komentarze z onetu

Wpisy

  • czwartek, 28 września 2006
    • jeszcze o "aferze taśmowej"

          Bywalcy wzbogacający ten blog swoimi komentarzami zwrócili uwagę, że to, co napisałem w ostatnim wpisie sprowadza się do stwierdzenia „inni robią to samo”, w związku z czym – oględnie mówiąc – trudno uznać to za wyszukany komentarz. Pewnie tak, ale co robić skoro istota „afery podsłuchowej” – w tym jej aspekcie, który potrąciłem – sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: z czym mamy do czynienia – ze zwykłą praktyką polityczną, czy ze zwykłym przestępstwem? W pierwszym przypadku negocjatorzy PiS zachowaliby się jak zwykli politycy, w drugim – rzecz prosta – jak zwykli przestępcy. O drugim przypadku nie ma co gadać, sprawa byłaby oczywista, przestępstwo jest przestępstwem. Ale co z przypadkiem pierwszym? Jeśli mamy do czynienia ze zwykłą praktyką polityczną, to na czym zasadza się oburzenie opozycji? Mogłoby się zasadzać na fakcie, że politycy PiS uchodzić chcą za polityków niezwykłych  (nie są w tym odosobnieni, każda partia przedstawia się jako wyjątkowa, PiS różni się tu o tyle, że ten motyw podkreśla szczególnie mocno). Gdy ktoś mówi „nie zniżam się – jak wy – do tego i owego”, a później na „tym i owym” daje się złapać, ci, ponad których się wynosił, mogą – i z rozkoszą to robią – ostrzyć sobie na nim jęzory.  Ale nie mamy do czynienia z takim przypadkiem. Opozycja nie zarzuca PiSowi, że złamał własne, wyśrubowane standardy, ale, że złamał zasady ogólne. Otóż, nie jest to prawdą (na dziś). Negocjacje nagrane przez Begerową – o ile je znam - to zwykłe polityczne kupczenie. Że paskudne? Zgoda. Ale że w polityce nadzwyczajne? Nie. Oburzenie opozycji zasadza się więc na wykalkulowanej hipokryzji (co, nawiasem mówiąc, jest – znów – zwykłą polityczną praktyką).  Przykro mi, ale nie mogę brać poważnie starych wyjadaczy w rodzaju Rokity czy Kalisza rozdzierających szaty nad oszałamiającym przejawem „korupcji politycznej” i lejących łzy nad „kupczeniem stanowiskami” (podobnie – nie wierzyłbym w szczerość oburzenia Kaczyńskiego, gdyby doszło do nagłej zmiany miejsc). Robi się „aferę” z czegoś, co – jeszcze – nią nie jest. Oczywiście, żyjemy w czasach, w których istnieje to, co pokazuje się w mediach i istnieje w sposób, w jaki zostało to pokazane, więc „afera” w pewnym sensie jest realna, ale mamy do czynienia z „medialną wartością dodaną”, a rzecz idzie o zrobienie przełomu w świadomości społecznej, na wzór tego, jakiego niegdyś dokonało medialne odbicie „afery Rywina”. Z czego nie wynika jeszcze, że Sekielski z Morozowskim działali na czyjeś zlecenie (aczkolwiek i im nie wierzyłbym zbyt chętnie na słowo). Jakkolwiek było nie wydaje mi się, by puścili materiał bez – co najmniej – konsultacji ze swoimi najwyższymi szefami, bo sprawa jest zbyt „gruba”, by mogli działać – ot tak – jak im fantazja podyktuje, ale – oczywiście - nie wiem jak było...
      I jeszcze: czy PiS się wywinie? Bez dużych strat – nie. Ale może to i owo odzyskać – jeśli ma jakieś własne „bomby” do zdetonowania, liczę zwłaszcza na pracowitość Macierewicza, obym się nie przeliczył...


      A swoją drogą - ładnie nam się odbudowuje koalicja "Nocnej Zmiany"...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „jeszcze o "aferze taśmowej"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 września 2006 16:43
  • środa, 27 września 2006
    • ja też demaskuję !!!

          Obserwując chór kurtyzan sławiących dziewictwo (mam na myśli polityków opozycji oburzonych tym, co zobaczyli na „taśmach prawdy” posłanki Beger) sam nabrałem ochoty na zdemaskowanie jakiejś „korupcji politycznej”, niestety – nie dysponuję nawet tak marnym sprzętem nagrywającym jak autorzy „Teraz MY”, nie mam też dojścia do pokojów hotelu sejmowego. Muszę zadowolić się tym co mam, a mam – na przykład – dostęp do internetu. Okazuje się – wystarczy. Błyskawicznie „namierzyłem”, no – nie aż korumpującego polityka, ale osobę publiczną publicznie podżegającą do „korupcji politycznej”. Otóż, do uprawiania "korupcji politycznej" publicznie podżegał opozycję pan Waldemar Kuczyński pisząc -o opozycji - w swoim blogu: "jest prawdopodobne, że zaczną się zastanawiać czy nie dałoby się zakończyć rządów obecnej koalicji przed czasem poprzez jej rozmontowanie, wyłuskanie posłów i takie różne techniki. Były stosowane przez wszystkich, także przez tych co dziś rządzą, włącznie z obecnym Premierem, całkiem w tym dobrym. To nie jest elegancka sfera życia parlamentarnego, ale polityka nie składa się tylko z elegancji. Skoro można dać partyjne polecenie, żeby bulterier wymyślił dziadka z Wehrmachtu, potem go na niby wyrzucić z partii, a potem triumfalnie przytulić znów do piersi, to dlaczego nie wyrwać koalicji trochę "szabel". W porównaniu z tamtym, to całkiem niewinne" (Bojkot poselski, wpis z 21.07.2006).

      Zgoda – nie jest to wiele, ale – powtarzam – jakie ja mam możliwości? Dajcie mi zaplecze TVN-24 a na pewno coś jeszcze wygrzebię...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „ja też demaskuję !!!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 27 września 2006 16:20
  • wtorek, 26 września 2006
    • dobry ojciec

          Jedna z sensacji dnia (dni mamy takie, że sensacji jest po kilka): pewien tabloid (Fakt?) doniósł, że minister edukacji Roman Giertych wysłał córkę do prywatnej szkoły, ponoć bardzo ekskluzywnej, bodaj najlepszej w Warszawie i płaci za to wszystko mniej więcej 600 złotych miesięcznie. Przyznaję – byłem zaskoczony: niecałe 600 złotych czesnego w jednej z najlepszych stołecznych szkół?! Okazało się zresztą – jeśli Giertych czegoś w wyjaśnieniach nie nachachmęcił - że to szkoła społeczna i nie taka znów luksusowa, ale mniejsza z tym – ciekawe jest to, że zrobiono ze sprawy sensację (wiadomość powtórzyły za tabloidem portale internetowe), i, że się w ogóle musiał Giertych z tego wszystkiego tłumaczyć. Oczywiście szło o to: minister, który zajmuje się edukacją publiczną posyłając własne dziecko do szkoły prywatnej okazuje, delikatnie mówiąc, brak zaufania co do jakości szkół – jak to się mówi – państwowych. Istotnie, ale co to za sensacja, skoro Giertych takiego stanowiska nigdy nie ukrywał? Przeciwnie – ile razy pojawia się na konferencji prasowej, tyle razy mówi, że szkolnictwo publiczne leży zapuszczone przez lata nieudolnych rządów jego poprzedników obojga płci. Według Giertycha szkoła publiczna to miejsce dość ponure, nawiedzane przez dilerów narkotyków, pełne rozwydrzonych małolatów i sterroryzowanych nauczycieli. A do tego, co najgorsze, szkoły publiczne to siedlisko i żerowisko zlewaczałego ZNP. Gdyby Giertych posłał małą Marysię do takiego piekiełka okazałby się po prostu złym ojcem. Owszem, Giertych zapowiada, że – jako minister – podły stan publicznej edukacji zmieni na lepszy, ale nigdy nie mówił, że już to zrobił. Czy mu się uda? Nie postawiłbym na to zbyt wiele, ale to już inna rzecz. Póki co pokazał, że jest dobrym ojcem, czy będzie dobrym ministrem – zobaczymy... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „dobry ojciec”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 września 2006 19:18
  • poniedziałek, 25 września 2006
  • piątek, 22 września 2006
    • zbiórka na platformie

