komentarze z onetu

Wpisy

  • środa, 31 maja 2006
    • o nonkonformizmie

      „Nonkonformizm – postawa sprzeciwu wobec bezkrytycznego ulegania normom panującym w danej grupie społecznej, niezgadzanie się panującymi zwyczajami, poglądami, zasadami, z powszechną opinią itp.” (słownik PWN)


      1. „Dzień, który wstrząśnie polskim Kościołem” – zapowiadał mijającą właśnie środę „Dziennik”. Szło rzecz jasna o zapowiedzianą konferencję prasową na której ksiądz Zaleski ogłosić miał wyniki swoich badań esbeckich archiwów. Jak się to skończyło – już wiemy. Istotnie był to dzień, który polskim Kościołem potrząsnął, chociaż w inny sposób niż można było się spodziewać. Wszystko to skomentowane zostało  na wszelkie już chyba możliwe sposoby, komentarz mogę więc sobie darować i podejść rzecz od innej strony...

      2. Nonkonformizm jest jednym ze współczesnych bożków. Kto żyw usiłuje przekonać nas o swoim upodobaniu do obrazoburstwa i bezkompromisowości. Wywiad z Marią Janion (o którym piszę nieco niżej) nosi tytuł „Moje herezje antynarodowe”, Agnieszka Holland, która -  w ramach akcji „Tiszert dla wolności” – zakłada koszulkę z napisem „Nie chodzę do kościoła” wyjaśnia, że nie chodzi w o ekshibicjonizm, ale o „walnięcie w skorupę konformizmu, która jest w Polsce bardzo twarda”, o swoim nonkonformizmie usiłuje przekonać nas czterdziestoletni młodzieniec Kuba Wojewódzki, prowadząca telewizyjne teleturnieje Kazimiera Szczuka i całe legiony innych. Heretyk, nonkonformista – to brzmi dziś dumnie. Zresztą – brzmi już od dawna. „W dawnych czasach heretyk szczycił się, że nie jest heretykiem – pisał całe dekady temu G.K. Chesterton – To królestwa tego świata były heretyckie, ze swoimi sędziami; ale nie on. On był ortodoksyjny. (...). Żadne tortury, żadne męczarnie najstarszych, zapomnianych piekieł, nie mogły z niego wydusić przyznania, że jego wiara to herezja wobec wiary prawdziwej. Dziś z uśmieszkiem ni to zarozumialstwa, ni zakłopotania, mówi: "„Myślę, że mam bardzo heretyckie poglądy” – i toczy wzrokiem dookoła, czekając na oklaski”. I tacy właśnie są ci wszyscy nasi obrazoburcy. Nie płacą za swój „nonkonformizm” żadnej ceny. Przeciwnie – jadą na nim jak na łysej kobyle. Maria Janion ze swoimi „herezjami antynarodowymi” jest równie „nonkonformistyczna” co Roman Giertych z transparentem „Unia Europejska mnie nie zachwyca”, Agnieszka Holland w koszulce o której była mowa, być może puka – ale w cudzą skorupę. I tak dalej, i tak dalej. Funkcjonujemy w pewnych środowiskach, w stosunkowo wąskich kręgach towarzyskich, zawodowych, światopoglądowych i tak naprawdę tylko wystąpienie przeciw nim zasługuje na miano „nonkonformizmu”. Ilu z patentowanych nonkonformistów porwało się na coś podobnego? Wszyscy z reguły uprawiają najbardziej ordynarną środowiskową ortodoksję. Prawdziwy nonkonformista jest rzadki niczym rajski ptak, i dlatego, gdy już pojawi się wśród atrap, warto przyglądać się jego losom.  Tak – mam na myśli księdza Zaleskiego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „o nonkonformizmie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 31 maja 2006 17:53
  • wtorek, 30 maja 2006
    • liberał vs kolektywiści

          Minister Giertych nie chce zgodzić się na to, by pojawiły się obowiązkowe „zerówki” dla pięciolatków (co podobno było pomysłem PiS-u). W programie III PR minister argumentował mniej więcej tak: „każdy z rodziców powinien podejmować decyzje w odniesieniu do swojego dziecka”, „jeżeli rodzice uważają, że ich dzieci nadają się do przedszkola, niech je posyłają”, „daliśmy prawo wyboru, rodzice będą decydować czy wysłać do szkoły 5 latka czy nie wysłać”, „jestem za tym, by referendum było w każdej rodzinie”. Piotr Pacewicz podejście Giertycha komentuje w następujący sposób: „Argumenty Giertycha i jego zastępców o wyższości rodziny nad szkołą to ideologiczne ple-ple. Staje się groźne, gdy daje alibi dla opóźnienia edukacyjnej pogoni za światem”. Cóż, każda koncepcja jest jakimś tam „ideologicznym ple-ple”, to co pisze Pacewicz także, darujmy więc sobie rozważanie co jest a co nie jest ideologiczne i zastanówmy się raczej jakie ideologia stoi za Giertychem, a jaka za Pacewiczem. Otóż, za Giertychem wydaje się stać czysty jak kryształ liberalizm. Pozostawia rodzicom wolny wybór – jeśli chodzi o edukację ich pięcioletnich dzieci (później jest już gorzej. Nic mi nie wiadomo o tym, by Giertych chciał zupełnego zniesienia „obowiązku szkolnego”)

      A co wyłania się zza pleców redaktora Pacewicza? Wygląda to mniej więcej tak: według niego dzieci biorą udział w czymś, co zwie „edukacyjną pogonią za światem”. Te zawody są tak ważne, że ani mowy nie ma o tym, by decyzje co do losów dziecka pozostawić w rękach rodziców. Dziećmi powinno zająć się państwo, w imię wyższego interesu kolektywnego – zajęcia przez społeczeństwo (słowem naród Pacewicz pewnie się brzydzi) dobrego miejsca w „edukacyjnym wyścigu”. Jest więc Pacewicz zwolennikiem jakiejś kolektywistycznej ideologii, jak sądzę o proweniencji socjalistycznej w myśl której państwo winno racjonalnie gospodarować swoimi zasobami ludzkimi, choćby kosztem wolności osobistej obywateli. Rzecz prosta – dla ich własnego dobra. Takie ideologiczne ple-ple redaktor Pacewicz sobie umiłował, jego prawo, proszę tylko by nie wyzywał później ministra Giertycha od socjalistów sam strojąc się w piórka liberała...

      PS

      A swoją drogą, to ciekawe w imię czego jeszcze redaktor Pacewicz gotów jest  poświęcać wolność wyboru obywateli. Bo „edukacyjny wyścig” to chyba nie wszystko? Na przykład - „modernizacja kraju”. Czy nie jest równie ważna? Doprawdy, ludzie są tak nierozsądni. Kraj potrzebuje na przykład informatyków, a oni idą na studia humanistyczne. Może by tak kierować na pewne kierunki studiów przymusowo określoną ilość osób? Albo – nakaz pracy. Czy to był zły pomysł? Aż strach pomyśleć do czego może Pacewicza doprowadzić jego ulubione „ple-ple”...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „liberał vs kolektywiści”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 maja 2006 16:56
  • poniedziałek, 29 maja 2006
    • Żydzi panny Marii

          W sobotnio-niedzielnym wydaniu „GW” wywiad z Marią Janion. Janion czytać zawsze warto, jest bowiem doskonałym rezonatorem środowiskowych mód. Jeśli chcecie wiedzieć co aktualnie wypada "nosić" - sięgajcie śmiało po najświeższe teksty pani profesor, właściwe wskazówki znajdziecie na pewno. Rzecz prosta przestawianie poglądów zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem nie jest specjalnością wyłącznie Janionówny, to cecha charakterystyczna całego środowiska do którego należy, jednak Janion ma tę właściwość, że idzie na całość. Angażuje się całym sercem. I przez tą ostrość jest doskonałym wskaźnikiem. A inną zaletą śledzenia twórczości prof. Janion jest to, że widzieć możemy jak jedne mody ustępowały miejsca kolejnym. Ot, weźmy opinię prof. Janion o kulturze polskiej. Cytat  z rozprawki "Patriota wariat", ze zbioru "Wobec zła" (wydano w 1989):

