komentarze z onetu

Wpisy

  • poniedziałek, 25 czerwca 2007
    • profesor - skarżypyta

      „Piotruś nie był dzisiaj w szkole
      Antek zrobił dziurę w stole,
      Wanda obrus poplamiła
      Zosia szyi nie umyła
      Jurek zgubił klucz, a Wacek
      Zjadł ze stołu cały placek

      Któż się ciebie o to pyta?
      Nikt. Ja jestem skarżypyta”

      (J.Brzechwa, Skarżypyta)

          Dlaczego cytuję klasyka? Piję – rzecz prosta – do Bronisława Geremka, który po raz n-ty poskarżył się zagranicznej prasie na polskie władze. Tym razem padło na gazetę włoską. A ponieważ podobne wybryki najwyraźniej weszły Geremkowi w krew, zaczęły pojawiać się teorie mające wyjaśnić zagadkę: o co profesorowi chodzi? Osoby Geremkowi życzliwe utrzymują, że Geremek żali  się zachodnim dziennikarzom powodowany poczuciem obywatelskiego obowiązku. Wezmę pod uwagę taką możliwość – zaraz po tym, gdy ktoś dostarczy mi przykładów krytycznych wypowiedzi Geremka na temat poprzedników obecnej koalicji. A byłoby o czym mówić! Wystarczy przypomnieć sobie, co o rządach SLD, u schyłku tych rządów, mieli do powiedzenia ludzie bliscy Geremkowi, tacy jak – dajmy na to – Mirosław Czech (cyt: „Po ogromnym sukcesie wyborczym SLD jego działaczom do głów uderzyła woda sodowa. Narzucało się porównanie z czasami PRL, gdy kasta rządząca nie przejawiała więcej ochoty do martwienia się sprawami kraju, przedkładając nad nie osobiste i grupowe interesy”). A jeśli ktoś nie ma pod ręką starych numerów „GW”, w których pisywał Czech – niech sięgnie chociażby do sobotniego wydania „Dziennika” i poczyta, jak (dawne)SLD widzi Jan Lityński (piszę „dawne” SLD, bo – jak wiadomo – SLD przeszło błyskawiczną kurację uzdrawiającą, i dziś jest partią tą samą, ale nie taką samą, inaczej przecież „ludzie etosu” w rodzaju Lityńskiego czy Onyszkiewicza nie wchodziliby z SLD w mariaże...).    

          Ktoś powie: może rząd SLD nie był święty – gdy idzie o sprawy krajowe, ale polityka zagraniczna była OK., więc Geremek nie miał o czym z zachodnimi dziennikarzami gadać. Rzecz w tym, że Geremek krytykuje nie tylko aktualną politykę zagraniczną, ale i stosunki wewnętrzne, i to do tego stopnia, że chce przeciw „populistom” mobilizować już całe narody (cokolwiek to znaczy). Jeśli więc jest tak, że Geremek alarmuje Europę dziś, a nie alarmował Europy w czasach SLD – to mamy do czynienia z godną uwagi wybiórczością, gdy idzie o poczucie obywatelskiego obowiązku. Chyba, że chodzi o coś zupełnie innego – na przykład o uprawianie polityki krajowej, przy pomocy stosunków międzynarodowych w interesie swojego środowiska. Być może SLD, jakkolwiek tworzyło kastę rządzącą przedkładającą interesy osobiste i grupowe ponad interesy kraju, to jednak nie zagrażało interesom osobistym i grupowym, w które uwikłany jest Geremek, więc profesor nie zawracał głowy zagranicznym dziennikarzom. Taka jest moja teoria – zweryfikuję ją, jako się rzekło, zaraz po dostarczeniu mi przykładów krytycznych  wypowiedzi Geremka o rządach postkomunistów (z prasy zagranicznej). Ostatecznie – może było takich wypowiedzi na kopy, i tylko mnie jakoś umknęły...