          Jan Maria Rokita zapowiedział na 7 października manifestację antyrządową, widać liderzy PO nie mogą już zdzierżyć rządów PiS. Dawniej byli cierpliwsi. W połowie stycznia 2004 roku Piotr Najsztub zapytał Donalda Tuska co będzie z Platformą Obywatelską jeśli rząd SLD dotrwa do końca kadencji Sejmu. A Tusk na to: "Będziemy zaciskając zęby pomagać tam, gdzie to będzie miało sens, chociaż coraz trudniej takie rzeczy znaleźć. I potraktujemy jako darowany od Boga czas na dojrzewanie do rządzenia". By w pełni docenić mnisią pokorę i cierpliwość Tuska przypomnijmy w jaki sposób liderzy PO opisywali wówczas stan kraju. Oto w grudniu w grudniu 2004 roku odbywa się debata "Liberalizm - projekt niedokończony" zorganizowana z okazji wydania książki "Demokracja peryferii" Krasnodębskiego. Głos zabierał między innymi Paweł Śpiewak, a śpiewał w ten sposób:

      "Postulat reformy jest w istocie obroną tego, czego najbardziej brakuje w kraju, czyli sfery polityczności. Politycy w istniejących strukturach nie są zdolni do konstruktywnego działania. I to jest istota problemu. Pytania można by mnożyć: jest to kwestia prawa, funkcjonowania sądów i prokuratorów, utrata wiarygodności zarówno przez tych, którzy mają  ścigać przestępców, jak i tych, którzy mają orzekać o ich winie. Skandal goni skandal, kolejne komisje śledcze odkrywają wręcz całą sieć powiązań o charakterze mafijnym. Czytając gazety lub oglądając telewizję można odnieść wrażenie głębokiego upadku państwa, nawet jego postępującym rozkładzie. Wiem jedno, że w tym stanie rzeczy uznać należy za najważniejsze przywrócenie funkcjonalności państwu. Mamy bowiem do czynienia z dekoracyjną demokracją i istnieniem ukrytego państwa, za kulisami którego działają różnego rodzaju lobby i grupy nacisku. IV RP to hasło zerwania z sytuacją nieuzasadnionego paraliżu władzy i nieuzasadnionego procesu wyradzania się klasy politycznej".


      W świetle takich analiz można by dziś dowodzić, że gdy PiS coś "upolitycznia", to robi coś, czego brakuje, i nie tyle "zawłaszcza", ale - co najwyżej - "wypełnia dekoracje" czy "grabi zagrabione" (i to "grabi" coś, co nie funkcjonuje), ale zostawmy to na boku i wracajmy do PO. Otóż liderzy Platformy nigdy się ze swoich dawnych diagnoz nie wycofali. Nie powiedzieli: "robiliśmy sobie jaja", "pomyliliśmy się" czy chociaż "przesadzaliśmy nieco". Po prostu, jak za przełączeniem guziczka, przeszli od apokaliptycznych wizji Polski pod rządami SLD do - chyba jeszcze mocniej apokaliptycznych - wizji Polski podbijanej przez PiS. Gdybym był wyborcą PO życzyłbym sobie, by liderzy Platformy tak gwałtowny zwrot jakoś wyjaśnili, chętnie dowiedziałbym się na przykład gdzie podziały się te "różnego rodzaju lobby i grupy nacisku", bo że wypadły z dyskursu PO - to widać, ale wyborcą PO nie jestem, a ci którzy są pytań tego rodzaju nie stawiają. Widać młodzi, dobrze wykształceni i proeuropejsko nastawieni mieszkańcy dużych miast mają co innego na głowie.  Tak więc Platforma dyskurs zmieniła, ale było coś, co zostało po staremu, a mam tu na myśli nasycenie przekazu moralizatorstwem. Platforma Obywatelska - jeśli wierzyć jej liderom - pojawiła się na świecie głównie po to, by uzdrowić standardy polskiej polityki i wznieść je na etyczne wyżyny. Każda inna partia wypadała przy Platformie wprost potwornie. SlD - jako postkomuniści, PiS  - jako cynicy szarpani żądzą władzy, o "Samoobronie" nawet nie mówmy, dość przypomnieć, że Jan Rokita obiecał rozpoczynać każde swoje wystąpienie od sloganu głoszącego, że rząd w którym jest Lepper nie ma moralnego prawa do rządzenia (czy jak to tam brzmiało). Aż tu nagle ostatnio ten sam Jan Rokita oświadcza: „Ze zwycięską Platformą będzie chciał współpracować PiS, będzie chciała, ku naszemu zdziwieniu, współpracować Samoobrona, zawsze chce współpracować SLD. Pole możliwości będzie, moim zdaniem nieograniczone”. Także Donald Tusk nie wyklucza żadnej konfiguracji, oświadczył bowiem: „Jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów i Platforma je wygra, to będziemy pytali każde ugrupowanie – PiS, Samoobronę, LPR, SLD – czy są gotowi ponieść wspólnie patriotyczną odpowiedzialność”.  

      Cóż, o ile wcześniej wydawało się, że liderzy PO nie są w stanie zgrzeszyć z nikim, bo się wszystkimi brzydzą, o tyle teraz wychodzi na to, że mogą z każdym o ile to oni będą dyktować cenę (spodziewają się bowiem pierwszego miejsca w wyborach). Jeśli PiS popisał się cynizmem wchodząc w alians z "Samoobroną", to Platforma dokonała czegoś na co brak słówka w słowniku. PiS mógł przynajmniej twierdzić, że wiąże się z Lepperem, by oczyścić państwo po rządach SLD, słowem, że zawarł coś w rodzaju sojuszu z drobnym złodziejaszkiem w celu dokopania grubszemu gangsterowi. Sojusz PiS z SLD był w takim układzie wykluczony. A co może powiedzieć PO, skoro nie wyklucza żadnego sojuszu?  Mając większość pójdziemy na układ z każdym łajdakiem? Na to mniej więcej wychodzi. No dobrze, ale pójdą w imię czego? Jeśli pójdą z SLD trudno spodziewać się, że oczyszczą kraj z patologii wyprodukowanych przez SLD, przypomnijmy, że Platforma nigdy swoich diagnoz dotyczących SLD nie odwołała. A jeśli pójdą z PiS? Cóż - jeśli wierzyć temu, co mówią liderzy PO - rządy PiS to jedna wielka patologia. Czy można uzdrowić kraj w koalicji z jego niszczycielem? A jeśli zwiążą się z "Samoobroną"? Co można zrobić z "Samoobroną"? Sam już nie wiem, ale pamiętam dowódców Platformy zapewniających nas, że z całą pewnością z "Samoobroną" państwa naprawić się nie da. Tak więc w imię czego Platforma gotowa jest wejść w sojusz z KAŻDYM? A na to pytanie, to już niech sobie odpowiedzą wyborcy PO...
      Ja w każdym razie z przekąsem oglądał będę flagi SLD i "Samoobrony" powiewające obok flag PO na zapowiadanej przez Jana Rokitę antyrządowej manifestacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „zbiórka na platformie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 22 września 2006 17:19
  • niedziela, 17 września 2006
    • fucha na niedzielę

