komentarze z onetu

Wpisy

  • środa, 11 lipca 2007
    • lobbyści

          Ledwie ujawniono nagrania w których ksiądz Rydzyk zarzuca prezydentowi „uleganie lobby żydowskiemu”, a już Centrum im. Szymona Wiesenthala zaczęło domagać się od polskiego episkopatu, by ten zrobił z Rydzykiem porządek. Czy – jeśli z Rydzykiem zrobią porządek – będzie można powiedzieć, że episkopat „uległ lobby żydowskiemu”? Tak czy owak pewne jest jedno: ktokolwiek to powie, będzie miał do czynienia z Centrum im. Szymona Wiesenthala, „Gazetą Wyborczą”, stowarzyszeniem „Otwarta Rzeczpospolita” i jeszcze innymi, licznymi podmiotami.

          Jak łatwo zauważyć, w całym tym zamieszaniu przepadła kwestia: na co się oburzamy? Czy prezydent faktycznie ulega jakiemuś „lobby żydowskiemu” i to jest oburzające? Czy też „lobby żydowskie” co prawda istnieje, ale prezydent mu nie ulega, więc Rydzyk kłamie – co nas oburza. A może nie ma żadnego „lobby żydowskiego”, Rydzyk je sobie wymyślił, bo jest antysemitą i oburza nas właśnie ten rydzykowy antysemityzm? Tego rodzaju rozważań zabrakło. I może słusznie? Kwestia istnienia „lobby żydowskiego” jest bowiem, z pewnego punktu widzenia, drugorzędna.  Czy lobby istnieje, czy nie – działa. Spróbuję wytłumaczyć to inaczej... O ile mi wiadomo nie istnieje nic takiego jak „mafia kaszubska”. Ale gdyby na każdego, kto powie coś brzydkiego o „mafii kaszubskiej” sypały się liczne razy – „mafia kaszubska” aczkolwiek wirtualna, byłaby mafią mającą siłę całkiem realną. Z czymś podobnym mamy do czynienia właśnie w  przypadku „lobby żydowskiego” (lub też mamy do czynienia ze sprawnie działającym „lobby żydowskim”). O tym jak sprawnie działa to lobby świadczy powszechna u nas skłonność do robienia z oponentów antysemitów. Zrobimy z niego antysemitę – niech z nim zrobi porządek „mafia kaszubska”.... Tak to mniej więcej funkcjonuje...  

          Nie inaczej stało się nawet w przypadku tematu "kanon lektur szkolnych". Wydawało się, że to niemożliwe, że przy takiej okazji to już się nie da. A jednak -  dało się. Zaczęło się od lektur - skończyło na Żydach. Przez chwilę, co prawda, dyskusja zbaczała (!) w kierunku seksu, ściślej - homoseksualizmu u Gombrowicza. Ten trop podsuwał sprytnie Roman Giertych, ale oponenci nie dali się zwieść. Wiedzieli gdzie skręcić, żeby  Giertycha przebić. Oto śledczy z kręgu SLD ustalili, że wszyscy pisarze usunięci z kanonu przez Giertycha byli pochodzenia żydowskiego. Oprócz Marii Konopnickiej - ta jednak mocno wspierała Żydów (Konopnicka podejrzewana jest o lesbijstwo, o czym najwyraźniej w SLD nie wiedzą, albo wiedzą, ale faktycznie, tym razem woleli darować sobie kwestię "mniejszości seskualnych" i skupić się na mocniejszym "antysemityzmie"). Obok, wspomnianej już, Konopnickiej idzie o pisarzy: Lechonia, Wierzyńskiego, Schulza, Gombrowicza i Lema. O żydowskim pochodzeniu Gombrowicza nie pisali nawet w "Gazecie Wyborczej" (chyba, że przeoczyłem), więc żydoznawcy z kręgu SLD musieli grzebać naprawdę głęboko. Być może sięgnęli do ustaleń swoich starszych kolegów z lat 60-tych ubiegłego wieku. Tak czy owak, teorię rasowej czystki w kanonie ogłosił nie byle kto, tylko sam sekretarz generalny (czy kim on tam w SLD jest) - Napieralski. "znając poglądy Romana Giertycha, jego ojca Macieja i ich zaplecza politycznego można bardzo łatwo te dwa fakty połączyć" - powiedział, łącząc - faktycznie łatwo - pochodzenie pisarzy i usunięcie ich dzieł z kanonu.

