komentarze z onetu

Wpisy

  • czwartek, 31 sierpnia 2006
    • bezradność

          Jeszcze o "sprawie Kuronia". Publikacja poSBckich dokumentów mówiących o negocjacjach Kuronia z bezpieką wprawiła środowisko Kuronia w stan histerii. Zastosowano spory zestaw chwytów, by rzecz zneutralizować, odnotowałem chwyty następujące:

      1. Przeniesienie autorytetu
      Godną uwagi znajomością kulis transformacji ustrojowej popisały się osoby, u których taka wiedza może zaskakiwać. Na przykład
      prof. Barbara Skarga zapewniła nas, że "Jacek Kuroń nie prowadził negocjacji z UB". Przepraszam, ale skąd prof. Skarga to wie? Zgoda, nie jestem ekspertem jeśli chodzi o znajomość życiorysu prof. Skargi, mam jednak wrażenie, że - niczego jej nie ujmując - nie pełniła w latach 80-tych znaczących funkcji w opozycyjnych sztabach decyzyjnych, nic mi też nie wiadomo o tym, by pracowała nad źródłami historycznymi z tego okresu. Chyba mam jej uwierzyć na słowo. Przykro mi - nie wierzę.

      2.Bagatelizacja
      Niedźwiedzią przysługę oddała nieboszczykowi Kuroniowi osoba kryjąca się pod inicjałami "MJ", która, w "GW" - w tekście pod kuszącym tytułem "Jak było naprawdę" - napisała: "Osoby, które dobrze znały Jacka Kuronia, twierdzą, że wyznawał on ewangeliczno-ekumeniczną zasadę, że trzeba rozmawiać z każdym. Był uprzejmy nawet dla oficerów śledczych, którzy przyjeżdżali do niego na rewizję". Wynikać ma z tego, że Kuroń z bezpieką gadał, bo gadał z każdym. No nie wiem... O ile uprzejme traktowanie esbeków robiących rewizję można uznać za oznakę klasy, o tyle wdawanie się z esbekami w pogawędki, gdy się robi konspirację może być co najwyżej oznaką - delikatnie mówiąc - infantylizmu.

      Ale zajmijmy się osobami, które - bez wątpienia - sporo o historii transformacji ustrojowej wiedzą. Na początek - pan Celiński.

      3.Bluzg
      Celiński, jak przystało na przedstawiciela prawdziwych Europejczyków, uraczył nas wcale interesującym bluzgiem. Zapytał "panów z IPN" cyt: "czy wyście się z chu...m na łby pozamieniali?", potem było coś o "kilku małych gnojkach", "ostatnich gnojach" i "szambonurkach lubiących wkładać głowę w g...no". Co do transakcji wymiennych - mam wrażenie, że szybciej znalazłby się chętny do wymiany głowy z wyżej wymienionym ch...m, niż z Celińskim, jeśli zaś chodzi o puszczanie nerwów - Celińskiemu się nie dziwię, przy okazjach takich jak ujawnienie dokumentów dotyczących Kuronia ludzie przypominają sobie różne rzeczy, ktoś mógłby sobie przypomnieć na przykład, że w listopadzie 1987 roku ukazał się w "Newsweek"u (amerykańskim) tekst Celińskiego, w którym mowa jest o sojuszu "Solidarności", Kościoła i ... PRL-owskich służb specjalnych. Celem tego sojuszu miałaby być reforma, głównym przeciwnikiem - zachowawcze siły w obozie władzy(1). Takie projekty, w świetle ujawnionych właśnie dokumentów, dają mocno do myślenia. O ile pamięta się o tym, że się pojawiały.


      4.Moralne oburzenie
      Odezwał się też, rzecz prosta, Adam Michnik. Cytuję: "..."ŻW" informuje na pierwszej stronie: "Jacek Kuroń negocjował z bezpieką". Nie potrafię w żaden sposób skomentować publikacji "ŻW". Nie sądziłem, że dożyję dnia, gdy o świadectwo przyzwoitości Jacka będzie proszony wysoki oficer SB. Nie potrafię już się oburzać na to wszystko - jestem bezradny". Michnik bezradny jest na tyle, że nie był w stanie oświadczyć jasno: "To nieprawda, że Kuroń negocjował z bezpieką" lub "To prawda, że Kuroń negocjował z bezpieką" (ewentualnie: "nic mi o tym wszystkim nie wiadono"). To, co z siebie wydusił sugeruje jednak, że raczej zaprzecza faktowi negocjacji, niż go potwierdza. W tej sytuacji brzydkiego psikusa sprawił Michnikowi (i prof. Skardze!) Lech Wałęsa, który na pytanie: "Jacek Kuroń przez cztery lata prowadził z bezpieką negocjacje" odpalił: "Prawda. Prowadził negocjacje, bo go osobiście do tego upoważniłem. Nie tylko zresztą Jacka Kuronia. Robiło to jeszcze dwadzieścia innych zaufanych osób". Oj, chyba nie uzgodnili panowie wspólnej wersji...

      Podsumujmy: kombinacja oświadczeń przeniesionych autorytetów, bluzgów, bagatelizacji i moralnego oburzenia była niegdyś zabójczą mieszaniną zdolną powalić całą armię "oszołomów", wyrzucając ich na zawsze z dobrego towarzystwa i poza nawias dyskursu publicznego. Dziś jej efekt okazał się dość żałosny. Michnikowe "jestem bezradny" nie jest - niestety - w pełni trafne, ale jednak coś jest na rzeczy. I to jest jeszcze jeden powód, by polubić IV RP (w trakcie stawania się)


      (1) Informację o artykule Celińskiego podaję za tekstem "Jak uniknąć myślozbrodni i pozostać bohaterem" pióra pana Darskiego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „bezradność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 sierpnia 2006 16:32
  • wtorek, 29 sierpnia 2006
    • ramię w ramię z Lesiakiem

          "Życie Warszawy" doniosło, że Jacek Kuroń od połowy lar 80-tych ubiegłego wieku negocjował z bezpieką sposoby "transformacji ustrojowej". Reakcja ludzi z Kuroniem związanych była do przewidzenia: skoro sprawy nie da się zamilczeć, wypada ją zbagatelizować. I tak, o ile dobrze usłyszałem, Władysław Frasynkuk powiedział, że to żadna rewelacja, że były dwie szkoły rozmawiania z bezpieką, jedna polegała na nierozmawianiu, druga na negocjowaniu. Dziwne, bo dotąd słyszałem, że po smutnej lekcji marca 68, kiedy to iluśtam zatrzymanych powiedziało za dużo, regułą było odmawianie rozmów, ale niech tam Frasyniukowi będzie. Tylko skoro rzecz jest tak oczywista, dlaczego dowiadujemy się o niej w roku 2006, a nie w 1990 czy 1994? I dlaczego dowiadujemy się nie od samych uczestników negocjacji, ale dzięki temu, że - mimo dzikiego oporu środowiska Kuronia - IPN powstał i pracuje? Oczywiście dlatego, że sprawa ciągle jest "gorąca".