          Dawno już odkryłem, że gdy nie ma o czym pisać, zawsze można pisać o tym, co napisała Kinga Dunin. To mój wkład do zbioru technik tworzenia tekstów z niczego, Kinga Dunin ma własny, wynalazła bowiem uniwersalny przepis na felieton. Na czym to polega? To proste. Wystarczy kupić dowolną gazetę, obejrzeć dowolny film, przedstawienie teatralne, czy przeczytać dowolną książkę. Jak wiadomo w gazetach (książkach, filmach, programach publicystycznych - ale skupimy się na gazetach), albo coś akurat piszą o kobietach lub homoseksualistach, albo - nie piszą. Gdy nie piszą - tłuczemy felieton o tym, że znowu nic nie piszą, a powinni. Gdy piszą mamy dwie możliwości. Albo piszą w sposób, który się Kindze Dunin podoba (co jest prawie niemożliwe, chyba, że pokazał się właśnie nowy numer "Zadry"), albo - wręcz przeciwnie, piszą w sposób, który się Kindze Dunin nie podoba (co jest niemal regułą). Gdy zajdzie przypadek pierwszy Kinga Dunin pisze felieton o tym, jak fajnie o kobietach/homoseksualistach napisano (i dlaczego zdarza się to tak rzadko), w przypadku drugim dostajemy materiał na felieton o tym, że znów napisano coś paskudnego o kobietach lub homoseksualistach (i dlaczego dzieje się to tak często). Przepis jest genialny, jako się rzekło - reguła "albo coś jest o kobietach/homoseksualistach albo nie" jest żelazna. Dobrze - zapyta ktoś - a co jeśli nie mamy pod ręką żadnej gazety, książki a filmów oglądać nam się nie chce? Nic prostszego. W takiej sytuacji piszemy felieton o gazecie jaka mogłaby istnieć, ale - nie istnieje (no, może poza "Zadrą"...)

      Tyle o sposobie Kingi Dunin, wracam do mojego sposobu, czyli - do pisania o tym, co napisała Kinga Dunin. W ostatnim felietonie Kinga Dunin obrabiała film "Palindromy", przy tej okazji wywodząc: "Są przeciwnicy aborcji i zwolennicy wolnego wyboru, którzy uważają - pozwolę sobie zacytować Mossakowskiego - że "wybory etyczne zależą od życiowych okoliczności" i dlatego prawo nie powinno ich uniemożliwiać. Stanowiska te nie są symetryczne ani siebie warte".

      Wynika z tego, że - z jednej strony - wybory etyczne zależne są od okoliczności życiowych, trudno więc mówić o "etyce uniwersalnej" ale - z drugiej strony - istnieje jakaś uniwersalna miarka pozwalająca oceniać stanowiska zajmowane w sprawach etycznych, ale nie będę tego ciągnął dalej, bo mi się nie chce. Wolę kwestię "wolnego wyboru". Czy "przeciwnicy aborcji" istotnie są zarazem przeciwnikami wolnego wyboru? Od pewnego momentu - tak. Ale to samo można powiedzieć o większości bojowników o "wolną aborcję". Ostatecznie większość z nich wyznacza taką czy inną granicę, do której aborcja jest dopuszczalna, najczęściej jest to 3 miesiąc ciąży. Istnieje grupa konsekwentnych zwolenników "wolnego wyboru" dopuszczająca możliwość aborcji i w 9 miesiącu ciąży, ale jest to - wśród ogółu dopuszczających aborcję - mniejszość. Czy Kinga Dunin należy do tej mniejszości - nie wiem, ale chętnie bym się dowiedział. Tak więc "przeciwników aborcji" i większość "zwolenników wolnego wyboru" nie różni stosunek do "wolnego wyboru" jako takiego - obie strony uważają, że od pewnego momentu wolność wyboru powinna być ograniczona. Różni ich moment w którym ustanawiają granicę tej wolności. Jedni ustalają ów moment na początek ciąży, drudzy - na przykład - na koniec jej 3 miesiąca. Zawołaniem tych pierwszych może być "nie chcesz ciąży to w nią nie zachodź, ale skoro już zaszłaś ponoś tego konsekwencję", ci drudzy lubią hasło "nie chcesz aborcji to jej nie rób", ale powinni raczej mówić "nie chcesz aborcji to jej nie rób, uwaga: po 3 miesiącu ciąży nie zrobisz jej, choćbyś chciała" (nie jest to może zręczne hasło...). Powiedzmy, że ci pierwsi wymagają od ludzi więcej odpowiedzialności...

      Ale wracajmy do wolności wyboru. Oczywiście, że w przypadku dopuszczenia aborcji "do pewnego momentu" pole manewru jest większe, ale to jeszcze nie uprawnia zwolenników "wolnego wyboru do pewnego momentu" do ogłaszania "przeciwników aborcji" wrogami "wolnego wyboru" bez popadania w hipokryzję. Do tego prawo mają co najwyżej konsekwentni libertarianie chcący wolności aborcji i w 9 miesiącu ciąży, ale ci, za "wrogów wolnego wyboru" uznaliby i takich, którzy nie mają nic przeciw aborcji w miesiącu - powiedzmy - 8 (o wcześniejszych nie wspominając), ale w miesiącu 9 mówią "nie!". Tak więc, do czasu aż usłyszę deklarację Kingi Dunin, w której dopuszcza możliwość aborcji od początku do końca ciąży nie dam jej prawa do walenia oponentów po łbach sztandarem z napisem "wolny wybór". Niech sobie wywija flagą z napisem "większe pole manewru"...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „fucha na niedzielę”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 września 2006 16:35
  • środa, 13 września 2006
    • uwagi z pod stołu (okrągłego) cz I

      Dwuczęściowy artykuł Aleksandra Smolara "Radykałowie u władzy" przeszedł bez echa, co nie dziwi, ostatecznie - jak to zwykle bywa w "GW" - jest to rzecz dana do wierzenia, a nie punkt wyjścia do dyskusji, no ale cóż - zajmijmy się tekstem Smolara z uwagą, na jaką zasługuje.

      Modne zrobiło się ostatnio rozprawianie o "narracjach", czy "dyskursach", więc i ja pójdę sobie w tym kierunku i powiem, że tekst Smolara w pewnym sensie jest mitem - jeśli mit definiować będziemy jako opowieść o czynach bogów i herosów w czasach Początku mającą wyjaśniać porządek świata. Smolar snuje taką właśnie opowieść, bogów w niej nie ma, ale herosów jest za trzęsienie, jest to prawdziwa Historia Święta III RP pióra jednego z jej ideologów. Na Początku - mówi Smolar - byli Umiarkowani i Radykałowie. Umiarkowani z opozycji porozumieli się z Umiarkowanymi z obozu władzy i wspólnie stworzyli III RP. Radykałowie zaś zostali zepchnięci na margines, na co zresztą zasługiwali. Jak na mitografa beneficjentów "transformacji ustrojowej" przystało Smolar przekonuje nas, że historia inaczej potoczyć się nie mogła, w właściwie, że mogła potoczyć się tylko gorzej, słowem - spotkała nas rzecz najlepsza z możliwych. To jednak nie koniec opowieści, bo oto następuje "Powrót Radykałów" - Radykałowie wydostali się jakimś sposobem z "getta", w którym zamknęli ich Umiarkowani i znów grożą Porządkowi Świata. Smolar wyraźnie tego nie wieszczy, ale zdaje się, że czeka nas - znane zresztą z wielu mitologii - ostateczne starcie sił Światła i Ciemności, czy sił Porządku z siłami Chaosu, jakaś Ostatnia Bitwa przeważająca na dobre szale Dobra i Zła. W tym miejscu porzucamy te mitologiczne dywagacje i przechodzimy do rzeczy.