          Teoria podsunięta Napieralskiemu (sam na nią nie wpadł) jest oczywiście dęta. Giertych usunął wspomnianą 6-tkę, za to przywrócił Kafkę, Herlinga-Grudzińskiego,  Witkacego i Goethego, co - "znając poglądy Romana Giertycha, jego ojca Macieja i ich zaplecza politycznego" nie powinno się zdarzyć. Ostatecznie Kafka był Żydem, Herling-Grudziński był żydowskiego pochodzenia, "orientacja seksualna" Witkacego to rzecz dwuznaczna, Goethe zaś był mason i -zdaje się -  różokrzyżowiec. Nie idzie jednak o trafność teorii, ale jej użyteczność. A tą w SLD uznano za wysoką, co – poza wszystkim innym – jest hołdem złożonym skuteczności „lobby żydowskiego”. Kto wie - być może, gdyby nie "taśmy Rydzyka" i wyrzucenie Leppera z rządu, w TVN-24 i brzęczałby dziś temat antysemityzmu Giertycha? Na podobną nutę pograno sobie i z Jarosławem Kaczyńskim - występując w TOK FM Alina Cała odkryła u Kaczyńskiego inteligencko ukrywany antysemityzm. Najwyraźniej towarzystwo wpadło już w zupełną desperację, skoro sięga po „broń ostateczną”. Coś mi się zdaje, że Andrzej Lepper powinien czym prędzej dać się obrzezać. Byłoby przynajmniej jasne dlaczego wyleciał z rządu...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „lobbyści”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 11 lipca 2007 17:49
  • sobota, 07 lipca 2007
    • z ręką w nocniku...

          "Białe miasteczko" obrasta imprezami i instytucjami, odwiedzają je ludzie prości i publiczni, politycy i artyści, słowem -  ciągnie do niego kto może, w związku z czym pielęgniarskie koczowisko - jak się to mówi - na trwale wpisało się w kulturalny pejzaż stolicy. Po politykach i artystach ruszyli do miasteczka lewoskrętni intelektualiści - ostatnia miasteczkowa inicjatywa to „biały uniwersytet”.  O ile dobrze usłyszałem z pierwszym wykładem pojawiła się w miasteczku Halina Bortnowska z "Tygodnika Powszechnego", Bortnowska opowiedziała pielęgniarkom o specyfice ich zawodu (!). Nie od dziś wiadomo, że ludzie TP są wszechstronni, niczym - nie przymierzając - blogerzy, ale żeby aż do tego stopnia? Jak tak dalej pójdzie - w 150 dniu protestu zobaczymy w miasteczku księdza Bonieckiego dającego pielęgniarkom kursy udzielania pierwszej pomocy. Ale nim do tego dojdzie w miasteczku zagoszczą inni wybitni myśliciele, wizytę zapowiedziała - na przykład - Kazimiera Szczuka, która mówić będzie - zdaje się - o kobiecych protestach społecznych (szkoda, że nie o cyberfeminizmie...).  