          Bo też, gdyby historia ta nie miała znaczenia dla polityki bieżącej, cóż właściwie stałoby na przeszkodzie jej ujawnienia (1)? Dlaczego w roku, powiedzmy, 1995 Jacek Kuroń nie miałby oświadczyć: "Tak! Negocjowałem z bezpieką. Nie żałuję tego, i nie uważam za rzecz wstydliwą. Takie były realia. Polityk gra kartami, jakie ma do dyspozycji, nie takimi, jakich by sobie życzył". Co strasznego byłoby w takim wyznaniu? Nic - przynajmniej dla tych, którzy patrzą na politykę chłodnym okiem, nie zaś okiem estety. Do niczego podobnego jednak nie doszło. Ani Kuroń, ani nikt inny nie był łaskaw nas poinformować o głębokich kulisach "transformacji ustrojowej". (Swoją drogą, jest to godna uwagi solidarność uczestników rozmów. Nikt przez 17 lat nie puścił pary z gęby! Co najwyżej puszczano oko - jak Jaruzelski, któremu zdarzało się mawiać, że - gdyby go ruszono - spadnie trochę koron...). Nie doszło zaś dlatego, że to wcale nie jest historia. Mówimy bowiem tyleż o końcu PRL, co o początkach III RP. I najważniejsze nie jest to, co działo się w 1986 czy 1989 roku, ale to, co stało się potem. A potem stał się postkomunizm. Że negocjowano z bezpieką? W porządku. A co miano robić? Powstanie? Ale, że TRZYMANO się tego porozumienia potem, gdy można już było Polskę dekomunizować - to już rzecz innego rodzaju. W 1989 roku nic się nie skończyło, a przynajmniej nie skończył się "komunizm", jak chciała nas przekonać pewna aktorka. Kuroń z kółkiem przyjaciół zrobili bowiem wszystko co w ich mocy, a byli mocni, by ich rozmówcy z bezpieki spadli w III RP na cztery łapy, tak, jak to sobie zaplanowali. Symbolem tego mogą być dalsze losy pana Lesiaka, z którym "negocjował" Kuroń. I ten grzech Kuroniowi i jego kolegom odpuszczony być nie powinien...

      (1) No - szczerze mówiąc stałby ten aspekt negocjacji, w którym szło o wycięcie konkurencynych wobec środowiska Kuronia środowisk opozycyjnych. Mamy tu zdaje się do czynienia z czymś więcej niż z "negocjacjami". Na miejscu berdziej jest słowo "współpraca".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „ramię w ramię z Lesiakiem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 sierpnia 2006 16:48
  • wtorek, 22 sierpnia 2006
    • między nami agentami?

          Antoni Maciarewicz występując w TV "Trwam" oznajmił, że większość byłych ministrów spraw zagranicznych III RP była w przeszłości agentami sowieckich służb specjalnych. Nie było to oświadczenie mądre, ale zostawmy Maciarewicza i zajmijmy się byłymi ministrami spraw zagranicznych.

      Jak gdzieś wyczytałem ministrowie "kipią z gniewu i zażenowania", co nie dziwi, bo też Maciarewicz zrobił byłym ministrom paskudnego psikusa. Co teraz mogą zrobić? Ponoć zastanawiają się, czy nie warto by pofatygować się do sądu. Otóż, mam przeczucie, że ministrowie jeszcze trochę pokipią i pozastanawiają się, ale do sądu nie pójdą. A nie pójdą dlatego, że, co prawda, papierów potwierdzających to, że niektórzy z nich byli agentami sowieckich służb specjalnych Maciarewicz mieć nie musi, ale jeśli chodzi o związki ze spec-służbami PRL... To już nieco inna sprawa (zresztą - tu można wejść w dyskusję, co nazywamy "sowieckimi służbami specjalnymi", ale zostawmy to na boku)

      Bo rzecz wygląda tak, że można spierać się o to, czy PRL - po 1956 roku - była czy nie była państwem "totalitarnym", ale bezsporne jest, że PRL od początku do końca swego istnienia była państwem policyjnym. Była prawdziwym "imperium służb specjalnych". Większość jej obywateli bynajmniej nie postrzegała tego w ten sposób, ale też większość stanowili "szarzy obywatele", których życia toczyło się w dość wąskim kręgu ludzi i spraw. Były jednak obszary które władza miała na oku w sposób szczególny, a do tych obszarów należały kontakty z "obozem imperialistycznym". Ktoś, kto w czasach PRL-u wkraczał do tego obszaru - niemal 100 procentowo zagwarantowane miał spotkanie z przedstawicielami PRL-owskich spec-służb (lub sam był ich funkcjonariuszem). A tak się dziwnie składa, że spora część "byłych ministrów" robiła w PRL karierę akurat takiego rodzaju, który zwykle wiązał się z kontaktami z przedstawicielami "obozu imperialistycznego". Albo pracowali w PRL-owskiej dyplomacji, albo jeździli na zachodnie stypendia, albo zajmowali się kontaktami z Zachodem, jak byśmy to dziś powiedzieli, biznesowymi. Być może mogło zdarzyć się i tak, że kręcąc się w tych sferach, dziwnym trafem, zetknięcia ze "specjalnym" wymiarem PRL uniknęli, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. PRL nie funkcjonowała bowiem jak państwo złożone z autonomicznych "modułów" - tu MSZ, tu gospodarka, a obok tego, niezależnie, służby specjalne. Wszystko to stanowiło razem ze "służbami" jeden system, kto wchodził w jedno - spotykał się z drugim.

