylił postanowienie sędziego Kryżego. Sędzia Grzegorz Salamon uznał, że zatrzymanie paszportu "musi być uzasadnione obawą ucieczki z kraju", tymczasem w wypadku Przywieczerskiego nie ma takiego niebezpieczeństwa" (Dariusz Tytus Nieuchwytny, Wprost 16/05)

      "W IPN zachowała się teczka, z której wynika, że Zygmunt Solorz-Żak podpisał w 1983 roku zobowiązanie do współpracy z SB. Wybrał sobie pseudonim "Zeg" lub "Zegarek" - pisze Rzeczpospolita. Gazeta pisze, że pogłoski o współpracy właściciela Polsatu z SB krążyły już od kilku tygodni wśród dziennikarzy. "Być może coś podpisałem, co mi kazali. Ale na nikogo nie donosiłem i nie zaszkodziłem" - powiedział "Rzeczypospolitej" Solorz-Żak" (Solorz, pseudonim Zegarek, Wirtualna Polska, 17.11.2006)

      "Piotr Nurowski. Dyplomata. Współpracownik Z. Solorza. Kształtował program Polsatu zgodnie z wytycznymi przekazywanymi przez gen. Malejczyka. (...). Teczka personalna współpracownika "Tur". Wynika z niej, że Piotr Jan Nurowski został zwerbowany do współpracy z wywiadem wojskowym PRL w 1985 r. Po 1990 r. kontynuował współpracę z zarządem II WSI, realizując między innymi zadania dla oddziału Y" (Zidentyfikowane osoby współpracujące niejawnie z żołnierzami WSI w zakresie działań wykraczających poza sprawy obronności państwa i bezpieczeństwa sił zbrojnych RP)

      Dodatek

      "Znaczącą rolę w strukturze kierowniczej WSI odgrywali oficerowie wywodzący się z elitarnego oddziału "Y". Odział ten utworzony w 1983 r. rozkazem szefa Zarządu II Sztabu Generalnego gen. Romana Misztala. Zakończył działalność już w III RP, w końcu grudnia 1991r. Geneza oddziału "Y" sięga przełomu lat 70. I 80. Dyskutowano wówczas w Zarządzie II Sztabu Generalnego LWP o możliwości pozyskiwania tzw. pozabudżetowych środków finansowych, które miały zasilić, nadszarpnięty kryzysem gospodarczym PRL fundusz operacyjny specsłużb. W tym czasie Polska Ludowa pogrążała się w kryzysie gospodarczym, który odbijał się także na budżecie służb. Z drugiej strony, po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r. Sowieci oraz Jaruzelski z Kiszczakiem stawiali przed "wojskówką" nowe zadania, które do tej pory leżały w kompetencjach "cywilów" z SB. Chodziło zarówno o operacje realizowane na terenie kraju (np. „Solidarność”), jak i na zewnątrz (emigracja i Polonia). Istniała zatem potrzeba pozyskania na to sporych funduszy. Być może w tym tkwi właśnie geneza słynnych „Y”-greków. Z Odziału „Y” wywodzą się byli szefowie WSI – kontradm. Kazimierz Głowacki i gen. Konstanty Malejczyk. Warto wymienić także awangardę wywiadu WSI, która również miała za sobą okres pracy w Oddziale „Y”: płk. Lech Szymański, płk Zenon Klamecki, płk Krzytsztof Łada i płk Zdzisław Żyłowski. Niektórzy z nich brali udział w operacji wyprowadzenia znaczących środków finansowych z FOZZ. Z Oddziałem „Y” współpracował Grzegorz Żemek, który pełnił funkcję dyrektora generalnego FOZZ. Od początku lat 70. Żemek współpracował z wywiadem wojskowym PRL, a w latach 1983-1990 był prowadzony przez oficerów Oddziału „Y”. Żemek, jako współpracownik ps. „Dik”, realizował przede wszystkim przedsięwzięcia o charakterze specjalnym, w tym m.in. te o charakterze operacyjno finansowym, w wyniku których komunistyczny wywiad wojskowy pozyskiwał znaczące wpływy pozabudżetowe. Przykładowo, na początku 1989 r. „Dik” szacował możliwe wpływy finansowe dla wywiadu wojskowego z operacji z użyciem FOZZ na ok. 500 mln. dolarów rocznie! Afera FOZZ była tylko jedną z takich operacji finansowych, w której aktywnie uczestniczył Żemek. Niewątpliwie quasi państwowa funkcja, jaką w FOZZ pełnił Żemek była świetną „legendą” do realizacji innych operacji wywiadowczych. W kontaktach z zachodnimi biznesmenami i bankami występował on bowiem często właśnie jako dyrektor generalny FOZZ, a spotkania odbywał w warszawskiej siedzibie funduszu” (Sławomir Cenckiewicz, Piotr Wojciechowski, Antypaństwo w państwie..., Arcana 73)

      ps

      zbieram materiały do collage okołotvnowskiego...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „collage okołopolsatowski cz. II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 marca 2007 20:50
  • czwartek, 08 marca 2007
    • popieram akcję Ewy Milewicz

          Ewa Milewicz oświadczyła, że zbojkotuje ustawę lustracyjną, za Milewicz poszło iluś tam innych dziennikarzy i – jak słychać – nie tylko dziennikarzy. Są tacy, co krzyczą, że to skandal, stawianie się ponad prawem, itd., itd., w sumie racja, a jednak akcję Ewy Milewicz popieram. Dlaczego? Otóż, oświadczenie lustracyjne Milewicz nie jest mi potrzebne do niczego (to, co się liczy to swobodny dostęp do akt IPN), zaś akcja bojkotu ustawy lustracyjnej służy raczej sprawie lustracji, niż w nią godzi. W 1992 roku pewnie byłoby inaczej, ale mamy rok 2007. Klimat wokół lustracji się zmienił, to i owo się przez te parę lat wydarzyło. Bojkotu lustracji nie ogłasza dziś pani o pięknej opozycyjnej przeszłości, ale pani pracująca w gazecie lansującej Maleszkę, Szczypiorskiego i Czajkowskiego. Były też w międzyczasie wódeczki naczelnego z Urbanem, „ludzie honoru” i „negocjacje” z Rywinem... Pozycja „GW” i „ludzi gazety” jest dziś dużo słabsza niż kiedyś, „Gazeta” nie nadaje już tonu chórowi mediów, słowem – akcja bojkotu będzie dyskusyjna (w sensie – w głównym nurcie mediów obecne będą głosy „za” i „przeciw”). A tak się składa, że WSZELKIE dyskusje niemal z zasady nie służą dobrze obrońcom III RP. Po prostu – twórcy ideologii III RP stworzyli obrazek tak naiwny, że nie wytrzymujący poważniejszego badania. Wreszcie – i w tym widzę największy zysk – spór wokół bojkotu pogłębi, błogosławione dla odbiorców, podziały w dziennikarskim światku. Powtarzam: nic lepszego, niż te podziały nie może się nam zdarzyć! Niech się żrą! Niech nam na siebie wzajemnie donoszą! Dla obserwatorów jest to czysty zysk. Już dziś widać pozytywne skutki akcji Milewicz (patrz – reakcja dziennikarzy, którzy nie mają nic przeciw lustracji). A czy są jakieś skutki negatywne? Szczerze mówiąc – takich nie widzę.... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „popieram akcję Ewy Milewicz”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 marca 2007 17:44