          A swoją drogą – mogliby z Geremkiem porozmawiać i dziennikarze krajowi. O tyle spraw można by profesora zapytać! Ot chociażby -  Geremek, czy to jako długoletni szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, czy to jako szef MSZ miał ogromy wpływ na sprawy kadrowe, można by go więc zapytać o to, dlaczego MSZ III RP przez prawie dwie dekady było przechowalnią dla starych wyjadaczy PRL-owskiej dyplomacji. Bo było - i to na najwyższych szczeblach (smętny rekord padł tu bodaj w 1994 roku, kiedy to wiceministrem spraw zagranicznych został niejaki Eugeniusz Wyzner rodem z miasta Chełmna, w MSZ zasiedziały od roku – uwaga – 1952). Argument o „braku fachowców” jest dość marny, zważywszy na to, jak długo trwał ten stan, nie wspominając już o tym, że „dyplomacja PRL” znaczyła mniej więcej tyle, co „wywiad PRL” (czy wręcz – „wywiad sowiecki”), i trudno przyjąć, że akurat po tego typu „fachowców” niepodległa RP powinna była sięgać. Ale czy znaleźliby się tacy dziennikarze, którzy zawracaliby głowę profesorowi pytając o podobne drobiazgi?


      PS

      Ledwie Donald Tusk powiedział, że rządząca koalicja jest najbrutalniejszą po 1989, a tu się okazuje, że PO jest najbrutalniejszą opozycją. We Wrocławiu działacze PO biją policję. Aż strach pomyśleć, co będzie, gdy dojdą do władzy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „profesor - skarżypyta”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2007 16:52
  • czwartek, 14 czerwca 2007
    • Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych (sf)

          Szanowni Państwo!

          Mroczny Wiek Lustracji - to dla historyka prawdziwe wyzwanie! Jak wiadomo w roku 2037 Trybunał Konstytucyjny wydając Ostateczne Orzeczenie w Sprawie Niekonstytucyjnego i Zbrodniczego Charakteru Lustracji nakazał zniszczenie nie tylko archiwów tzw. IPN (pamięć jego niech będzie przeklęta), ale też - dla pewności - zniszczenie wszelkich archiwów i zbiorów bibliotecznych z lat 1900 - 2036. Postanowienie to - bez wątpienia słuszne - utrudnia przecież pracę historykom. Rekonstruując historię Mrocznego Wieku Lustracji mamy do dyspozycji jedynie niezwykle szczupły zespół źródeł, które - w taki czy inny sposób - przetrwały proces Oczyszczenia. Odnosi się to i do źródeł traktujących o postaci Jarosława Apostaty, o którym dziś będzie mowa. Już z powodu deficytu źródeł postać Apostaty budzi gorące spory wśród historyków. Radykalni negacjoniści twierdzą wręcz, że Jarosław Apostata wcale nie istniał, a opowieść o nim to tylko jedna z legend Cyklu Lustracyjnego, nie mocniej oparta na faktach niż "Legenda o dobrym TW Janie - Cudotwórcy", czy "Legenda o lustratorze, w którego piorun trzasnął". Nie zgadzam się z tą teorią. Moim zdaniem Jarosław Apostata to postać historyczna, co więcej - to właśnie jego działalność dała początek legendom Cyklu Lustracyjnego.

          Otóż, z pochodzących z epoki źródeł wynika, że Jarosław Apostata był jak najbardziej realnym władcą Polski w epoce Ciemnego Wieki Lustracji. Nie wiadomo, niestety, w jaki sposób Apostata zdobył władzę. W świetle "źródła XV" najbardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza najazdu. "Źródło XV" zawiera wypowiedź niejakiej Środy, bez wątpienia odnoszącą się do rządów Apostaty, cyt.: "Trzeba zewrzeć szeregi. Barbarzyńcy nie stoją u bram naszego miasta, ale już w nim są". Rzecz mogła więc wyglądać tak: barbarzyński komes Jarosław zwany jeszcze wówczas "Kaczyńskim" (być może kaczka była zwierzęcym totemem jego rodu) najechał około roku 2003-2007 Polskę, podbił ją i ogłosił się jej władcą z tytułem "premiera". Znamy nawet nazwiska dwóch legendarnych pomagierów Apostaty - Giertycha i Leppera. Niestety  - niewiele więcej możemy o nich powiedzieć. Według przekazów legendarnych, ten pierwszy słynął z brutalności (zlikwidował między innymi niejakiego Gombrowicza - postać zdaje się głośną w tym czasie), Lepper zaś odznaczał się nadzwyczajną lubieżnością, dybiąc na cnotę szlachetnych dziewic (patrz - "Legenda o sex-aferze"). Czy legendy te zawierają coś więcej niż źdźbło prawdy? - nie wiadomo. Za to pojawiająca się w legendach postać "Macierewicza" czy "Mąciwodziewicza" (?) z całą pewnością jest fikcyjna - przypisywane mu cechy są już nazbyt nieludzkie. Nie ulega jednak wątpliwości okrutny charakter rządów najeźdźców. Potwierdza to - chociażby - "źródło VI", zawierające takie oto słowa nieznanego nam skądinąd Zygmunta Baumana: "Polityka - zdają się mówić nam nowi włodarze Polski - to tyle, co tropienie nikczemników, którzy kryją się z odmiennymi poglądami, a pręgierz, dyby, gęsior i pal to główne narzędzia naprawy Rzeczypospolitej". Wyłania się więc ze "źródła VI" i "źródła XV" jednoznaczny obraz brutalnej, barbarzyńskiej okupacji...
       