      I dlatego Andrzej Olechowski przyznając się do związków z PRL-owskim wywiadem gospodarczym powiedział banał. Inni "byli ministrowie" nie byli tak szczerzy, ale - doprawdy  - by wierzyć, że, na przykład, Adam Rotfeld robiąc taki typ kariery w PRL-owskiej dyplomacji, jaki robił, wyszedł z tego nie uwikłany w związki ze spec-służbami, trzeba odznaczać się naiwnością XIX-wiecznej pensjonarki, albo nie wiedzieć nic, o PRL-lowskich realiach. Albo - Bronisław Geremek. Kilkanaście dni temu w TV "Puls" puszczali wywiad z Andrzejem Gwiazdą, Gwiazda powiedział rzecz, znów, banalną: ktoś, kto w latach 60-tych obejmował w "zachodniej placówce" takie stanowisko, jakie zajmował Geremek, musiał być człowiekiem dla władzy w 100% pewnym i w 100% oddanym.
      Choć oczywiście cuda się zdarzają...

      Dlaczego zresztą "byli ministrowie", ci, którzy funkcjonowali w oficjalnym obiegu PRL, mieliby wymawiać się od współpracy z PRL-owskimi służbami? To były służby państwa, które akceptowali, i dla którego pracowali. Tak więc, jest wielce prawdopodobne, że większość "byłych ministrów" ma pseudonimy, i tylko w przypadku "Teofila" Bartoszewskiego idzie tu o pseudonim z czasów okupacji. I dlatego, jak sądzę, "byli ministrowie" do sądu Maciarewicza nie zawloką, bo mogłoby to otworzyć dyskusję, której pewnie sobie nie życzą. Oczywiście - chciałbym się mylić (a dyskusji pewnie i tak nie unikniemy, ale to akurat dobrze)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „między nami agentami? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 sierpnia 2006 17:11
  • piątek, 18 sierpnia 2006
    • rozważania zagorzałego lustratora

          Z ostatniej awantury ze Zbigniewem Herbertem jest pewien pożytek. Najbardziej zagorzali lustratorzy boleśnie odczuli to, że o współpracę z SB został oskarżony człowiek bardzo przez nich szanowany. Może to sprawi, że będą ostrożniejsi w sądach. (...). Publikacja "Wprost" wywołała burzę, wszyscy jak jeden mąż potępili autora tekstu na czele z historykami IPN, którzy opracowali dokumenty archiwalne dotyczące poety. Ich zdaniem informacje przekazywane przez Herberta nie miały znaczenia, i SB posiadała je już wcześniej"

          To fragment wpisu w blogu Dominiki Wielowiejskiej, zresztą fragment niosący przekaz dość typowy dla zagorzałych anty-lustratorów: wykorzystali oni "sprawę Herberta" do swojej anty-lustracyjnej krucjaty i nietrudno zgadnąć, że w zgodnej opinii anty-lustratorów "sprawa Herberta" dała zagorzałym lustratorom nauczkę. Czy istotnie? Muszę zmartwić panią Dominikę - jestem zagorzałym lustratorem, a "sprawy Herberta" boleśnie nie odczułem, bo też z jakiego właściwie powodu miałbym ją jako lustrator odczuć boleśnie? Jak "sprawa Herberta" miałaby mnie - zagorzałego lustratora - zranić w kontekście okołolustracyjnym? Dalibóg - nie wiem.

          Bo też, czy w ogóle mamy tu do czynienia z lustracją? Nie - jeśli będziemy stać na gruncie ustawy z 11 kwietnia 1997 roku. A innej lustracji - póki co - nie ma. Oczywiście można wywodzić, że terminowi "lustracja" nadać można znaczenie "szersze", czy "metaforyczne", ale wówczas stwierdzenie, że Herberta "zlustrowano", będzie miało wagę nie większą, niż stwierdzenie, że redakcyjni koledzy pani Wielowiejskiej dokonują "rytualnego mordu" na braciach Kaczyńskich. Ostatecznie termin "mord rytualny", podobnie jak termin "lustracja", da się stosować "szerzej" i "metaforycznie". Gdy termin "lustracja" stosować będziemy wąsko i dosłownie - żadnej "lustracji Herberta" nie było. Co więc zaszło?

          Cóż, jeśli założymy, że sprawa nie ma "drugiego dna" - nie zaszło nic nadzwyczajnego, a już na pewno nic, co godziłoby w projekt lustracyjny. Jeśli zaś przyjmiemy, że sprawa ma "drugie dno", to dojdziemy raczej do wniosków pro-lustracyjnych, niż do wniosków anty-lustracyjnych.  Zajmijmy się najpierw wersją "naiwną". Wygląda ona mniej więcej tak: dziennikarz tygodnika "Wprost", Jakub Urbański, przestudiowawszy IPN-owskie herbertiana, i porozmawiawszy z iluś tam osobami, doszedł do wniosku, że kontakty Herberta z "bezpieką" były mocno dwuznaczne, po czy napisał o tym artykuł, który "Wprost" wydrukowało. "Naiwność" tej wersji polega na przyjęciu założenia, że Urbańskim nie kierowało nic - poza pragnieniem poznania Prawdy i podzielenia się nią z czytelnikami. W grę nie wchodziły inne cele - na przykład chęć robienia wokół lustracji złej atmosfery.

          Dobrze: mamy więc dziennikarza, który na podstawie pewnych materiałów pisze pewien artykuł, nie podobający się pewnym ludziom. Czy jest to sytuacja nadzwyczajna? Nie. Jest to sytuacja prozaiczna. Coś podobnego zdarza się niemal codziennie jak świat długi i szeroki, a przynajmniej zdarza się w tych miejscach, gdzie uchowała się względna wolność słowa i względnie swobodny dostęp do informacji. Oczywiście - gdyby dostęp do materiałów, którymi dziennikarz się posłużył był niemożliwy, artykuł nie mógłby powstać. Ale ta reguła dotyczy "teczek" w stopniu takim samym, jak wszystkiego innego. Czy Dominika Wielowiejska jest zwolenniczką zasady głoszącej, że dziennikarze nie powinni mieć dostępu do źródeł na podstawie których da się pisywać kontrowersyjne artykuły? Nie wiem. Myślę, że nie. Jak sądzę, jako dziennikarka, ceni sobie dostęp do źródeł na tyle mocno, że gotowa jest zaakceptować jego skutki uboczne. Tak czy owak, pytanie, jakie wypada postawić w związku ze "sprawą Herberta" nie jest pytaniem o lustrację, ale pytaniem: czy dziennikarze powinni mieć dostęp do materiałów z archiwów IPN? Pani Wielowejska, nim odpowie, powinna przypomnieć sobie drukowane w jej macierzystej gazecie teksty omawiające zawartość teczki Macieja Giertycha, czy oparte na zawartości teczek artykuły o pisarzach w czasach PRL.   