          Taki uniwersytet ludowy, to zresztą dla lewoskrętnych intelektualistów prawdziwa łaska boska, zwłaszcza po tym, gdy Aleksander Kwaśniewski nie dał im się wygadać na swojej konferencji poświęconej obronie standardów demokratycznych. Konferencja ta, jak wiadomo, skończyła się na 4 czy 5 wystąpieniach i zimnym bufecie (przy tym, czy ten drugi był - nie jestem pewien). Nie dać się wygadać intelektualistom! - dość to okrutne. Dawid Warszawski odgrażał się nawet w "Rzeczypospolitej", że skoro tak, to jego noga więcej na podobnej imprezie nie stanie. Pielęgniarki, z racji zawodu, to świetne psycholożki, na pewno pozwoliłyby Warszawskiemu gadać do rozpuku, może więc i on powinien machnąć się do miasteczka z jakimś odczytem (powiedzmy, na temat: "Pielęgnowanie chorych w Starym Testamencie")?

          W tym miejscu kończymy niesmaczne żarty i przechodzimy do pytań poważnych. Oto pierwsze: skąd u lewicowych myślicieli ten nawrót "chłopomanii"? Dlaczego osławiony sojusz intelektualistów z ludem opiewany przez poetów w latach 80-tych, sojusz, który zaczął zdychać gdzieś tak około roku 1987 (jak raz w tym samym mniej więcej czasie, gdy prof. Reykowski nawiązał kontakt ze swoim przedszkolnym kolegą Bronisławem Geremkiem), sojusz, który około roku 1990 był martwy jak głaz, zmartwychwstał nagle w roku 2007? Ostatecznie, w ciągu ostatnich 18 lat, protestów społecznych mieliśmy od groma, i skoro dziś nic nie stoi na przeszkodzie temu, by Halina Bortnowska wyjaśniała pielęgniarkom specyfikę ich zawodu, to cóż przeszkadzało - powiedzmy - Andrzejowi Szczypiorskiemu ruszyć w roku, bo ja wiem?, 1996 do strajkujących górników z wykładem "Problemy emocjonalne pracowników przemysłu wydobywczego"? (nie pamiętam dokładnie, ale jacyś górnicy z pewnością wtedy strajkowali). No, ale tamte lata to był czas, gdy Magdalena Środa wzywała do nie nadużywania instytucji "obywatelskiego nieposłuszeństwa", a w "GW" można było wyczytać, że zbyt łagodne obchodzenie się z protestującymi wiedzie wprost do anarchii...

          Ta osobliwa, kilkunastoletnia "przerwa w chłopomanii" skłania do podejrzeń, że dzisiejszy przypływ uczuć "środowiska" do klasy robotniczej jest nie tyle funkcją miłości do ludu, co funkcją nienawiści do PiS-u. I w tym miejscu pojawia się pytanie o szczerość uczuć z lat 80-tych ? (ja wiem, że dziś to już często inni ludzie, ale formacje te sama, istnieje coś takiego jak ciągłość środowisk). Czy aby w latach 80-tych „lewica laicka” i przykościelna nie poczynała sobie równie instrumentalnie? Czy nie mieliśmy do czynienia z symulowaniem uczuć? Prawdziwie emocje raczej nie zapalają się i nie gasną jak za przekręceniem wyłącznika. A obserwujemy właśnie coś w tym rodzaju...  

          Weźmy stosunki „lewicy laickiej” z kościołem. Oto, gdy nadeszły burzliwe lata 80-te „lewica laicka” rzuciła się w objęcia kościoła z  mocą, która zaskoczyła samego Adama Michnika. Mówił później o latach 80-tych: „Nagle wielką grupę moich przyjaciół opanował jakiś bzik bezkrytycyzmu. Nawet mój przyjaciel Bronek Geremek spędził parę lat jakby na kolanach. Nie można było wyciągnąć z niego jednego krytycznego słowa na temat czegokolwiek w polskim kościele”  Szydził z tego około kościelnego zaangażowania niedawnych antyklerykałów Jerzy Urban, pisujący felietony pod pseudonimem Jan Rem (Urban był w luksusowej sytuacji - służby dostarczały mu sprawozdania z imprez na których występowali prominenci „środowiska”). Z czasem Michnik zgodził się zresztą z Urbanem. Przyznał po latach: „moi klerkowie uprawiali czyste intelektualne wazeliniarstwo, zaś sceny do jakich  dochodziło w kościołach, określił krótko: „po prostu groteska”. Tak było do połowy lat 80-tych,  później  nadeszła zmiana. W miarę rozpadu PRL-u drogi „lewicy laickiej” i Kościołą zaczęły się rozchodzić. A w 1987 roku – jak szczerze ujął to później Jacek Żakowski  - „polityczna odwilż dała nam już tyle luzu, że mogliśmy sobie pozwolić nawet na cierpkie miny części biskupów”