          Ale skąd się wziął przydomek "Apostata"? Otóż, jak się wydaje rządy Jarosława Kaczyńskiego miały - obok politycznego - aspekt religijny. Nowy władca propagował nowy kult - Kult Samego Dobra, którego wcieleniem się ogłosił. To przynajmniej zdaje się wynikać ze "źródła II", które przypisuje Jarosławowi Apostacie deklarację "ja jestem Samo Dobro" (aluzję do kultu Samego Dobra zawiera też "źródło IV" - o czym później). Wszystko to sprawiło, że wśród bogobojnego ludu postać Jarosława budziła grozę zgoła religijną. Dla naświetlenia tej kwestii kluczowe wydaje się wspomniane już "źródło IV" zawierające wypowiedzi niejakiego Waldemara Kuczyńskiego. Kuczyński mówi: "Czuję lęk od przyjścia do władzy dwóch braci. Mówiąc dokładniej, jednego, bo to jest jeden brat w dwóch osobach". Wynika z tego, że Jarosław Apostata już przez mu współczesnych postrzegany był jako przerażająca istota demoniczna, posiadająca nadnaturalne właściwości (jeden brat - w dwóch osobach) Nie jest to zresztą sytuacja wyjątkowa, podobne motywy spotkać można - na przykład - w "Historii sekretnej" Prokopiusza z Cezareii opisującej rządy cesarza Justyniana.  Kuczyński ("źródło IV") identyfikuje zresztą Kaczyńskiego wprost, cyt.: "Jarosław Kaczyński jest jak Lord Vader, Książe Ciemności". Trudno tu o wątpliwości. Postać "Lorda Vadera" nie występuje co prawda w żadnej ze znanych nam dziś demonologii, ale z kontekstu wynika jasno, że był to jeden z ówczesnych przydomków diabła. Potwierdza to zresztą inna wypowiedź Kuczyńskiego ("źródło IV"), cyt.: "Na podstawie demonologii wiem, że diabeł najchętniej działa przez samo dobro". Odnotujmy, że wypowiedź ta zawiera też jednoznaczną aluzję do kultu Samego Dobra, o którym mówiliśmy wcześniej. Idźmy dalej...

          Czy brutalne rządy Jarosława Apostaty i podjęta przez niego próba reformy religijnej spotkały się z oporem? Część badaczy, głównie na podstawie "źródła III" snuje teorie o ruchu sykariuszy, którzy - pod wodzą niejakiego Edelmana - walczyli z okrutną władzą. "Źródło III" zawiera - zdaniem tych badaczy - programową dla sykariuszy wypowiedź Edelmana, cyt.: "Jeśli chcemy uratować Polskę, to moją radą jest wziąć nóż i uderzyć tam, gdzie ich zaboli". Czy Edelman i jego sykariusze przyczynili się do klęski Apostaty? Trudno orzec. Tak jak nie możemy być pewni sposobu w jaki Apostata władzę zdobył, tak też nie jesteśmy pewni tego, jak ją stracił. Jedne legendy sugerują interwencję sił nadprzyrodzonych, inne legendy mówią pojawieniu się Pomazańca, który zrzucił Apostatę z tronu. O tym zdaje się mówić "Legenda o powrocie Aleksandra Wielkiego". Nie wiemy przy tym, czy chodzi - ahistorycznie - o starożytnego władcę Macedonii (a jeśli tak - to dlaczego właśnie o niego?), czy też o innego Aleksandra, któremu wdzięczna pamięć ludu przydała przydomek "Wielki". Tak czy inaczej - upadek Apostaty to początek końca Mrocznego Wieku Lustracji.

          Szanowni Państwo! Podsumujmy krótko: w świetle źródeł Jarosław Apostata jawi się jako postać, jednak, historyczna. Był to brutalny władca z epoki Ciemnego Wieku Lustracji, któremu ludowa wyobraźnia przydała cech demonicznych inspirując się wyraźnie legendami o Antychryście. Kończąc chciałbym wyrazić nadzieję, że odkryte zostaną następne źródła, które historię Apostaty pozwolą uczynić pełniejszą.  