      Tekst Smolara to postęp w stosunku do tego, czym karmiło nas dotąd jego środowisko, ale wciąż jest to historia dla dzieci. Nieco starszych, ale jednak - dzieci. Mimo wszystko warto ją docenić, już choćby z tego powodu, że - generalnie rzecz biorąc - Smolar zgadza się z głównymi tezami opowieści Radykalnych. Oczywiście inaczej je wartościując, czemu akurat trudno się dziwić. Tak więc Smolar nie przeczy, że doszło do rodzaju paktu między częścią opozycji a władzą, że "transformację ustrojową" projektowała i przeprowadzała wąska elita nie zważając przy tym za mocno na tzw. "opinię publiczną", że pewne środowiska marginalizowano, itd., itd. Są to stwierdzenia znaczące i mogą otworzyć pole do wielowątkowej dyskusji - o ile znajdą się tacy, którzy pociągną rzecz dalej. A - jeśli się znajdą - możemy dowiedzieć się różnych ciekawostek, opowieść Smolara jest bowiem "bezpieczna" tylko do chwili postawienia pytań, do postawienia których skłania. Mam na myśli pytania, których celem byłoby wypełnienie abstrakcyjnych opisów procesów politycznych, którymi poczęstował nas Smolar konkretami, politycznym "mięsem": faktami, nazwiskami, datami, nazwami banków i spółek, a pytań takich ciśnie się na usta legion...

      Ot - na przykład:

      1. Skoro elita przeprowadzająca transformację była tak wąska, to co stoi na przeszkodzie w miarę dokładnemu ustaleniu personaliów tej grupy? Mitografowie Umiarkowanych raczej unikają takiej praktyki, chociaż pewne nazwiska jednak się pojawiają. Na szczęście są jeszcze ci straszni "młodzi historycy z IPN". I tak na przykład, Antoni Dudek pisał w ten sposób o obradach w Magdalence (posiedzenia ogólne Okrągłego Stołu sobie darujmy - to był już zupełny teatr): "W toczonych tam rozmowach uczestniczyły w sumie aż 42 osoby, ale faktycznie liczyło się tylko kilkanaście z nich. Po stronie koalicyjnej byli to Stanisław Ciosek, Andrzej Gdula, Czesław Kiszczak, Aleksander Kwaśniewski i Janusz Reykowski; do pewnego stopnia uczestnikiem był też Jaruzelski, który (...) kierował na odległość swoją delegacją. Natomiast w reprezentacji "Solidarności" najważniejszą rolę poza Wałęsą odgrywali: Bronisław Geremek, Adam Michnik, Jacek Kuroń i Tadeusz Mazowiecki". Dudek wspomina też o przedstawicielach Kościoła - bp. Gocłowskim i bp. Orszuliku (Antoni Dudek, Kontrakt z buntem w tle, Arcana5/2003) . Wygląda na to, że argumenty w rodzaju "Kaczyński też był w Magdalence" nie są zbyt dobre - Magdalenka cieszy się sławą mocno przesadzoną jako miejsce gdzie zapadały najważniejsze decyzje. W sztabie decyzyjnym "strony społecznej" dominowała "lewica postkorowska". Tak zresztą oceniały to komunistyczne władze. W dokumentach przygotowywanych dla Jaruzelskiego możemy wyczytać, że politykę opozycji kształtuje "przede wszystkim duet: B. Geremek i A. Michnik". (Antoni Dudek, Kontrakt z buntem w tle, Arcana5/2003). Ludzie "lewicy laickiej" pełnili rolę sztabu decyzyjnego "strony społecznej" przy Okrągłym Stole, jak się wydaje między Geremkiem Michnikiem a przedstawicielami Kościoła toczyła się przy tym ostra gra o wpływ na Wałęsę. Henryk Dankowski - informator "strony rządowej" informował swoich mocodawców, że Michnik z Geremkiem zaniepokojeni są rosnącym wpływem doradców kościelnych. Michnik i Geremek mieli z tego powodu krytycznie wypowiadać się o kard. Glempie, przy tym - jak zaznaczył Dankowski - ich uwagi były "posunięte do granic obraźliwości".

      Jeśli zaś chodzi o czasy nieco późniejsze - ciekawą uwagę o stosunkach w Obywatelskim Klubie Parlamentarnym odnotowała Maja Narbutt, dziennikarka "Rzeczypospolitej" słuchając wspomnień jednego z członkow OKP: "W klubie spierały się różne opcje, ale na zewnątrz wydostawały się opinie formułowane przez wąskie grono. Wtedy podchodziliśmy do tego dobrodusznie: żartowaliśmy, że o ustaleniach OKP dowiadujemy się oglądając wypowiedzi "Wujka Bronka" w dzienniku telewizyjnym. Bo OKP mógł sobie obradować, ale prawdziwe decyzje zapadały po godzinie 22 w pokoju hotelu sejmowego. Tak naprawdę decydowało "biuro polityczne", czyli Bronek Geremek, Adaś Michnik i Janek Lityński. Teraz myślę, że nie należało tego tak łatwo akceptować" (Maja Narbutt Bohaterowie z innej bajki, Rzeczpospolita 5/6 maj 2004). Słowem - znów pojawiają się nasi starzy znajomi z "lewicy laickiej" w rolach członków wąskiego "sztabu decyzyjnego".

      Smolar kluczowej roli wąskiej elity nie ukrywa. Przeciwnie, podkreśla, że do sukcesu transformacji przyczyniła się ta okoliczność, że jej projekt nie był wynikiem szerokiego dialogu społecznego, lecz skutkiem "woluntarystycznej polityki wąskich elit modernizacyjnych, którym doradzali zachodni specjaliści". Z powodu słabości partii politycznych i instytucji reprezentacyjnych, mimo formalnie demokratycznego charakteru tych instytucji, decyzje zapadały poza kontrolą opinii publicznej i sił politycznych. "Elity miały niezwykłe poczucie wolności wynikające z ówczesnej próżni politycznej" - pisze Smolar. Pytanie: czy prowadzono działania mające za cel utrzymanie stanu owej "próżni"? Czy z premedytacją blokowano proces wykształcania się normalnej sceny politycznej, czy blokowano debatę publiczną? Słowem - czy "próżnia polityczna" była jedynie niezamierzonym dziedzictwem realnego socjalizmu, które - tak się przypadkiem złożyło - dobrze przysłużyło się procesowi transformacji ustrojowej, czy też "na zimno" depolityzowano społeczeństwo dla "dobra transformacji"? Faktem jest, że - na przykład - pomysł zakładania partii politycznych był przez pewien czas aktywnie zwalczany, chciano budować amoforficzny ruch, na bazie Komitetów Obywatelskich, jeśli zaś chodzi o różnice zdań w ramach OKP, to - o ile mnie pamięć nie myli - "GW" oświadczyła po prostu, że o nich pisać nie będzie, bo jej wstyd (czy coś w tym guście). O świadomym tworzeniu "próżni" wspomina na przykład Barbara Stanosz, którą trudno doprawdy uznać za zwolenniczkę prawicy, Stanosz mówiła w wywiadzie dla "Przeglądu" (podkreślenia moje): "Grupa, która po wyborach 1989 r. znalazła się we władzach, łatwo zrezygnowała ze swoich inteligenckich ideałów na rzecz postaw właściwych politykom. Zresztą już sposób, w jaki ta grupa została wyłoniona, źle wróżył polskiej demokracji - był zapowiedzią odebrania głosu społeczeństwu (przez zignorowanie, a potem ŚWIADOME WYGASZANIE resztek ruchu społecznego skupionego wokół związku "Solidarność)". Zadajmy jeszcze jedno związane z "próżnią" pytanie: czy to, co zwie się dziś "inwigilacją prawicy" było elementem akcji depolityzującej?

      To były pytania z grupy "proste", zadajmy kilka trudniejszych.


