komentarze z onetu

Wpisy

  • sobota, 29 kwietnia 2006
    • Cygan zawinił, Polaka powiesili

          Dwójka Cyganów z Polski napadła w Bruksesli młodego Belga, co ten ostatni przepłacił życiem. Z takiego czy innego powodu fakt, że napadu dokonali akurat Cyganie, okazał się "niepoprawny politycznie". Sprawcy, w większości mediów, funkcjonują więc jako Polacy, chociaż - gdyby zastosować kryterium autoidentyfikacji - powinno się mówić raczej "polscy Cyganie".  W ten sposób właśnie ujął to wuj  Adama G. (podejrzanego o udział w napadzie): "Jesteśmy zamkniętą kastą polskich Cyganów" (wypowiedź dla "Super Expressu"). I co? I nic. Pisze Konrad Niklewicz w "GW": "Polak nie przyznaje się do zabójstwa na Dworcu Centralnym w Brukseli. Prokuratura i ministerstwo sprawiedliwości nie widzą przeszkód w wydaniu ściganego przez belgijski wymiar sprawiedliwości Polaka" Wiem oczywiście jak wyglądać mogą argumenty zwolenników niepodawania pochodzenia sprawców: kto to widział, by pojmować narodowość w tak prymitywny, plemienny sposób! To dobre dla endeków z XX lecia międzywojennego, a nie dla obywateli UE na początku XXI wieku!
      Rzecz w tym, że sama "GW" (pozostańmy przy niej, skoro była cytowana) nie trzyma się takich zasad i na pochodzenie rozumiane dość plemiennie- w pewnych okolicznościach - uwagę zwraca, i to mocno. Oto, Jerzy Illg, pisząc dla "GW" o amerykańskim wydawcy Rogerze Strausie, czuje się zobowiązany, by poinformować czytelnika jakiego pochodzenia był jego bohater, pisząc, że Straus urodził się w „zamożnej rodzinie żydowskich patrycjuszy”, a ponadto jego dziadek Oskar S. Straus  ambasador USA w Turcji i sekretarz stanu w gabinecie Roosevelta był „pierwszym Żydem, który zaszedł tak wysoko w administracji amerykańskiej” (Jerzy Illg, Ostatni, co tak książki wydawał, GW 26/27.02.2005). Elżbieta Olender w tekście o Alfredzie Tarskim: „Jego rodzice, zamożni Żydzi Rosa i Ignacy Teitelbaum, z powodzeniem funkcjonowali w dwóch światach – przestrzegali żydowskich obyczajów, ale nie mieszkali w dzielnicy żydowskiej, a w domu mówiło się po polsku” (Elżbieta Olender, Król logiki, król życia, GW 19/20.03.2004).  Gdy autor tekstu zapomni „pogrzebać w biografii”, czyni to za niego redakcja. Tak stało się w przypadku tekstu Claudio Margisa, poświęconego pisarstwu Ryszarda Kapuścińskiego. Margis, napisał: „Nawet Canetti którego, jak sam mi mówi, bardzo podziwia – nie jest tak wyrazisty w opisach i analizach potęgi” , do czego redakcja z miejsca dodała  od siebie: „Elias, austriacki pisarz pochodzenia żydowskiego, laureta literackiej nagrody Nobla w 1981 r.” (Claudio Magris, Wierność wędrówce, GW 12/13.02.2005). 
      Itd., itd. itd. ....

      Cóż, jeśli Tarski, "funkcjonujący z powodzeniem w dwóch światach" był pochodzenia żydowskiego, to Adam G. wywodzący się z "zamkniętej kasty polskich Cyganów" jest pochodzenia cygańskiego. Dlaczego nie wypada o tym mówić?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Cygan zawinił, Polaka powiesili”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 29 kwietnia 2006 08:32
  • piątek, 28 kwietnia 2006
    • czy homoseksualizm jest zaburzeniem?

      No i nie pomyliłem się – zrobiło się ciepło, pederaści wyszli na ulice. Mamy w Krakowie „Marsz Tolerancji”. Sądząc po nazwie, maszerujący domagają się tolerancji dla homoseksualistów. Cóż – to nie do mnie. Homoseksualistów toleruję, czyli – zgodnie z definicją – znoszę. Czy można ode mnie żądać więcej? Można. Ale ja mogę się tym nie przejmować. Zgadzam się – co może jest błędem – że nie należy homoseksualistów dyskryminować, ale nic ponadto. A dyskryminowani homoseksualiści nie są. Mam na myśli dyskryminację przez prawo. To, że gejowscy aktywiści domagają się przywilejów – na przykład małżeńskich – to już inna rzecz. Wszyscy chcą przywilejów. Ja też. I kogo to wzrusza? Tak więc homoseksualistów toleruję – i starczy. Większą trudność sprawia mi tolerowanie gwałtu na rozumie, a takim gwałtem zdaje mi się być twierdzenie: „homoseksualizm nie jest zaburzeniem”. Tak wiem, dla wielu rozstrzygająca była w tej kwestii decyzja Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, które, wiele lat temu, drogą (korespondencyjnego) głosowania członków i kandydatów skreśliło homoseksualizm z listy zaburzeń psychicznych. Później za ATP poszły inne gremia podobnego rodzaju. Ale – czy to naprawdę załatwia sprawę? Moim zdaniem – nie. Zanim jednak wrócimy do decyzji ATP rzućmy okiem na kilka argumentów na rzecz tezy głoszącej, że homoseksualizm zaburzeniem nie jest....

      Zacznijmy od – dziwacznych, a jednak pojawiających się – argumentów podnoszących czynnik szkodliwości i woli. Homoseksualizm nie jest zaburzeniem – mówią zwolennicy tego rodzaju argumentów – jest bowiem, po pierwsze nieszkodliwy, po drugie zaś – skoro dwoje dorosłych ludzi chce robić coś, co nie szkodzi innym, to jak można uważać to za zaburzenie? Argumenty tego rodzaju służą często do zaznaczania różnicy między homoseksualizmem a – na przykład – pedofilią i zoofilią. Homoseksualista nikogo nie krzywdzi – mówi wielu – a pedofile i zoofile, owszem, kolejno – dzieci lub zwierzęta. Cóż – pedofila czy zoofilia szkodzić może, ale nie musi (co z pedofilami i zoofilami, którzy mają ochotę, ale się powstrzymują? Są nieaktywnymi zboczeńcami, czy nie są zboczeni?), homoseksualizm zaś szkodzić nie musi, ale może. Mniejsza o to. Rzecz w tym, że to nie czynnik szkodliwości czy woli decyduje o tym co jest, a co nie jest zaburzeniem. Mogą istnieć nieszkodliwe zaburzenia, coś co nie jest zaburzeniem może być szkodliwe. Szkoda się nad tym rozwodzić. Idźmy dalej.

      Drugi rodzaj argumentów wygląda mniej więcej tak – homoseksualizm jest normalny/naturalny, przy tym ta normalność czy naturalność znaczy tyle, co „występujący samoczynnie w naturze” (w Australii widziano dwa homoseksualne króliki! – lubią krzyczeć zwolennicy tego rodzaju argumentów). Kula w płot. W ten sposób „normalne” i „naturalne” są wszystkie występujące w przyrodzie zjawiska, homoseksualizm, zespół Downa, schizofrenia i rak. Nie ma o czym gadać.

      Trzeci rodzaj argumentów nazwiemy „postmodernistycznymi”. Nie ma czegoś takiego jak „norma”, „zaburzenie” czy „zboczenie” – mówią „postmoderniści. Wszystko to językowe gry służące najczęściej stygmatyzacji i wykluczeniu Innego. By solidnie ocenić jakość tego rodzaju argumentacji, zacząć wypada od ustalenia poglądów na kwestię relacji język – rzeczywistość. Stanowisko „postmodernistyczne” wygląda mniej więcej tak: o rzeczywistości nie da się powiedzieć nic „obiektywnego”, a to co o niej mówimy, to tylko nasze subiektywne przekonania. Stanowisko „modernistyczne”, wygląda zaś tak: istnieje obiektywna rzeczywistość, a język coś nam o niej mówi. Takie właśnie „modernistyczne” przeświadczenie żywię – istnieje obiektywna rzeczywistość i da się o niej to i owo powiedzieć. Dość to ekscentryczne poglądy w naszych czasach, ale – trudno – nie mogę się ich pozbyć mimo, że stara się o to cała falanga nowoczesnych filozofów. Wracajmy do homoseksualizmu....