          Okazję do zwrotu ideowo-politycznego wyczuł najszybciej – jak zwykle – Adam Michnik. W 1987 roku publikuje artykuł „Kłopot”. Według prof. Ryszarda Legutki,  tekst ten, wydrukowany „w czasie entente cordiale intelektualistów i kościoła” miał charakter „antycypujący mające nadejść gwałtowne ochłodzenie stosunków między obiema stronami”. Michnik zarzucał intelektualistom – pamiętać wypada, że dla Michnika intelektualista to tyle co przedstawiciel „lewicy laickej” – że, „lecąc” do Kościoła „na łeb i szyję” popełnili zdradę – „drugą zdradę klerków” (pierwszą zdradą miało być zaangażowanie się w komunizm). Intelektualiści przyjęli diagnozę z entuzjazmem i tak, jak niegdyś wcale gładko przeszli od bojowego anty klerykalizmu do „czystego intelektualnego wazeliniarstwa”, tak teraz, w ciągu stosunkowo krótkiego czasu przeszli od „czystego intelektualnego wazeliniarstwa” do  - jak to określono z czasem – „zimnej wojny” z Kościołem”...

      I tu przerywamy historyczne wspominki stawiając ostanie już pytanie: co zostanie z dzisiejszej „chłopomanii”, gdy odwróci się sytuacja polityczna, gdy – powiedzmy – Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i Bronisławowi Geremkowi uda się „uratować demokrację”? Zostaną oczywiście pielęgniarki. Z ręką w nocniku...   

      Cytaty pochodzą z

      R. Legutko, O czasach chytrych i prawdach pozornych
      J. Żakowski, Między panem, a plebanem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2007 16:36
  • wtorek, 03 lipca 2007
    • Środa - zrównywaczka

          Moja ulubienica Magdalena Środa nie dawała ostatnio o sobie znać, myślałem nawet, że zeszła do głębokiego podziemia, albo emigrowała, a tu okazuje się, że nie, że ciągle jest wśród nas i ma się dobrze. Oto – jakby to ujął Jacek Żakowski – Środa wysiedziała kolejne jajo rozumności i podzieliła się nim z czytelnikami „Rzeczypospolitej”. To na łamach tej zacnej gazety Środa ogłosiła, że – jej zdaniem – ukrytym motorem polityki braci Kaczyńskich jest ich głębokie przywiązanie do matki. Co by nie mówić – jest to teoria prawie równie dobra, co teoria głosząca, że ukrytym motorem feminizmu Środy jest zazdrość o członek. Tak więc gratulujemy Magdalenie Środzie tego jaja, ale pozostawimy na boku ukryte motory i zajmiemy się innymi wątkami poruszonymi przez nią w „Rzeczypospolitej”.