      "I na zakończenie aforyzm o Polsce: "Gdyby nie była tak nieszczęśliwa, nikt by jej tak szaleńczo nie kochał". Cóż to znaczy? Że Polacy mają jakiś szczególny pociąg do nieszczęścia, że lubują się w nim, że pragną być nieszczęśliwi, że mają skłonności samobójcze, że są obłąkani, że nie chcą żyć dla ojczyzny, lecz jedynie ciągle dla niej umierać? Nie! Mnie się zdaje, że to znaczy tylko jedno: że Polacy są ludźmi. A może są szczególnymi ludźmi, jakby chyba nie darwinowskimi. To taka gałąź ludzkości, która w skutek dziwnych zbiegów okoliczności wypadła poza szczeble darwinowskiej ewolucji. Bo (wbrew Norwidowi, który rozgoryczony w liście napisał, a jest to wykorzystywane w dość nieszlachetnych celach, że człowiek w Polaku jest karzeł) - wielki jest człowiek w Polaku. Nie chce uznać, że przeżywają jedynie silniejsi i oni tylko zasługują na chwałę, że siła idzie przed prawem, i że polityka nie ma nic wspólnego z moralnością. (...). To dlatego wreszcie tutaj człowiek polega na tym, że kocha to co nieszczęśliwe, słabe, upadające pod ciosami przemocy, uciemiężone i prześladowane, że tutaj ten dziwny człowiek zazwyczaj jednak nie chce umieszczać się po stronie zdrowych na rozumie (albo przynajmniej uważanych za takich) pysznych swą siłą materialną zwycięzców, lecz po stronie zwyciężonych, często nawet szaleńców".

          To lata 80-te. Skoczmy teraz do roku 2004. W październiku owego roku „GW” ukazuje się tekst Janionówny „Rozstać się z Polską?” (wcześniej, w nieco innej wersji drukowany w „Krytyce Politycznej”). Czytamy w nim: „Właśnie jednolitość patriarchalnego „polakokatolicyzmu” (...) niechęć do różnorodności, nieumiejętność rozluźnienia megalomańskiego pancerza megalomańskiej, próżnej polskości przyczyniają się do bolesnego odczucia kryzysu kultury i powstawania nastrojów ucieczki z tego z tego męczącego i dusznego kraju”. Według Janion A.D 2004 kultura polska „...ma tradycyjnie patriarchalno-katolicki charakter, objawiający się w zinstytucjonalizowanej dominacji pierwiastka męskiego, narodowego, heteroseksualnego”, przy czym niezwykle ważnym elementem tej kultury jest  - rzecz prosta – antysemityzm.  Janion wywodzi, że w mogłaby  podpisać się pod tym, co o kulturze węgierskiej miał do powiedzenia Imre Kertesz (oczywiście zmieniając słówko „węgierska” na „polska”), a Kertesz o kulturze węgierskiej palnął coś takiego: „Wydaje się, że cierpiąca na kompleks ojca, pogrążona w sadomasochistycznej perwersji dusza małego narodu wschodnioeuropejskiego nie może istnieć bez wielkiego ciemiężyciela, na którego mogłaby zrzucić winę za swoje niepowodzenia, ani bez mniejszości narodowej, tego kozła ofiarnego, na którym mogłaby się wyżyć, dając upust nagromadzonemu w trakcie codziennych porażek nadmiarowi nienawiści i resentymentów”

          Nietrudno zauważyć, że, ględnie rzecz ujmując, ocena jaką wystawia Janion kulturze polskiej z roku 1989 różni się mocno od oceny wystawianej w roku 2004. Poza wszystkim innym mamy tu do czynienia z godnym uwagi intelektualnym wygibasem. Bo też cóż takiego stało się pomiędzy rokiem 1989 a 2004 by usprawiedliwić tak drastyczną zmianę? Poglądy mogą ewoluować. Zgoda. Ale u Janion tej ewolucji brak. Jej oceny zmieniły się z gwałtownością godną przełącznika prądu elektrycznego. Trach! I już. Konia z rzędem temu, kto dowiedzie mi, że pani profesor przeszła jakąś intelektualną drogę (zaświadczoną w publikacjach) usprawiedliwiającą tak gwałtowny zwrot. Nie odnotowałem czegoś podobnego, a - wierzcie mi lub nie - jej twórczość znam, jeśli nie całą, to w sporej jej części. W latach 90-tych Janion oświadczyła, po prostu że "Polska przestała na nią działać" (cytat nie musi być dosłowny, ale chyba jest), i jak dawniej kadziła, tak teraz zaczęła ganić. Powtórzmy zatem pytanie: co stało się pomiędzy 1989 a 2004 rokiem? Nic oczywiście - poza zmianą środowiskowych mód. Ani w latach 80-tych Polacy nie byli tak wspaniali, ani w 2004 nie byli tak paskudni, jak to Janion opisała, zwyczajnie - w latach osiemdziesiątych środowisko do którego Janion należy duszą i ciałem przechodziło akurat fazę bratania się z ludem a po 1989 roku wróciło do swojej zwykłej postawy "krytycznej" (wobec tubylczych świętości). Ot i cała tajemnica.

          Wróćmy do wywiadu w "GW" sprzed kilku dni. Otóż, od pewnego czasu w środowisku Janion "nosi się" feminizm i kwestię "polskiego antysemityzmu". I - jak łatwo zgadnąć -  tym właśnie zagadnieniom poświęca się teraz pani profesor  z całych sił (widać to mocno w cytacie z „Rozstać się z Polską?”).  Feminizm sobie darujmy, zajmijmy się Żydami i "polskim antysemityzmem". Otóż, Żydzi pojawili się na horyzoncie zainteresowań Janionówny stosunkowo późno, ale gdy się już pojawili - pojawili się na dobre. Stało się to w gruncie rzeczy dopiero w latach 90-tych XX wieku. Wcześniej Żydzi dla profesor Janion praktycznie nie istnieli. Przez lata całe nie zwracała na nich uwagi. Jeśli w ogóle pojawiali się w jej pracach, pojawiali się marginalnie. Dziś jest jej nawet głupio z tego powodu, mniej więcej rok temu, w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” mówiąc o tym, czego żałuje, powiedziała, że żałuje właśnie tego, że tak mało dawniej poświęcała Żydom uwagi. Przejrzała pewną swoją książkę wydaną przed laty – zwierzała się rozmówczyni z „WO” – a tam o Żydach – nic. O chłopach jest, a o Żydach ani słowa. Dlaczego? – dziwi się Janion – i żałuje, ale – cóż – póki co książek wstecz pisać się nie da.  

          Ale to przeszłość. Dziś Janion nadrabia zaniedbania z właściwą sobie gorliwością. W omawianym wywiadzie przedstawiła zresztą Janionówn piękną metrykę swoich okołożydowskich zainteresowań. Otóż, filosemityzmem zaraził ją – paradoksalnie – jeszcze przed wojną ksiądz Kolbe produkujący antysemicki „Mały Dziennik”. Pod wpływem takiej lektury zapałała Janion do Żydów „szaloną miłością”. „Gdy tylko nauczyłam się czytać, trafiłam na Żydów, zafascynowałam się nimi i stałam się ich wielbicielką” – zwierza się prof. Janion, dość skutecznie ukrywająca później swoje fascynacje. Ale to nie koniec. Oto, w strasznym roku 1968, została Janion mianowana „Żydem duchowym” przez Jana Jakubowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, Jakubowski – jak sądzę – był moczarowcem. Zatem - endecy przedwojenni i powojenni moczarowcy uczyli prof. Janion filosemityzmu. Czyż można sobie wyobrazić lepszą intelektualno-polityczną drogę? Oczywicie – nie można. Idę o zakład, że w całej tej historii sporo jest konfabulacji, a przynajmniej koloryzowania, ale – niech tam. Przynajmniej zręcznie skomponowane. Tak czy owak, Żydzi, jak dawniej prawie dla Janion nie istnieli, tak począwszy od lat, 90-tych stali się jednym z centralnych tematów jej rozważań. Zwłaszcza w kontekście „polskiego antysemityzmu”.