      Jeśli uznamy, że o rzeczywistości nie da się powiedzieć nic „obiektywnego”, i że wszystkie twierdzenia to wyraz subiektywnych przekonań, musimy zgodzić się, z twierdzeniem, że homoseksualizm zarazem jest i nie jest zaburzeniem – zależy w co kto wierzy. Uważasz, że homoseksualizm jest zaburzeniem? W porządku – jest nim dla ciebie. Uważasz, że nie jest? Więc – dla ciebie - nie jest. Gdy więc mówię „uważam, że homoseksualizm jest zaburzeniem” nie ma podstaw, by twierdzić, że nie mam racji. Mam ją – subiektywnie. Tak to mniej więcej wygląda. Pełny chaos. Możemy oczywiście – by wprowadzić w tym wszystkim pewien ład - przyznać jakiemuś gremium moc swobodnego orzekania, co jest a co nie jest zaburzeniem. Jeśli gremium owo uzna homoseksualizm za zaburzenie – homoseksualizm będzie nim, przynajmniej dla tych, którzy uznają autorytet orzekającego gremium. Gdy gremium zadecyduje, że homoseksualizm zaburzeniem nie jest – nie będzie nim, choćby jeszcze wczoraj decyzja gremium była inna. I tu znów pojawia się Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne...

      Czy gremium, mogącym swobodnie decydować o naturze homoseksualizmu jest właśnie ATP? Cóż, jeśli tak jest wynikałoby z tego, że homoseksualizm był zaburzeniem, póki zajmował się na liście zaburzeń tworzonej przez ATP. I być może znów nim będzie – gdy ATP coś się odwidzi. Z takim postawieniem sprawy nie zgodzi się jednak samo ATP – jak sądzę nie uważa swoich orzeczeń za subiektywne przekonania, które mogą być takie czy owakie, nie zgodzą się z takim postawieniem sprawy także aktywiści gejowscy. Bliższa sercom członków ATK i aktywistów jest następująca wersja: homoseksualizm nigdy zaburzeniem nie był. Uważano go za takie z powodu ciemnoty i uprzedzeń. Na szczęście wiedza medyczna, czy w ogóle kultura, poszły naprzód i homoseksualizm przestano uważać za zaburzenie, tak, jak choroby psychiczne przestano uważać za opętania diabelskie. W takim wypadku stajemy jednak na gruncie „obiektywnej rzeczywistości”, niezależnej, a przynajmniej nie w pełni zależnej, od naszych językowych operacji. Jeśli więc homoseksualizm „obiektywnie” zaburzeniem nie jest, to nie jest nim, choćby wszyscy specjaliści świata twierdzili, że jest, ale też – na odwrót – jeśli homoseksualizm jest zaburzeniem „obiektywnie”, to jest nim, choćby wszyscy specjaliści świata głosili coś przeciwnego. W związku z czym darujmy sobie „argument” w rodzaju: „skoro ATP coś podobnego orzekło....”, i zastanówmy się ile warte jest to orzeczenie...

      Powiem coś niepopularnego: seksualność związana jest z prokreacją. Herezja! – krzykną niektórzy – seksualność to coś więcej niż prokreacja! Jak można tak upraszczać! Nie upraszczam. Stwierdzam fakt. Nie chcę używać argumentów, że także owo „coś więcej” da się z prokreacją powiązać, ostatecznie pośrednio z prokreacją da się powiązać wszystko. Argumentów takich używać nie chcę, bo - nie muszę. Starczy mi stwierdzenie: prokreacja jest ważnym aspektem ludzkiej seksualności, i nawet jeśli seksualność to „coś więcej”, to jednak seksualność bez prokreacji, jest seksualnością upośledzoną. I to mocno. A konsekwentny homoseksualizm oznacza pozbawienie seksualności wymiaru prokreacyjnego. Czy można uznać za „normalną” cechę, której upowszechnienie oznaczałoby zagładę całej populacji? Ostatecznie konsekwentny homoseksualizm jest odmianą bezpłodności. Osoby bezpłodne zaś uważane są za upośledzone, nawet jeśli z powodzeniem korzystają z pozostałych aspektów seksualności. Więcej – uważane są za upośledzone, nawet jeśli, z takich czy innych powodów, zadowolone są ze swojego stanu (w końcu nie każdy chce mieć dzieci). Idźmy dalej.....

      Chyba nie wzbudzi kontrowersji takie oto twierdzenie: organy i narządy mają swoje funkcje. I tak na przykład odbyt, zasadniczo rzecz biorąc, służy do wydalania (dostosowana jest do tej funkcji jego budowa anatomiczna), gęba zaś – przeciwnie – służy do pochłaniania. O czym także mówi jej budowa. Swoje funkcje mają też narządy płciowe. O czym mówi ich budowa. Już słyszę to wołanie: „Co za wulgarny redukcjonizm! Czyż nie wiesz, że ludzie wykorzystują swoje organy z większą fantazją? Gęba służy pochłanianiu jedzenia powiadasz? Dowiedz się zatem, że rzesze całe robią z gęby organ zgoła seksualny. I to – nieważne – homo czy heteroseksualiści!”. Odpowiadam: to nie ma nic do rzeczy. Nie obchodzi nas to, że pewni ludzie wykorzystują pewne organy poza ich podstawową funkcją fizjologiczną. Obchodzi nas to, że pewni ludzie NIE wykorzystują pewnych organów w ramach ich funkcji. Gdyby w 100 procentach heteroseksualny mężczyzna wykorzystywał w celach seksualnych wszystkie części kobiecego ciała, a - przy tym – nie interesowałyby go akurat genitalia, można by śmiało powiedzieć, że mamy tu do czynienia z jakiegoś rodzaju zaburzeniem. I podobnie jest w przypadku homoseksualistów.

      Podsumowując – z zarysowanych powyżej powodów nie mogę, nie gwałcąc rozumu, uznać orzeczenia Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, skreślającego homoseksualizm z listy zaburzeń.

      PS

      Wnikliwi czytelnicy – a przecież inni tu nie zaglądają – powiedzą w tym miejscu: „w porządku, niech będzie, homoseksualizm może i jest zaburzeniem, ale biseksualizm? Na gruncie argumentacji, którą tu przedstawiono – niekoniecznie. Ostatecznie biseksualiści wykorzystują swoje organy zgodnie z ich funkcją, plus coś ponad to”. Cóż – istotnie, na gruncie przedstawionej argumentacji tak to wygląda, z tego nie wynika jednak, że nie można skutecznie, przy pomocy innego rodzaju argumentów, dowodzić zaburzeniowego charakteru biseksualizmu. To już jednak zupełnie inna historia ....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „czy homoseksualizm jest zaburzeniem? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 28 kwietnia 2006 18:27
  • środa, 26 kwietnia 2006
    • łże-elita mimo woli

      Krótko:

      W „Rzeczypospolitej” dwa ciekawe artykuły – Ryszarda Legutki, i – polemiczny w odniesieniu do tekstu Legutki - tekst Jarosława Gowina. Jedne z ciekawszych piór PiS i PO, zawsze warto czytać ich uważnie, skupimy się tu na kwestii „łże-elity” (ten termin u Legutki nie pada, u Gowina owszem - ma on za złe Kaczyńskiemu, że się tym terminem posłużył). Otóż, ciekawe jest to, że choć się Gowin od pojęcia „łże-elity” dystansuje, zdaje się ta „łże-elita” wyłazić mu z tekstu mimowolnie. Popatrzmy...

      Pisze Legutko o antypisowkiej histerii której atakowi uległa spora część „elity opiniotwórczej”: „Antypisowski spektakl jest pod wieloma względami zabawny. Oto odsłania się przed nami fenomen działania grupy, którą w języku angielskim określa się jako stado niezależnych umysłów (....). Jak w każdym stadzie, mamy ledwie kilka prostych reakcji i kilka nieodróżnialnych okrzyków bojowych” . Odpowiada Gowin (odwołując się nie tylko do tekstu Legutki, ale i do tekstu Michała Szułdrzyńskiego): "Ze wszystkich tych zarzutów trafny wydaje mi się tylko jeden. Istotnie, część zarzutów kierowanych przeciwko rządowi i kierownictwu PiS utrzymana jest w tonie zatrącającym o histerię. W Polsce nie ma zagrożenia dyktaturą i faszyzmem, cenzurą czy religijnym fanatyzmem. Problem w tym, że równie mało przekonujące są głosy obrońców PiS, nawet tak przenikliwych jak Legutko czy Szułdrzyński".

