komentarze z onetu

Wpisy

  • piątek, 30 czerwca 2006
    • powstanie wyklęty lud ziemi?

          Co powiedzielibyśmy o gazecie, która włącza się w akcje organizowane przez grupy w rodzaju „NOP” czy „ONR”, słowem w akcje montowane przez narodowo-radykalny margines, nagłaśniając je, zachęcając do brania w nich udziału, przedstawiając je jako usprawiedliwiony „bunt społeczny”? Zaznaczmy: nie chodzi o podziemną gazetkę wydawaną przez politycznych radykałów, ale o największy dziennik w kraju, pismo ponoć umiarkowane i kładące nacisk na stronę etyczną życia publicznego. Cóż, zapewne powiedzielibyśmy, że albo osoby redagujące tą gazetę straciły rozum, albo -  że prowadzą jakąś podejrzaną operację, chcąc coś ugrać, choćby kosztem dobra publicznego. To nie fantazja. Z czymś takim mamy właśnie do czynienia, tyle, że nie są promowani radykałowie narodowi a lewaccy...

          Przypomnijmy: 24 czerwca była w Warszawie manifestacja, z reguły przedstawiano ją w mediach jako manifestację przeciw Romanowi Giertychowi, ale tak naprawdę odbywająca się pod hasłem ” O świecką szkołę, bezpłatne studia i socjalne państwo!”. Dodam – to już w mediach pomijano zupełnie – że plakat wypuszczony przez organizatorów manifestacji przedstawiał nagrobek z wizerunkami Giertycha, Rydzyka i Balcerowicza. C to za dowcipni organizatorzy? Otóż,  manifestacja organizowana była przez tzw. "Komitet Poparcia i Obrony Pracowników", udział zapowiedziały też głośna ostatnio Inicjatywa Uczniowska i potężny Związek Nauczycielstwa Polskiego, a także - ciekawostka - "przywódcy rewolty francuskiej młodzieży". Najciekawsze jest to, że za nagłaśnianie całej tej imprezy zabrała się „Gazeta Wyborcza”...  

          Oto w „GW” z 21 czerwca mogliśmy przeczytać, że „Górnicy przyjdą uczniom z odsieczą”. Szło to tak: „We wrześniu w szkołach zaczną działać komitety strajkowe – zapowiedział wczoraj Aleksander Pawłowski z Inicjatywy Uczniowskiej”, „Górnik Krzysztof Łabądź z KPiORP rozdawał ulotki nawołujące do demonstracji w sobotę „O świecką szkołę, bezpłatne studia i socjalne państwo!”. Do stolicy przyjechać ma 1,5 tysiąca osób. – Główną siłą napędową będą górnicy. Posyłają dzieci do szkół i nie chcą, by uczyły się w indoktrynowanych przez Romana Giertycha. Będą też przedstawiciele francuskiego ruchu młodzieżowego, którzy protestowali przeciwko ustawie o tzw. kontrakcie na pierwsze zatrudnienie – zapowiada Florian Nowicki z KPiORP”. Zapamiętajmy nazwiska owego ucznia, górnika i członka KPiORP i idźmy dalej....   

          23 czerwca 2006 roku ukazał się w "GW" artykuł Sławomira Sierakowskiego, redaktora pisma "Krytyka Polityczna", artykuł noszący tytuł "Coś pękło, coś się zaczęło". Impulsem do napisania tekstu również była manifestacja mająca odbyć się następnego dnia. Według Sierakowskiego mamy do czynienia z taką oto sytuacją: "hasła sprzeciwu wobec ministra Giertycha z manifestacji studenckich i uczniowskich trafią (...) na sztandary związkowców, robotników i działaczy związanych dotąd z obroną praw pracowniczych". Dla Sierakowskiego jest to przejaw budzenia się polskiego społeczeństwa, tudzież przejaw łączenia się siły robotników i inteligentów - zupełnie jak w czasach "Solidarności". Sierakowski wiele sobie po tym procesie obiecuje. Pisze: "Wiele wskazuje na to, że nadchodzące wakacje (...) będą jedynie ciszą przed burzą (...) będzie to czas przygotowania akcji, które kulminację powinny znaleźć w październiku" (miesiącu symbolicznym - zauważa Sierakowski mając chyba na myśli bolszewicki pucz). Zdaniem autora najważniejsza jest "koordynacja działań", tak, by doszło do współpracy "wszystkich zaangażowanych w kontestację środowisk". Powinno więc powstać jakieś "porozumiewawcze ciało", a później, w "odpowiednim momencie" dojść ma do "przemyślanej i dobrze zaplanowanej radykalizacji działań", Sierakowski wyjaśnia, że chodzi o "strajk studencki połączony z całym szeregiem innych akcji". Mamy do czynienia z sytuacją zdumiewającą - największy dziennik kraju, bo takim jest "GW", zajmuje się przygotowywaniem strajków studenckich (oraz "szeregu akcji" innego rodzaju). Tak właśnie jest - inaczej nie da się ująć tego, co robi "GW". No dobrze, ale kogo właściwie promuje? Zacznijmy od głównego organizatora manifestacji, czyli – Komitetu Pomocy i Obrony Pracowników...  


          KPiORP powstał na początku 2006 roku. Inicjatorami byli: znany nam już górnik Krzysztof Łabędź z "Sierpnia 80", Dariusz Skrzypczak z "Solidarności" (w poznańskiej "Goplanie"), Sławomir Kaczmarek ze Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza (Łódź). W skład KPiORP weszły WZZ "Sierpień 80" z kopalni "Budryk"i Tramwajów Warszawskich, Związek Zawodowy Metalowców wchodzący w skład OPZZ, Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza z łódzkiego "Uniteksu". W pracach Komitetu uczestniczy też Czerwony Kolektyw/Lewicowa Alternatywa, Grupa Na Rzecz Partii Robotniczej, Młodzi Socjaliści, Stowarzyszenie "Enklawa". Komitet popierają Ruch Nowa Generacja, OMTUR, redakcje "Nowego Robotnika", "Rewolucji" i portalu "Lewica.pl". Dodajmy, jako ciekawostkę, że w styczniu 2006 roku Komitet poparła Komunistyczna Partia Polski. Oświadczenie KKW KPP wzywało członków i sympatyków partii, by Komitetowi pomagali. Zaznaczmy, że działalność organizacji odwołujących się do ideologii komunistycznej jest w Polsce zabroniona...  