          Sprawa nie jest błaha - dziś profesor Janion twierdzi, że antysemityzm jest jednym z kluczowych czynników określających polską kulturę. Wynika z tego, że obdarzona ponoć wybitnym intelektem uczona przez dekady całe prześlepiała problemy kluczowe, co chwały jej nie przynosi, ale powiedzmy, że w przypadku kogoś, kto przez prawie dziesięć lat uważał Stalina za geniusza jest to możliwe. Jak to prześlepianie wyglądało?  Weźmy na przykład "Nie-Boską komedię".  "Nie-Boską komedią" zajmowała się Janion między innymi w rozprawce "Dekadencja czy traumatyzm?", zamieszczonej w tomie "Zło i fantazmaty" (wyd. 1989). Dramat Krasińskiego rozważała tam z ulubionej perspektywy krytyki fantazmatycznej, (określając fantazmaty jako "rozmaitego rodzaju wyobrażenia, urojenia, przywidzenia, mistyfikacje, marzenia i iluzje"). "Nie-Boska Komedia" to była wówczas dla niej "genialna, jedna z najbardziej przejmujących syntez XIX wieku, zawierająca w sobie również ziarno wieku XX".  Zaznaczała, że Krasiński "umiał wybierać najlepsze "miejsce fantazmatyczne" (najlepsze: to znaczy takie, z którego najwięcej widać) i umiał je wypełnić wrażliwością swojej niezwykłej wyobraźni", oraz, że "widział to, o czym inni nie mieli jeszcze najmniejszego pojęcia".  Czy jest tam coś o fantazmacie antysemickim?  Nic. Ani słowa. Jest "fantazmat rewolucji", jest  o "dziecięcych koszmarach" autora dramatu związanych ze śmiercią matki , jest o polowaniach, które wiodły Krasińskiego do uznania "dwuznaczności zbrodni", jest o fantazmatach związanych ze śmiercią, o "skoku w przepaść" jako fantazmacie. Jest i o tym, że dramat zawiera "wiele wspaniałych scen, ujawniających historyzację tak bardzo ostatecznego konfliktu społecznego", historyzację odwołującą się do znanych wydarzeń historycznych, takich jak upadek Rzymu. Autorka cytuje też fragment listu Krasińskiego, w którym poeta pisze, o końcu świata chrześcijańskiego, który nastąpić może przez napływ "wewnętrznych barbarzyńców". Więc może tu będzie coś o Żydach? Bynajmniej. Tymi "wewnętrznymi barbarzyńcami" jest tylko lud. Nie znaczy to, że przed 1989 rokiem Maria Janion wcale nie dostrzegała w "Nie Boskiej Komedii" owych słynnych przechrztów ssących Talmud. Dostrzegała, lecz po by znaczenie tego motywu umniejszać. Kto nie wierzy - niech sprawdzi.


          Weźmy teraz  książkę "Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi". To  już późne lata 90-te. Na stronie 67 demaskuje Janion Krasińskiego, jako antysemitę. Pyta wpierw: "Co właściwie przedstawił Krasiński w "Nie-Boskiej komedii"?", i od razu udziela odpowiedzi: "Jest to typ knującego sekretnie zgubę chrześcijaństwa przechrzty. Właśnie marrana czy frankisty, który prowadzi "pracę markotną, boleśnie zawziętą", po to, by obalić Krzyż. Swoją złowrogą, niszczycielską rolę Żydzi mogą spełnić do końca dzięki rewolucji. "Krzyża zbutwiałego" bronią już tylko "pany", lada chwila zostaną oni pokonani i "praca wieków" dopełni się. Pojawia się tutaj stereotyp Żyda, który jest tylko rzekomo nawrócony i spiskuje przeciwko czcicielom krzyża, stereotyp tak silnie nacechowany antysemityzmem, że - co dla nas bardzo przykre - Duker nie obawiał się zobaczyć w "Nie-Boskiej komedii" jednej z najwcześniejszych poprzedniczek "Protokołów Mędrców Syjonu".

          Cóż, fakt, że uważa (ła?) za "genialne" dzieło będące jakoby prekursorskim w stosunku do "Protokołów Mędrców Syjonu" stawiać może prof. Janion w roli mocno dwuznacznej, ale mniejsza już o to. To już nie nasz kłopot. Naszym kłopotem jest to, że w dyskusjach publicznych robią za gwiazdy osoby mało wiarygodnie intelektualnie, dla których pierwszym, i bodaj jedynym przykazaniem, pozostaje środowiskowy konformizm.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Żydzi panny Marii”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 maja 2006 18:05
  • czwartek, 25 maja 2006
    • tygodniowy wybiórczy przegląd okołomedialny III

      Nie cichnie burza po mianowaniu Bronisława Wildsteina prezesem TVP. Tym razem odezwało się znane ze swej dbałości o niezależność mediów SLD. "Sojusz Lewicy Demokratycznej zarzuca PiS upartyjnienie mediów publicznych. Poseł SLD Michał Tober powiedział, że "mamy do czynienia z pogrzebem mediów publicznych" - donosi PAP. Jeśli to pogrzeb - trumnę trzeba było wcześniej wykopać. W "Rzeczypospolitej" Maja Narbutt pisze o TVP za rządów kolegów pana Tobera: "Sytuacja była niezwykle drastyczne za czasów prezesury Roberta Kwiatkowskiego - wspomina Barbara Rogalska (...) - Po pierwsze niezwykle nachalnie sterowano całym programem 1 TVP z siedziby SLD na Rozbrat. Codziennie bywał tam albo dzwonił szef Jedynki. Po drugie, niektórzy młodzi dziennikarze szybko pokonywali barierę wstydu"...

      SLD jakby się ożywił, skoro bierze się już za organizowanie pogrzebów, za to Magdalena Środa, brutalnie pozbawiona synekury, pozostaje w stanie głębokiego szoku. "Jeśli uda nam się przetrwać mimo obecnej władzy i realizowanej przez nią wizji państwowości, będzie to kolejnym, po okresie komunizmu, dowodem na siłę polskiego społeczeństwa obywatelskiego" -pisze w "GW". Czuj Duch Pani Magdaleno! Przetrwanie - to żaden program. Czekamy na wezwanie do powstania! I może by tak jakiś eseik o tyranobójcach? Byli tacy myśliciele, co usprawiedliwiali ....

      Z szoku nie może wyjść także Donald Tusk. "codziennie widzę, jak świat się rozpada i chcę powstrzymywać ten rozpad" - wyznał "Ozonowi" lider PO. Bez przesady panie Donaldzie! Przegrane wybory  - żadna atrakcja, ale żeby aż "rozpad świata"? To tylko polityka!

       Powody do zmartwienia ma i Roman Giertych. Wciąż mało kto go lubi - jeśli pominiemy Młodzież Wszechpolską. "wolimy pomysły ministra edukacji niż jego samego" - podsumowuje wyniki sondażu "Dziennik". Z Kuroniem było zdaje się odwrotnie. W sumie - mamy postęp. Lepszy nie lubiany polityk z dobrymi pomysłami, niż polityk lubiany z pomysłami do ... zupy.
      Tymczasem, z bliżej nieznanych powodów, spontanicznie protestująca przeciw Giertychowi młodzież zabiera na protesty organizacyjne sztandary. Nad spontanicznymi demonstrantami powiewają więc znaki SdPL, SLD, Demokratów.pl. Widać też tęczowe chorągwie mniejszości seksualnych. „Szef powiatowego ZSMP w Białej Podlaskiej wystawiał na firmowym papierze związku zwolnienia z lekcji uczniom, którzy brali udział w manifestacji przeciwko ministrowi edukacji” – donosi „Rzeczpospolita”. Po tym wyczynie szef wyłączył telefon i nie odpowiada na pytania. „Kolega Kamiński zruzmiał swój błąd. Samokrytyki nie złożył, bo już jej nie składamy” – powiedział reporterom „Rz” szef lubelskiego SLD. Szkoda tej samokrytyki.  Postkomuniści pozbywają się akurat tych tradycji, które by się im najbardziej przydały....