      No cóż - jeśli uznamy, że Gowin polemizuje nie z całokształtem publicystyki Legutki i Szułdrzyńskiego, ale z tymi jedynie tekstami, które cytuje, to zgadzając się z „tylko jednym” zarzutem, zgadza się w istocie z całym tekstem Legutki, był bowiem ów tekst poświęcony jednej tylko sprawie – właśnie histerii anypisowskiej (co do tekstu Szułdrzyńskiego – nie znam go niestety). Idźmy dalej .....

      Ma Gowin pretensje do Jarosława Kaczyńskiego o termin „łże-elita” oraz o „atak” na Balcerowicza i Zolla, ale – zastanówmy się jak to wszystko wygląda na gruncie tego, co sam Gowin napisał. Bo przecież, JEŚLI "w Polsce nie ma zagrożenia dyktaturą i faszyzmem, cenzurą czy religijnym fanatyzmem", a MIMO TO spora część "elit opiniotwórzych" STADNIE usiłuje nas przekonać, że - owszem - jest takie zagrożenie, to - jedno z dwóch - albo owi przedstawiciele elit popełniają błąd poznawczy, albo celowo kreują atmosferę zagrożenia. W przypadku pierwszym mamy do czynienia z idiot-elitą, w przypadku drugim z łże-elitą. Wybór pozostawiam panu Gowinowi. Co do mnie - uważam, że mamy do czynienia zarówno z idiotami jaki i z łgarzami, przy czym ci drudzy są groźniejsi, a ci pierwsi, chyba nieuleczalni....

      Pozostańmy przy elitach. "Diagnoza schorzeń III RP, sformułowana przez braci Kaczyńskich już na początku lat 90-tych dowodziła ich przenikliwości i w moim przekonaniu zachowuje pod wieloma względami trafność" - pisze Gowin, Więc znów - jeśli Kaczyńscy w latach 90-tych mówili "jest źle", a "elity opiniotwórcze" odpowiadały na to "jest dobrze", to mamy do czynienia - do wyboru - z idiot-elitą, lub z łże-elitą. Z miejsca pojawia się też inne pytanie - jeśli diagnoza Kaczyńskich była "przenikliwa", to - być może - jest tak, że postacie takie jak Zoll i, zwłaszcza, Balcerowicz nie w pełni zasadnie robią w oczach "większości polskiej inteligencji" za "uosobienie kompetencji i postawy służby publicznej" (Gowin). Ostatecznie byli to gracze pierwszoplanowi, mający spory wpływ na kształt III RP....

      Tak to właśnie „łże-elita” wyłazi nawet z tekstu kogoś, kto odżegnuje się od tego terminu ....

      Teksty omawiane:

      Ryszard Legutko – Stado niezależnych umysłów
      Jarosław Gowin - Rzeczpospolita trzecia minus
      wzmiankowany:
      Michał Szułdrzyński, Co się stało z rewolucją moralną

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „łże-elita mimo woli”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 26 kwietnia 2006 19:42
  • poniedziałek, 24 kwietnia 2006
    • co można, a czego nie można - poradnik dla zagubionych

          Ledwie zdążyliśmy się przyzwyczaić do tego, że wszelkie gadanie o „układach”, „wpływach służb specjalnych”, tajemnych machinacjach ciemnych sił, itd., itp. to nic innego, tylko przejaw paranoi braci Kaczyńskich, a tu  -masz! Już musimy się przestawić na nową pieśń. Okazuje się, że służby specjalne w polityce jednak mieszają – coś tam namotały przy wykluwaniu się „Samoobrony”, o czym doniosła sama „Gazeta Wyborcza” (gdzie byłaś gazeto przez ostatnie 15 lat?). Pojawia się oczywiście pytanie: skoro służby maczały paluchy przy tej okazji, to może i przy innych też?  Ale – póki co – musimy obejść się smakiem. To, co mogę zrobić, to pomóc zdezorientowanym ciągłymi zwrotami obywatelom. A więc, proszę uważnie przeczytać i zapamiętać:

      1. Można rozważać kwestię wpływu przeróżnych tajemniczych organizacji i gremiów na scenę publiczną - o ile chodzi o Opus Dei, i Instytut Schillera, a nie o masonerię i Fundację Batorego.
      2. Można pisać o tym, kto jak naprawdę się nazywa – o ile chodzi o panią Hojarską, a nie o ... (no, darujmy sobie...)
      3. Można ufać esbeckim papierom – o ile w niekorzystnym świetle stawiają ks. Jankowskiego czy sponsorów ojca Rydzyka, a nie – na przykład – Małgorzatę Niezabitowską.
      4. Można krytykować KAŻDĄ instytucję państwową – ze szczególnym wskazaniem  IPN – poza Trybunałem Konstytucyjnym (przynajmniej do jesieni)
      5. Można rozważać kwestię dziedziczenia tradycji ideowo-politycznych – o ile chodzi o endecję, a nie KPP.
      6. Można, bez narażania się na zarzut „brutalizowania języka polityki”, nazywać kogoś „faszystą”, „paranoikiem”, „pętakiem” – o ile nie chodzi o kogoś z exUW, SLD, PO.
      7. Można gardzić – o ile chodzi o babcie w moherowych beretach.
      8. Walka z będącym w prawie urzędnikiem państwowym  może być przejawem „nieposłuszeństwa obywatelskiego” – o ile chodzi o gejowski klub, a nie o – np. – o akcje Andrzeja Leppera.
      9. Można rozważać projekty „wykluczenia ze wspólnoty politycznej na pewien okres i w ściśle określonym zakresie istotnego grona obywateli” nawet przy użyciu „pewnych form przemocy” (prof. Król) – o ile chodzi o zagrożenie członkostwa Polski w UE, a nie – np. – dekomunizację
      Wreszcie – wracając do początku
      10. Można rozważać zagadnienie wpływu tajnych służb na życie polityczne – o ile chodzi o „Samoobronę”, a nie – np. – SLD.

      Mam nadzieję, że z tym – mocno niekompletnym – poradnikiem wszystkim nam będzie łatwiej....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „co można, a czego nie można - poradnik dla zagubionych”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 kwietnia 2006 22:25
  • niedziela, 23 kwietnia 2006
    • siódmy dowód na istnienie diabła

           23 kwietnia – Światowy Dzień Książki, pomysł UNESCO z 1996 roku. Tego rodzaju „dni” czy „święta” zwykle bojkotuję, jako przejawy nachalnego konstruowania Nowych Świeckich Tradycji. W czasie rewolucji antyfrancuskiej wprowadzono bodaj „święto rzepy”, czy coś w tym guście, nawprowadzano zresztą wtedy takich świąt całą masę, „Światowy Dzień Książki” wpisuje się w te tradycje, ale – nie bądźmy aż tak ortodoksyjni, Światowym Dniom Książki należy się jakaś okolicznościowa anegdota.  W Polsce z czytaniem książek nie jest podobno dobrze, 46% rodaków nie czyta ich wcale. Czy to powód do zmartwienia – nie wiem. Ostatecznie kłopotem jest nie tylko to, że pewni ludzie książek nie czytają, ale i to, że inni je czytają. Może nawet ci drudzy narozrabiali więcej, niż ci pierwsi. Że to stanowisko radykalne? Bywali więksi radykałowie, zdaje się Platon uważał, że samo pojawienie się pisma, było ciosem dla kultury, ale zostawmy te rozważania – pora na anegdotę... okolicznościową...