          Najsilniejsze związki ma KPiOP ze środowiskiem "Sierpnia 80" i Polską Partią Pracy – do niedawna marginalną lewacką organizacją (siedzibę KPiORP znalazł sobie w katowickiej siedzibie "Sierpnia 80", organizacja najsilniejsza jest na Śląsku – stąd ci górnicy”).  "Sierpień 80" sam zresztą związany jest z Polską Partią Pracy, założycielem "Sierpnia 80" był lider PPP, nieżyjący już Daniel Podrzycki. Związki te są bardzo silne - PPP i "Sierpnień 80" przenikają się w wymiarze personalnym. Spora część Komisji Krajowej "Sierpnia 80" jest zarazem organizatorami struktur i koordynatorami działań PPP w terenie. I tak na przykład Bogusław Ziętek, Przewodniczący Związku, zajmuje się organizowaniem PPP na terenie Śląska, Tomasz Adamski, członek KK "Sierpnia 80" organizuje PPP na dolnym Śląsku, Janusz Anioł, członek KK "Sierpnia 80" organizuje PPP w Małopolsce, Krzysztof Mordasiewicz, członek KK "Sierpnia 80" organizuje PPP w województwie warmińsko-mazurskim, Szczepan Kasiński, członek KK "Sierpnia 80" zajmuje się PPP na terenie łódzkiego. Szczególnie ciekawą postacią, w kontekście środowisk popierających KPiORP jest Zbigniew Kowalewski. Otóż, Zbigniew Kowalewski jest członkiem Komisji Krajowej "Sierpnia 80", zarazem organizatorem struktur i koordynatorem działań PPP na lubelszczyźnie, jest także zastępcą redaktora naczelnego edycji polskiej pisma "Le Monde Diplomatique" i członkiem redakcji pisma "Rewolucja". I do docieramy do ideowych fascynacji środowiska PPP i „Sierpnia 80”. Zatrzymajmy się przy "Rewolucji" - skład Rady Redakcyjnej tego periodyku jest równie długi co imponujący (i międzynarodowy). Znajdziemy tam przedstawicieli takich środowisk jak Związek Rewolucyjnych Komunistów (LCR - Francja), Instytut imienia Lwa Trockiego, Instytut imienia Che Guevary, Partia Odrodzenia Komunistycznego, Zapatytowski Front Wyzwolenia Narodowego, ATTACK, Czwarta Międzynarodówka, Arabski Ośrodek Badawczy (ARC). Treść jest taka jakiej można się spodziewać – znajdziemy w "Rewolucji" teksty Trockiego czy Che. Jeśli chodzi o Polskę -  w skład Rady Redakcyjnej "Rewolucji" wchodzą Dariusz Zalega związany z "Nowym Robotnikiem", oraz Przemysław Wielgosz i Stefan Zgliczyński, ci dwaj ostatni związani są z półrocznikiem "Lewą Nogą". Rzućmy okiem na "Nowego Robotnika" i "Lewą Nogę". Otóż, "Nowy Robotnik" powstał w 2003, jest to kontynuacja pisma "Robotnik Śląski", pismo związane jest z "Sierpniem 80", więc także z PPP - wracamy do starych znajomych. Redaktorem naczelnym jest Marek Wyrwisz, pozostali członkowie redakcji Jan Czarski (pseudonim), Jarosław Urbański, Maciej Roszak, Sebastian Glica, Piotr Szumlewicz (dane za Wikipedią), często dawali przedruki z "Le Monde Diplomatique". Jeśli zaś chodzi o "Lewą Nogę" - charakterem przypomina "Rewolucję", zresztą Zbigniew Kowalewski - skoro już o nim mowa -  z "Lewą Nogą" współpracuje, możemy w "Lewej Nodze" poczytać na przykład teksty Beli Kuna, zbrodniarza komunistycznego z czasów Węgierskiej Republiki Rad. Ostatni, siedemnasty numer "Lewej Nogi", poświęcony w dużej mierze potępieniu Izraela, wydano przy finansowej pomocy Fundacji imienia Róży Luksemburg. Tu ciekawostka, otóż, fundacja ta powstała w Berlinie w roku 1990, za "bliską" uznaje ją Partia Demokratycznego Socjalizmu, czyli niemieccy postkomuniści - PDS pojawiła się w grudniu 1989 roku po przepoczwarzeniu się Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec(co ciekawe, z "Lewą Nogą" współpracuje Wojciech Orliński, dziennikarz "GW". Dodajmy, że Przemysław Wielgosz został niedawno redaktorem naczelnym polskiej edycji "Le Monde Diplomatique" (przypomnijmy - zastępcą redaktora został Zbigniew Kowalewski). W "Le Monde Diplomatique" możemy znaleźć mądrości w rodzaju: "Czy podczas "zimnej wojny" przypadkiem nas nie oszukano? Czy naprawdę była to wojna pomiędzy totalitaryzmem i demokracją, czy też tylko odwieczna konfrontacja pomiędzy przeważającą na kuli ziemskiej społecznością biednych i będącą w mniejszości społecznością bogatych, gdzie Stany Zjednoczone zastąpiły Europę w roli centrum systemu?". Cytuję "Le Monde Diplomatique" z tylnej okładki książki "Państwo zła" Williama Bluma, książka opisuje USA jako "mroczne imperium". Uff... Napisałem to wszystko, by pokrótce choć zarysować ideowo organizacyjne uwikłania lansowanego przez „GW” górnika Łabędzia

          Co ciekawe, nawet wśród lewaków ocena "Sierpnia 80" i PPP nie jest jednoznaczna, są tacy, co oceniają to środowisko jako „faszyzujące”, wciąż pamięta się o ich (dawnych) związkach z Narodowym Odrodzeniem Polski (NOP) czy Instytutem Schillera. Warto przypomnieć, że przedstawiciele "Alternatywy", poprzedniczki PPP, pojawili się w Paryżu przy okazji manifestacji Frontu Narodowego Le Pena, co w maju 2002 roku z oburzeniem odnotowała, dziś im pomagająca, "GW", te sympatie środowiska "Alternatywy", PPP, "Sierpnia 80" były większe - katowicki "Sierpień 80" swego czasu zaprosił do Polski zastępcę Le Pena, z czasem poszli ostro na lewo, i opłaciło się skoro zyskali poparcie samej „GW”...  

          To był zarys środowiska ideowo-politycznego górnika Łąbędzia, zajmijmy się teraz Florianem Nowickim. Czy wiecie co to jest Grupa Na Rzecz Partii Robotniczej (GPR)? Otóż, GPR jest polską sekcją Komitetu Na Rzecz Międzynarodówki Robotniczej, czy Komitetu na Rzecz Budowy Międzynarodówki Robotniczej - jak zwał to zwał, po angielsku nazywa się to Committee for Workers International (CWI). Środowisko CWI wyznaje jeden z odłamów trockizmu, wyłonili się z założonej przez Trockiego IV Międzynarodówki. W 1965 roku na kongresie IV Międzynarodówki doszło do wydalenia z niej tzw. "opozycji marksistowskiej" - i to był właśnie zaczyn CWI, formalnie pojawili się w 1974, dziś mają kilkadziesiąt sekcji na całym świecie - polska GPR jest jedną z nich. Określają się jako „walcząca międzynarodowa organizacja socjalistyczna, walczą – rzecz prosta - o „obalenie kapitalizmu”, lubią ponoć bardzo tzw. entryzm, czyli przenikanie do wnętrza innych organizacji, szczególnie zależy im na pozyskiwaniu studentów.
      GPR włączyło się w kampanię wyborczą PPP, później współpracowali z PPP na gruncie KPiORP, ostatnio - zdaje się 26 czerwca 2006 roku - zawarły ścisłe porozumienie, część członków GPR wstąpiła do PPP. Porozumienie ze strony PPP podpisał Bogusław Ziętek (przypomnijmy - zarazem przewodniczący "Sierpnia 80"), ze strony GPR nie kto inny, tylko pan Florian Nowicki promowany przez naszą poczciwą „GW” jako pogromca Giertycha. Na mocy porozumienia GPR zachęcać ma swoich członków i sympatyków do współtworzenia i rozwijania struktur PPP...