      Lubiany czy nie, Giertych zagnieździł się w MEN i wypuszcza z ministerstwa różne smaczki. Okazuje się, że publiczną kasę za pośrednictwem MEN doiły - między innymi - ZSMP i Kampania Przeciw Homofobii. Giertych grozi, że dotacje obetnie, ale nie podejrzewamy oczywiście, że to te groźby wypchnęły aktywistów ZSMP i zawodowych gejów na spontaniczne manifestacje, o których było wyżej.  Dowiedzieliśmy się też, że Kampania Przeciw Homofobii zasilona budżetowym zastrzykiem zorganizowała obóz, którego uczestnicy zajmowali się odgrywaniem różnych ról płciowych – donosił o tym portal "Prawy.pl". Też coś - odgrywać role płciowe za pieniądze z budżetu. Nasi komuniści odgrywali socjaldemokratów za pieniądze KGB - co wynikać ma z papierów ujawnionych przez ministra Ziobrę. To jest dopiero sztuka! Tym bardziej, że postkomuniści nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i nadal prowadzą gry ze swoją tożsamością. "Myślę, że dogadamy się, aby obecne porozumienia przybrały formę instytucjonalną, czego efektem w jakimś momencie będzie właśnie rozwiązanie się obecnych partii i pojawienie się nowego bytu politycznego o nowej nazwie. Taka jest moja prognoza" - snuje na łamach "Polityki" rozważania Marek Borowski, a rzecz idzie o ponowne zejście się SdPl z SLD, z którą Borowski rozszedł się był z rok temu. Ci to dopiero lubią przebieranki i niekonwencjonalne związki! Draq Queens mogą się uczyć...

      Rząd walczy z korupcją, a media brużdżą. "Tak żyje łapówkarz!" - krzyczy najgrubszą czcionką "Fakt" dając na okładce zdjęcie uśmiechniętego mężczyzny w policyjnym mundurze z różnymi luksusami w tle. Doprawdy drodzy państwo! Nie możecie reklamować czegoś innego? Po co korumpować policję? Policja tymczasem orze jak może. „W Poznaniu zatrzymano dwóch policjantów, którzy dorabiali sobie jako ochroniarze w agencji towarzyskiej mieszczącej się naprzeciwko Komendy Wojewódzkiej Policji” – doniosły – nomen omen – agencje. Że też się właściciele lokalu nie wstydzili takiego sąsiedztwa... . Ale co do policjantów  - miejsce pracy wybrali nieźle, zarobki w agencji na pewno wyższe są od zarobków w policji. Pracująca przy ruchliwej drodze prostytutka zarabia około 16 tysięcy miesięcznie - wyznała pewna przydrożna pani stacji TVN-24. A tymczasem lekarze strajkują, bo – zarabiają grosze.  Jeśli poziom dochodów usługodawcy mówi coś o usługobiorcach, wychodzi na to, że jesteśmy ludem zdrowym a jurnym.

      Czy wobec takich dochodów można przydrożne panie uznać za ofiary patriarchalnego społeczeństwa? Pytanie do feministek, ale te mają inny problem. W czasie papieskiej wizyty z TV zniknąć mają reklamy środków higienicznych. Najmocniej oburzyły się właśnie feministki, na co dzień wojujące z seksizmem w reklamach. Rozumiemy. Kto lubi, jak mu się odbiera ulubioną zabawkę?  Okołopapieska prohibicja wzburzyła najmocniej alkoholików ...

      I to by było na tyle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „tygodniowy wybiórczy przegląd okołomedialny III ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 maja 2006 16:36
  • wtorek, 23 maja 2006
    • cały ten zgiełk

          W dzisiejszym „Dzienniku” pisze Zdzisław Krasnodębski: "to, co dzieje się od czasu wyborów, przekracza wszelkie wyobrażenie, wszelkie granice racjonalności. I dlatego nie sposób nie pytać, jakie są źródła tak ogromnych emocji. Skąd ta panika?" Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. Nie będzie to odpowiedź wyczerpująca, pominę – poza zasygnalizowaniem ich w tym miejscu - takie czynniki jak strach wynikający z zagrożenia ujawnieniem akt bezpieki czy zagrożenia jakie niesie dla wielu możliwość ujawnienia patologii czasu "transformacji ustrojowej". Te czynniki są ważne, ale ważne są nie tylko one.  Do rzeczy. Skąd więc ten wrzask? Otóż, wynik wyborów sprawił, że zagrożona została dominująca pozycja post-PRL-owskiej elity, będącej zarazem elitą III RP. Dominacja nie tylko polityczna i ekonomiczna, ale też kulturowa. I na tej ostatniej się skupimy. Przepraszam – znowu będzie o Adamie Michniku...

          Świętej pamięci redaktor Giedroyć palnął przy jakiejś okazji, że Polską rządzą trumny Dmowskiego i Piłsudzkiego. Powiedzenie zrobiło karierę, choć nietrudno zauważyć, że Polską nie rządziły rzeczone trumny, lecz „lewica laicka” wespół z „reformatorami z PZPR”, czy też – jak kto woli – „Czerska” z „Ordynacką” . Wytworzył się tu ciekawy podział sfer wpływów – „Ordynacka” zadowalała się bezkarnością, możliwością żerowania i wpływami politycznymi, „Czerska” wzięła „rząd dusz” ( nie gardząc rzecz prosta i innymi profitami, ale „rząd dusz” – to była perła w koronie)
      Układ ten ochrzczony został przez niezawodnego redaktora Żakowskiego mianem „Polski Michnika”.  Trafna to nazwa. Po 1989 roku przestrzeń publiczna w wymiarze kulturowym kontrolowana była – nie w pełni, ale w znacznym stopniu – przez przedstawicieli opcji światopoglądowo-towarzyskiej, której symbolem jest właśnie Adam Michnik. To, niezbyt liczne, środowisko zadziwiająco skutecznie wyznaczało standardy i formowało  kształt  dyskursu publicznego. Podstawowym narzędziem kontroli dyskursu, był Chór Autorytetów, pouczający lud co wypada, a czego nie wypada robić „człowiekowi przyzwoitemu” (na początku lat 90-tych ludziom przyzwoitym nie wypadało np. tworzyć normalnych partii politycznych). Chór Autorytetów nie był pierwszej świeżości. Trzeba go było klecić, z tego, co było pod ręką, a pod ręką było to, co III RP odziedziczyła po PRL-u. I właśnie z ludzi o wyrobionych w czasach PRL nazwiskach, powstał Chór  podchwytujący pieśni układane na Czerskiej i transmitujący je do mas. Wszyscy mieli w tym interes. Dyrygenci przy pomocy Chóru mogli europeizować ciemne, endekoidalne masy,  których się bali, i którymi gardzili, członkom Chóru zaś  polityka „grubej kreski” dawała szansę na utrzymanie pozycji i dobrego samopoczucia.


          Jak już zostało powiedziane wszystko to działało wcale sprawnie. Wbrew temu, co chce się nam wmówić mieliśmy więc w III RP i "politykę historyczną", i "Narodowy Instytut Wychowania" i Instytut Niepamięci Narodowej (jak ktoś to dowcipnie określił). Mieliśmy nie w  postaci instytucjonalnej, ale z tego nie wynika, że nie funkcjonowało to sprawnie. Panowie Dyskursu usiłowali narzucić określony stosunek do komunizmu, do historii Polski, do poszczególnych tradycji wchodzących w skład polskiej kultury. Krótko mówiąc elita III RP realizowała pewien "projekt hegemoniczny", jak by to ujął. Antonio Gramsci, marksista, który dowartościował „nadbudowę”. Zdaniem Gramsciego – Michnik był jego pilnym czytelnikiem - jedna klasa może panować nad inną nie tylko dzięki trzymaniu w łapie środków produkcji, ale też dzięki dominacji ideologicznej,  i tak to mniej więcej wyglądało. Zmieniały się rządy, pojawiały się i znikały partie, ale nie zmieniali się Panowie Dyskursu. Aż do niedawna. I oto właśnie cały ten wrzask. Po prostu - dotychczasowym rządcom dusz wysuwa się z rąk kontrola ideologiczna.