          W 1988 roku, u schyłku PRL-u, prowadzone przez jezuitów wydawnictwo „W drodze” wydało niewielką książeczkę pióra Andre Frossarda, zatytułowaną  „36 dowodów na istnienie diabła”. Treść odpowiadała tytułowi. Książka składała się z 36 rozdziałów, każdy rozdział miał formę listu pisanego przez diabła, w każdym liście diabeł przedstawiał dowody mające świadczyć na rzecz jego istnienia, lub też dowodził skuteczności swych działań. Listów- dowodów, jako się rzekło, miało być 36, ale - gdy czytelnik docierał do strony na której znajdować się powinien dowód  numer siedem - trafiał na coś takiego:

      „ 7

      (------) Ustawa z dn. 31 VII 81 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt 3 (Dz.U. nr 20, poz 99, zm,: 1983, Dz. U. Nr. 44, poz. 204)”

      Może się tu zaplątać młodzież, a jej należy się chyba wyjaśnienie. Przytoczona wyżej formułka jest czymś w rodzaju blizny po cięciu -  oznacza, że dowód numer siedem usunięty został przez cenzurę. I znów wyjaśnienie. – ślad po nożycach cenzora świadczył, paradoksalnie, o liberalizacji ustroju PRL. Przez lata całe cenzura cięła bowiem teksty nie informując o tym czytelników. Dopiero w  1981 roku, na fali solidarnościowej rewolucji, wymuszono na władzach zmiany. Odtąd, na miejscu usuniętego fragmentu tekstu cenzor winien był umieszczać przytoczony powyżej kawałek ustawy, z zaznaczeniem, jaki jej punkt został wykorzystany jako podstawa ingerencji. Uważano  wówczas tą zmianę za zdobycz zwiększającą zakres, może nie aż „wolności słowa”, ale przynajmniej „jawności życia publicznego”.  I tak było w istocie. Wiadomo było teraz, ze w ogóle coś wycięto, wiadomo było, z którego miejsca wycięto, a jeśli pozwalał na to kontekst, można było też zgadywać, co też takiego strasznego mógł zawierać fragment, który  zniknął.  Cenzura zaczęła rzucać się w oczy, a przy tym ustawa przyniosła różne, trudne do przewidzenia efekty uboczne. I tu wracajmy do „dowodu numer siedem”.

          Rzecz prosta interwencja cenzury dała tu efekt, którego cenzor – chyba – nie zakładał: była jawnym wyzwaniem rzuconym wszelkiej maści antysystemowym prześmiewcom. Bo  jak można rozumieć fakt, że na miejscu dowodu istnienia diabła, panoszy się cenzorski paragraf? Sama ustawa o kontroli publikacji i widowisk ma być  owym dowodem? Dowód był niecenzuralny? Być może, ale dlaczego? Biorąc pod uwagę punkt  ustawy, na jaki cenzor się powołał,  dowód numer siedem musiał w jakiś sposób „godzić w konstytucyjne zasady polityki zagranicznej PRL i jej sojusze”. Dowód na istnienie diabła godzić miał w sojusze PRL? Czyżby dowód odsłaniał piekielną istotę tych sojuszy, lub też obnażał prawdziwą naturę Największego Sojusznika? Pytania tego rodzaju można było mnożyć. Zabawa gwarantowana. Kilkanaście lat po upadku PRL pastwienie się nad dziełem cenzora byłoby zajęciem jałowym, ale w chwili wydania książki musiała się oddawać podobnemu zajęciu spora część  jej czytelników.  I można być pewnym, że mieli z tego sporą satysfakcję.

          Cenzorowi za to pewnie nie było do śmiechu – dowód numer siedem postawił go przed trudnym wyborem. Nie usuwać? To znaczy dać zgodę na druk treści dających się zinterpretować jako „godzące w sojusze”. Niedopatrzenie służbowe, Ktoś może uznać, że przepuszczono to specjalnie. Usunąć? Głupio. W druku wypadnie tak, jakby cenzura tuszowała dowody  istnienia diabła.  Żer dla satyryków. Ktoś może dojść do wniosku, że celowo ośmiesza się władze. I tak źle i tak niedobrze. Sytuacja jak z greckiej tragedii. Chociaż -  nie przesadzajmy z tragizmem. W 1988 pewnie nie było to już groźne. System się rozpadał. Ale co, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się na przykład  w roku 1950? Zgroza...  Jakkolwiek wyglądały ścieżki rozumowania cenzora, efektem była decyzja – ciąć. I był to z punktu widzenia interesów władzy - błąd.

          Kontekst historyczny uleciał.  Młode pokolenie nie jest chyba w stanie w pełni docenić uciechy, jaką dawały wówczas znaleziska w rodzaju, tych do jakich należy „dowód nr siedem”. Ale  kto schyłek  PRL pamięta, wie, że cenzor dostarczając amunicji antysystemowym kpiarzom uszczęśliwił wielu swoimi nożycami. Śmiało można zaryzykować twierdzenie, że cenzor gorzej przysłużył się sprawie której służył usuwając ów dowód, niż miałoby to miejsce, gdyby pozostawił go na swoim miejscu.  Cokolwiek tam było. Koniec anegdoty.  

          I można rzecz całą potraktować jako dykteryjkę o PRL-owskich absurdach, albo jako smutną opowiastkę o kaleczeniu książek przez PRL-owska cenzurę, można jednak wyciągnąć z tej historii i taką naukę, że czasem warto zaryzykować raczej „ugodzenie w sojusze”, niż ryzykować śmiesznością. A taka nauka jest zawsze na czasie.

      .......

      Co zawierał dowód numer siedem? Nie wiem. Nie szukałem nowszych wydań książki Frossarda, chyba zresztą takich nie ma. Tak czy owak, cenzorowi wydało się to bardzo niebezpieczne – wyciął też tytuł dowodu numer siedem ze spisu treści. Biorąc pod uwagę, że tytuł każdego listu stanowiły nazwy miast, z których listy miały być wysyłane, wnosić można, że list z dowodem numer siedem diabeł nadał z Moskwy. Reszta pozostaje – dla mnie – tajemnicą....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „siódmy dowód na istnienie diabła”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 kwietnia 2006 12:25
  • sobota, 22 kwietnia 2006
    • protest przeciw homonormatywności

          Znajoma, co prawda tylko sieciowa, bo ciałem siedzi, nie wiadomo po co, w Nowym Jorku, naprowadziła mnie na ślad akcji "blogujemy przeciw heteronormatywności". Skąd taka akcja akurat dziś? Nie wiem. Przyszła wiosna, zrobiło się ciepło, geje pewnie tradycyjnie wyjdą na ulice - może to stąd. Tak czy owak postanowiłem się do akcji przyłączyć. Jestem coś winien znajomej. Reklamuje mój blog za nic. Nawet nie odwdzięczam się tym samym. Zabloguję jednak przeciw homonormatywności. Niech będzie równowaga...

      A więc

      Protestuję przeciw homonormatywności!

      Bo przecież

      Geje są tacy sami, jak wszyscy inni. Do tego przynajmniej usiłowali nas przekonać organizatorzy akcji "Niech nas zobaczą" (pamięta ktoś jeszcze?). "Popatrzcie - mówiły przygotowane przez organizatorów plakaty - jesteśmy tacy, jak wy!" Cóż, tak się składa, że przy innych okazjach, te same środowiska, które animowały akcję "Niech nas zobaczą", twierdzą, że  owi "wszyscy inni" są dość okropni. Skoro tak - geje są okropni jak cała reszta. Zamknięci intelektualnie i nietolerancyjni.
      I to już jest dobry powód, by zaprotestować przeciw homonormatywności.

      Więcej!

      Geje są gorsi, niż reszta. To urodzeni konserwatyści. Może ostatni na tej planecie. W końcu bez przerwy usiłują nas przekonać, że na niczym nie zależy im bardziej, niż na stałym, zalegalizowanym związku. I na dzieciach. Kwintesencja marzeń "strasznych mieszczan"!. Swoją postawą bronią tak skompromitowanej instytucji, jaką jest małżeństwo.
      I to już jest dobry powód, by zaprotestować przeciw homonormatywności!

      Dalej!

      Homoseksualiści udają. Bądźmy poważni. Jeśli heteroseksualizm nie jest wrodzony, to homoseksualizm też. A heteroseksualizm wrodzony nie jest. Tak przynajmniej twierdzą teoretycy queer. "Można nie bez racji wątpić w to, że skłonności heteroseksualne są cechą wrodzoną" - twierdzi pani Elizabeth Badinter. Skąd się więc bierze heteroseksualizm? Heteroseksualizm - uczą teoretycy queer - narzucany jest w czasie socjalizacji. Cóż, skoro tak, to homoseksualizm, to też konwencja. Że homoseksualizm jest nabyty i usuwalny - dowiódł prof. Nałęcz, który - rok temu - przy okazji "Parady równości" przedzierzgnął się na jeden dzień w geja i z powrotem (tak twierdził, a czy można nie wierzyć prof. Nałęczowi?). Homoseksualizm zatem, to konstrukt kulturowy. Rola. Homoseksualiści nie są szczerze homoseksualni. Grają homoseksualistów. Dlaczego to robią? Nie wiem. Może sprawia im to przyjemność. Tak czy owak, mówiąc, że "tacy już są i nic nie mogą na to poradzić" kłamią.
      I to już jest dobry powód, by zaprotestować przeciw homonormatywności!

      więc

      wykrzyczmy to:

      Homoseksualiści!
      Nudni jesteście z tym swoim uporczywym homoseksualizmem.
      Trochę luzu!
      Przerzućcie się chociaż na biseksualizm.