          W porządku – dowiedzieliśmy się czegoś o górniku Łabędziu i panu Nowickim, został nam jeszcze kolega Aleksander Pawłowski z Inicjatywy Uczniowskiej. Na szczęście wokół IU zrobiło się ostatnio trochę szumu, co zwalnia nas z obowiązku rozpisywania się na jej temat, przypomnijmy, że IU to po prostu młodzieżówka Federacji Anarchistycznej. A skoro już jesteśmy przy FA... IU to ich młodzieżówka, a odpryskiem robotniczym Federacji jest nie kto inny tylko – Inicjatywa Pracownicza, związek zawodowy znany nam jako jedna z sił popierających KPiORP. Inicjatywa Pracownicza nawiązuje do idei anarchosyndykalizmu, na ich stronach internetowych  znaleźć można teksty z pisma „Rewolta”, na przykład interesujący artykuł „Niech żyje sabotaż!”. Polecam.

          Co tam jeszcze było? W relacjach TV rzucały się w oczy sztandary „Pracowniczej Demokracji”. Znów wkraczamy na teren międzynarodowy. PD to polska sekcja organizacji „Międzynarodowy Socjalizm”. Chcą – między innymi – robotniczej kontroli nad wszelkiego rodzaju miejscami pracy, demokrację parlamentarną uważają za „niewystarczającą i ubogą” (albowiem demokracja prawdziwa powinna się opierać na komitetach delegatów, mniej więcej jak to było na początku rewolucji bolszewickiej). Chcą – łatwo zgadnąć – „obalenia kapitalizmu”, uważają, że musi to być „dzieło milionów”,  póki co jest ich mniej, ale – zyskują poparcie prawdziwych potęg, na przykład „GW”...

          Nie chcę przedłużać tej wyliczanki – lewackie partyjki są do siebie podobne. Ale, ponieważ wśród organizacji popierających KPiORP pojawił też twór „Czerwony Kolektyw – Lewicowa Alternatywa” dodam, że między Pracowniczą Demokracją a CK/LA doszło do spięcia. Poszło o tzw. „Inicjatywę Stop Wojnie”, aktywiści CK/LA zarzucali środowisku PD, że – posłuszne dyrektywom swej zagranicznej centrali – opanowało inicjatywę i wykorzystuje ją do autopromocji. Było to jakiś czas temu, dziś chyba pogodził ich Giertych (akcje razem ze „Stop Wojnie” organizował ZNP)

      Całe to towarzystwo zebrało się w sobotę 24 czerwca, zebranie zakończyła „Międzynarodówka”. Czy kogoś to dziwi?

      Pora na podsumowanie, ale – ponieważ tekst jest długi – podsumowanie będzie w drugim kawałku ...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „powstanie wyklęty lud ziemi?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 30 czerwca 2006 17:06
  • środa, 28 czerwca 2006
    • bagno

          Wyobraźmy sobie osobnika, który w roku 1990 zapada w sen i budzi się w roku 2006. Budzi się, sięga po gazety i ... dochodzi do wniosku, że niewiele stracił. W „GW” mógłby – jak zwykle – poczytać o nacjonalistycznym zagrożeniu (tudzież o polskim antysemityzmie), ale zostawmy „GW” na boku, sięgnijmy po „Życie Warszawy”. Sięgamy i dowiadujemy się, że w Ministerstwie Finansów pracują ludzie związani z PRL-owskimi służbami specjalnymi, że „dla nikogo nie jest to tajemnicą”, oraz, że – być może – to właśnie próba usunięcia ich z ministerstwa wysadziła z siadła wicepremier rządu. A wszystko to dzieje się mniej więcej siedemnaście lat po słynnym „Okrągłym Stole”! I nawet niespecjalnie to kogokolwiek dziwi, nasłuchałem się serwisów informacyjnych, rzecz przyjęto jak coś prawie naturalnego, ot – kolejny podejrzany „wypadek” okołolustracyjny z PRL-owską bezpieką w tle. Kilkanaście lat po „końcu PRL”! Bardzo jestem ciekaw jakie to walory sprawiają, że współpracownicy bezpieki okazują się fachowcami nie do zastąpienia. Przez siedemnaście lat można przecież wymienić personel wszystkich urzędów, nie tylko ministerstw, ale niechby chociaż ich!, i to wymienić w stu procentach. Więcej! Od biedy do roku 2006-go dałoby się – gdyby kto chciał – powprowadzać wszędzie ludzi, którzy w roku 1989 mieli po 10-20 lat (dziś mają przecież już po 27-37).  Tymczasem, bodaj w każdym newralgicznym miejscu, mamy do czynienia z okopaną starą nomenklaturą trzymającą się stołków zębami i pazurami. Przez kilkanaście lat nie dało się załatwić do końca nawet tak oczywistej sprawy jak lustracja. Od lat mogliśmy mieć to wszystko za sobą – gdyby na początku lat 90-tych tak wielu, tak ochoczo nie zabrało się za ochranianie trupa PRL-u i wmawianie nam, że mamy „normalne państwo”. Pamiętajmy chociaż kto nam zafundował to bagno... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „bagno”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 28 czerwca 2006 17:38
  • poniedziałek, 26 czerwca 2006
    • dwuznaczna Agnieszka

          Analogia „gej czyli Żyd” staje się w Polsce powszechna – twierdzi Agnieszka Graff w sobotniej „GW”– i na poparcie tej tezy przytacza aż trzy przykłady. Z tymi przykładami zresztą nie wyszło jej najzręczniej - przykład numer dwa to napis, jaki Graff widziała na siedzeniu w autobusie głoszący: „to jest prawda a nie mit – tam gdzie gej, tam i Żyd”, a w przykładzie numer trzy pojawia się, jak raz, nie kto inny tylko Konstanty Gebert przemawiający na pro-gejowskim wiecu. Kto wie – może napis wysmarował jakiś uczestnik wiecu by uwiecznić swoje wrażenia? Prawdy się tu nie dojdzie. Nie będziemy tonąć w dygresjach, odnotujmy tylko, że Graff ma osobliwą skłonność do dowodzenia swoich racji przy pomocy napisów widzianych a to na murze, a to na siedzeniu w autobusie, może i dobrze, że – jako kobieta – nie ma wielu okazji do studiowania napisów zdobiących męskie toalety publiczne, bo jeszcze doszłaby do wniosku, że ten „dekadencki, niekontrolowany popęd seksualny” przypisywany ponoć pederastom przez homofobów ma równie mocne oparcie w dowodach, co i jej uwagi o powszechności analogii „gej czyli Żyd”. To powiedziawszy przechodzimy do rzeczy, a ta jest nadzwyczaj ciekawa...