           No dobrze - ktoś powie - a jeśli pan Urbański potraktował te materiały zbyt niefrasobliwie? Jeśli dokonał nad interpretacji?  
      Cóż - w tej sytuacji, po pierwsze, mielibyśmy do czynienia raczej ze "sprawą Urbańskiego", niż ze "sprawą Herberta", po drugie dziennikarz niefrasobliwie obejść może się z każdym źródłem, "teczki" nie są tu żadnym wyjątkiem. Albo dziennikarz jest odpowiedzialny, albo nie. Ten pierwszy nie skrzywdzi nikogo nawet "teczką", ten drugi narobi zamieszania i bez "teczki".
      Więc - jeszcze raz - czy rzeczywiście zaszło coś nadzwyczajnego? Że zaszło coś przykrego dla wielu osób - nie przeczę, ale coś nadzwyczajnego? W żadnym razie. Przedstawianie przez dziennikarzy kontrowersyjnych tez jest chlebem powszednim. Wiedzą o tym na przykład amerykańscy prezydenci, którym niektórzy zarzucają ukrywanie przez narodem konszachtów z kosmitami. Jeśli materiały na podstawie których powstają te teorie nie trzymają się kupy, to - doprawdy - źle świadczy to o autorach teorii, a nie o amerykańskich prezydentach. Możliwość, że ktoś kogoś oszkaluje istniała, istnieje, i istnieć będzie zawsze. Za podstawę wziąć można "teczki", albo cokolwiek innego. "Sprawa Herberta" nie różni się tu niczym od innych spraw tego rodzaju. Drugie pytanie jakie wypada postawić w związku ze "sprawą Herberta" też nie jest więc pytaniem o lustrację, ale raczej pytaniem, czy może szeregiem pytań, o dziennikarską odpowiedzialność. Pani Wielowiejskiej, nim odpowie, radzę, by przypomniała sobie drukowane w jej macierzystej gazecie teksty o "szmalcowniku - Kobylańskim".   

      Zostawmy panią Wielowiejską z tymi pytaniami i zastanówmy się teraz: dlaczego fakt, że jakiś dziennikarz zinterpretował IPN-owskie materiały w sposób dla Herberta nieprzychylny miałby godzić w lustrację? No właśnie. Ja też nie wiem...

          Wiem, wystawiam się na zarzut, że traktuję "sprawę Herberta" zbyt prostodusznie. Piszę, że to rzecz zwykła - kontrowersyjne artykuły, czy dyskusje toczone przez publicystów i historyków, tymczasem, być może, mamy do czynienia z polityczną grą, z intrygą okołolustracyjną. Być może autor tekstu o Herbercie nie chciał wykrzyczeć światu swojej prawdy, której doczytał się w IPN-owskich materiałach, ale chciał narobić wokół lustracji zamieszania. Na przykład chciał dać zagorzałym anty-lustratorom, takim jak pani Wielowiejska, okazję, do pisania, tego, co nawypisywali w ciągu ostatniego tygodnia. Szczerze mówiąc - takie właśnie mam wrażenie, choć nie mam, oczywiście, żadnych dowodów. Tylko, znów - gdyby była to anty-lustracyjna intryga, to czy byłby to argument przeciw lustracji? Dla mnie byłby to argument za...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „rozważania zagorzałego lustratora”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 18 sierpnia 2006 18:55
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2006
    • histerycy

          A jednak rację miał stary Marks - o ile to on to palnął - bywa, że ilość przechodzi w jakość. Ta zasada nie sprawdza się może w przypadku piosenek Dody, czy esejów Adama Michnika, ale sprawdziła się w przypadku akcji internetowej "Stop histerii" (do której link znaleźć można w mojej linkowni). Niby wiadomo, że od kilku miesięcy na lewym marginesie sceny publicznej mamy do czynienia z histerią, ale dopiero zgromadzenie cytatów z histeryków w jednym miejscu pozwala docenić skalę zjawiska. Ciekawych szczegółów odsyłam na stronę akcji, tu - krótko - przypomnijmy tylko, że w ciągu ostatnich miesięcy Jarosława Kaczyńskiego porównywano do Lenina, Stalina, Bieruta, Gomułki, Łukaszenki, Goebbelsa, prokuratora Wyszyńskiego, Franco, Salazara, Primo de Rivery, Gierka, Jaruzelskiego. PiS porównywano zaś (między innymi) do NSDAP, partii bolszewickiej i PZPR. Sytuację w Polsce pod rządami PiS kojarzyła się niektórym z sanacyjnymi rządami półkowników, czasami stanu wojennego, republiką Weimarską tuż przed przejęciem władzy przez nazistów, lub Niemcami w których naziści już rządzą. Co do propozycji walki z reżimem, to obejmowały one szerokie spektrum zachowań od emigracji wewnętrznej poprzez emigrację realną, bojkot "kolaborantów", organizowanie "społeczeństwa alternatywnego, obywatelskie nieposłuszeństwo, zamach stanu, wreszcie "uderzenie nożem" (cokolwiek miałoby to znaczyć). Zaznaczam - nie robię tu wypisów z internetowych forów i blogów, gdzie ludzie sobie folgują do woli, ale z gazet takich jak "GW", "Trybuna", "Przegląd" czy "Respublica Nowa".   