      Przecz z homonormatywnością!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „protest przeciw homonormatywności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 22 kwietnia 2006 05:53
  • piątek, 21 kwietnia 2006
    • zbrodnia uspołeczniona

      Lubelski sąd skazał na dożywocie kobietę, która zamordowała pięcioro dzieci. Własnych. Zaraz po urodzeniu. Dzieci topiła, ciała chowała w zamrażarce czy w beczce. Wyrok zapadł, ale na tym nie koniec. Jak to ujęto w GW „organizacje kobiece i ponad 200 znanych osób” zorganizowało protest. Protestujący życzyliby sobie, by karę zmniejszono do lat pięciu. Biorąc pod uwagę zestaw nazwisk pojawiających się w związku z protestem - Agnieszka Grzybek z „Porozumienia kobiet 8 marca”, Magdalena Środa (przedstawiać nie trzeba), Joanna Piotrowska z fundacji „Feminoteka” – łatwo można zauważyć, że to feministki  zwietrzyły okazję upieczenia własnej pieczeni przy okazji całej tej sprawy (oczywiście – pewnie nie tylko feministki ). Jedźmy dalej.

      Nie wypowiadam się na temat tego czy sprawczyni zagwarantowano uczciwy proces, czy – jak twierdzi Joanna Piotrowska – nie zagwarantowano. Nie wypowiadam się – bo nie wiem. Mogę mówić o argumentach organizatorów protestu. Według nich zawiniły tu (podaję za GW):

      zła edukacja seksualna
      ograniczony dostęp do tanich środków antykoncepcyjnych
      przemoc ze strony męża

      Argument ostatni zostawmy na boku. Zajmijmy się resztą. Otóż, dwa pierwsze argumenty mieszczą się w konwencji jednego z ulubionych feministycznych pieścideł, czyli w konwencji tzw. „praw reprodukcyjnych”. Cóż to takiego? To proste – feministki chciałyby dopłat do środków antykoncepcyjnych, chciałyby edukacji seksualnej i – przede wszystkim – chciałyby wolnej aborcji. Te postulaty nazwały sobie „prawami reprodukcyjnymi”, i od tej pory krzyczą o „nie respektowaniu w Polsce praw reprodukcyjnych kobiet!” (pisałem na ten temat ze dwa miesiące temu – przepraszam, że się powtarzam). Cóż – ja też tak potrafię. Wprowadzam oto koncepcję „praw gastronomicznych”. W ich skład wchodzą:

      1. edukacja gastronomiczna – mamy prawo wiedzieć jakie jedzenie jest zdrowe, a jakie nie, oraz jak dokładnie przebiegają procesy trawienne.

      2. prawo do tanich i smacznych posiłków – jak wiadomo jedzenie jest ludzką potrzebą podstawową. Nawet bardziej niż seks. A przynajmniej spora część ludzi jest w stanie obejść się bez seksu dłużej, niż bez jedzenia. W związku z czym mamy prawo tanio i smacznie jadać! Bez refundacji z budżetu się tu nie obejdzie. Co najmniej 4 rachunki z jadłodajni miesięcznie powinny być refundowane (jeden na tydzień – nie jestem radykałem)

      Czy mamy w Polsce edukację gastronomiczą oraz refundację posiłków? Nie mamy. Powiedzmy więc wprost: w Polsce nie są respektowane „prawa gastronomiczne” obywateli. Wszyscy jesteśmy dyskryminowani. A jeśli ktoś myśli, że sobie żartuję – to się myli. Nie żartuję, a przynajmniej nie żartuję bardziej niż feministki. Bo czym niby koncepcja „praw gastronomicznych” różni się od koncepcji „praw reprodukcyjnych”? Że „prawa reprodukcyjne” trącają o sprawy poważniejsze? A dla kogo poważniejsze? To rzecz względna. Idźmy dalej. Taka sytuacja:

      Ktoś idzie do restauracji, zamawia zestaw frykasów, po czym oświadcza: nie zapłacę ani grosza. Właściciel oczywiście wzywa policję, sprawa wędruje do sądu, sąd nakazuje klientowi zapłacić rachunek. W tym momencie do akcji wkracza Krajowy Związek Żarłoków domagający się uniewinnienia delikwenta. Działacze KZŻ argumentują tak:

      ten nieszczęsny człowiek pozbawiony był edukacji gastronomicznej. Nie wiedział, że za dobre jedzenie w dobrym lokalu drogo się płaci, a ponadto pozbawiony był też możliwości jadania dobrych i tanich posiłków. Nie jest bogaty, a – jak wiadomo – nasze państwo nie refunduje nawet czterech dań miesięcznie. Przy tym wszystkim człowiek ów bity był w dzieciństwie przez matkę, zwłaszcza wówczas, gdy domagał się różnych smakołyków. Zrobił mu się od tego uraz. Nie, doprawdy – jeśli ktoś jest tu winien, to społeczeństwo, które nie jest w stanie zagwarantować obywatelom minimalnych nawet „praw gastronomicznych”. Uniewinnić bez zwłoki!

      Absurd? Nie większy, niż akcja feministek o której mowa w tym tekście.

      W tym miejscu ktoś może powiedzieć – świetnie, a co z trzecim argumentem? Co z „przemocą ze strony męża”. Ano nic. Gdyby protestujący ograniczyli się do tego jednego argumentu, nie pisałbym tego wszystkiego (chociaż i do tego argumentu można mieć poważne zastrzeżenia). Interesuje mnie tutaj przede wszystkim próba przemycenia przez organizatorów akcji „praw reprodukcyjnych” bocznymi drzwiami. Jest to proceder niebezpieczny. Tak przemycone „prawa reprodukcyjne” uspołeczniają przestępstwa (nie „przestępstwo”, ale „przestępstwa” – dlaczego niby zasada, na której opierają się protestujący miałaby ograniczać się tylko do jednego przypadku?). Zniesiona zostaje odpowiedzialność indywidualna, pojawia się odpowiedzialność „społeczeństwa”, które czegoś nie zapewniło, w sumie więc i sprawca jest tu pewnego rodzaju „ofiarą”. Że warunki społeczne naprawdę mają znaczenie? To nic. Prawo opiera się na założeniu, że dorosły człowiek będący przy zdrowych zmysłach ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, i lepiej, by tak pozostało....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „zbrodnia uspołeczniona”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 21 kwietnia 2006 17:11
  • środa, 19 kwietnia 2006
    • W obronie palaczy

      Nikotyna zawdzięcza swoją nazwę niejakiemu Jeanowi Nicot de Villemain, który w roku 1560 szokował francuski dwór przy pomocy tabaki. Każde kichnięcie na francuskim dworze odbijało się wówczas szerokim echem, w związku z czym Nicot przez długi czas uchodził za tego osobnika, który pierwszy sprowadził tytoń do Europy. Nie była to prawda, ale nabrał się na to jeszcze Linneusz tworzący swoje klasyfikacje i nomenklatury, i dlatego właśnie trujemy się dziś akurat „nikotyną”. Od końca XVI wieku ilość palaczy (czy wdychaczy) tytoniu rosnąć poczęła w Europie lawinowo. Palił lud i arystokracja. Nałogowym palaczem był ponoć sam Szekspir – ale kto to może wiedzieć, skoro nie jest nawet pewne, czy sam był autorem dzieł sygnowanych nazwiskiem „Szekspir”? (zachowała się należąca podobno do Szekspira fajka, ktoś doszukał się w niej śladów opium, zdaniem niektórych wyjaśnia to wiele – jeśli chodzi o pewne aspekty sztuk Szekspira).

      W tych – szczęśliwych dla palaczy – czasach tytoń uchodził za ziele lecznicze. Sprzyjać miał otwieraniu się porów i usuwaniu z ciała nadmiaru wilgoci. Ale już wtedy, na początku XVII wieku, uaktywnili się jego zaprzysięgli wrogowie. W roku 1604 król Jakub I – pozostajemy w Anglii – opublikował rozprawkę „Odprawa dana tytoniowi”. Jakub dowodził, że tytoń szkodzi - źle wpływa na płuca i mózg, a także cuchnie. W tymże samym 1604 roku Jakub I wydał statut zaostrzający kary za uprawianie czarów, ale, o ile dziś, po upływie 402 lat, czarownice mogą odetchnąć, a nawet mają się lepiej, niż kiedykolwiek, o tyle palacze przeżywają swoje czarne dni....