      2. Czy - po stronie Umiarkowanych - rzeczywiście mamy do czynienia z 3 umawiającymi się stronami? (mam na myśli część opozycji, władzę i przedstawicieli KK). Może rozgrywający był tak naprawdę jeden? Chodzi oczywiście o "stronę rządową". Czy nie było tak, że to "strona rządowa" realizowała pewien scenariusz, wykorzystując przy tym część opozycji i przedstawicieli Kościoła, nie tyle umawiając się z nimi, co wpisując ich w swój plan? I jaką rolę w tym wszystkim grała Moskwa? Ostatecznie PRL państwem suwerennym nie była. Nie są to pytania brane z powietrza, tak się bowiem składa, że to tu, to tam pojawiają się wypowiedzi skłaniające do zadumy nad mechanizmami napędzającymi "transformację ustrojową", celowo skupię się wyłącznie na wypowiedziach osób związanych z Umiarkowanymi. Na przykład, w 1991 roku, Jerzy Urban zwierzał się (w zbiorze wywiadów "Koniec epoki"): "...ja publicznie uprawiałem głównie walkę, a spełniając swoje funkcje doradcze, projektowałem porozumienie z opozycją. I jestem winowajcą, współ winowajcą pewnych scenariuszy, które były urzeczywistniane. Mianowicie powstał taki zespół trzyosobowy, złożony z sekretarza KC Cioska, generała MSW Pożogi i mnie. Zespół ten począwszy od 1986 roku, projektował różne posunięcia i przedstawiał generałowi Jaruzelskiemu. Tak się złożyło, że z pewnymi modyfikacjami, opóźnieniami, ale w zasadzie ten plan był realizowany" (warto dodać, że jednym z późniejszych pomysłów tej trójki był projekt rozgrywania przeciw sobie różnych grup opozycji - tej związanej z Kościołem przeciw części postkorowskiej). W 1988 roku Jerzy Urban pisał do swoich szefów: "Kierownictwo PZPR nie może nadal zachować w ręku całej władzy i musi przystać na jej realny podział, a powinno tego dokonać na tyle wcześnie, aby móc zabezpieczyć pozycję dominującą PZPR (...). Przyzwolenie na podział władzy związane ze współodpowiedzialnością umiarkowanej opozycji i ludzi Kościoła może nas po pewnym czasie wzmocnić na tyle, że zdołamy zachować swój okrojony stan posiadania" (cyt. za: Jan Skórzyński, Podział władzy, czy podział odpowiedzialności, Rzeczpospolita 3-4 kwietnia 2004). Plan Urbana zaakceptowano, ludzie go pilotujący zaczynają iść w górę w strukturach partii. W grudniu 1988 członkiem Biura Politycznego PZPR zostaje Janusz Reykowski. Reykowski, jak ujął to Mieczysław Rakowski: "W następnych miesiącach odegrał istotną rolę w sporządzaniu analiz rozwijającej się i zmieniającej sytuacji. Utrzymywał stałe kontakty z opozycją, szczególnie z prof. Geremkiem" (M. Rakowski, Jak to się stało, s.169, za: A. Zybertowicz, W uścisku tajnych służb, s.23). Wróćmy do pytania wyjściowego. Ilu było rozgrywających? Może najcelniej ujął rzecz Wojciech Jaruzelski (kto byłby tu bardziej na miejscu?), który, w rozmowie z autorką książki "Kraje w których straszy" wyznał, że żadnego spisku nie było, ale, owszem, władza wybrała sobie takich partnerów ze strony opozycji, którzy gwarantowali ludziom władzy miękkie lądowanie w III RP. Jaruzelski powiedział właściwie to samo co Jarosław Kaczyński, który zapytany czy komuniści dokonywali selekcji elit do rozmów, odparł: "Tak.(...).komuna chciała mieć takiego partnera, jakiego miała, tj. Komitet Obywatelski, z kontrolującym wszystko Geremkiem czy Kuroniem. Dopiero przy okrągłym stole wyszło na jaw - i to jest istotny element folkloru tej operacji - z iloma eksponowanymi ludźmi z tamtej strony jest po imieniu Kuroń czy Geremek. Po imieniu - nie dlatego, że zetknęli się przy okrągłym stole, a dlatego, że byli po imieniu od 30 lat. Krótko mówiąc - po dwóch stronach spotkali się ludzie, którzy doskonale znali się od czasów zetempowskich" (Lewy czerwcowy, s.18). Faktem jest, że, już od lat 70-tych da się zauważyć stałe dążenie grupy "korowskiej", do zdominowania opozycji i grę na jakieś porozumienie z tzw. "różową kanapą" wewnątrz PZPR, w jednym z raportów Maleszki (opublikowanym przez "Arcana") mowa jest o tego typu rozmowach prowadzonych przez Kuronia, jeden ze współpracowników KOR-u, W. Ziembiński, wspominał, że z czasem, w jego oczach KOR, stwarzał "....coraz częstsze wrażenie, iż bliższe mu są związki z reformatorami niereformowalnego skądinąd systemu, bliżej mu do lewicy, do flirtów z eurokomunizmem". Bez wątpienia sporą rolę grała tu stała obsesja tego środowiska - strach przed "endekoidalnym" narodem, który - o ile nie będzie przewodzić mu światła elita - pogrąży się w otchłaniach nacjonalizmu, antysemityzmu i ksenofobii, ale zostawmy już ten temat i wracajmy do "transformacji".

      Mamy jeszcze jedną ciekawą postać świadczącą o "transformacji ustawionej": Adam Schaff, niegdyś jedna z intelektualnych gwiazd polskiego stalinizmu, później rewizjonista i protektor zakładanego przez młodego Adama Michnika "Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności". W książce "Pora na spowiedź" Adam Schaff zapewniał: "Powtarzam: "Solidarność" władzy nie wygrała, lecz otrzymała ją w podarunku i to faktycznie z rąk Moskwy. Że ja majaczę? Że chcę odjąć chwałę kombatantom i nie wiem co mówię? Słyszę już te głosy. Panowie, spokój, ja wiem i to z drobnymi szczegółami, wiem od bezpośrednich aktorów tych wydarzeń. (...). Inżynierem tej całej zabawy był gen. Kiszczak, on wymyślił Okrągły Stół (to był oryginalny wkład Polski do projektu Gorbaczowa), on namawiał" (Adam Schaff, Pora na spowiedź, s.152-153). Schaff, jako osoba stojąca na pograniczu środowisk - "różowej kanapy" w PZPR i "lewicy laickiej" wydaje się osobą, która może wiedzieć co mówi...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „uwagi z pod stołu (okrągłego) cz I”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 13 września 2006 14:28
    • uwagi z pod stołu (okrągłego) cz II


      Z pytaniem o to ilu tak naprawdę było "rozgrywających" wiąże się kolejne, nieuchronne pytanie, które brzmi:

      3. Jaką rolę w "transformacji ustrojowej" pełniły PRL-owskie służby specjalne?
      Zwolennicy teorii niepokalanego poczęcia III RP usiłują nas przekonać do teorii bez porównania mniej prawdopodobnej, niż wykpiwane przez nich "teorie spiskowe", usiłują nam wmówić mianowicie, że obóz rządzący nie korzystał z wszelkich dostępnych mu narzędzi, by zapewnić sobie miękkie przejście przez "transformację" - na przykład wstrzemięźliwie korzystał ze swoich służb specjalnych. Jest to absurd. Pytanie brzmi, nie czy wykorzystywano służby specjalne, ale - jak. Na przykład: czy w latach 80-tych, zwłaszcza od chwili, gdy w kręgu władzy zaczęto brać pod uwagę scenariusz "porozumienie" bezpieka "ustawiała" opozycję niszcząc jedne jej środowiska a promując, lub- co najmniej - pozwalając funkcjonować innym? Jest to klasyka działań policji politycznej, i - doprawdy - byłoby dziwne, gdyby akurat PRL-owska bezpieka takich działań unikała. Krótka ilustracja metod "promowania": w tym samym czasie, gdy Urban pisze o konieczności podzielenia się władzą, "Konfrontacje" pismo "nadziemne" zwraca się do Bronisława Geremka z propozycją wywiadu. "Konfrontacje" związane były oficjalnie zdaje się z PRON-em, ale w udział w ich powstaniu miała bezpieka, co przyznał później półkownik Wojciech Garstka, ex-rzecznik MSW i zastępca kierownika pracującego dla Kiszczaka Zespołu Analiz. Wywiad z Geremkiem wygląda to na element akcji promowania i legalizowania wybranego środowiska opozycji, podobny "legalizujący" charakter mają późniejsze wizyty Michnika w Moskwie. Jako ciekawostkę dodam, że pewny jest co najmniej jeden przykład manewru bezpieki "ustawiającego" porządek polityczny III RP, chodzi o wybór Jaruzelskiego na prezydenta - zachowały się materiały dotyczące mobilizacji agentury wśród parlamentarzystów w związku z tym głosowaniem, przypomnijmy, że Jaruzelskiego wybrano prezydentem przewagą zaledwie jednego głosu, przypomnijmy też, że po zaskakująco dużej klęsce wyborczej "reformatorów z PZPR" w wyborach z 1989 rokuKiszczak publicznie oświadczył, że wybór Jaruzelskiego na prezydenta został ustalony wcześniej, co brzmiało jak pogróżka, lub co najmniej mocne danie do zrozumienia, że - niezależnie od wyniku wyborów - ustalony wcześniej scenariusz ma być realizowany.

      Cofnijmy się do czasów poprzedzających Okrągły Stół. Otóż, wypada odnotować, że - mniej więcej - od połowy lat osiemdziesiątych mamy w układzie władza - opozycja do czynienia z, jak to nazwałem, "efektem lustra": posunięciom władzy odpowiadają posunięcia tej części elity opozycji, którą nazywam postKorowską (czyli, krótko mówiąc - tych osób, które później znalazły się w "sztabie transformacji"). Ryszard Bugaj w "Życiu Warszawy" opisywał to tak: "...nie należy ukrywać, iż część opozycji w drugiej połowie lat 80. szukała różnych kontaktów z władzą. Po to, by jej uzmysłowić, że powinna się posunąć. Jacek (Kuroń) był pierwszą osobą, która taki pogląd jednoznacznie sformułowała, a u niego droga między myślą, a czynem była wyjątkowo krótka". Czy mamy tu do czynienia z przypadkowym spotkaniem podobnie myślących ludzi z dwóch stron barykady? Czy postKorowska elita opozycji przypadkiem wpisała się w plany konstruowane przez zespół Urbana? Dodajmy, że temu poszukiwaniu "różnych kontaktów z władzą" towarzyszy dystansowanie się przez to środowisko z dotychczasowymi sojusznikami, mam na myśli przede wszystkim Kościół Katolicki, coraz mniej osób pamięta, że w czasach tuż po stanie wojennym "lewica laicka" popadła w stan niemal dewocji. Michnik wspominał później: "Nagle wielką grupę moich przyjaciół opanował jakiś bzik bezkrytycyzmu. Nawet mój przyjaciel Bronek Geremek spędził parę lat jakby na kolanach. Nie można było wyciągnąć z niego jednego krytycznego słowa na temat czegokolwiek w polskim kościele" (cytat z "Między panem......,). Szydził z tego około kościelnego zaangażowania niedawnych bojowych antyklerykałów Jerzy Urban pisujący felietony pod pseudonimem Jan Rem. Urban był w luksusowej sytuacji - odpowiednie służby dostarczały mu - zapewne - sprawozdania z imprez na których występowali prominenci środowiska. Miał skąd czerpać materiał do felietonów. Z czasem Michnik zgodził się z Urbanem. Zachowanie swoich przyjaciół opisał po latach dosadnie: "moi klerkowie uprawiali czyste intelektualne wazeliniarstwo" (między panem, s. 493). Równie surowo ocenił Michnik sceny z udziałem prominentów lewicy laickiej, do jakich dochodziło w latach 80-tych w kościołach, mówiąc o nich krótko: "po prostu groteska" (między panem, s.492). Ale oto, składa się tak, że gdy po stronie władzy pojawiać zaczynają się scenariusze typu "prozumienie" drogi "lewicy laickiej" i Kościołem zaczynają się rozchodzić. Adam Michnik - jak zwykle -dał sygnał do zwrotu. W 1987 roku publikuje artykuł "Kłopot". Według prof. Ryszarda Legutki, tekst ten, wydrukowany "w czasie entente cordiale intelektualistów i kościoła" miał charakter "antycypujący mające nadejść gwałtowne ochłodzenie stosunków między obiema stronami" (R. Legutko, O czasach chytrych i prawdach pozornych, s.164). Michnik zarzucał intelektualistom - pamiętać wypada, że dla Michnika intelektualista to tyle co przedstawiciel "lewicy laickej" - że, "lecąc" do Kościoła "na łeb i szyję" popełnili zdradę - "drugą zdradę klerków" (pierwszą zdradą miało być zaangażowanie się w komunizm). To jednak nie tyle Michnik otrzeźwił swym piórem intelektualistów, co zmieniła się sytuacja polityczna. W 1987 roku - jak szczerze ujął to Jacek Żakowski - "polityczna odwilż dała nam już tyle luzu, że mogliśmy sobie pozwolić nawet na cierpkie miny części biskupów" (Między panem, s...490). Począwszy od 1986 roku zaczęły się rozmowy przedstawicieli opozycji z wysłannikami władz. Ów "luz" musieli "klerkowie" przyjąć z ulgą, i tak, jak niegdyś wcale gładko przeszli od bojowego anty klerykalizmu do "czystego intelektualnego wazeliniarstwa", tak teraz, w ciągu stosunkowo krótkiego czasu przeszli od "czystego intelektualnego wazeliniarstwa" do - jak to określono później - "zimnej wojny" z Kościołem. I znów mamy tu "efekt lustra", jak już pisałem jedna z propozycji zespołu Urbana polegała na rozgrywaniu konfliktów między opozycją postKorowską, a tą jej częścią, która związana była (mniej koniunkturalnie) z KK (w tym miejscu warto przypomnieć konflikt o Wałęsę do jakiego doszło przy Okrągłym Stole między doradcami z "lewicy laickiej" a przedstawicielami KK).

      I jeszcze kilka uwag o "transformacji"