          Oczywiście, jakaś część tego wszystkiego to robiona na zimno propaganda, jej autorzy nie wierzą w to, co piszą, chcą jedynie podgrzewać temperaturę politycznych sporów, kreować atmosferę zagrożenia, zbijać notowania obozu rządzącego. Ale jakaś część histeryków histeryzuje szczerze. Ta część naprawdę widzi analogie między sytuacją w Polsce a III Rzeszą, czy Związkiem Sowieckim. Cóż- będę szczery, mnie obecna sytuacja też się z czymś kojarzy. Tyle, że z czymś zupełnie innym...

          W "Planete" przypomnieli ostatnio film o Polsce początku lat 90-tych, chyba był to "W Solidarności" Sulika, można było sobie przypomnieć, że atmosfera towarzysząca wyborom prezydenckim, ściślej starciu Wałęsa - Mazowiecki, mocno przypominała to, co dzieje się dziś - że demokracja wisi na włosku, że grozi nam fala ksenofobii, że prowadzona jest antyinteligencka kampania, że Narutowicz... itd., itd.  A i potem nie było inaczej. Rzecz prosta najsilniejsza była eksplozja histerii towarzysząca rządowi Olszewskiego - ekipa, która ważyła się ruszyć filary postkomunizmu została totalnie zdemonizowana. Starsi pamiętają, a ci, co nie pamiętają niech sięgną do starych gazet, poczują się swojsko - zupełnie jakby czytali ostatnie numery "GW". Chociaż - kilkanaście lat temu było gorzej, mimo wszystko media nam się w międzyczasie rozwinęły. Nie każdy ma pod ręką stare gazety, więc przypomnijmy taki obrazek: w 1992 roku Aleksander Małachowski, ten Wieki Mistrz Kabotyństwa,  panikował: "Czy aby nie trzeba szykować w domu tobołka z przydatnymi rzeczami, by czegoś nie zapomnieć, gdy znowu po mnie przyjdą?". Nie przyszyli ani w 1992 ani nigdy potem, a Małachowski histeryzował do śmierci. Stały jest też strach przed tubylczą dziczą. Krzysztof Pomian według którego Polską rządzi dziś trumna Bolesława Piaseckiego do "bojkotu polskiej ciemnoty" wzywał jeszcze w 1993 (wcześniej i później pewnie też, ale akurat na 1993 trafiłem).

          Słowem, każdy, kto jakoś tam śledzi polskie życie polityczne już dawno powinien przyzwyczaić się do histeryków, którzy dziś znów dali o sobie znać. Właściwie ich zestaw jest - z grubsza rzecz biorąc - stały, choć oczywiście kilku młodych przybyło, a kilku starych zeszło z tego świata (nie możemy dziś obcować z płodami piór Andrzeja Szczypiorskiego, czy Aleksandra Małachowskiego, w zamian mamy Masłowską czy Niemca). I ciekawa rzecz - regułą dotąd było to, że histerycy się mylili. Ich kasandryczne pienia nie miały okazji się ziścić, przeciwnie - z czasem okazywało się, że to te straszliwe "oszołomy" miały rację. Bo też "oszołomy" mówiły banały, rzeczy elementarne, z którymi dziś nie polemizowałby nawet pięciolatek. Że warto zrobić lustrację, że przydałaby się dekomunizacja, albo - że nie ma nic złego w tworzeniu partii politycznych. Czy ktoś jeszcze pamięta tą ostatnią sprawę? Na przełomie lat 80-tych i 90-tych podział na lewicę i prawicę ogłoszono za "anachroniczny", a salonowa mądrość brzmiała: "Dziwaczne wydaje (...) się przenoszenie na nasz teren niektórych zachodnich struktur ustrojowych, tworzenie partii politycznych". Nic dziwnego, skoro sam profesor Geremek ożekł, że "tworzenie partii politycznych to bolszewizm".

          A co mówiły "oszołomy"? Ano głosiły taką herezję, że podziały polityczne istnieją, że są czymś normalnym i, że nie należy ich taić. To mniej więcej pisał Piotr Wierzbicki pisał w artykule "Familia, świta, dwór", który wywołał skandal. I doprawdy, winniśmy dziś wdzięczność tamtym "oszołomom", bo - gdyby nie oni - moglibyśmy skończyć marnie. Bo, co prawda, nigdy nie groził Polsce żaden "faszyzm", ale - gdyby ziściło się ówczesne marzenie salonu - nie mielibyśmy normalnego systemu politycznego opierającego się na podziale partyjnym, ale jakiś amorficzny "ruch obywatelski" (miał być tworzony zdaje się na bazie Komitetów Obywatelskich), któremu cele wyznaczałoby grono samo potwierdzających swój uprzywilejowany status grono Autorytetów. Byłoby to coś na kształt PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu, skoro już stosować mamy jakieś analogie, nie zapomnijmy też o nieformalnym, ale przez to nie mniej wszechmocnym Ministerstwie Propagandy tresującym tubylców "obywatelsko". To wszystko  - szczęśliwie - zostało nam oszczędzone. Rację miały "oszołomy". I z tego - między innymi - powodu nie przejmuję się proroctwami dzisiejszych histeryków (jako się rzekło - część z nich dawała popis już przy wcześniejszych okazjach). Pewnie, za siedemnaście lat, znów powiedzą, że przesadzali...


      Powie ktoś, że z faktu, że coś zdarzyło się dawniej nie wynika jeszcze, że powtórzy się to po raz kolejny, nie jest zatem czymś rozsądnym mniemać, że skoro histerycy pomylili się już ileś tam razy, to mylą się znowu? Proszę to powiedzieć tym wszystkim, którzy odczytują aktualną sytuację w Polsce niemal wyłącznie przy pomocy historycznych analogii (a to z historii Niemiec, a to z historii Rosji...)  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „histerycy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2006 15:37
  • czwartek, 10 sierpnia 2006
    • Liber Agentorum

          We wrześniu czy w październiku pokazać się miała książka księdza Zaleskiego, mówiąca - między innymi - o agenturalnych uwikłaniach kilkunastu duchownych związanych z krakowską kurią. Przypadków takich opisał Zaleski, o ile dobrze pamiętam, piętnaście, ale - znów opieram się na słowach Zaleskiego - tak naprawdę liczą się trzy. Trzech TW, dziś byłych TW, zrobiło z czasem dużą karierę. I dlatego zdarzyć może się i tak, że książki Zaleskiego nie zobaczymy jesienią w księgarniach. Pojawiły się kłopoty z jej wydaniem, pojawiły się znów dziwne gry wokół Zaleskiego. Ostatnio - opublikowanie listu pewnego zakonnika, z którym Zaleski korespondował w sprawach okołolustracyjnych. Zaleski otrzymuje pogróżki, kopie książki chce złożyć - na wszelki wypadek - w kilku miejscach. Tak to wygląda "na dziś".