      Najpierw gniew ludu skupił się na koncernach tytoniowych ogłupiających ponoć naiwnych i tym sposobem zmuszających ich do palenia, teraz sami palacze stają się wrogami publicznymi nr. 3 (po faszystach i homofobach). Oto Komisja Europejska wydawać chce, albo już wydaje, miliony euro na kampanię antynikotynowe, a kraje członkowskie UE podejmują dodatkowo antynikotynowe działania na własny rachunek. Władze francuskie na przykład, przywołały tradycję Planów Pięcioletnich i zabrały się za organizowanie antynikotynowej 5- latki - efektem ma być spadek liczby palaczy o 20-30%, zależnie od grupy wiekowej (zdaje się, że zbliżone wskaźniki przyjęto odnośnie kułaków w czasie kolektywizacji sowieckiego rolnictwa). Od marca 2004 roku zakazane jest palenie w irlandzkich pubach, los ten podzieliły kluby bodaj i angielskie (?). Antynikotynowa histeria szaleje zresztą jak świat długi i szeroki. Odpowiednie paragrafy pojawiły –prócz wymienionych krajów - także w Szkocji, Holandii, Norwegii. Kanadzie, Australii, Indiach i USA. Rosyjska Duma chce przegnać palaczy z placówek kulturalnych, oświatowych i medycznych (może już to zrobiła?), w Bhutanie (Azja) w grę wchodzi już wprost zakaz handlu wyrobami tytoniowymi. Nieszczęsnych miłośników nikotyny stawia się więc w roli uczniaków popalających ukradkiem w ubikacji (jeśli wierzyć polskiej prasie, w Kalifornii powstają nielegalne kluby dla palaczy), a może iść to dalej – czytam oto w „Dzienniku” z 18 kwietnia br., że antynikotynowi aktywiści cenzurować chcą po orwellowsku stare filmy wymazując przy pomocy elektronicznych sztuczek papierosy z rąk i ust aktorów....

      Nie pisałbym tego wszystkiego, gdyby nie doszły mnie słuchy, że antynikotynowa krucjata zawitać ma i do Polski (czy kogoś to dziwi?). Sejmowa Komisja Zdrowia szykuje projekt ustawy, która wpędzić ma palaczy do podziemia. Chodzi nie tylko o wykurzenie (sic!) palaczy z zamkniętych miejsc publicznych, ale i z miejsc otwartych, takich jak parki czy przystanki wszelkiego rodzaju. Może chodzi i o ulice. O ile dobrze usłyszałem, kryje się za tą inicjatywą poseł Cymański – nawrócony palacz (symptomatyczne) – ale, popierają go - cytuję: „zwolennicy ze wszystkich klubów”, oraz – jeśli wierzyć sondażom (ktoś im jeszcze wierzy po ostatnich wyborach?) – 80% narodu.
      Projektowi ustawy poświęcona była dzisiejsza audycja „Za, a nawet przeciw” w III PR – stąd czerpię większość informacji. Istotę zagrożenia najzgrabniej wyłożył jeden ze słuchaczy audycji. „Palacz – powiedział – produkuje dym, który szkodzi”. Co gorsze – jak dodał inny – palacze „palą praktycznie wszędzie”. I rzeczywiście, z telefonów słuchaczy wyłonił się obraz przejmujący grozą. Że palacze trują ludzi w pubach, restauracjach, czy – krótko mówiąc – w lokalach wszelkiego rodzaju - wiadomo. Ale nie dość na tym! Trują też na przystankach. Trują w parkach. Trują na ulicach (pewna pani opowiadała, że zawsze, ilekroć idzie do autobusu – a chodzi codziennie – idzie przed nią palacz wypuszczający trujące wyziewy). Palacze trują też dzieci – krążąc wokół placów zabaw z nieodłącznymi papierosami w gębach. Czegoś podobnego świat nie widział od czasu działalności trucicieli studzien z czasów wielkich, średniowiecznych epidemii (truciciele ci podobno nie istnieli – ale zostawmy to na boku). W tej sytuacji nie może dziwić stwierdzenie gdańskiego onkologa, zgodnie z którym dziś, gdy nie ma już wojen i epidemii „palenie zbiera największe żniwo”. Onkolog ten – wielki zwolennik ustawy, uczestnik projektu „Polska bez dymu” – dodał też, że „jakaś forma restrykcji musi istnieć”, co znaczy, że przewiduje się wprowadzenie kar za dymienie. Łagodniejszy okazał się pewien funkcjonariusz Straży Miejskiej (nie pamiętam z jakiego miasta), którego plan wyglądał tak: „najpierw odzwyczaić kampanią społeczną, potem karać”. Gdybym był palaczem – Bogu dzięki nie jestem! – po wysłuchaniu takiej audycji poczułbym się gorzej, niż po wypaleniu trzech paczek osławionych „Sportów” za jednym zamachem. Ale i tak dobrze się nie czuję – niepokoi mnie bowiem filozofia, która za takimi akcjami stoi.

      Ładny przejaw tej filozofii znaleźć możemy w wypowiedzi Witolda Zatońskiego, prezesa fundacji „Promocja Zdrowia”, który tak skomentował antynikotynowe kampanie (cytat z „Rzeczypospolitej” sprzed – mniej więcej - roku): „To dobrze, że świat dojrzewa do tego, aby wprowadzić coraz bardziej rozsądne prawa skierowane przeciwko zanieczyszczaniu środowiska przez palaczy. Każdy rząd ma bowiem obowiązek zapewnienia obywatelom bezpiecznych i zdrowych warunków przebywania w miejscach publicznych”. Skoro tak, nic nie stoi na przeszkodzie, by – na przykład - upoważnić policję do kontrolowania czystości rąk i uszu obywateli (w szkołach zajmowały się tym niegdyś panie higienistki). Z chwilą, gdy ktoś pakuje się z brudnymi łapami w przestrzeń publiczną, przestaje to być wszak jego sprawą osobistą. Tak! Czystość nie jest sprawą prywatną! Brudne ręce to medium dla przeróżnych drobnoustrojów, co wystawia osoby stykające się z brudasem na niemałe niebezpieczeństwo, brudne uszy zaś to widok zgoła przykry i nie należy narażać nikogo na jego oglądanie, jeśli sobie tego nie życzy. Miałbym więcej pomysłów na takie akcje, ale boję się o nich pisać, pomny na „prawo Lityńskiego”, które głosi, że nie należy głośno sprowadzać pomysłów komunistów do absurdu, bo skoro tylko to usłyszą, to zaraz zrealizują. Komuniści nam się co prawda hurtowo nawrócili na socjaldemokrację i liberalizm, ale jakoś nie mam do nich zaufania. Zresztą – nie tylko o (ex) komunistów tu idzie, jak wspomniałem akcję przeciw palaczom animuje akurat poseł Cymański z PiS. Tak się składa, że – jeśli chodzi o pewne sprawy – lewica i prawica podają sobie zgodnie ręce, do tego stopnia bowiem prawicę zepsuły nam Czasy Współczesne. Jak tak dalej pójdzie – zagłaszczą nas. Dla naszego dobra rzecz jasna....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „W obronie palaczy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 19 kwietnia 2006 19:08
  • wtorek, 18 kwietnia 2006
    • "kłamstwo kieleckie"?

          Kieleckie stowarzyszenie im. Jana Karskiego zawiadomiło toruńską prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez Stanisława Michalkiewicza. Michalkiewicz  - zdaniem delatorów - dopuścił się"publicznego znieważenia ludności żydowskiej z powodu jej przynależności narodowej", a także "wbrew faktom zaprzeczał zbrodniom nazistowskim popełnionym na obywatelach polskich innych narodowości od 1 września 1939 roku do 31 grudnia 1989 roku" (nie, nie pomyliłem się - taki właśnie zakres wymieniony jest w serwisie PAP, który cytuję - zbrodnie nazistowskie popełniane od 1 września 1939 roku do 31 grudnia 1989 roku). Wszystkiego tego miał dopuścić się Michalkiewicz 28 marca, wygłaszając sławny już felieton na falach "Radia Maryja".