          To dlatego instytucje takie jak IPN, koncepcje "polityki historycznej" czy projekty w rodzaju "Narodowego Instytutu Wychowania" (czy jak to się tam nazywa) budzą histerię. Zresztą nikt tego nie ukrywa. Kilka miesięcy temu pewien polityk z SdPl opisywał w "GW" działania PiS odwołując się wprost do koncepcji "projektu hegemonicznego" Gramsciego, bez przywoływania na daremno nazwiska włoskiego komunisty, plastyczniej rzecz opisał całkiem już niedawno, także na łamach "GW" Krzysztof Pomian. Pisał o wynikach wyborów: "wydarzyło się coś, co wykracza poza sferę polityki. Coś znacznie głębszego i ważniejszego niż zwykłe wydarzenie polityczne, jakim jest sformowanie rządu", "ten gabinet nie jest po prostu kolejnym gabinetem. To urząd jakościowo inny niż poprzednie, bo nie daje gwarancji, że wartości demokratyczne będą przestrzegane". Ta obawa o  "przestrzeganie wartości demokratycznych" jest tu najbardziej interesująca, Pomian nie twierdzi bowiem, że nowy układ władzy zmierza do łamania prawa. Na czym zatem - zdaniem Pomiana - polega niebezpieczeństwo? Otóż, jak pisze - "skoro nie można frontalnie zaatakować demokracji (...) to trzeba działać na tych wszystkich terenach, których konstytucja nie reguluje: pamięci historycznej, obyczaju i edukacji. Cała strategia PiS i panów Kaczyńskich na tym polega". Odkodujmy język jakim się posługuje się Pomian, zresztą nie tylko on, to język całego środowiska, pewne terminy funkcjonują w nim w sposób bardzo specyficzny. "Inteligencja", znaczy tyle co "nasze środowisko" zaś "demokracja" czy "społeczeństwo obywatelskie", to tyle co "dominacja naszego środowiska, jeśli nie wprost w sferze politycznej, to przynajmniej kulturowa". Po takim "odkodowaniu" będziemy mogli zrozumieć tajemnicze zdanie Pomiana: "Negatywnie oceniam rządy postkomunistów, ale dawno już pokazali, że respektują wartości demokratyczne". Znaczy ono tyle co: "rządy postkomunistów nie zagrażały hegemonii kulturowej naszego środowiska". Jak się to wszystko skończy? Nie wiadomo. Z powodów, o których wspominam w „uwadze końcowej” powrót do „Polski Michnika” nie jest możliwy, niezależnie od przetasowań na scenie politycznej. Ale i tak wiele może się zdarzyć. Dotychczasowi Panowie Dyskursu utrzymają oczywiście silną pozycję. By ich jej pozbawić trzeba by zrobić rewolucję kulturalną równie brutalną jak ta, która na przełomie lat 40 i 50-tych XX wieku dała ideologiczną dominację tym, po których ją odziedziczyli. Nie jest to rzecz prosta możliwe, histeria jest więc mocno na wyrost. Swoją drogą, to zdumiewające jak źle znoszą funkcjonowanie w warunkach pogłębiającego się kulturowego pluralizmu osoby uważające się za najświatlejszych mieszkańców tego kraju. A że ich pozycja, mimo, że silna, nie będzie już taka jak dawniej? To akurat wyjdzie nam wszystkim na zdrowie...


          Uwaga końcowa – stwierdziłem na początku, że dominacja kulturowa elity postkomunistycznej zagrożona została przez wynik wyborów. To uproszczenie. Wynik wyborów jest tu raczej skutkiem, niż przyczyną. To wynik wyborów jest raczej epifenomenem przemiany kulturowej, pewnego przełamania świadomości społecznej. Jak doszło do owego przełamania? To temat rzeka. Trzeba by tu mówić o rozwoju mediów (w tym i o internecie i Radiu Maryja i o TVN 24), o transmisjach z posiedzeń komisji śledczych, o zmianach pokoleniowych, o powstaniu IPN, i o wielu innych rzeczach, zresztą – spróbujmy wyobrazić sobie jak mogłaby wyglądać sprawa ks. Czajkowskiego w roku 1995. Nie byłoby jej. Nie miała najmniejszych szans się przebić. A gdyby się przebiła? Rzecz zamknął by redaktor Turnau ze swoim „wierzę mojemu spowiednikowi, a nie ubeckim papierom”. Ale to już temat na inną okazję....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „cały ten zgiełk”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 maja 2006 19:10
  • poniedziałek, 22 maja 2006
    • retoryka wojenna

          Niedziela. 21 maja. Konwencja PO. Przemawia Jan Maria Rokita: „Odradza się niechlubne dziedzictwo sarmatyzmu: agresywna buńczuczność w słowach idzie w parze z kompletnym nieudacznictwem w czynach”. Rację miałby ktoś, kto by pomyślał, że byłoby to niezłe podsumowanie wyborczych „sukcesów” Platformy połączone z celną charakterystyką retoryki, która dominowała w wystąpieniach jej liderów podczas konwencji. Niestety – słowa Rokity nie świadczyły o trzeźwości autorefleksji Jana Marii. Dotyczyły koalicji rządowej, szczególnie zaś PiS-u. I nie były to bynajmniej słowa najostrzejsze. Stefan Niesiołowki mówił odradzaniu się gomułkowszczyzny, o „generale gazrurce”, Rokita, by dołożyć rządowi, obrzydliwie wykorzystał napad skinów na jakiegoś anarchistę, ktoś – zdaje się też Rokita – wzywał urzędników, by nie słuchali swoich przełożonych wydających „nikczemne decyzje”. Itd., itd... .  Nie było to jeszcze wezwanie do tworzenia leśnych oddziałów, golenia głów urzędnikom, którzy z rządem kolaborują, czy do wysadzania pociągów (aczkolwiek Niesiołowski z pewnym sentymentem coś tam o wysadzaniu wspominał), nie było – ale ku temu chyba zmierza. Bogu dzięki, że ma Platforma bogatych sponsorów, może obejdzie się przynajmniej bez ekspropriacji. Tak czy inaczej PO używa dziś retoryki, jakiej nigdy nie stosowało wobec SLD. Premier Marcinkiewicz orzekł, że liderzy PO „sączą nienawiść”, co zważywszy na retorykę królującą na konwencji było wcale precyzyjnym opisem sytuacji, w odpowiedzi usłyszał od pani Waltz: „To była reakcja w stylu Urbana w stosunku do kościoła, księdza Jerzego Popiełuszki”. Cóż – z PO taki kościół, jak ze Schetyny Popiełuszko... .

          Wiem co usłyszę: skoro PiS atakuje, to oni też muszą.... Czy aby na pewno retoryka PiS-u jest równie drastyczna? A jeśli nawet jest, to czy w PO „też muszą”? Otóż – nie muszą. Chcą. To nieprawda, że PiS może Platformie cokolwiek w sferze języka narzucić. Próbować – może. Narzucić – nie. A gdyby jednak mógł? To by źle świadczyło – o Platformie. Liderzy PO albo używają języka jakiego chcą używać, albo nie panują nad swoim językiem. Jak to wygląda w przypadku Niesiołowskiego – nie jestem pewien, ale jeśli chodzi o Rokitę i – zwłaszcza – Tuska jest to efekt wyboru. Skąd się to bierze? „My jesteśmy ze szkoły de Tocquevillea” – mówił niedawno „Ozonowi” Tusk. Może to jest jakiś trop? „Często słyszałem (...) od ludzi, których szanuję, ale  których zdania nie podzielam, że czymś złym jest palenie zbiorów, opróżnianie spichrzów, chwytanie bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Moim zdaniem jest to przykra konieczność, której każdy, kto chciałby prowadzić wojnę w Algerii powinien się bezwzględnie podporządkować” – rozprawiał de Tocqueville odnośnie francuskiej polityki kolonialnej. Musieli sobie brać w PO do serca akurat te aspekty jego przemyśleń?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „retoryka wojenna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 maja 2006 16:42
  • niedziela, 21 maja 2006
    • Hitler mój bliźni. Czytając Adama M.