          Bo oto, z tekstu pani Graff, dowiadujemy się, że analogią „gej czyli Żyd” posługują się zarówno przeciwnicy, jak i zwolennicy „praw mniejszości seksualnych”. Ci pierwsi, by „wzbudzać nienawiść”, ci drudzy, by „przed tą nienawiścią ostrzegać”. I Agnieszka Graff nie widzi w tym nic zdrożnego! Przeciwnie. Przyznaje wprost, chyba z satysfakcją: „Zwolennikom praw mniejszości seksualnych analogia „gej czyli Żyd” przyniosła już sporo pożytku – pozwoliła zintegrować wokół swojej sprawy ludzi, których łączy nie tyle sympatia dla gejów i lesbijek, co sprzeciw wobec antysemityzmu”. By docenić smaczek tej sprawy musimy przypomnieć w jaki sposób pani Graff, więcej – całe jej środowisko, postrzega polskie społeczeństwo. W wizji tej społeczeństwo polskie przesiąknięte jest dogłębnie antysemityzmem i homofobią. Są to przypadłości powszechne – jeśli pominąć garstkę tych, którzy z antysemityzmem i homofobią walczą, Graff zwie ową garstkę „postępową inteligencją”. Dodajmy, bo to ważne, że według Graff „homofobia jest zjawiskiem znacznie od antysemityzmu powszechniejszym”. Teraz: funkcjonując, jak wierzą, w homofobicznym i antysemickim społeczeństwie środowisko pani Graff nie ma nic przeciw temu, by ... homofobię z antysemityzmem zmiksować. Powtórzmy: tam, gdzie, ponoć, „homofobia jest zjawiskiem znacznie od antysemityzmu powszechniejszym”, Graff i towarzysze na siłę chcą skojarzyć Żydów z homoseksualistami.  A wszystko po to, by „zintegrować wokół swojej sprawy”, czyli „walki o prawa mniejszości seksualnych”, ludzi, „których łączy sprzeciw wobec antysemityzmu”.

          Rozumiemy zapał w walce o „prawa mniejszości seksualnych”, ale co pani Graff zawinili Żydzi, by sobie z nimi poczynać tak instrumentalnie? Jeśli społeczeństwo jest antysemickie i homofobiczne, to – doprawdy – łączenie Żydów z homoseksualistami nie przysporzy popularności tym pierwszym (tym drugim zresztą też nie, ale skoro homofobia silniejsza jest od antysemityzmu, to skojarzenie Żydów z homoseksualizmem zaowocuje raczej wzrostem antysemityzmu, niż homofobii). I nie ma tu znaczenia kto łączy, czy przeciwnicy „praw mniejszości seksualnych”, by „nienawiść wzbudzać”, czy zwolennicy owych praw, by „przed nienawiścią ostrzegać”. Nielubiane kojarzone z jeszcze bardziej nielubianym nie zmienia się w lubiane, niezależnie od tego, kto kojarzy. Jeśli instrumentalne wykorzystywanie Żydów w celach propagandowych, wykorzystywanie mogące mieć niekorzystny dla Żydów skutek, uznamy za działanie antysemickie – pani Graff i koledzy poczynają sobie antysemicko. I tu pojawia się pytanie: czy zauroczenie analogią „gej czyli Żyd” garstki „postępowej inteligencji” usprawiedliwia takie poczynania? Albo Graff nie wie co robi, albo uprawia antysemicką dywersję, albo sama nie bardzo wierzy w mroczną wizję homofobicznych i antysemickich Polaków. Co do mnie, wizji tej z Agnieszką Graff nie dzielę, więc całe to pisanie o wzroście antysemityzmu, to tylko takie sobie pisanie, ale – powtarzam – na gruncie poglądów Graff jej działania są mocno dwuznaczne... Kto by pomyślał?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „dwuznaczna Agnieszka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 czerwca 2006 17:06
  • piątek, 23 czerwca 2006
    • anihilacja moralności

          Zawodowi pisacze listów otwartych uraczyli nas kolejnym listem, tym razem jest to list wyrażający wdzięczność ks. Czajkowskiemu. „Nasza wdzięczność jest niezależna od tego czy i w jakim stopniu był on w swoim czasie uwikłany w relację w SB” – piszą autorzy listu.  Wynika z tego, że, po pierwsze autorzy listu sami najwyraźniej nie bardzo wierzą w wersję Czajkowskiego, który mówi „nie współpracowałem”, po drugie, to czy Czajkowski był, czy nie był TW, zdaje się nie mieć dla nich żadnego znaczenia. A nie ma znaczenia przez wzgląd na nauki głoszone przez Czajkowskiego. „Z pełnym przekonaniem bronimy wartości jego nauczania, które pozostaje aktualne. Mamy za co być mu wdzięczni” – piszą autorzy. I tu pojawiają się kłopoty. Bo jeśli owe wartości są coś warte, to chyba mogą służyć ocenie ludzkiego zachowania, także zachowania ks. Czajkowskiego. Ostatecznie temu, między innymi, służy moralizowanie: pozwala oddzielić czyny godne od niegodnych. Jak więc ks. Czajkowski wypada w świetle własnych nauk? Zaznaczam: nie mam tu na myśli jego bezpieczniackich uwikłań; chodzi mi o jego zachowanie po roku 1989. Otóż, wypada dość marnie. Wiele mówił o konieczności wyznania win, wzywał do odważnej rozprawy z własnymi grzechami, o potrzebie rozliczenia się z trudną przeszłością itd., itd. Wszystkiego tego wymagał od innych, sam tych cnót najwyraźniej nie praktykując. Tymczasem autorom listu zdaje się to nie przeszkadzać. Nie dokonują oceny czynów ks. Czajkowskiego na gruncie jego nauk. Teoria najwyraźniej nie służy im do oceny praktyki, przekaz wydaje się być dla nich ważniejszy od dawania mu świadectwa czynem.  Więcej – mówienie o zasadach zdaje się, według nich, usprawiedliwiać czynne gwałcenie  zasad, które się głosi. W tej sytuacji pojawia się pytanie o wartość praktyki. Wygląda na to, że, skoro samo gadanie o moralności usprawiedliwia zachowania niemoralne, to nie warto sobie praktyką zawracać głowy. Wystarczy poteoretyzować.  Podsumujmy: skoro teoria nie może nam służyć do oceny praktyki, to trudno doprawdy powiedzieć do czego miałaby nam być potrzebna. A, z kolei,  skoro praktyka blednie wobec teorii, to po co praktykować? Dochodzimy do czegoś na kształt anihilacji moralności, i pozostaje nam chyba tylko estetyczna kontemplacja umoralniających przekazów. I to chyba uprawiają autorzy listu – są wdzięczni Czajkowskiemu, bo mówił rzeczy, które im się podobały... 