      Dziękuję za uwagę! 


      Referat "Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych" wygłoszony został 21.03.3456 roku przez prof. Mścisława Czecha, podczas sympozjum "Mroczny Wiek Lustracji - nowe perspektywy badawcze" zorganizowanym przez Towarzystwo Wiecznej Pamięci Brutalnie Zlustrowanych.


      PS

      Powyższy tekścik to SF, ale czy zagraniczna publiczność, która wiedzę naszym kraju czerpie głównie ze źródeł podobnych do cytowanych wyżej źródeł II, III, IV, VI i XV nie ma aby pojęcia o Polsce zbliżonego do teorii mojego prof. Czecha? 
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Jarosław Apostata w świetle źródeł historycznych (sf)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 czerwca 2007 06:12
  • środa, 06 czerwca 2007
    • między spiskiem a żywiołem - początki III RP

          Minęła niedawno rocznica wyborów z 1989 roku, przy tej okazji odżyło pytanie: czy aby „transformacja ustrojowa” nie była efektem spisku? Czy przy „okrągłym stole” nie doszło do zmowy „różowych” z „czerwonymi”? Są tacy, którzy twierdzą, że tak właśnie było. Oczywiście obok spisku mamy inne możliwości, na przykład manipulacje (gdy jedna strona manipuluje drugą, trudno mówić o zmowie), czy poczciwe negocjacje w trakcie których negocjujący dochodzą do takiego czy innego porozumienia. I ta ostatnia możliwość jest – jak łatwo zgadnąć – ukochana przez wrogów spiskowej teorii „okrągłego stołu”. A w poczet tych wrogów zalicza się też profesor Marcin Król, który – poza innymi – ma i tę zaletę, że za „okrągłym stołem” siedział. Celem pognębienia spiskologów prof. Król spisał swoje wspomnienia z obrad, dał im tytuł "„Polityka jako żywioł” i wydrukował rzecz w piśmie „Res Publica Nowa” (był to – zresztą – cały numer antyspiskowy). Ze wspomnień profesora obrady „okrągłego stołu” jawią się jako ledwo kontrolowany chaos. Oddajmy mu głos:

      "Nieoczekiwanie najważniejsza okazała się grupa polityczna, którą z naszej strony kierował Bronisław Geremek, a ze strony władzy Janusz Reykowski. Dochodziło między nimi naturalnie do licznych starć, w czasie których starali się zachować formułę ""Pan"" co nie było całkiem naturalne, gdyż uprzednio chodzili do tej samej grupy w przedszkolu".

      A potem - pełny żywioł:

      "I tak już w trakcie zaawansowanych obrad Janusz Reykowski nieoczekiwanie przedstawił zupełnie nową koncepcję prezydentury. Dla nas oczywiste było, że chodzi o generała Jaruzelskiego, chociaż w trakcie rozmów to nazwisko nie padło. Musieliśmy jakoś zareagować, tym bardziej, że widać było, że im na tym prezydencie bardzo zależy. Trzeba było wynaleźć coś, na czym nam by również zależało, i co dla nas byłoby korzystne. Nie pamiętam już, kto wpadł na pomysł powołania Senatu i to w całkowicie wolnych wyborach. Pomysł ten spotkał się stosunkowo szybko z aprobatą strony przeciwnej"

      Dalsza cześć opowieści o Senacie:

      "W trakcie kolejnych negocjacji na temat uprawnień Senatu ustaliliśmy, że decyzję Senatu zmieniającą decyzje Sejmu, Sejm będzie musiał przegłosować dwoma trzecimi głosów. Ale przepisująca wieczorem te ustalenia maszynistka pomyliła się i zamiast 2/3 napisała 3/5, co dla nas było oczywiście korzystne, bo oznaczało 60, a nie 66 procent w Sejmie. Następnego dnia Bronisław Geremek świadomy tej pomyłki twardo bronił trzech piątych podczas obrad całego stołu politycznego, i tak zostało aż do uchwalenia Konstytucji" (Marcin Król, Polityka jako żywioł, ResPublica Nowa, lato 2005)