          Zostawmy antysemityzm na boku. Tutaj do niczego nie dojdziemy. Z antysemityzmem - jak z pornografią. Trudno ustalić granice zjawiska. O ile w przypadku "hard" nikt raczej nie ma wątpliwości, o tyle o innych przypadkach można dyskutować do upadłego. Przy tym - ciekawe zjawisko - z reguły ci osobnicy, którzy pornografię chcą definiować możliwie wąsko, antysemityzm traktować chcą możliwie szeroko. I na odwrót. Tak czy owak trend dominujący jest taki, że ci pierwsi mają przewagę, w związku z czym zakres pojęcia "antysemityzm" rozszerza nam się coraz bardziej. Gdyby dotyczyło to "pornografii" to pewnie "Szaleństwa panny Ewy" byłyby już klasyfikowane jako - co najmniej  - "soft porno" (o tym, jak szeroko antysemityzm jest pojmowany najlepiej świadczy fakt, że - lekko licząc - co 15 czytelnik tego fragmentu uzna go za z lekka przynajmniej antysemicki). Krótko rzecz biorąc, to, czy uznamy coś za   "antysemickie", czy nie uznamy zależy  w dużym stopniu od indywidualnej wrażliwości. Zostawmy więc kwestię "antysemickości" felietonu Michalkiewicza na boku i pomówmy o faktach.

          A fakty wyglądają tak, że doniesienie kieleckiego stowarzyszenia nie trzyma się kupy. Felietonu w "Radiu Maryja" nie słyszałem, ale przeczytałem go dokładnie w "Najwyższym Czasie" w związku z czym - o ile wersja radiowa nie różni się od wersji drukowanej - mogę śmiało stwierdzić, że o żadnym z przypisywanych Michalkiewiczowi postępków nie może być mowy. Weźmy zarzut pierwszy, czyli "publiczne znieważenie ludności żydowskiej z powodu jej przynależności narodowej". Że "publicznie" - zgoda. Czy "znieważanie"? Można dyskutować. Ale - co do reszty ....  Reszta wygląda marnie. Otóż, po pierwsze Michalkiewicz nie ma na myśli "ludności żydowskiej", a jedynie tą jej część, która  - jego zdaniem  - animuje "przedsiębiorstwo Holokaust" . Tak wyraźnie wynika z kontekstu, i fakt, że Michalkiewicz stosuje też ogólne pojęcia "judejczykowie" czy "Żydzi" niewiele tu nie zmienia.  Po drugie - i ważniejsze - jeśli na ową część "ludności żydowskiej" spogląda krzywo, to nie "z powodu jej przynależności narodowej", ale z powodu praktyk, których  się ona dopuszcza. Czy istotnie się dopuszcza? Nie ma to nic do rzeczy  - przynajmniej jeśli chodzi o nasze rozważania (bo samo zagadnienie jest ciekawe, i godne poważnego potraktowania). Podsumowując tą część naszej analizy- jeśli nawet felieton Michalkiewicza jest "antysemicki"  to nie jest antysemicki w sposób, w jaki chciałoby to widzieć stowarzyszenie im. Jana Karskiego.  A czy jest antysemicki? Tak do końca na boku zostawić się tego chyba jednak nie da. Więc - czy felieton jest antysemicki? Moim zdaniem - nie, ale, jak zaznaczyłem, z tym do ładu się nie dojdzie, z całą pewnością nie mamy bowiem do czynienia z, w miarę, oczywistym przypadkiem "hard", ale  - jeśli już - to z dyskusyjnym "soft".... No dobrze, a co z "kłamstwem oświęcimskim"? Tu dopiero mamy do czynienia z ciekawostką....

          Przypomnijmy  - za "Wikipedią" - że, "kłamstwo oświęcimskie" to "prawne określenie twierdzenia, że przyjęta powszechnie wersja holokaustu jest albo w dużym stopniu przesadzona, albo jest całkowitym fałszerstwem". Nie chcę wdawać się tu w dywagacje, czy penalizacja hipotez dotyczących przeszłości jest potrzebna.
      To temat na potężną dyskusję, która się zresztą toczy. Zostańmy przy Michalkiewiczu i jego felietonie. Cóż - gdy dowiedziałem się o doniesieniu kielczan przeczytałem felieton Michalkiewicza raz jeszcze. Tematu, który jest przedmiotem "kłamstwa oświęcimskiego" Michalkiewicz nie porusza wcale. Skąd więc pan Białek wziął swój zarzut? Są co prawda tacy radykałowie - teoretycy literatury, którzy utrzymują, że z dowolnego tekstu da się wyinterpretować dowolny przekaz, ale żeby się w kieleckim stowarzyszeniu imienia Jana Karskiego skupili akurat zwolennicy radykalnej wersji postmodernizmu? Nie wydaje mi się. O co więc może chodzić? Nie wiem. Skazany jestem na hipotezy. Wykluczam możliwość, że stowarzyszeniu chodziło o "całokształt" - to znaczy, że - być może - Michalkiewicz popadł w negacjonistyczną herezję przy innej okazji. Chodzi z całą pewnością o felieton z 28 marca. Właśnie odnośnie tego felietonu pan Białek, wyjaśnił, że "Michalkiewicz dla potwierdzenia własnych tez użył sformułowań, które można uznać za "kłamstwa oświęcimskie" (za PAP). Skąd więc mogło to się wziąć?

          Jest jeden fragment. Cytuję: "Efektem tego "upokarzania" były awantury urządzane przez Żydów na terenie oświęcimskiego obozu, rozdmuchiwanie incydentu w Jedwabnem, a obecnie - przygotowania do wielkiej propagandowej imprezy w Kielcach w rocznicę tak zwanego "pogromu". Być może o fragment dotyczący Kielc tu idzie. To jedyny kawałek trącający "negacjonizmem" (to "tak zwany"...). Czy tak jest? Miejsce w którym mieści się siedziba stowarzyszenia może to zresztą sugerować. Oczywiście - jeśli tak jest - oznaczałoby to próbę rozszerzenia pojęcia "kłamstwa oświęcimskiego", i - co ważniejsze - rozszerzenie pojęcia "holokaustu". Rozszerzenia w taki sposób, by mieściły się w ich ramach wydarzenia powojenne. O ile mi wiadomo, w ten właśnie sposób rzecz ujęta została w pozwie przeciw państwu polskiemu złożonym przed kilku laty przez grupę Żydów amerykańskich w sądzie - bodaj - nowojorskim. W pozwie wydarzenia powojenne, nie tylko pogrom kielecki, ale też przejęcie majątków pożydowskich przez państwo, opisano jako kontynuację okupacyjnej polityki niemieckiej. Pozew został oddalony. Być może  - przy okazji sprawy Michalkiewicza - będziemy mieli powrót do rozszerzającej interpretacji "kłamstwa oświęcimskiego" i holokaustu. A czy tak będzie - zobaczymy.

      PS

      Dość dziwny zakres czasowy zbrodni nazistowskich (1939-1989) w Polsce, z którego może wynikać, że w roku - powiedzmy - 1987 mieliśmy w kraju jakichś czynnych nazistów-zbrodniarzy, to chyba efekt nieuwagi osoby redagującej informację PAP. Pojęcie "kłamstwa oświęcimskiego" obejmuje w Polsce także "zbrodnie komunistyczne". Stąd prawdopodobnie ten rok 1989.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „"kłamstwo kieleckie"?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 kwietnia 2006 17:31
  • środa, 12 kwietnia 2006
    • Sznur w domu powieszonego

          Powiedzieć, że nasz wgląd w sprawy publiczne zapośredniczony jest przez media, to powiedzieć banał. Coś, co nie istnieje w mediach, nie istnieje dla nas (niemal) wcale.
      Dodajmy, że media nie tylko „odbijają” scenę publiczną, ale też ją kreują. To one nagłaśniają jedne tematy, a marginalizują inne. I nie zawsze rolę pierwszorzędną gra tu „interes publiczny”. Ale – do rzeczy. „Gazeta Wyborcza” ma dobrą wyszukiwarkę. Wpisując do niej słowa i frazy można łatwo sprawdzić jakie tematy redakcja największego dziennika w kraju uważa za godne poruszania,  jakie uważa za mniej godne, a jakie za zgoła niegodne, by się nimi zajmować. Cóż – skoro mamy pod ręką tak doskonałe narzędzie, wypada z niego korzystać.  Ustawiwszy w wyszukiwarce opcję „dokładne wyszukiwanie” i okres „12 miesięcy” wpisałem kilka haseł i dostałem takie oto wyniki:

      Duchy – 195 trafień
      Motyle – 121 trafień
      UFO  - 90 trafień
      Chomiki – 41 trafień
      Psy domowe  - 39 trafień
      Kanarki – 37 trafień
      Lustracja dziennikarzy – 33 trafienia.