      PS

      List znam tylko z fragmentów dostępnych w sieci, zakładam, że oddają w pełni jego wymowę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „anihilacja moralności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 23 czerwca 2006 17:09
  • wtorek, 20 czerwca 2006
    • bez przebaczenia

      Dla niezorientowanych: znów obowiązuje Stary Testament. Do niedzieli mieliśmy kurs na wartości ewangeliczne - ale to już historia. Jeszcze w sobotę Andrzej Romanowski wzywał na łamach „GW” by wybaczać bezwarunkowo, nie oczekując wyrazów skruchy od winowajcy (domagać się skruchy – to przejaw pogaństwa), dziś na topie jest podejście „oko za oko” (a może i „przekleństwo do siódmego pokolenia”).

      Ale – do rzeczy. Romanowski swoje kazania wygłaszał – jak to on - w kontekście lustracji. Bezwarunkowo wybaczać mieliśmy esbeckim konfidentom. A komu wybaczyć nie można? Nie można wybaczyć Piotrowi Farfałowi – wiceprzewodniczącemu TVP, który 10 lat temu redagował gazetkę „Front” zamieszczającą ponoć treści rasistowskie. Nie interesuje mnie tutaj co Farfał pisał czy nie pisał we „Froncie”, zajmuje mnie bardziej nagła zmiana podejścia „ludzi gazety” do takich kwestii jak „przeszłość” czy „przebaczenie”. Oto okazuje się nagle, że przeszłość jest ważna. Nie możemy pozwolić sobie na żadną grubą kreskę! To nic, że Farfał się kaja (nawiasem mówiąc, w sposób przypominający tłumaczenia się ex-konfidentów). Mówi, że to „błędy młodości”, że „był naiwny”, że „dał się wmanewrować”, że „dziś by czegoś podobnego nie robił”, że się zmienił. Nieważne! Byłeś rasistą – jesteś nim na zawsze. Nie ma przebaczenia. Partia Demokratyczna zdążyła już nawet wydać oświadczenie, domaga się odwołania Farfały, twierdząc, że dla osób skompromitowanych rasistowskimi poglądami nie może być miejsca w życiu publicznym. „Nie tolerujemy nietolerancji” – pisze Marek Edelman i Janusz Onyszkiewicz. A wiek? Może młody wiek będzie jakąś okolicznością łagodzącą? W czasie przygód z „Frontem” miał Farfał około 16 lat. Wiadomo – wiek ośli. Jedni w tym wieku chcą pakować do wora wicepremiera Giertycha, inni redagują „Front”, później większości mija. Adam Michnik, na przykład, w tym wieku był komunistą. Michnik sugerował zresztą, by młody wiek brać pod uwagę przy rozważaniu przypadku jego brata – stalinowskiego sędziego. Mówił: „Kiedy zapadały najsurowsze wyroki, Stefan był dwudziesto paroletnim człowiekiem, który niewiele rozumiał z tego co się działo. Naturalnie to go nie usprawiedliwia, ale nie uzasadnia też aż takiego eksponowania jego roli w stalinowskich zbrodniach”. Więc może ze względu na wiek potraktować Farfałę łagodniej? Dać mu szansę? Nie! Nic z tego. A czy innym, nawet przyzwoitym ludziom, nie zdarza się związać z politycznymi radykałami? Ot na przykład – Wojciech Orliński, znany dziennikarz „GW”. Współpracuje Orliński z lewackim periodykiem „Lewą Nogą”, nie rasistowskim, ale praktykującym ostry „lewicowy antysemityzm” piętnowany na łamach „GW” przez Dawida Warszawskiego. Możemy w „Lewej Nodze” przeczytać teksty w rodzaju: „Grzechy założycielskie Izraela”, „Kto kogo spycha do morza”, „Izrael: bronie masowej zagłady i apartheid”, „Mów po hebrajsku, albo zamknij pysk!”. Czy to dobre towarzystwo dla dziennikarza „GW”? A Piotr Stasiński? Czyż nie został ostatnio napiętnowany przez szanowanych intelektualistów za ksenofobiczne wypowiedzi? Czy i dla niego nie ma miejsca w życiu publicznym? Tak by wypadało, chyba, że są równi i równiejsi... Oczywiście, że są ( i warto o tym pamiętać, gdy następnym razem Andrzej Romanowski będzie nas szantażował bezwarunkowym przebaczaniem, czy gdy ktoś będzie nam wciskał jakąś „grubą kreskę”, namawiał, żeby „nie rozliczać”, „dać szansę”, „wybrać przyszłość” itd., itd...). Są równi i równiejsi, ale dlaczego równiejsi mają być akurat ex-konfidenci SB i Piotr Stasiński?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „bez przebaczenia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 czerwca 2006 19:17
    • cykuta! raz!

          Mądrzy Grecy poczęstowali Sokratesa cykutą między innymi za to, że chciał pozmieniać im znaczenie słów. Gdybyśmy chcieli dziś Greków naśladować - szybko zabrakłoby cykuty. Jedno tylko słówko "równouprawnienie" męczone jest przez cały legion uszczęśliwiaczy ludzkości. Ot, na przykład trafiłem niedawno na artykuł opisujący feministyczny raj w Finlandii - Finlandia celuje ponoć w równouprawnieniu płciowym. A jak to wygląda? Ano, dowiadujemy się z artykułu, że przedsiębiorcy zatrudniający więcej niż 30 osób pod groźbą „surowych kar” muszą przygotowywać „żmudne i kosztowne” plany „walki z dyskryminacją”, że od lat 60-tych czynny jest „skandynawski model promujący niezależność kobiet od swych mężów”, że w zarządach firm, w których dominujące udziały ma państwo obowiązują „kwoty” kobiet-dyrektorów (co najmniej 20%), że – kosztem wysokich podatków – rozbudowano osłony socjalne, dzięki którym kobiety „mogą pogodzić życie rodzinne z karierą zawodową”, itd., itd.  

      Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że cała ta inżynieria społeczna, którą autor nazywa "równouprawnieniem" jest po prostu mocno rozbudowanym systemem preferencji. Autor sam to przyznaje pisząc "wszyscy Finowie są równi, ale Finki równiejsze" (nie wiem czy świadomie, ale na pewno celnie wywołując przy okazji skojarzenia z "Folwarkiem zwierzęcym"), ale słówku "równouprawnienie" nie przepuści. Musi je powyzyskiwać. Bo cóż innego zostaje? Przyznać, że kobiety potrzebują preferencji, by się z mężczyznami „zrównać”? Że ta „równość” osiągana jest trochę na siłę i na siłę utrzymywana? (spróbujcie tylko zwinąć te rozbudowane osłony socjalne a „patriarchat” wróci), że całe to „wyzwolenie kobiet” jest raczej „zmianą właściciela”? (funkcje spełniane niegdyś przez „rodzinę tradycyjną” bierze na siebie kolektyw-państwo). A może – nie daj Boże! – że kobiety i mężczyźni równi jednak nie są? Nie wypada! Feministki, które nie zajmują się prawie niczym innym, poza dowodzeniem nierówności płciowych, gdy im kto powie "kobiety i mężczyźni nie są równi" - rozszarpią. Wiem, bo próbowałem. A potem pojawia się - na przykład - Magdalena Środa z hasłem "10 kroków do równości" - i nic. Feministki są zachwycone. Trudno to doprawdy zrozumieć, ostatecznie Środa mówiąc, że do równości dzieli nas 10 kroków, mówi tym samym, że równości - póki co - nie ma, ale z takiego powodu, uchodzi jej to na sucho. Z tym „trudno to zrozumieć” to oczywiście żarty, rozumiem świetnie o co tu idzie – Środa przy innych okazjach głosi, że kobiety i mężczyźni równi są. Ściślej, feministycznym zwyczajem, twierdzi, że "kobiety i mężczyźni są równi, ale nie są równo traktowani". Oczywiście, jest to równie trafnym stwierdzeniem, jak "wszyscy ludzie są bogaci, tyle, że - póki co - niektórzy z nich są akurat biedni", ale kto na to zwraca uwagę?  

      A co do preferencji - mogę o tym wszystkim dyskutować. Tylko mówmy sobie pewne rzeczy wprost! Nie męczmy słów! Preferencje nazywajmy preferencjami, a równość równością! Do rozmowy wprost jestem gotowy, ale gdy ktoś chce mi powykręcać słowa mówię: cykuta! Raz!

      Tekst wykorzystany: Jacek Pawlicki, Skąd się wziął fiński raj kobiet, GW 18.06.2006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „cykuta! raz! ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 czerwca 2006 16:36
  • poniedziałek, 19 czerwca 2006
    • o wyższości III RP

          Krytycy projektu IV RP zarzucają, nowemu układowi władzy zaściankowość, brak obycia i prowincjonalizm. I faktycznie, coś jest na rzeczy. Weźmy afery. Jak wyglądały afery w III RP? Aż przyjemnie o nich poczytać! Co za rozmach! Jaka fantazja! Takich afer nie wstydziliby się i w Paryżu. Na przykład. Za „Wprost”: „urzędnicy ministerstwa pisali rozporządzenia podatkowe na zamówienie mafii paliwowej, umarzali wielomilionowe zobowiązania podatkowe, sprzyjali mafii hazardowej. (...). Kontrolerzy ministerstwa już kilka lat alarmowali kolejnych ministrów finansów rządów Leszka Millera i Marka Belki o faktach, które dziś są przyczyną śledztwa i spektakularnych zatrzymań skorumpowanych urzędników”. Albo coś takiego. Za „Onetem”: „Czy Marek Belka będąc premierem kłamał przed komisją śledczą badającą prywatyzację PZU? (...). Gdyby przyjąć kryterium przepływów pieniężnych afera PZU zyskałaby miano największej afery gospodarczo-politycznej III RP”. W grę wchodzą ciężkie miliardy.  I to jest afera! Międzynarodowa, zamieszani są szefowie rządu, tajne służby, holenderskie firmy, portugalskie banki, pojawia się ponoć nawet tajemnicze Opus Dei - prawie jak scenariusz filmu o Bondzie.

       A jakie mamy afery w IV RP? Aż wstyd pisać: „Albert Śledzinowski, szef klubu radnych PiS w Sopocie, jeszcze jako student prawa podrobił podpisy znajomych na umowach o przystąpieniu do funduszy emerytalnych. Został skazany na grzywnę”. Żałosne! Ale może coś znajdzie się w sferach rządowych? Jest! "Wiceminister zdrowia Bolesław Piecha (...) od trzech lat nie płaci składek w izbie lekarskiej" - odkryła "Rzeczpospolita".

      Nie, no proszę państwa, co to ma być? PRL-owski kryminał?

      Jeśli idzie o światowość – nowa władza ma jeszcze sporo do nadrobienia...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „o wyższości III RP”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 czerwca 2006 22:37
  • sobota, 17 czerwca 2006
    • atmosfera

          Mamy podobno w kraju „złą atmosferę” robioną przez PiS i LPR. Ta „zła atmosfera” pobudzać ma ponoć aktywność wszelkiego rodzaju faszystów, antysemitów, homofobów, itd., itp. Mogę się zgodzić, że atmosfera robi się nienajlepsza, ale  czy rzeczywiście „robi” ją PiS i LPR, i czy naprawdę sprzyja ona wyliczonym nieco wyżej radykałom? O ile mi wiadomo na poczynania grup w rodzaju „Krwi i Honoru” organy reagują wcale ostro, wszyscy grupy takie zgodnie potępiają, a jak to wygląda w przypadku radykałów lewackich? Przypomnijmy: kilka dni temu młodociani lewacy zorganizowali nielegalną manifestację pod budynkiem MEN-u, manifestację z wszelkimi atrakcjami łącznie z próbą okupacji budynku (czy – przynajmniej – jego dziedzińca), oraz z propozycjami utopienia wicepremiera w worze. Media zrobiły awanturników „przedstawicieli młodzieży”, niemal bohaterów, „GW” drukowała wypowiedzi wprost zachęcające uczniów do wzięcia udziału w tej burdzie, „Trybuna” wołała „jesteśmy z wami”. To nie koniec. Dziś, jakaś bojówka sprowokowała awanturę na samorządowej konferencji LPR w Olsztynie. I znów – przynajmniej w TVN-24 – zrobiono z prowokatorów „ofiary” (chętnie dowiedziałbym się, czy nie są aby członkami jakiejś organizacji politycznej). Chciałbym zobaczyć relacje telewizyjne, gdyby w podobny sposób na spotkaniu – powiedzmy – z Geremkiem zachowywali się członkowie Młodzieży Wszechpolskiej. Dalej. Gdy – jakiś czas temu – zaatakowano w Warszawie rabina Szudricha, znów nie brak było takich, którzy wiązali to z „atmosferą” jaką rzekomo tworzy nowy układ rządowy. W TV widzieliśmy przedstawicieli gminy żydowskiej mówiących, że dostają antysemickie anonimy. Dowiadujemy się oto, że ksiądz Isakiewicz-Zaleski też otrzymuje anonimy z pogróżkami. Rzecz prosta, mają związek z jego stosunkiem do lustracji. Czy nie jest to skutek „atmosfery”, jaką wokół lustracji kreują pewne środowiska? Ot, na przykład – Andrzej Romanowski, który w wyjątkowo już obrzydliwym tekście „Polska lustracja – nowy rozdział” zrobił z Zaleskiego ogarniętego pychą potwora, lustracyjnego szantażystę niszczącego ludzi. Albo coś takiego: kilka dni temu zdewastowano w Rzeszowie kilka grobów, straty wynoszą około 15 tysięcy złotych. Gdyby był to cmentarz żydowski wybuchłby skandal na cały świat, znów usłyszelibyśmy o „atmosferze”, ale cmentarz był katolicki, więc wydarzenie było lokalne, i nikt z żadną „atmosferą” wiązał go w mediach nie będzie (w tym przypadku dodam – i słusznie). Co chcę powiedzieć pisząc o tym wszystkim? Chcę powiedzieć, że gdybym miał do dyspozycji jakieś „duże medium” raz dwa wykreowałbym w kraju „atmosferę” niemal lewackiego terroru. I byłoby to uczciwsze, przynajmniej o tyle, że awanturników przedstawiałbym jako awanturników, a prowokatorów jako prowokatorów, nie zaś jako „przedstawicieli młodzieży” (czy „społeczeństwa”). Tak więc, „atmosferę” bym wykreował, ale nie sądzę, by organy Unii Europejskiej wydały w związku z tym jakąś rezolucję (w samych organach roi się od lewaków byłych i aktualnych). Ale – zostawmy UE w spokoju. Niepokojące jest to, że część (rzekomo)demokratycznej klasy politycznej najwyraźniej nie ma nic przeciw wyprowadzaniu polityki na ulice. I nie mam tu na myśli LPR, ale – np. – Partię Demokratyczną, czy SLD. A wspierają ich w tym dziele niektóre „duże media”. Lewaccy radykałowie dostają wyraźne sygnały, że ich agresja będzie przedstawiana jako „obywatelskie nieposłuszeństwo”. I doprawdy  - niczego więcej im do szczęścia nie trzeba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „atmosfera”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 17 czerwca 2006 16:47
  • czwartek, 15 czerwca 2006
    • prawda tekstu i Kinga D.