      na pomieszanie dobrego i złego


      Jak zwykle niezwykle głęboki esej Adama Michnika „Dlaczego byłeś takim idiotą? Z powodu książki Adama Sikory – Między wiecznością a czasem” ukazał się w „GW” z 13 maja 2006 roku, ale przeczytałem go dopiero wczoraj. Zainspirował mnie. Zresztą – czy to może dziwić? Mamy wszak do czynienia z dziełem jednego z najwybitniejszych intelektualistów, nie piszę „polskich”, bo nie tylko o skalę kraju tu idzie. Tak więc esej Michnika natchnął mnie do napisania czegoś własnego. Oczywiście - nie mnie równać się z jego niezrównanym piórem, z pokorą przyznaję się do epigoństwa, więcej – niemal do plagiatu. Mój skromny szkic, nie śmieć nazwać go esejem, to w gruncie rzeczy cytat. Czy może raczej parafraza. Zmieniłem słówko „komunizm” na „nazizm”, dodałem dwa, trzy, krótkie zdania dla płynnego połączenia cytatów zaczerpniętych z eseju „Dlaczego byłeś takim idiotą”. To wszystko. Czuję się usprawiedliwiony metodą Adama Michnika, nie bez powodu zwanego „mistrzem cytatu”. Nikt, tak jak on, nie potrafi cytować autorów znanych i uznanych. Niechże więc obok „mistrza cytatu” stanie – choć na chwilę – „błazen parafrazy”. Innego tytułu nie pożądam.

      Tyle – tytułem wstępu, jednak, nim przejdziemy do rzeczy – małe ćwiczenie z wyobraźni. Wyobraźmy sobie, że w Niemczech 17 lat po upadku III Rzeszy, w redakcji największego dziennika kraju dziwnym trafem skupia się zastanawiająca ilość bliższych i dalszych krewnych prominentnych członków NSDAP. Więcej – także krewnych funkcjonariuszy Gestapo i SS. Redaktorem naczelnym jest zaś cioteczny brat funkcjonariusza nazistowskiego aparatu sądowego, któremu zdarzało się skazywać na śmierć uczestników antynazistowskiego ruchu oporu. Redaktor naczelny, nazwijmy go Gotfrydem M, nadaje ton życiu intelektualnemu Niemiec, także życiu politycznemu – ale mniejsza już o nie. Jest też uznawany za wybitnego moralistę, jednego s tych, którzy wyznaczają standardy etyczne obowiązujące w dyskursie publicznym. To Gotfryd M. orzeka, kto jest „człowiekiem honoru”, a kto „łajdakiem”. Jest też Gotfryd M. uznawany powszechnie za wybitnego eseistę. I właśnie próbkę takiego eseju dajemy poniżej. To prawda – eseje Gotfryda M. z reguły są dużo dłuższe, ale – jeśli usunąć z nich cytaty – zostaje mniej więcej tyle, co poniżej:


      Dlaczego byłeś takim kretynem? Z powodu książki Leona Degrelle „Waffen SS”

      Bardzo trudno po ostatecznej klęsce nazizmu i po upadku III Rzeszy, zrozumieć dramat ludzi tamtych czasów i tamtych wyborów. Łatwo cisnąć w nich kamieniem, splunąć na ówczesnych nazistów z tą samą fanatyczną pogardą, z którą oni spluwali na pokolenie swoich ojców i starszych braci. Trudniej, ale i rozumniej wejść w ich skórę – w ich myśli i uczucia, wyobrazić sobie siebie w identycznych okolicznościach. Wtedy fanatyzm słabnie, na jego miejsce przychodzi zrozumienie – choć nie usprawiedliwienie. Bywają przecież sytuacje, że wierzymy w nonsensy tylko dlatego, że powiedział je ktoś, komu ufamy. Bywają sytuacje, gdy podlegamy emocjom wywoływanym za pomocą wmawiania nam monstrualnych kłamstw systematycznie powtarzanych przez polityków i środki masowego przekazu. Bywają sytuacje, gdy oczywiście fałszywe, lecz prostacko i klarownie formułowane slogany prowadzą do nikczemnych polowań na czarownice, a nieraz do zbrodni... Spróbujmy tedy zrozumieć tych, którzy nie opuścili Niemiec, czy nie uciekli w „emigrację wewnętrzną”, lecz popełnili błąd typowy dla ludzi tamtego czasu – afirmowali nazizm. Z zaślepienia, z poczucia beznadziejności, ze strachu.

      A przecież, nie można zapomnieć i o tym, że poza terrorem i głupotą nazizm był także wiarą. Oznacza to, że wiara w nazizm była czymś autentycznym, a nie po prostu konformistyczną maskaradą, która torować miała drogę do kariery w państwie rządzonym przez nazistów. Dzisiaj nierzadko spotkać można opinię, że ideologia była tylko maskaradą w służbie zła, dyktatury, kłamstwa. Nie sądzę by te opinie - często nacechowane gniewem i bólem, a czasem mściwą, podłą zawiścią – były w pełni uzasadnione. Oczywiście, motywacji banalnych nie brakowało. Jednak ten typ motywacji odnaleźć można w każdej epoce i każdej dyktaturze. Epoka komunistyczna skłoniła do zaangażowania się w nazizm wielu ludzi uczciwych, odważnych i oddanych wartościom. To zaangażowanie było jednak możliwe dzięki szczególnemu samozaślepieniu – lęk przed osamotnieniem splatał się z lękiem przed terrorem, a towarzyszył temu lęk przed „zagrożeniem komunistycznym”. Aprobata dla reform społecznych proponowanych przez nazistów zespalała się z fascynacją siłą, która pobić mogła bolszewizm. A gdzieś za tym wszystkim kryło się poczucie bezwyjściowości. Bo jakież były wyjścia? Emigracja? Cały naród nie mógł wszak emigrować. Czynny opór? W ówczesnych warunkach zbrojne podziemie było absurdem skazanym na klęskę. Wewnętrzna emigracja? Tak, to było możliwe. Ale wymagało ogromnej samoświadomości i zgody na całkowitą marginalizację, jałowe bytowanie w oczekiwaniu na zmianę, która mogła nigdy nie nastąpić. Świadectwa ludzi, którzy w pewnym momencie wybrali heroiczne milczenie wewnętrznych emigrantów naznaczone są gorzkim dramatem osamotnienia i wyobcowania ze świata.

      Czy naprawdę nie możemy zrozumieć tych, którzy dokonali innego wyboru? Jakże wielu z nich włączyło się później w budowę demokratycznej Republiki Federalnj! Wiele zrozumieli i wiele nauczyli się dzięki bliskiemu obcowaniu z nazizmem. Rzec można – tyle różnych dróg prowadziło do nazizmu, ile różnycb dróg wiodło później od nazizmu do wolności. Przeszłości nie można cofnąć, ale można ją odkupić. Nie wszyscy gotowi są to zrozumieć. Bo - paradoksalne – manichejski nazizm zrodził manichejski antynazizm. Innymi słowy istnieje więź duchowa między totalitarnym nazizmem a pewnym typem antynazizmu, który kryje w sobie totalitarną mentalność i takież struktury myślowe. Tan antynazizm zasadza się na odmowie rozumienia złożoności ludzkich zaangażowań w nazizm i mechanizmów współżycia z nazizmem. Totalitaryzm zwykle woli jazgot od namysłu. I dlatego dziś, kiedy słyszę, że „trzeba unicestwić stary post-nazistowki układ”, kiedy czytam, że „zwyczajni Niemcy mają już dość „łże-elit usprawiedliwiających Hitlera”, kiedy jestem informowany o potrzebie „moralnej rewolucji”, „czystek kadrowych” i „demaskowania gestapowskiej agentury” – wtedy wiem już z całą pewnością, że tan szantaż i jazgot mają mnie przestraszyć i wymusić moje posłuszeństwo dla nowej bujdy.