      Tak, zgadza się – najmocniej interesował mnie ten ostatni wynik. Ale i pozostałe coś nam mówią.  Bo jeśli przyjąć, że o sprawach ważnych pisuje się w gazetach częściej, niż o sprawach błahych, to można dojść do wniosku, że mamy w kraju (na świecie?) wcale poważny problem z takimi fenomenami jak duchy, UFO czy motyle (chomiki, psy i kanarki zostawmy już na boku), a przynajmniej, że sprawy związane z tymi fenomenami ważniejsze są od kwestii lustracji dziennikarzy. Byłby to jednak wniosek przedwczesny. Marginalizować można bowiem tematy dwojakiego rodzaju.  Takie,  które są zbyt błahe - po co zawracać sobie nimi głowę, lub takie, które są zbyt ważne - tak ważne, że lepiej ich nie ruszać. Śmiem twierdzić, że lustracja dziennikarzy to temat tego drugiego rodzaju, i, że działa tu zasada „w domu powieszonego nie mówi się o sznurze”. Innych niż „GW” mediów nie testowałem w podobny sposób, ale pouczającym doświadczeniem jest wpisanie hasła „lustracja dziennikarzy” do wyszukiwarki „Google”. Polecam to doświadczenie każdemu.

          Pewne wydaje się jedno – lustracja środowiska dziennikarskiego, to temat, który większość dziennikarzy omija wielkim łukiem. To w ogóle ciekawe  - czy zwrócił ktoś uwagę, jak dziwnymi ścieżkami krąży „lustracyjne tsunami”? Najpierw hulało  na głębokiej prowincji.  W „dużych”  gazetach – zwłaszcza w jednej -   mogliśmy naczytać się do rozpuku materiałów w rodzaju „Krąży lista po Człuchowie”, „Racibórz tonie w teczkach”, czy „Zamieszanie w Zaleszanach”, później tsunami przeniosło się z prowincji do kruchty i mieliśmy – ciągle trwający – serial „Kościół musi się zmierzyć z trudną przeszłością”, a, przy tym wszystkim, jakimś dziwnym trafem, „lustracyjne tsunami” omijało – i omija -  siedliska (świeckich) elit III RP. No, ze dwa, trzy razy otarło się o te zakazane rewiry (ależ był krzyk!), ale – bądźmy szczerzy – było to ledwie muśnięcie (motyla – chciałoby się powiedzieć). Dziwić musi taka sytuacja wszystkich tych, którzy dotknięci przekleństwem dobrej pamięci, nie zapomnieli słów Leona Kieresa, wówczas szefa IPN,  mówiącego: „Trądem w sposób szczególny były dotknięte szkoły wyższe”, czy  „najwięcej spraw bolesnych będzie w przypadku środowiska artystów i dziennikarzy. Tu też jest najwięcej spraw pokazujących ludzką małość”.

          Zostawmy (chwilowo) na boku artystów i szkoły wyższe, wracajmy do dziennikarzy. Słowa Leona Kieresa warto by dać pod rozwagę Stefanowi Bratkowskiemu, który przy każdej okazji powtarza, że środowisko dziennikarskie lustracji nie potrzebuje, zostało bowiem zlustrowane przez władze stanu wojennego, które zarządziły weryfikację. Nie wiem czy dobrze chwytam myśl pana Stefana, ale mam wrażenie, że chce nam powiedzieć tyle co: bezpieka zostawiła agenturę w redakcjach, a "czystych" powywalała z roboty. Pomijając już tę okoliczność, że takie postawienie sprawy ustawia w dziwnym świetle sporą część kolegów i koleżanek Bratkowskiego – na przykład Monikę Olejnik, która, jak raz, zaczęła błyskotliwą karierę gdzieś tak około 1982 czy 1983 roku – warto zauważyć, że trzeba mieć wyjątkowo niskie zdanie o inteligencji funkcjonariuszy bezpieki, by podejrzewać ich o podobne idiotyzmy. Obawiam się, że – wbrew temu, w co chciałby wierzyć Bratkowski – problem TW wśród dziennikarzy istnieje, i, że w tej akurat sprawie warto jednak zaufać Kieresowi.

          Kłopot polega na tym, że temat lustracji dziennikarzy ma niewielką szansę na to, by zaistnieć w mediach jako pomysł wart realizacji. By zaistnieć jako pomysł zbrodniczy – szansę ma sporą. Dziennikarze są tu po prostu sędziami we własnej sprawie. Pisał niedawno w „Rzeczypospolitej” Jarosław Jakubowski: „Jako dziennikarz wiem nieco o tym środowisku i zapewniam wszystkie autorytety moralne III RP, że nie ma w nim najmniejszej woli samooczyszczenia” . I tak dobrze, że u Jakubowskiego pojawiło się to  - jedno na cały artykuł – poświęcone lustracji środowiska zdanie. Gorzej z tym bywało. Mała anegdota -  opowiada Stanisław Remuszko: „Pod koniec lutego 2005 r. W warszawskiej siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odbywa się wielka debata na temat lustracji żurnalistów. Przychodzi (liczyłem) sto trzydzieścioro Koleżanek i Kolegów, nazwiska dyskutantów takie, że klękajcie narody: JE ks. Józef arcybiskup Życiński, prezes IPN prof. Leon Kieres, pani dr. Barbara Fedyszak-Radziejowska, obrady prowadzi Grzegorz Miecugow, atmosfera gorąca, sala z przejęciem słucha takich sław jak Teresa Bochwic i Janina Jankowska, jak Maciej Iłowiecki, Tomasz Wołek i Piotr Zaremba, odczytują list od samego Stefana Bratkowskiego, a na okrasę swymi „praktycznymi uwagami” dzieli się wybitny znawca dziejów najnowszych prof. Andrzej Paczkowski. Radiowe magnetofony wszystko nagrywają, a telewizyjne kamery kręcą. I co? I nic. Ani w radiu, ani w telewizji, ani w gazetach, ani w tygodnikach. Owszem, kilka dni potem ogólnie o lustracji pisze „Przekrój” – ale o lustracji ... u naszych południowych sąsiadów. O lustracji pisze „Polityka” – ale o lustracji ... duchownych. O dziennikarzach pisze „Newsweek” (piórem obecnej na spotkaniu pani redaktor Amelii Łukasiak), ale nie o ich lustracji, tylko o ... weryfikacji w stanie wojennym. Kamień w wodę, czarna dziura, nos w sos, nogi w pierogi, nic nie było, temat tabu. Powiem Państwu co wyjdzie z lustracji dziennikarzy: nici. Dlaczego? Ponieważ gra idzie o życie” (Stanisław Remuszko, Lustracji dziennikarzy nie będzie?, GP 3.08.2005).

          Czy chcę zasugerować, że na konferencji zjawiło się 130 byłych TW? Skąd! Część z obecnych miała pewnie w 1989 roku po 10 – 12 lat. Chcę powiedzieć, że „klimat opinii” panujący w środowisku jest taki a nie inny, a streszcza się w zdaniu „lustracji dziennikarzy mówimy NIE”.

          Wszystko to, co powyżej nawypisywałem jest właściwie tekstem interwencyjnym. Otóż, jakiś czas temu wlazłem na stronę programu „Warto rozmawiać” i – korzystając z tego, że redakcja prosi, by proponować tematy kolejnych dyskusji – zaproponowałem temat „lustracja dziennikarzy”. Zerknąłem na stronę dzisiaj, i – proszę!  - wśród trzech czy czterech propozycji poddanych głosowaniu był i ten temat. Nie wiem rzecz prosta, czy to ja akurat się do tego przyczyniłem, ale – miło tak myśleć. Co prawda, gdy rzuciłem okiem kilka godzin później, zestaw tematów był już zupełnie inny, ale – być może – nic to nie znaczy, i autorzy „Warto rozmawiać” ciągle rozważają możliwość programu o lustracji dziennikarzy. Stąd apel: kto żyw, i kto ma ochotę, niech pofatyguje się na stronę „Warto rozmawiać”, i prześle im mail z propozycją tematu „lustracja dziennikarzy”. Warto powalczyć.....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Sznur w domu powieszonego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 12 kwietnia 2006 17:33