          My, reakcjoniści, miewamy swoje mroczne przyjemności, a jedną z nich jest niska satysfakcja jaką odczuwamy, gdy ten czy ów bojownik Postępu wpadnie we własne sidła. Zdarzyło się to właśnie wyjątkowo grubej rybie - samej Kindze Dunin.
      Zaczęło się niewinnie. Piotr Zaremba z "Newsweeka" komentując w swoim blogu program "Warto Rozmawiać", napisał:

      "Ale wewnątrz środowiska homoseksualnego przebłyskuje refleksja - skoro nadrzędną zasadą jest szczęście dla każdego, czemu nie dać prawa do tego również pedofilom. W Polsce powiedziała to szczerze jedynie Kinga Dunin, ale w programie Pospieszalskiego pokazano działacza partii Zieloni z Niemiec, który opowiada się za stopniowo coraz większą tolerancją wobec pedofilów".

      Kinga Dunin odpowiedziała Zarembie korzystając z gościnnych łam „GW”. Oznajmiła, że to co napisał Zaremba jest "zwykłym kłamstwem", oraz, co więcej, że "kłamstwo Zaręby nie jest przypadkowe". Cóż - skoro istnieje obiektywne "kłamstwo", to...aż strach pisać... czy nie wynika z tego, że istnieje też obiektywna "prawda"? (a może nawet PRAWDA?). I coś podobnego pisze... Kinga Dunin?! Rany boskie! Pani Kingo! Czy to nie profesor Bauman twierdził, że "obiektywna prawda" wiedzie wprost do krematoriów Auschwitz? Czy to nie Foucault głosił "prawda was zniewoli"? Od kiedy to Dunin wierzy w rzecz tak niebezpieczną jak „prawda obiektywna”?  Wszak jeszcze w wydanej niedawno książce „Czytając Polskę” pisała: „Nie ma sądów prawdziwych i nieprawdziwych, są jedynie sądy uznawane za prawdziwe i uznawane za fałszywe”. Skoro tak, dlaczego zarzuca Zarembie „kłamstwo”? Dlaczegóż nie przyznać Zarembie prawa do własnej prawdy? Może sobie chyba interpretować teksty, tak, jak mu się podoba. Nazwijmy to podejściem neopragmatycznym. Pisała Dunin we wspomnianej już książce: „nie mamy dostępu do żadnego „prawdziwego” społeczeństwa, jednej „prawdziwej” wersji tekstu literackiego”, dodając: „Można jedynie przekonywać do swojego punktu widzenia, czyli uprawiać reorykę”. I to właśnie Zaremba robi. Uprawia retorykę, korzystając z tekstu Dunin. Sam Rorty by temu przyklasnął! A Dunin? Czy Dunin przyznaje Zarembie prawo do własnej interpretacji jej tekstu? Skąd! Pisze: "W moim felietonie, który zasugerował Zarembie, że "jestem za przyznaniem prawa", nie pozostawiam jednak miejsca na domysły". Więcej! Dodaje wręcz: "Oczekuję od Piotra Zaręby publicznego oświadczenia, że źle odczytał mój felieton i usunięcia tekstu z zasobów internetowych "Newsweeka". Źle zrozumiał felieton! Litości! A więc mamy coś takiego jak „prawda tekstu” i „właściwa interpretacja”?

      Starczy. Nie pastwmy się nad Kingą Dunin za mocno. Niskie przyjemności należy dozować z umiarem. Rzecz zdaje się wyglądać tak: z takich czy innych powodów Kinga Dunin nie potraktowała tekstu Zaremby jako „tekstu” właśnie, nie przepuściła go przez swoje ulubione maszynki teoretyczne, zamiast tego odniosła się doń zgoła prostacko, zupełnie jakby wyrafinowane teorie, którym zwykle hołduje zgoła nie istniały. Dunin najwyraźniej sama nie bardzo wierzy w to, co głosi. Dzieli swoją intelektualną aktywność na – co najmniej – dwa kawałki. Co innego teoretyczne dywagacje, co innego szare życie. W tym pierwszym króluje a to Derrida, a to Rorty, a to Fish, to drugie rządzi się zasadami, które Kinga Dunin dzieli z przekupką czy tramwajarzem. Słowem kieruje się Kinga Dunin w życiu „prawdami potocznymi” miast teoriami postmodernistów, neopragmatysów, czy jakich tam jeszcze istów.  A skoro tak, skoro owe teorie pierzchają przed życiem przy pierwszej próbie nawet w przypadku Kingi Dunin, to – doprawdy – proszę nie wymagać ode mnie, bym traktował ją zbyt poważnie... 