          A mówiła Środa, między innymi o patriotyzmie. „Czuję się przede wszystkim Europejką i walka o silną tożsamość narodową w kontekście Europy nie jest dla mnie żadnym priorytetem” – wyznała. Dodała, że nie utożsamia patriotyzmu ze ślepą walką o odrębność” i o pokazanie „że czymś się różnimy od reszty krajów”. Patriotyzm bowiem to – dla Środy – postawa obywatelska i służenie dobru wspólnemu, tym dobrem zaś jest europejskość, a nie sarmatyzm. Za 20 lat – wieszczy Środa – patriotyzm Giertycha i Fotygi będzie „folklorem”. Te przemyślenia nie dotyczą chyba tylko Polski. Ostatecznie byłoby dość głupio, gdyby inne kraje pokazywały, że czymś się od innych różnią, a tylko Polska starała się pokazać, że nie różni się niczym (zresztą – nie miałaby się różnić od którego z różnych krajów?). Byłby to absurd, już choćby z tego powodu, że podobna postawa mocno by Polskę na europejskim tle wyróżniała, a nie o to przecież Środzie chodzi. Wypada więc uznać, że Środa życzy sobie, by wszystkie europejskie kraje nie różniły się specjalnie od siebie. Słowem – chce Środa kulturowego zglajszachtowania Europy. Jest to wizja upiorna (ja przynajmniej nie chciałbym jechać, powiedzmy, do Francji tylko po to, by spotkać tam 50 milionów Magdalen Śród) i można się zastanawiać skąd się właściwie bierze ta niechęć lewicy do różnorodności?

          Bo przecież Środa jest dziedziczką długiej tradycji lewicowego glajszachtowania ciągnącej się od czasów rewolucji antyfrancuskiej. Ponoć około 1789 roku jedynie 40 procent mieszkańców Francji mówiła po francusku, reszta posługiwała się lokalnymi dialektami (nie wspominajmy już o lokalnych prawach i zwyczajach). Jakobini ujednolicenie tej mozaiki wzięli sobie za punk honoru (jak przemawiał w konwencie pewien jakobiński deputowany: „Język wolnego narodu powinien być jeden i ten sam dla wszystkich”) i co postanowili – to zrobili. A potem naśladowali ich lewicowcy wszelkiej maści od Lenina i Hitlera, po Magdalenę Środę, która chce, ale – póki co – na szczęście nie może. Wiem co usłyszę (jeśli zaplącze się na ten blog jakiś lewicowiec). Usłyszę, że brzydko robię zestawiając wyżej wymienionych socjalistów z Magdaleną Środą, oraz, że mylę się gruntownie, albowiem to właśnie lewicy (prawdziwej, rzecz jasna) zależy na różnorodności. Co do Lenina i Hitlera, to kto może zestawia z nimi kogo może, więc byłoby mi głupio, gdybym sam czasem czegoś podobnego nie zrobił. Przejdźmy do kwestii różnorodności. To prawda – lewica krzyczy: jesteśmy za różnorodnością!. Jeśli popieramy, powiedzmy środowiska gejowskie – powie mi każdy lewicowiec – to dlatego między innymi, żeby było bardziej różnorodnie. Rzecz w tym, że to nieprawda. Jeśli bowiem lewica popiera środowiska gejowskie (skoro już o nich się zgadało), to raczej dlatego, że życzy sobie, by w Polsce było tak samo jak w Amsterdamie, w Amsterdamie tak samo jak w Berlinie, a w Berlinie tak samo jak w  Madrycie. Lewica chce kulturowej unifikacji w ramach takiego czy owakiego projektu, który jest akurat na lewicowym topie (dziś na topie jest to, co Środa nazywa „europejskością”). Co zostanie z Europy, gdy jej różnorodność zaleje „europejskość”? Mam nadzieję, że nie będziemy mieli okazji tego oglądać...


      PS

      „jajo rozumności” wziąłem z kultowego tekstu Jacka Żakowskiego o inteligencji (jeśli ktoś nie zna tego klasyka publicystycznej psychodelii – niech szybko nadrobi braki!). Zdaniem Żakowskiego misją inteligencji jest wysiadywanie jaj rozumności, więc – jak sądzę – tym właśnie zajmuje się Magdalena Środa. Żakowski chyba wie co pisze, a Środa, to niewątpliwie inteligentka.   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Środa - zrównywaczka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 lipca 2007 17:03