      Za naiwne uważam przekonanie, że w 1989 roku dopuszczono ot tak, do steru gospodarki wyciągniętego skądś nagle Leszka Balcerowicza, który - raz dopuszczony - mógł sobie swobodnie realizować pomysły własne i podpowiedziane przez zagranicznych podpowiadaczy, nie zważając przy tym wszystkim na plany i interesy tych, którzy władali całym tym bałaganem do tej pory, i którzy mieli wielką ochotę zamienić "Kapitał" na kapitał - jak to ktoś dowcipnie określił. Transformacja ekonomiczna nie zaczęła się przecież w roku 1989, ale - co najmniej - dwa, trzy lata wcześniej (do ojcostwa polskiego kapitalizmu przyznaje się rząd Rakowskiego, ale i ten pretendent jest zbyt późny). Mniej obraża moją inteligencję hipoteza, że był Balcerowicz raczej kimś przygotowanym wcześniej, realizującym kolejny etap "transformacji" nie zaś niezależnym geniuszem-ekonomistą, który pojawił się niespodziewanie niczym bóstwo w antycznym dramacie. (zwracam przy tym uwagę, że takie postawienie sprawy nie jest jeszcze bluźnierstwem przeciw talentom Leszka Balcerowicza, ostatecznie można być "ojcem polskiej złotówki" i ZARAZEM brać udział w "ustawianej" transformacji ekonomicznej). Przypomnijmy, że Balcerowicz jest przedstawicielem tzw. "pokolenia 1984", to nazwa nadana przez Jadwigę Staniszkis grupie ludzi, która począwszy od połowy lat 80-tych wysyłana była na zagraniczne stypendia, przedstawiciele tej grupy odegrali kluczową rolę w ekonomicznym wymiarze "transformacji ustrojowej". Ale - wracajmy do transformacji. Czym była transformacja? Smolar powtarza za prof. Szackim, że transformacja stała się w istocie "rewolucją tworzącej się klasy posiadającej". Bez wątpienia, ale cóż to znaczy? Smolar o beneficjentach transformacji pisze tak (podkreślenia moje): "Kolejne sondaże dowodziły, że w OPINII SPOŁECZNEJ na przemianach korzystają przedsiębiorcy, elity "Solidarności", nomenklatura komunistyczna i księża. Przegrywają natomiast głównie robotnicy i chłopi". Smolar powołuje się tu na "opinię społeczną", nie na swoje spostrzeżenia, ale przyjmijmy, że zgadza się z ową "opinią". Nie przeczę - transformacja odblokowała przedsiębiorczość, chociaż nie w takim stopniu w jakim powinna była to zrobić, ale istotnie można powiedzieć, że przedsiębiorcy na transformacji skorzystali, pożywili się pewnie przy okazji i księża, ale najbardziej interesujące są ryby najgrubsze. A jeśli chodzi o nie konkretniejszy od Smolara był Jacek Kuroń, który w książce "Siedmiolatka", tak opisywał efekt transformacji i tworzącą się klasę posiadającą: "Skłonny jestem przypuszczać - i łatwo to zauważyć nawet gołym okiem - że ludzie nomenklatury kontrolują największe polskie spółki - dawne centrale handlu zagranicznego, prywatne banki, duże firmy handlowe. A przecież trzeba jeszcze pamiętać, że polski kapitalizm powstał wedle starych reguł klientelizmu. To znaczy, że za plecami uwidocznionych w rejestrach sądowych klientów stoją niewidoczni, ale wpływowi patroni, którzy pośrednio kontrolują wiele różnych przedsięwzięć". Zatem u Smolara, nomenklatura występuje jako jeden z wielu beneficjentów, u Kuronia jako beneficjent największy. Jest to pewna różnica, rzekłbym nawet, że znacząca. Pozostają jeszcze wymienione przez Smolara "elity "Solidarności". Czy termin "elity "Solidarności" pokrywa się z terminem Umiarkowani? Oj, coś mi się zdaje, że się pokrywa, jeśli nie w pełni to w bardzo dużym stopniu. Do czego piję? Ano do tego, że bycie członkiem stronnictwa Umiarkowanych miało też aspekt dający się liczyć w brzęczącej monecie. Krótko mówiąc, najzupełniej dosłownie dobrze się opłacało.


      "Oczywiście miały miejsce poważne błędy i nadużycia" - przyznaje opiewający transformację Smolar. Od razu ciśnie się na usta pytanie: "jakie błędy i nadużycia panie Smolar? Prosimy konkretniej!", ale inne pytanie jest jeszcze ciekawsze: czy wszystkie te "błędy i nadużycia" były wypadkiem przy pracy, czymś niezamierzonym, co zdarzyło się jako nieunikniony skutek uboczny gigantycznego procesu "transformacji ustrojowej"? A może część z nich wpisana była świadomie w projekt transformacji jako rodzaj szybkiej ścieżki do kapitału dla wybranych? Wreszcie - czy prowadzono celową akcję mającą propagandowo "osłaniać" owe "błędy i wypaczenia"? W pierwszej połowie lat 90-tych gromienie "oszołomów" i "aferomaniaków" było jednym z ulubionych zajęć środowiska "GW", kilka tygodni temu w "Dzienniku" pisał Andrzej Zybertowicz: "Wieloletni dziennikarz "GW" zapytany przeze mnie dlaczego tak często jedynie sygnalizowali istnienie jakiejś afery, lecz nie podejmowali głównych tropów odrzekł: w "Gazecie" przyjęto, że trzeba dać okrzepnąć polskiemu niedojrzałemu kapitalizmowi. W istocie jednak "Gazeta", która przez wiele lat nadawała ton innym mediom, de facto oślepiała opinię publiczną i ułatwiała okrzepnięcie nie zdrowemu kapitalizmowi, ale pasożytniczym układom". Jacek Kuroń tak opisywał te "pasożytnicze układy", występujące u niego pod nazwą "czerwona pajęczyna": "Nie mam wątpliwości, że jest to zjawisko o kluczowym znaczeniu dla rozwoju polskiej demokracji i gospodarki rynkowej. Ludzie byłej nomenklatury, dawni esbecy, niektórzy prywaciarze i częściowo ludzie solidarnościowego etosu przenieśli do III Rzeczypospolitej mechanizmy peerelowskiego klientelizmu. Częściowo świadomie - z chęci zysku, popychani odwieczną żądzą pieniądza i władzy, częściowo zaś w odruchu samoobrony, albo w naturalnym dążeniu do stworzenia sobie oazy bezpieczeństwa, gdy ziemia się pod nogami trzęsie, opletli Polskę siecią niejawnych powiązań przyjacielskich, politycznych, gospodarczych, korupcyjnych, nepotycznych, a także jednoznacznie przestępczych". Ludzie byłej nomenklatury, dawni esbecy, niektórzy prywaciarze i częściowo ludzie solidarnościowego etosu ... czy nie są to owi przedsiębiorcy, elity "Solidarności" i nomenklatura komunistyczna o których, jako o beneficjentach transformacji pisał Smolar?

      Podsumowując: tekst Smolara prowokuje do zadania ogromnej ilości pytań, ale nie jestem tak naiwny, by wierzyć, że któraś z dotychczasowych gwiazd naszego dziennikarstwa Smolarowi te pytania zada. Odnotujmy jednak, że pod tzw. "naporem faktów" coraz obficiej wypływających na powierzchnię i coraz śmielej przebijających się do głównego nurtu dyskursu publicznego nawet ktoś taki jak Smolar musi przesunąć swoją opowieść w kierunku bliskim "teorii spiskowej". Póki co - dobre i to, czekamy na więcej.


      I jeszcze uwaga na koniec: Smolar nazywa związek PiS z LPR i "Samoobroną" "paktem z diabłem". Cóż, pakt leżący u początku III RP ma charakter o wiele bardziej piekielny, bo też zawierano go z demonem, przy którym LPR i "Samoobrona" to odpustowe diabełki. I cenę tego paktu wciąż płacimy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „uwagi z pod stołu (okrągłego) cz II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 13 września 2006 14:26
  • wtorek, 12 września 2006
    • Lisie harce

          Przez "Dziennik" przetacza się dyskusja o, generalnie rzecz biorąc, krytykach PiSu, początek dyskusji dał wywiad z wicepremierem Dornem, potem pojawiły się, między innymi, artykuły Rafała Ziemkiewicza, Pawła Lisickiego i Ryszarda Legutki. W poniedziałek głos zabrał Tomasz Lis, a zaczął tak:

      "Nadgorliwi pisowscy hunwejbini, zniecierpliwieni, że mają rząd, ale nie mają rządu dusz, rozpoczęli frontalny atak na wszystkich, którzy mają czelność myśleć inaczej niż oni. Sygnał do ataku dał wicepremier Dorn pomstujący na "wykształciuchów". Potem zagrała propisowska orkiestra, w roli solistów wystąpili trzej feotorzy - Rafał Ziemkiewicz, Ryszard Legutko i Paweł Lisicki"

      Dowcipny Lis wyjaśnia potem: "Nie, to nie jest prawdziwy początek mojego tekstu. To pierwszy akapit artykułu, który powstałby, gdybym pisał go w poetyce zaproponowanej przez wymienionych wyżej trzech autorów. To, co piszą, trudno określić jako rzetelną publicystykę"