          Tak to wygląda u profesora Króla: historię lepi się na bieżąca, z tego, co się akurat nawinie pod rękę, do tego swoje pięć groszy dodaje do tego przypadek. Czy można nie zaufać naocznemu świadkowi? Rzecz w tym, że są i inni świadkowie. Co wyłania się z ich relacji? Zatrzymajmy się przy Senacie... Od 1987 roku trwały spotkania emisariuszy PRL-owskich władz z przedstawicielami Kościoła. Ze strony władz głównym rozmówcą był Stanisław Ciosek, Kościół reprezentowali biskupi Orszulik i Dąbrowski (ten drugi, jak dziś wiemy był - co najmniej przez kilka lat - tajnym współpracownikiem bezpieki o pseudonimie "Ignacy"). Z rozmów strona kościelna robiła notatki, część z nich biskup Orszulik przedstawił publiczności w książce „Czas przełomu”. Są to notatki nadzwyczaj ciekawe. Na przykład notatka z rozmów z 3 czerwca 1988: "Ciosek powiedział, że jest rozważana idea powołania Senatu lub izby wyższej parlamentu. W Sejmie koalicja rządząca zachowałaby 60-60% miejsc. Natomiast w Senacie byłoby odwrotnie. Senat miałby prawo wnioskowania, aby kontrowersyjne decyzje Sejmu ponownie poddać pod głosowanie, przy czym powinny one wtedy uzyskać większość 2/3 głosów". Albo - notatka z 24.08.1988. Wypowiedź Kazimierza Barcikowskiego: "na szczycie byłby prezydent, poniżej Senat (w którym byłby podział sił: 1/3 koalicja rządząca, 1/3 ludzie Kościoła, 1/3 - ludzie niezależni), jeszcze niżej parlament, w którym koalicja rządząca miałaby 60%, a opozycja i "nasi bezpartyjni przyjaciele" - 40%" (cyt. za: Antoni Maciarewicz, Rzecz o przełomie, Głos 1138-1139)

          No cóż - jakby nie patrzeć Marcin Król z kolegami w trakcie spontanicznych narad i burz mózgów doszedł do rozwiązania, które - niemal idealnie - wpisywało się w scenariusz opracowany przez "stronę rządową" - co najmniej - rok wcześniej (swoją drogą - wielka szkoda, że prof. Król nie pamięta, kto wpadł na pomysł z Senatem...). Dodajmy, że już rok wcześniej "strona rządowa" najwyraźniej znała wynik ustaleń "okrągłego stołu" - jeśli chodzi o rozkład sił w parlamencie (60-65% miejsc dla "strony rządowej", reszta - inni). Czy nie ujmuje to obradom przy „okrągłym stole” żywiołowości? Moim zdaniem – ujmuje, jeśli pominiemy hipotezę, że pomysły „strony rządowej” z 1988 i pomysły prof. Króla i jego kolegów z 1989 zbiegły się tzw. fuksem. Taką możliwość – przykro mi – wkładam między bajki. Moim zdaniem „strona rządowa” przy „okrągłym stole” grała, a „strona społeczna” tańczyła w rytm tej melodii – niezależnie od tego, co się jej wydawało.

          Pozostaje jeszcze historia sekretarki, która - myląc się podczas przepisywania dokumentu - wpłynęła na bieg historii (zakładam, że anegdota o sekretarce jest autentyczna). Czy to możliwe, by coś podobnego mogło się zdarzyć? Czy "strona rządowa" mogła zgodzić się na podobną "wyrwę" w swoim planie? Myślę, że - tak. O ile błąd sekretarki mieścił się w ramach "warunków brzegowych" scenariusza "strony rządowej". Nie twierdzę, że ustalenia „okrągłego stołu” pozbawione były zupełnie cech realnych negocjacji, czy, że nie motał przy stole przypadek. Idzie jednak o proporcje udziału „planu” i „żywiołu”, „spisku” (może lepiej – „manipulacji”) i „negocjacji”, a także o to, kto był głównym rozgrywającym, co rozgrywał i jak mu wyszła rozgrywka. A wyszła – doskonale, choć nie bez kiksów. Dziś wiemy, że życie zaskoczyło "stronę rządową". Jak się wydaje komuniści naprawdę nie spodziewali się aż tak mocnego lania w czasie wyborów. Poległa "lista krajowa", nic nie wyszło z projektowanego układu sił w Senacie. A jednak, jak się okazało, to co udało się komunistom osiągnąć zupełnie wystarczyło, by zapewnić im miękkie lądowanie w nowym ustroju. Warunki brzegowe scenariusza zostały utrzymane - dzięki postawie części "strony solidarnościowej" (czyli "lewicy laickiej"), którą to postawę najlepiej oddają słowa Bronisława Geremka "pacta sunt servanta". No cóż – władza wiedziała jak dobrać sobie „negocjatorów”. Jak to powiedział Wojciech Jaruzelski? "Nie było żadnych formalnych gwarancji, oczywiście, że nie. Ale cała filozofia tych działań, rozmów o podziale władzy, była oczywista. Oddaliśmy władzę tym siłom w "Solidarności", których motywem nie była chęć zemsty" (Tina Rosenberg, Kraje w których straszy, s.275)  