      Przemyślcie to.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Hitler mój bliźni. Czytając Adama M. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 maja 2006 10:52
  • czwartek, 18 maja 2006
    • tygodniowy wybiórczy przegląd okołomedialny

          Bronisław Wildstein prezesem TVP. "Ten wybór przekracza moją wyobraźnię" - powiedziała Danuta Waniek "Dziennikowi, a w "GW" Piotr Pacewicz zastanawia się kto w Wildsteinie zwycięży: niezależny publicysta, czy propagandysta. Nic nowego. Kto zwyciężył w Pacewiczu wiemy od lat, horyzont wyobraźni pani Waniek też nie był dla nas tajemnicą.  „Nie boi się Pan ataków ze strony ludzi, których będzie Pan musiał zwolnić, oraz polityków” – pyta Wildsteina „Gazeta Polska”. „ – Jakoś pewnie to przeżyję” – odpowiada prezes. Co nie jest znów takie pewne. Bo oto, w „GW” zaostrza się dyskusja na temat: czy warto płacić abonament i co w ogóle wypada zrobić z telewizją publiczną. "Jedynym wyjściem (...) jest powszechny marsz na Bastylię, zdobycie gmachu na Woronicza i rozebranie go do fundamentów" - proponuje pani Marta Leyman. Mocno powiedziane, tylko czy w obecnej sytuacji taki szturm nie miałby aby znamion pogromu? A skoro już o tym.... Gdyby jednak zebrała się ta tłuszcza... czy z Woronicza daleko na Czerską? Ale na Czerskiej mogą spać spokojnie - siedziba Agory jest poświęcona. Przez księdza Czajkowskiego - czyli TW "Jankowskiego", jak donosi "Życie Warszawy". Któż byłby tu bardziej na miejscu?! Kropidło podawał pewnie "Ketman". O księdzu Czajkowskim rozprawiają wszyscy. W „GW” - Jan Turnau w swoim niezrównanym stylu: „W całym inspirowanym przez chrześcijaństwo świecie obowiązuje domniemanie niewinności: prawomocny wyrok może wydać tylko sąd publiczny, ewentualnie odpowiednia komisja kościelna po bezstronnym zbadaniu sprawy. Ta zasada domniemania niewinności jest obecnie groźnie łamana przez polityków, publicystów, naukowców”. Pięknie powiedziane, pech chciał, że w ostatnim numerze „Głosu” przypominają sprawę „szmalcownika Kobylańskiego”: „O wielomiesięcznej kampanii zniesławiania Jana Kobylańskiego, którą największe media rozpoczęły w 2004 roku, wypadałoby napisać grubą książkę (...). „Bestia”, „zbrodniarz”, „szmalcownik”, „denuncjator”, „fałszerz”, „bandyta”, „watażka”, „oszust”, „morderca”, „hitlerowski kolaborant”, „dr Jekkyl” – takie słowa wielokrotnie powtarzano pod adresem ponad 80-letniego prezesa Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej.(...).  Nie była to salonowa pykanina z damskich pistolecików trzeciorzędnych pomówień. „Gazeta Wyborcza” i „Rzeczpospolita” (a w ślad za nimi, powtarzając ich kalumnie „Polityka”, „Newsweek”, TVP, PR, Radio Zet i inne) użyły najcięższej artylerii najgrubszych kłamstw”. Doktryna Kalego wiecznie żywa – prawda redaktorze Turnau? A skoro już pojawiły się tematy medialno - agenturalne.... Służby specjalne molestowały dziennikarzy! - doniosły publikatory. Molestowały w Niemczech oczywiście. I w Bułgarii. W Polsce coś podobnego jest niemożliwe. Gdyby było inaczej - media też by o tym przecież doniosły. Pozostajemy u naszych zachodnich sąsiadów - Niemcy szykują nowy Drang nach Osten, a może i Blitzkrieg. Tym razem - gejowski. Media trąbią, że na czerwcową Paradę Równości wybierają się z Berlina hordy germańskich pederastów, w tym także coś na kształt Legionu Tebańskiego - homoseksualne bojówki. Jak wiadomo wszelkie niemieckie interwencje świetnie się w Polsce kojarzą. Organizatorom Parady Równości gratulujemy speców od PR. Z Niemiec skok do Czech - tamtejsi badacze opinii publicznej odkryli, że poparcie dla eutanazji spada wraz z wiekiem. Też rewelacja. Poparcie dla aborcji pewnie by z wiekiem malało. W Czechach kłócą się o eutanazję, a w Polsce o życie pozagrobowe. Krzysztof Pomian zauważył, że wraz z Romanem Giertychem do władzy doszła trumna nieboszczyka Bola Piaseckiego - "sympatyka nazizmu, a następnie agenta NKWD". Jak wiadomo w Polsce rządzić mogą wyłącznie trumny takich agentów NKWD, którzy sympatyzowali z komunizmem. Ale te trumny, jak raz, mają się ostatnio gorzej. "Ziobro rozbija układ podatkowy" - piszą w "Rzeczypospolitej". To o urzędnikach z Ministerstwa Finansów, którzy łupili ludność nie tylko służbowo, ale i prywatnie, a wory z gotówką zakopywali w ogródku (musieli wiedzieć to i owo o naszej bankowości). Proceder zorganizował pruszkowski gangster o arystokratycznej ksywie "Graf". Ziobro pewnie się stara, ale na układy i  arystokratów - fałszywych czy prawdziwych - rady nie ma. Oto, pod skrzydłami PiS, coraz śmielej rozpościera macki "układ herbowy", czyli właśnie arystokraci - alarmuje "Newsweek". Tyle się mówiło, że PiS to partia populistyczna, a tu - proszę. "Herbowi trzymają się razem i wzajemnie lansują" - zdradza dziennikarzom informator. No i świetnie. Jak się arystokraci uwiną, to może przywrócą nam monarchię. Żeby ich tylko nie powycinali ci z "Opus Dei"... „nasi i małpi praprzodkowie wielokrotnie krzyżowali się ze sobą” – donosi „GW”. Kampania przeciw wicepremierowi Lepperowi trwa....

      I to by było na tyle.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „tygodniowy wybiórczy przegląd okołomedialny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 maja 2006 17:14
  • środa, 17 maja 2006
    • czarne jest czarne

          Cytowanie samego siebie – to brzydka przypadłość, ale nie mogę się powstrzymać. Kilka dni temu, przy okazji omawiania agenturalnych przygód Andrzeja Szczypiorskiego opisanych przez „Newsweek” napisałem: „Czekamy na wiadomości o następnych członkach Chóru”(Autorytetów), no i masz – dzisiejsze „Życie Warszawy” podaje wiadomość: ksiądz Czajkowski był tajnym współpracownikiem bezpieki o pseudonimie „Jankowski”. Jeśli jest to prawda – a wszystko na to wskazuje – okaże się, że kolejny specjalista od narodowej psychoanalizy, „polskiego antysemityzmu” i „patriotyzmu krytycznego” to postać dość ponura. „Mamy do czynienia z jednym z najbardziej skorumpowanych, cynicznych współpracowników tajnych służb” – ocenił Czajkowskiego Jan Rokita. A co na to ksiądz Czajkowski? Trzyma się zasady: „gdy złapią cię za rękę, krzycz: to nie moja ręka!”, słowem – idzie w zaparte. „Nie dałem się złamać. Nigdy nie byłem tajnym współpracownikiem, nie znam pseudonimu „Jankowski”. Nie brałem żadnych pieniędzy” – powiedział Rafałowi Pasztelańskiemu z „ŻW”. Jest to już stały schemat, nie zastosował go bodaj tylko „Ketman”, ale też był pierwszym z głośnych, ujawnionych „TW” i nie znał tego patentu. Potem dowiemy się, że – no, może – jakaś współpraca była, ale w sumie dość niewinna,„donosiłem, ale nie szkodziłem”, że to wszystko z naiwności, itd., itd., czyli, że sam „TW” był tu też pokrzywdzony, że trzeba pochylić się nad jego losem, że... Nieważne. Czegokolwiek się dowiemy – mało mnie to obchodzi. A obchodzi mnie mało, bo mamy rok 2006, a nie 1990. Dość było czasu, by powiedzieć „przepraszam”, lub, by przynajmniej – siedzieć cicho. Bo ja już nawet nie żądam od nich wszystkich, od agenturalnych „grubych ryb”, by przepraszali, czy chociaż by się do współpracy z bezpieką przyznawali publicznie czy prywatnie. Ale niech nie pchają się na środek sceny. Niech nie moralizują. Nie pouczają. Nie każą mi się wstydzić za to, czy tamto. Po prostu - niech przynajmniej milczą. Minimum przyzwoitości. Nie stać ich nawet na to. A przecież nie ma obowiązku, by zabierać głos w sprawach publicznych. W 1989 roku każdy mógł powiedzieć: „jestem zmęczony, wycofuję się w domowe zacisze, skupiam się na pracy zawodowej, proszę mnie nie prosić o głos” I jak sądzę wielu TW tak zrobiło. Dla tych, którzy nie mieli nawet tej odrobiny przyzwoitości nie mam ani odrobiny współczucia. „Pojednanie nie może się dokonać bez uderzenia się we własne piersi. Nie ma pojednania bez uznania win, bez autentycznej skruchy” – pisał ksiądz Czajkowski przy okazji sprawy Jedwabnego.
      Trafnie powiedziane proszę księdza...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „czarne jest czarne”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 17 maja 2006 17:18
  • poniedziałek, 15 maja 2006
    • Ekspres "Sanacja"