      Cóż - w sumie nic nowego. W XVII wieku niejaki Walerian Nekanda Trepka napisał dzieło "Liber Chamorum", w którym opisał niecne sposoby przy pomocy których ludzie niskiego stanu wciskają się w szeregi szlachty. Jak wieść niesie, jeszcze w XX-leciu międzywojennym trudno było wydać tą książkę - wydanie blokowali potomkowie owych chamów, którzy 300 lat wcześniej podstępem dorobili się herbu, a których rody z czasem nabrały wpływów i znaczenia.  To kiedy doczekamy się "Liber Agentorum"? Gdzieś tak około 2306?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Liber Agentorum”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 sierpnia 2006 21:34
  • środa, 09 sierpnia 2006
    • okołotygodniowy wybiórczy przegląd medialny V

      Donald Tusk chce budować ruch społeczny. "Konieczny jest przełom świadomościowy w skali powszechnej, wieli ruch społeczny i organizacja polityczna wspierająca proces dochodzenia do normalności. (...). Przygotowanie merytoryczne i lokalne doświadczenia organizacyjne liberałów predystynują ich do roli inicjatorów nowoczesnego ruchu politycznego. Otwartość i umiejętność współpracy z innymi środowiskami (...) to dodatkowe atuty" - pisał Tusk...w "Tygodniku Solidarność" z 10 listopada 1989 roku. Dobrze, że w zmiennym wirze jakim jest nasze życie polityczne mamy jakieś stałe...

      Sondaże popularności partii za to zmieniają się jak w kalejdoskopie. "PiS rośnie PO słabnie" - podała "GW". Zdaniem gazety wyniki PO pogarszać może emigracja. Ciekawa rzecz, bo niedawno pisali, że przestępczość spadła, bo wyjechali przestępcy, mogliśmy też w "GW" przeczytać, że dobrą stroną emigracji jest to, że wyjeżdżają potencjalni faszyści... Ale elektorat ma ta Platforma...

      Ale mniejsza o PO, bo mamy prawdziwy wstrząs na scenie politycznej! W Partii Demokratycznej, jak podały agencje, doszło do rozłamu. Część "Demokratów" odeszła, by tworzyć Forum Liberalne. Dobra wiadomość, dla tych, co zostali: na kanapie zrobi się luźniej i w końcu dla wszystkich starczać będzie ciasteczek!

      Ciasteczek zabraknie za to na posiedzeniach Rady Ministrów. Premier Kaczyński zabronił podjadania w czasie obrad. Za poprzedniego reżimu było inaczej. "Podczas posiedzeń Rady Ministrów, które ja pamiętam, były dobre ciastka" - wspominał w TVN Ryszard Kalisz, co byłoby tak łatwe do skomentowania, że sobie darujemy...

      Czy drastyczne posunięcie Kaczyńskiego nie wywoła konfliktu wewnątrz rządu? Jeśli tak, na pewno dowiemy się tego, z "GW", która nie ustaje w wysiłku dokumentowania konfliktowości Kaczyńskiego. "Premier RP przeciw przyrodzie" - doniosła ostatnio. Ech, ten Kaczyński, żeby już i na Naturę się porywać... Ale nic - czekamy, aż "GW" doniesie "Premier RP przeciwko Bogu" i ogłosi Kaczyńskiego Antychrystem. Ku czemu idzie...

      A skoro już o religii i chodzeniu ... z TVN-24 dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy Częstochowy jeżdżą do Warszawy, żeby iść na pielgrzymkę do Częstochowy. Jak wyjaśnił pewien Częstochowianin, gdyby tego nie robili, mieliby strasznie blisko. Święta racja, ale - mimo wszystko - po takiej wiadomości trzeba się przejść, żeby dojść do siebie, w związku z czym...    

      To by było na tyle

      PS

      Skąd wziąłem cytat z Tuska z roku 1989? Otóż, zainspirowany przygodą pewnego producenta betonu, który grzebiąc w cudzej szopie wygrzebał przypadkiem teczkę pani Boguckiej, postanowiłem pobuszować trochę po szopach, strychach i piwnicach. I opłaciło się. Co prawda żadnej zaginionej teczki tego czy innego bohatera podziemia nie znalazłem, za to starych gazet - całe mnóstwo. Pewnie, że wolałbym akta "Bolka", ale cóż - to nie był ten strych...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „okołotygodniowy wybiórczy przegląd medialny V”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 09 sierpnia 2006 16:51
  • sobota, 05 sierpnia 2006
    • drugie kuszenie Platformy

          Obóz postkomunistyczny nam się jednoczy! PD dogaduje się z SLD/SdPl. Kto wie - może przezwyciężone zostanie smutne dziedzictwo rozłamu z roku 1948 i "Chamy" znów staną ramię w ramię z "Żydami", by wspólnie wieść naród ku Świetlanej Przyszłości? Byłoby to spełnienie Wielkiego Marzenia Michnika i Kwaśniewskiego, póki co zadowolić się musimy projektem "Centrolewu", czyli siły, która powstrzymać ma atak  Ciemnogrodu spod znaku Kaczyńskich. Długaśny artykuł o "Centrolewie" wydrukował w "GW" Mirosław Czech ("Centrolew, nowe otwarcie). Pomińmy kawałki satyryczne, jak ten mówiący, że SLD gotowe jest, jako jedyne, bez warunków wstępnych stanąć w obronie państwa prawa, wolności i swobód obywatelskich, czy ten - jeszcze lepszy - mówiący o "wielkoświatowym stylu" rządów Kwaśniewskiego. Skupmy się na propozycji składanej przez Czecha Platformie Obywatelskiej, bo to, co zrobi PO jest kluczowe dla losów poskomunizmu.  