      No właśnie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „między spiskiem a żywiołem - początki III RP”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2007 11:17
  • poniedziałek, 04 czerwca 2007
    • księgi zbójeckie

          Kto napisał najniebezpieczniejsze teksty w dziejach literatury? Markiz de Sade? Nietzsche? Bataille? Celine? A gdzie tam. Najbardziej niebezpieczne teksty wyszły spod piór panów Sienkiewicza i Dobraczyńskiego. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie – słuchając wrzawy jaka wybuchła, gdy Roman Giertych  usunął kilka pozycji z projektu spisu lektur szkolnych, zalecając – zarazem – jako lektury książki w/w panów. To prawda – krzyczy się raczej o książkach usuniętych. Ale krzycząc o nich, mówi się i o Sienkiewiczu z Dobraczyńskim, a raczej mówi się o zgubnych skutkach czytania ich książek bez zabezpieczenia. Bo wychodzi właśnie na to, że Giertych usuwając Gombrowicza (i kilku innych autorów) zlikwidował bezpiecznik utrzymujący w ryzach niszczycielski potencjał dzieł Sienkiewicza i Dobraczyńskiego. Teraz – gdy zabezpieczenia brak – potencjał ten eksploduje, a skutki eksplozji będą straszne. Nie chcę się nad tymi skutkami rozwodzić, kto ciekawy – znajdzie szczegóły chociażby w „GW”. Mówiąc w skrócie – czytanie Sienkiewicza z Dobraczyńskim bez zabezpieczenia grozi utratą zdolności samodzielnego myślenia, ogólnym stępieniem krytycyzmu, popadnięciem w bezrefleksyjne, narodowe samozadowolenie, w przypadkach skrajnych może się to wszystko skończyć nawet głosowaniem na LPR w czasie najbliższych wyborów parlamentarnych.

          Przyznaję – Dobraczyńskiego nie czytałem (Bogu dzięki! – chciałoby się powiedzieć, skoro to pisarz tak jadowity), ale Sienkiewicza znam. Myślałem, że Sienkiewicz to – nie powiem „ramota” – ale rzecz w sumie poczciwa, a tu – okazuje się – jest z Henryka prawdziwy dynamit. Że i Dobraczyński nie lepszy – wierzę na słowo krytykom, którzy ostatnio mają o nim tyle do powiedzenia. Wypadałoby więc chyba wycofać książki obydwu autorów z obiegu, dawać tylko w komplecie z książkami – bezpiecznikami, albo sprzedawać z ostrzeżeniem w stylu „czytanie albo zdrowie – wybór należy do ciebie”, czy „nadużywanie grozi skutkami ubocznymi”. Można by też doczepiać do książek obu panów recepty mówiące jak pomóc desperatowi, który się niebacznie na Sienkiewicza z Dobraczyńskim porwał i odczuł tego smutne skutki (recepty w stylu – bo ja wiem? – „w razie wystąpienia gorączki patriotycznej – neutralizować dawką Gombrowicza”). Sprawa jest, w każdym bądź razie, poważna. Ale że z nią sobie nasi intelektualiści poradzą – nie wątpię. I tu mógłby nastąpić koniec mojego wpisu, ale – specjalnie dla wykształciuchów – daję jeszcze wyjaśnienie z cyklu „co autor miał na myśli”. Otóż, idzie mi o to, że przy okazji sporu o „indeks Giertycha” (naprawdę sprzedano wykształciuchom taki termin!) mimowolnie – czy celowo – zdemonizowano Gombrowicza z Dobraczyńskim. I -  ciekawa rzecz – gdy Giertych zdemonizował Gombrowicza wzbudziło to śmiech powszechny, a demonizacji Sienkiewicza i Dobraczyńskiego bodaj nikt nie zauważył. Ech...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „księgi zbójeckie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 czerwca 2007 17:13