      Dobrze. Popatrzmy na coś takiego:

      "Barbarzyńcy nie stoją u bram naszego miasta, ale już w nim są. Dziś w Polsce posunęliśmy się dużo dalej niż Austria w roku 2000. Postawiliśmy się poza granicą przyzwoitości politycznej - granicą, której kryteria są niepisane, ale dobrze rozpoznawalne w Europie. Jarosław Kaczyński zapewnia, że nie dąży do dyktatury, lecz jedynie do "zaprowadzenia porządku", ale to właśnie deklarują wszyscy dyktatorzy, "zaprowadzenie porządku" to wręcz ich pojęciowy identyfikator. Koncepcja roli PiSowskiej elity ("zakonu sprawiedliwych") w transformacji Polski przypomina bardzo koncepcję partii awangardowej autorstwa Lenina, a partie tworzące koalicję - PiS, LPR i Samoobrona - przejmują faszystowską retorykę, zachowania, gesty, słowa Narodowego Odrodzenia Polski. Polityka - zdają się nam mówić nowi włodarze Polski - to tyle, co tropienie nikczemników, którzy kryją się z odmiennymi poglądami, a pręgierz, dyby, gęsior i pal to główne narzędzia naprawy Rzeczypospolitej. Jeśli uda nam się przetrwać mimo obecnej władzy i realizowanej przez nią wizji państwowości, to będzie to kolejnym po okresie komunizmu, dowodem na siłę polskiego społeczeństwa obywatelskiego"

      Jest to kompilacja stworzona z cytatów z artykułów i wypowiedzi takich postaci jak Zbigniew Hołda, Zygmunt Bauman, Magdalena Środa, Janusz Majcherek, Aleksander Smolar, Wojciech Sadurski, a więc postaci, które Tomasz Lis, jak sądzę, zaliczyłby w poczet elity polskiej inteligencji. Jeśli ktoś uważa, że poetyka publicystyki wyżej wymienionych różni się znacząco od parodii, którą Lis otworzył swój artykuł - proszę o uzasadnienie takiego sadu. Co do mnie - znaczących różnic nie dostrzegam, jeśli pominiemy tę okoliczność, że tekst Lisa jest parodią właśnie, a teksty z których skleiłem mój tekścik były serio. Lis teksty utrzymane w takiej poetyce określił jako trudne do uznania za "rzetelną publicystykę", a ich styl określił jako "żenujący". I tu się z Lisem zgadzam. To samo mniej więcej napisali Ziemkiewicz i Legutko (o tekście Lisickiego nie mogę wiele powiedzieć, bo go nie znam, ale sądząc o nim z tekstu Lisa było to też coś w tym rodzaju). Lis zarzuca więc w istocie Ziemkiewiczowi, Legutce i Lisickiemu, że w sposób nierzetelny pisali o nierzetelnej publicystyce.
      Pojawia się pytanie: jak, zdaniem Lisa, wyglądać powinna rzetelna publicystyka o nierzetelnej publicystyce?  Co tu można dodać, ponad stwierdzenie Legutki, które Lis - z oburzeniem - cytuje: "Publicystyka antypisowska jest jako analiza bezwartościowa w treści nierzadko horrendalna i niedorzeczna"? I pytanie kolejne - ważniejsze - dlaczego elita polskiej inteligencji trudni się z taką ochotą uprawianiem nierzetelnej publicystyki w żenującym stylu? Odpowiedzi bardzo mnie interesują i liczę, że Lis gdzieś nam ich udzieli.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Lisie harce”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 września 2006 11:34
  • niedziela, 10 września 2006
    • kuronizm integralny

          Byłem na wakacjach, ale zdaje się, że - jeśli chodzi o nasze życie polityczne - wiele nie straciłem, bo też wiele się nie zmieniło: byli ministrowie spraw zagranicznych dalej zastanawiają się, czy podać do sądu ministra Macierewicza, Jan Maria Rokita dalej szykuje się do objęcia posady szefa klubu parlamentarnego PO, Balcerowicz kabotynizuje jak dawniej, itd., itd... ale zdarzyła się jedna ciekawostka, dziś już nie pierwszej świeżości, bo świeża była tydzień temu, ale - mimo wszystko - warto ją odnotować.

          Otóż, byliśmy świadkami osobliwego wydarzenia, o charakterze jakby religijnym - zobaczyliśmy w akcji wyznawców nowego kultu: oto, jeśli wierzyć "GW", w kilku miastach Polski odbyły się w ubiegłym tygodniu uroczystości (nabożeństwa?) adoracji Dobrego Imienia Jacka Kuronia. Parareligijnego charakteru wydarzenia nikt nie ukrywał, jak odnotowali niezawodni reporterzy "GW" atmosfera "była jak podczas wyjazdów na msze papieskie", w relacjach pojawiało się też słowo "pielgrzymka". Ale - wracajmy do samych uroczystości. Z grubsza rzecz biorąc polegały one na tym, że wyznawcy Kuronia gromadzili się w wybranym punkcie miasta, tam wygłaszali kazania, układali figury z kwiatów, palili świeczki, zdaje się śpiewali też różne pieśni. Pomysłów nie brakowało, w Łodzi, na przykład, zebrani "ułożyli na chodniku serce ze zniczy, a w środku umieścili portret uśmiechniętego Jacka". A wszystko to w obronie Dobrego Imienia ich bożka, urażonego ponoć pewną prasową publikacją. A ponieważ zdecydowana większość zgromadzonych nie mogła wiedzieć czy aby w publikacji nie napisano prawdy, ich manifestacja zasadzała się - jak na wydarzenie religijne przystało - na zawierzeniu.
       
          Kult Dobrego Imienia Jacka Kuronia, jako się rzekło, jest stosunkowo nowy, ale jego forma wydaje się znajoma, co chyba dziwić nie może, wyznawcy Kuronia obracając się w katolickim otoczeniu łatwo nasiąknąć mogli katolicką obyczajowością (odnotujmy, że kult Kuronia, podobnie jak chrześcijaństwo ma charakter soterologiczny, w relacji prasowej z nabożeństwa (?) cytowano rodzaj modlitwy brzmiącej: "Jacku, pamięć o Tobie niech nas wyzwala").

      I wszystko byłoby w porządku, w końcu żyjemy w państwie respektującym swobody religijne, gdyby nie to, że...

      ... gdyby nie to, że kult Kuronia i jego formy zrodziły się w środowisku, którego przedstawiciele na co dzień podkpiwają sobie z ludowej pobożności. W tej sytuacji odpustowa zgoła oprawa nabożeństw (?) adoracji Dobrego Imienia Jacka Kuronia może trochę zaskakiwać. Bo skąd nagle u liberalnych ironistów tak wyraźna skłonność do radiomaryjnej pobożności i radiomaryjnej estetyki? I to - zdaje się - branych zupełnie serio? Nie chcę ciągnąć tego za długo, ale dałoby się podczepić zgromadzonym i "syndrom oblężonej twierdzy" i "wiarę bezrefleksyjną", i "integryzm", słowem - cały zestaw firmowy, który oni sami tak lubią podpinać innym. Nie będziemy jednak tego robili, bo jesteśmy dla integrystów bardziej wyrozumiali, niż  - dajmy na to - redaktor Turnau z "Arki Noego". Przypomnijmy jednak na koniec, że całkiem niedawno fetowano mocno w "Arce Noego" księdza Halika, co to napisał, że wszystko co trwałe musi być chwiejne. A pisząc to miał na myśli wiarę. Tak więc drodzy wyznawcy kuronizmu integralnego - może przydałoby się wam trochę wątpliwości? Do ateizmu nie namawiam, lepiej w coś wierzyć, niechby to była i wiara w Dobre Imię Jacka Kuronia...  

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „kuronizm integralny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 września 2006 17:50