          Mirosław Czech pisze, że PO "nie ma wyjścia" i musi "otworzyć się na wariant koalicyjny z lewicą", o ile myśli poważnie o przejęciu władzy.
      Nic nowego. Nadzieje, że kolejna mutacja UW będzie "tym trzecim", który zostanie rozgrywającym na scenie politycznej pojawiły się przy okazji pojawienia się Partii Demokratycznej. Teksty, które pisał wtedy Czech mogłyby być przedrukowywanie dziś z drobnymi tylko zmianami. Pewnie mało kto o tym pamięta, ale z Partią Demokratyczną, gdy powstawała, wiązano potężne nadzieje (przypomnijmy, PD - na dzień dobry - dostała w sondażach 12 procent poparcia, dziś Czech liczy na 15-17 procent dla "centrolewu"). Byli tacy, którzy wyklucie się Demokratów obwoływali rewolucją na polskiej scenie politycznej. Demokraci mieli być lekiem, który zastopuje marsz do władzy zwolenników IV RP (a za takich uważano wówczas większość liderów PO). Mirosław Czech pisał, że Polska "potrzebuje jak powietrza przywództwa politycznego", które "wskaże cele narodowe i państwowe, oraz sposoby ich osiągnięcia", dlatego też "warto było decydować się na powstanie Partii Demokratycznej". No dobrze, mieliśmy więc kandydatów na wodzów, to nasi starzy znajomi z Unii Wolności plus kilku polityków z SLD i zdaje się jeden z okolic dawnego AWS, a co z Platformą? I Platforma mogła być zbawiona - o ile się trochę poprzycina. Konkretnie: o ile pozbędzie się "radykałów", szczególnie zaś Jana Marii Rokity. Witold Gadomski sentymentalnie wywodził, że PO i PD tworzyli kiedyś wspólnie UW, dziś zachowują się jak "małżeństwo po rozwodzie", ale po wyborach... po wyborach może okazać się, że PO i PD skazane są na koalicję. Dla Polski nie byłoby to złe - twierdził Gadomski - ale PO musi przestać być radykalna. "Działacze PO muszą wreszcie zastanowić się - tu już cytuję Gadomskiego dosłownie - czy Jan Rokita będzie atutem w kampanii wyborczej i czy rzeczywiście jest dobrym kandydatem na premiera". "Jan Rokita okazał się politykiem bardzo sprawnym w sferze medialnej, dziś jednak swym radykalizmem stanowi dla Platformy problem. Jeżeli w kolejnych sondażach utrzyma się malejący trend poparcia dla PO, on będzie za to odpowiedzialny". Rokicie przeciwstawiał Gadomski Tuska, jako polityka dającego świadectwa odwagi, odpowiedzialności i wyobraźni. Nietrudno zauważyć, że mamy do czynienia z projektem budowy czegoś w rodzaju nowej Unii Wolności ze starą ekipą prominentów UW na czele. Niczego innego Czech nie proponuje Platformie dziś - jeśli pominiemy, że dziś znacznie silniejszą rolę przewiduje się dla SLD/SdPl.

          W czasie pierwszego kuszenia liderzy PO mieli dość rozsądku, czy chociaż instynktu politycznego, by syrenie śpiewy Demokratów zlekceważyć. Jeśli PO osiągnęła dobry wynik wyborczy, bo przecież był dobry, to nie dlatego, że "przestała być radykalna", ale - przeciwnie - dlatego, że postrzegana była, obok PiS, jako partia zmiany. PO z Rokitą odsuniętym na boczny tor zdobyłaby ileś tam procent mniej głosów, niż zdobyła. Pod tym względem sytuacja niewiele się zmieniła, PO trzyma się w sondażach nieźle - moim zdaniem - także dlatego, że uważana jest ciągle za "partię zmiany".  Sytuacja w PO zmieniła się za to na gorsze, i nie mam tu na myśli wyłącznie tego, że w międzyczasie rozgorzała wojna PO z PiS, ale też to, że "frakcja IV RP" w PO uległa osłabieniu. Wystarczy porównać obecną pozycję Rokity, z rolą, jaką odgrywał kiedyś.

          Powspominaliśmy wyżej co o PO mówili kilkanaście miesięcy temu ludzie z kręgu UW, przypomnijmy, jak w tym samym czasie postrzegał PO Jarosław Kaczyński. Wyglądało to mniej więcej tak: "Ja bym swoje obawy opisał trochę inaczej. Jest trzech liderów: prof. Zyta Gilowska, Donald Tusk i Jan Rokita, którzy ciągną wóz z napisem "Platforma". I ciągną go w dobrym kierunku, jestem o tym przekonany. Natomiast, czy oni ten wóz uciągną - tego nie wiem. Nie jestem pewien, czy formacja, która poprzez wielu swoich członków jest dość mocno związana z istniejącym układem, będzie w stanie ten układ zdecydowanie zwalczać. W Platformie są zwolennicy różnych kierunków i obawiam się, że wielu z nich może podążyć w innym kierunku niż my idziemy".

      W ciągu ponad roku, jaki upłynął od wypowiedzenia tych słów wiele się wyjaśniło. Gilowskiej w PO już nie ma, jak wiemy z czasem znalazła się w rządzie tworzonym przez PiS, pozycja Rokity osłabła, ostatnio poniósł Rokita kolejną porażkę w bojach z frakcją Schetyny, a Tusk... Tusk jest tym, kim był - polityczną wydmuszką wyniesioną na szczyty przez "okoliczności".      

      Cóż, Czech ma rację o tyle, że - faktycznie - PO nigdy nie będzie rządzić samodzielnie. Na to, by Platforma zdobyła większość w parlamencie wielkich szans nie ma, liderzy PO wiedzą o tym doskonale, chociaż głośno tego nie mówią. Na jakiś sojusz zdecydować się muszą, obawiam się, że sprawy idą w kierunku sojuszu z postkomuną. PO być może straciło swoje "pięć minut"...




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „drugie kuszenie Platformy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 05 sierpnia 2006 16:49
  • czwartek, 03 sierpnia 2006
    • nowoczesność atakuje, czyli - no i kto tu jest konserwatystą?