      PS

      Przegląd medialny został zawieszony. W przeciwnym razie musiałby wyglądać mniej więcej tak:

      piątek - piłka nożna
      sobota - piłka nożna
      niedziela - piłka nożna
      poniedziałek - piłka nożna
      wtorek - piłka nożna
      środa - piłka nożna
      czwartek - piłka nożna
      ....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „prawda tekstu i Kinga D.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 czerwca 2006 17:36
  • środa, 14 czerwca 2006
    • "mały dziennikarz śledczy"

          Nie wiem czy dziwacy robiący spisy przeróżnych rekordów znaleźli w swoich spisach miejsce na kategorię „najszybszy dziennikarz śledczy”, ale – gdyby znaleźli – na pierwszym miejscu znalazłby się z pewnością ten as z „Rzeczypospolitej”, który ekspresowym tempie przeprowadził dziennikarskie śledztwo w sprawie przeszłości pana Jaromira Netzela, nowego prezesa PZU.  
      Tak się jakoś składa, że pewne dziennikarskie materiały śledcze pojawiają się jak na zamówienie, oczywiście nie sugeruję niczego – poza sprawnością naszych dziennikarzy. Netzel ani mi brat, ani swat, co z nim będzie zobaczymy, ale w całej tej sprawie zabrakło mi informacji o starym prezesie PZU, panu Cezarym Stypułkowskim. Dowiedzieliśmy się, że to dobry fachowiec, i – właściwie  - nic więcej. I to już był dobry powód, by zabawić się w dziennikarza śledczego. Bo też – powiedzmy sobie wprost - któżby nie chciał być dziś śledczym dziennikarzem? Dawniej (w młodym wieku) każdy chciał być kominiarzem, kosmonautą, czasem – aż wstyd pisać – milicjantem, dziś, pewien jestem, dzieci bawią się w dziennikarzy śledczych. Dziennikarz śledczy - oto pozytywny bohater naszych czasów. Uczciwy i bezwzględny tropiciel afer, nie pobłażający nikomu bojownik o Prawdę. To i ja tak chcę. Chociaż w skali „mini”. Ale – do rzeczy.

          Otóż, pan Cezary Stypułkowski to, okazuje się,  postać niezmiernie interesująca. Doradzał rządom PRL, sekretarzował Komitetowi Rady Ministrów ds. Reformy Gospodarczej, był też - w latach 80-tych - stypendystą Fulbrighta. Ta ostatnia informacja jest szczególnie ciekawa.  Otóż, w latach 80-tych na zagraniczne stypendia wysłana została grupa osób, które później odegrać miały kluczową rolę w czasie "transformacji ustrojowej". Jadwiga Staniszkis nazywa ich „pokoleniem 84”, jej zdaniem te wyjazdy były elementem scenariusza rozgrywanego przez władze PRL. Rzecz prosta najgłośniejszym przedstawicielem „pokolenia 84” jest „ojciec polskiej złotówki” Leszek Balcerowicz, ale - wracajmy do Stypułkowskiego. W 1991 roku Stypułkowski zostaje prezesem Banku Handlowego, kilka lat później odgrywa wiodącą rolę przy jego prywatyzacji. No, już o Banku Handlowym aż strach pisać. Sami sobie pogrzebcie. Dość powiedzieć, że na jego czele mógł się znaleźć tylko ktoś wyjątkowy, bo był to bank szczególny. Ot, na przykład - to za jego pośrednictwem operował niegdyś FOZZ. Starczy. BH zostawmy w spokoju, zajmijmy się innym bankiem, w którego orbicie pojawia się postać Stypułkowskiego, czyli Bankiem Inicjatyw Gospodarczych. BIG powstał w czerwcu 1989 roku, zakładały go osoby prywatne, między innymi późniejszy współzałożyciel Platformy Obywatelskiej Andrzej Olechowski (tak, zgadliście - to jeden z "pokolenia 84"), firmy państwowe, w tym PZU (po latach upasiony w międzyczasie BIG będzie brał udział w prywatyzacji PZU), a także prywatne spółki. Jakie spółki zakładały BIG? Na przykład "Interster". Otóż, tenże "Interster" dostał 4 miliardy (starych) złotych pożyczki od Komitetu ds. Młodzieży, na czele którego stał wówczas Aleksander Kwaśniewski. Dodajmy, że pieniądze nigdy zwrócone nie zostały. Komitet ds. Młodzieży ma zresztą jeszcze większe zasługi w budowie polskiego kapitalizmu, wsparł finansowo chociażby Bank Turystyki (był to czas burzliwego rozwoju sektora bankowego), szefem Rady Nadzorczej Banku Turystyki został pan Olechowski, ale zaznaczmy to tylko na marginesie, bo interesuje nas raczej BIG. Przy zakładaniu BIG czynnych było jeszcze całe mnóstwo innych interesujących postaci, na przykład pan Aleksander Borwicz, od października 1989 roku dyrektor gabinetu I sekretarza KC PZPR, nazwisko Borwicza pojawia się w kontekście sprawy "moskiewskiej pożyczki". BIG rozwijał się błyskawicznie, weźmy na przykład coś takiego: w 1990 roku 160 miliardów (starych) złotych lokuje w banku nasz stary znajomy FOZZ, tylko jedna operacja tymi pieniędzmi przyniosła BIG-owi ponoć 1,8 miliarda zysku. Wokół takich właśnie spraw obracał się pan Stypułkowski, będący, bez wątpienia, dobrym fachowcem. No dobrze, a co stało się z udziałami jakie w BIG miało PZU? Otóż, w 1999 roku stojący akurat na czele PZU panowie Jamrorzy i Wieczerzak wpadli na pomysł, by sprzedać akcje BIG-u Niemcom z Deutsche Banku. Wybuchła panika. Z Davos wrócił na gwałt Marek Belka („pokolenie 84”) i transakcję zablokował. Akcje później sprzedano, ale – Portugalczykom, ponoć gwarantowało to utrzymanie pozycji ludzi Kwaśniewskiego w BIG. A jaki był dalszy los panów Wieczerzaka i Jamrorzego – wiemy.

          Belka dbał o BIG już wcześniej, w 1997, będąc ministrem finansów sprzedał BIG-owi pakiet kontrolny Banku Gdańskiego, później konsorcjum Eureko - BIG Bank Gdański (Bank Millenium) czynne było przy prywatyzacji PZU. Na czele PZU pan Stypułkowski znalazł się w 2003 roku jako człowiek Kwaśniewskiego.
      Itd., itd. tak się to wszystko kręci wokół dość wąskiego zbioru nazwisk, ale– nie przedłużajmy. Nie wypisuję tego wszystkiego by, cokolwiek rozwikłać, za wysokie progi na moje nogi, piszę po to, by pokazać, że Stypułkowski pojawia się w towarzystwie niezwykle interesujących postaci, w kontekście niezwykle interesujących instytucji i operacji. Słowem – jest to ktoś do rozpracowania przez kogoś takiego jak błyskawice dziennikarstwa śledczego z „Rzeczypospolitej”. Czekamy...  


      PS

      Informacje przedstawione w poscie zebrałem metodą „białego wywiadu”, pochodzą głównie z „Gazety Polskiej”. Nie jest więc tak, że dziennikarze panem Stypułkowskim wcale się nie interesują. Ale powiedzmy sobie szczerze – „GP” to nie jest medium głównego nurtu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „"mały dziennikarz śledczy"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 14 czerwca 2006 17:31