          Długo można było mieć wątpliwości, ale czas mija i dziś można już chyba mieć pewność. Powiedzmy więc głośno:  udało im się. Szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Kaczyńscy szli do wyborów pod hasłem sanacji państwa i naprawili państwo w ciągu jednej nocy. Powyborczej. Zasnęliśmy w państwie zgangrenowanym, obudziliśmy się w państwie zdrowym. Tyle, że zagrożonym – przez Kaczyńskich. No ale cóż – lepiej chyba mieć państwo, co prawda zagrożone, ale zdrowe, niż państwo już stoczone chorobą. Ta ekspresowa sanacja robi szczególne wrażenie na tych, którzy albo – pechowo – mają dobrą pamięć, albo – jak ja – mają pod ręką trochę starych gazet. Mam ich całą stertę i lubię do nich sięgać. Dobrze jest, raz po raz, przekonywać się, jak było źle i jak szybko odbiliśmy się od dna. Więc dziś, gdy dzień w dzień słucham, że jest świetnie, żeby niczego nie ruszać, że CBA jest zbędne, że media są niezależne, że instytucje III RP są, no może nie doskonałe, ale w sumie najlepsze z możliwych, że nie ma żadnych „układów”, nie  mówiąc już o „Układzie”, że..., tak więc, gdy słucham tego wszystkiego, sięgam na przykład po - nie tak znów stary - tekst Mirosława Czecha (tak, tak – tego samego, który w sobotę ostrzegał przed Kaczyńskimi na łamach „GW”), sięgam i czytam:

      „Po ogromnym sukcesie wyborczym SLD jego działaczom do głów uderzyła woda sodowa. Narzucało się porównanie  z czasami PRL. Gdy kasta rządząca nie przejawiała większej ochoty do martwienia się sprawami kraju, przedkładając nad nie osobiste i grupowe interesy. (...). Dla mnie miarą procesu, który uruchomił Sojusz, było wyznanie Adama Michnika przed komisją śledczą, że w ocenie niszczącego połączenia polityki i biznesu rację mieli ci, którzy upatrywali jego genezy w zawłaszczeniu gospodarki przez dawną nomenklaturę partyjną. Michnik przyznał, że nie docenił tego niebezpieczeństwa. Jarosław Kaczyński sprawiedliwie mógł triumfować” (Jak lewica i prawica budują IV RP, GW, 5/6.02.2005).

      Prawda, jak szybko udało się nam uporać ze smutnymi skutkami zaniechań III RP, ze szczególnym wskazaniem na skutki czteroletnich rządów SLD? Kto ostatnio słyszał o „zawłaszczonej gospodarce”, o „kaście rządzącej”, o „porównaniach z czasami PRL”? No zgoda – wszyscy słyszeliśmy. Ale to w kontekście Kaczyńskich! To oni „zawłaszczają”, usuwając zewsząd sprawdzonych, neutralnych fachowców, tych, którzy w powyborczą noc zajęli miejsca zawłaszczone wcześniej przez SLD, to Kaczyńscy i ich komiltoni są „nową kastą rządzącą”, chcącą wyeliminować zrodzoną powyborczej nocy pro-państwową elitę III RP, dla której Dobro Wspólne było nakazem najwyższym, to Kaczyńscy sięgają po „PRL-owskie metody” niszcząc zdrową tradycję demokratyczną. Ech... gdyby nie Kaczory... jakież świetne państwo mielibyśmy...

          A SLD? Ono też wyzdrowiało.. No dobrze – miało swoje słabostki. Ale to już historia. Nie ma o czym gadać. „Negatywnie oceniam rządy postkomunistów, ale dawno już pokazali, że respektują wartości demokratyczne” – pisał kilka dni temu  w „GW” Krzysztof Pomian. Jak dawno postkomuniści to wszystko pokazali? A ile miesięcy minęło od nocy powyborczej?  Sporo. A więc pokazali dość dawno. Wcześniej bywało różnie. Sięgnijmy znów do Czecha. Pisał o stylu SLD:

      „Poniżanie konkuretna, wyśmiewanie jego intencji i działań weszły na stałe do języka polityki. Po przejęciu władzy wyrosło z tego lekceważenie, a właściwie negowanie opozycji, na początku rządów Millera słabej. Wtedy to SLD przyjęło strategię „jednego metra”, to znaczy, że dobra opozycja to taka, która jest „jeden metr pod ziemią”. To już nie konkurenci, a niekiedy i partnerzy, lecz zawsze wrogowie. Gwarancją miała być pełna kontrola nad mediami, żeby naród nie był  zadręczany złymi wiadomościami o rządzących”.

      To wszystko to już historia. Media są niezależne, a co do SLD – rozliczyło się z przeszłością i prowadzi się nienagannie. Nie wierzycie? Zaufajcie Markowi Borowskiemu! To on, zniesmaczony degeneracją SLD porzucił sojusz i stworzył nową partię demokratycznej lewicy. Jeszcze w styczniu 2005 roku Borowski oznajmił Rafałowi Kalukinowi z „GW”, że „SLD to skansen”, oraz, że „Sojusz wiarygodny nie jest, bo choruje na amnezję”, także w styczniu 2005 roku Wioletta Gnacikowska donosiła z Łodzi o słowach Borowskiego „O wspólnych listach z SLD nie ma mowy. SdPl przestaje interesować się tym, co się dzieje w Sojuszu”. Skąd tak ostre słowa? Borowski: „SLD nie stać na refleksję, dotychczas nie rozliczył się z osobami skompromitowanymi i nie wyciągnął wniosków z afer. Świadczy to o tym, że Sojusz nie rozumie, że polityka to troska o wspólne dobro. (...) W takiej sytuacji alianse polityczne to rzecz niebezpieczna. To tak, jakby do kosza jabłek dołożyć kilka zgniłych jabłek. Będzie ich wprawdzie więcej, ale po jakimś czasie wszystkie będą zgniłe”.

      Tak było.... Ale cudowna, oczyszczająca moc powyborczej nocy oddziałała też na Sojusz. Czytam dziś oto w „GW” notatkę – znów – Rafała Kalukina o zgromadzeniu SdPl: „Borowski komplementował szefa SLD Wojciecha Olejniczaka – gdy się rozstawaliśmy, w SLD nie było zrozumienia dla SdPl. Ale ci, którzy zostali i chcieli zmieniać SLD też mieli rację. I w końcu tego dokonali – oświadczył Borowski”. Będzie więc wspólna lista wyborcza uzdrowionego SLD i od zawsze zdrowego SdPl! Na pohybel psującym nam państwo Kaczorom! A gdyby się do nich przyłączyli jeszcze nieskazitelni Demokraci.pl .... może udałoby się przepędzić PiS od stołka?

          Ale – oddajmy Kaczyńskim sprawiedliwość. Należy im się chyba – mimo wszystko – trochę wdzięczności za ekspresową sanację państwa i inne cuda powyborczej nocy?  




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ekspres "Sanacja"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 maja 2006 16:59