          Jak wiadomo Tradycja, Autorytet, Wartości, Obyczaj -  są to ulubione kwiatki z ogródka konserwatystów. Frywolna lewica robi sobie z tego wszystkiego śmichy-chichy, w najlepszym razie twierdząc, że są to starocie w żaden sposób nie przystające do wyzwań współczesności, w najgorszym zaś razie dowodząc, że cały ten zestaw to maski za którymi kryje się Władza Systemu. A poza tym - to ciągle lewica - wszystko jest względne i kontekstualne, coś takiego jak "niepodważalne wartości" zwyczajne nie istnieje, co więcej, jeśli kultura Zachodu w ogóle doszła do czegoś cennego, to tym czymś jest skłonność do podważania wszelkich pewników i dyskusja na każdy temat. Tak to mniej więcej wyglądało, do niedawna, bo oto...


      Bo oto daje się ostatnio zauważyć osobliwe odwrócenie ról: lewica zaczęła przemawiać Językiem Wysokim, prawica tymczasem w obrazoburczym szale kontestuje i podgryza System gdzie może. Oto LPR ustami posła Wierzejskiego ogłasza, że brak kary śmierci w europejskich kodeksach to żałosny anachronizm, kara śmierci zaś jest rozwiązaniem nowoczesnym. W jaki sposób odpowiada Komisja Europejska? Komisja Europejska odpowiada w sposób dość zaskakujący ogłaszając, że przywrócenie kary śmierci byłoby naruszeniem europejskich wartości, więc w sumie nie ma o czym gadać. Przyznajmy: Komisja stanęła dzielnie w obronie tradycyjnych wartości europejskiej lewicy, co prawda ta tradycja liczy sobie gdzieś tak ze trzydzieści lat, ale to nie ma nic do rzeczy. Tradycja to tradycja, lewica jest do niej przywiązana na tyle mocno, że nie ma ochoty o niej dyskutować.

      A obyczaj? Obyczaj, jak wiadomo, to też - zazwyczaj - oręż z arsenału prawicy. Na przykład: gdyby zapytać statystycznego przedstawiciela prawicy dlaczegóż to homoseksualiści nie mogą urządzić sobie wesołej parady na głównej ulicy miasta, ten odpowie, że jest to nieobyczajne, że widok takiej parady sieje zgorszenie, że homoseksualiści mogą sobie paradować, ale u siebie w przedpokoju. Oczywiście u lewicowca takie gadanie wywołuje śmiech pusty. Prawo - mówi lewicowiec - pozwala paradować wszystkim obywatelom, obyczaje można sobie wobec tego wetknąć, no powiedzmy, do kieszeni. Tak to wygląda z reguły, ale oto ostatnio dowiadujemy się, że obyczaje mają znaczenie i dla lewicy, gdzieś niżej odnotowałem moralizujące wynurzenia pana Sadurskiego, który wywodził, że pewne legalne partie trzymane są w przedpokoju władzy, tak bowiem nakazuje ... obyczaj.

      Dobrze, teraz Autorytety. Prawica autorytety ceni, twierdząc, że z pewnymi ludźmi z racji ich wiedzy, doświadczenia, walorów moralnych liczyć wypada się bardziej, niż z innymi. Co na to lewica? Lewica na to, że to autorytaryzm, że najlepiej jest wszelkie autorytety kwestionować. Ale oto biorę do ręki najnowszy artykuł profesora Karola Modzelewskiego, waham się powiedzieć "lewicowego autorytetu", więc mówię postaci dla polskiej lewicy znaczącej, i w pierwszym zdaniu czytam: "Czołowe autorytety polskiej inteligencji biją na alarm"...

      Nie, no doprawdy - strasznie nam się nasza postępowa lewica zrobiła konserwatywna....  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „nowoczesność atakuje, czyli - no i kto tu jest konserwatystą? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 sierpnia 2006 20:54
    • z życia gwiazd

          Mamy wakacje, można się oderwać od polityki i zająć plotkami z życia gwiazd, a jest o czym pisać, bo oto słynny gwiazdor filmowy Mel Gibson został zatrzymany przez policję, pijany, za kółkiem. Gibson nie tylko, że jeździł po pijanemu, ale też przedstawił policjantom, którzy go capnęli, teorię, zgodnie z którą wszystkie wojny wywołują Żydzi. Jest to oczywiście gruba przesada, i trudno się dziwić, że amerykańskie stowarzyszenia żydowskie mocno się na Gibsona pogniewały. Gibson wytrzeźwiał i przeprosił, ale kto by tam zważał na to, co ma Gibson do powiedzenia na trzeźwo, skoro, zgodnie z powszechnym przekonaniem, ludzie pijani są bardziej szczerzy? Słowem - jest skandal. "GW" doniosła o tym wszystkim z wielkim hukiem, ale też "GW" zagięła na Gibsona parol, od kiedy ten przedstawił w "Pasji" rzymskich legionistów jako prymitywnych i brutalnych żołdaków. Co ciekawe, w "GW" przypomniano przy okazji poglądy ojca Gibsona, chociaż - o ile mi wiadomo - ojca w samochodzie nie było, a Gibson ma już chyba 50-kę na karku. "Dziennik" pisał o Gibsonie z mniejszym rozmachem, na ostatniej stronie, ale też ciekawie, podobał mi się zwłaszcza fragment o reakcji na przeprosiny gwiazdora: "Niestety przeprosiny nie przekonały stowarzyszeń amerykańskich Żydów, którzy zaczęli nawoływać do bojkotu jego filmów. Aktor stwierdził więc, że jest uzależniony od alkoholu i zamierza udać się na odwyk". Ciekawe jest to "więc", bo sugeruje, że Gibson chce iść na odwyk nie dlatego, że jest uzależniony od alkoholu, ale dlatego, że po pijanemu gada rzeczy, które mogą go drogo kosztować. Gdyby, powiedzmy, upijał się i zasypiał - nie byłoby problemu. Ale - skoro tak - co tutaj pomoże odwyk? Co osiągnie Gibson, jeśli przestanie pić i wygłaszać ekscentryczne teorie? Nic. Wszyscy dojdą do wniosku, że cwany Gibson nie mówi tego, co myśli, bo - nie pije (ale niechby tylko strzelił sobie kilka głębszych, to ho... ho...). Jedynym dla Gibsona wyjściem jest chyba wygłaszanie po pijanemu teorii filosemickich. Tak - to byłoby coś... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „z życia gwiazd”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 sierpnia 2006 18:07