komentarze z onetu

Wpisy

  • poniedziałek, 30 października 2006
    • cynicy i demagodzy

          Psychologia polityczna kwitnie. Dotąd skupiano się na Kaczyńskich tropiąc ich obsesje i roztrząsając fenomen bliźniąt i jego polityczne konsekwencje, teraz padło na opozycję. W „Dzienniku” Piotr Zaręba pisze o Donaldzie Tusku: „Ludzie z jego otoczenia twierdzą (...) że stał się podejrzliwy, hołdujący spiskowym teoriom”. Coś tu musi być na rzeczy – Donald Tusk faktycznie odkrył ostatnio spisek, nazwijmy go „spiskiem wyborczym”. Spisek polegać ma na tym, że PiS chce wpłynąć na wynik wyborów samorządowych poprzez obniżenie frekwencji. Mając zdyscyplinowany elektorat PiS z niskiej frekwencji czerpie zysk – twierdzi Tusk – a do obniżenia frekwencji ma PiS doprowadzić poprzez wywoływanie politycznych awantur. Zdegustowany awanturami lud machnąć ma ręką na wybory – poza żelaznym elektoratem PiS-u, który przy urnach się stawi. Tak – mniej więcej – wygląda „spisek wyborczy” PiS w relacji Donalda Tuska.  

          I co można o czymś takim powiedzieć: z powodu brewerii wyczynianych przez rządzącą partię nie iść na wybory, chociaż idąc i głosując na opozycję można partii rządzącej zaszkodzić? Cóż – byłoby to może posunięcie jakoś tam psychologicznie zrozumiałe, nie zmienia to jednak faktu, że byłoby to posunięcie godne idioty. A ponieważ Tusk najwyraźniej uważa, że ci, którzy gotowi są popełnić podobne głupstwo, zagłosowaliby raczej na PO niż na PiS, wychodzi na to, że lider PO prywatnie ma o elektoracie Platformy zdanie zgoła odmienne od oficjalnego. To w ogóle interesujące jak niewiele złudzeń mają demokraci odnośnie ludu – gdy najdzie ich chwila szczerości. Na przykład Marek Edelman w wywiadzie dla „Machiny” wyznał, że to „żadna sztuka wygrać wybory, gdy się obiecuje wszystko”. Co da się wyłożyć także w formie: „ludzie to idioci, którym można swobodnie wciskać kit”, czy „ciemny lud to kupi”. Wygląda na to, że Marek Edelman to niezły polityczny cynik. Ale czy aby na pewno? Jest gorsza możliwość...

           Bo zastanówmy się: ponieważ trudno uwierzyć, że lud można w skuteczny sposób uodpornić na demagogię, trzeba coś z tym fantem zrobić. Jaki wybór mają politycy? Mogą przyjąć do wiadomości realia systemu i zacząć uprawiać demagogię, albo – mogą zacząć kontestować system premiujący demagogów. To pierwsze posunięcie wybierane jest przez – mniej więcej – 98 procent partii, to drugie przez pozostałą cząstkę (na gruncie polskim taką partią-kontestatorką jest Unia Polityki Realnej, otwarcie głosząca, że demokracja to system idiotyczny). Postawa partii wybierających pierwsze rozwiązanie jest racjonalna, postawa kontestatorów – przynajmniej – godna szacunku (choć wahałbym się nazwać ją „polityką realną”). Jest jednak jeszcze trzecia postawa i ją właśnie zdaje się przyjmować Edelman i jego środowisko. Otóż przekonują nas oni, że – zarazem – NIE są demagogami i SĄ miłośnikami demokracji, to jest systemu premiującego demagogów. Nie jest to ani racjonalne, ani godne szacunku, jest to – mówiąc wprost – dziecinada, by nie powiedzieć głupota, a to w polityce gorsze jest niż cynizm. Tak więc pan Edelman j jego krąg nie ma się czym szczycić, chociaż, szczerze mówiąc, mam wrażenie, że to co uprawiają, jest mimo wszystko, formą demagogii sprokurowaną na użytek pewnego specyficznego elektoratu, pokrywającego się z elektoratem nieboszczki UW. Bo też nikt inny by czegoś podobnego nie łyknął. PO jako – co by nie mówić – partia znacznie od UW mądrzejsza nie zadowala się żerowaniem w tak ciasnej niszy politycznej, w związku z czym nie stroni od demagogii, aczkolwiek – jak wskazują przytaczane wyżej poglądy Tuska – złudzeń co do swojego elektoratu nie ma...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „cynicy i demagodzy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 października 2006 19:34
  • niedziela, 29 października 2006
    • psychoanaliza polityczna

      Psychoanalitycy, jak wiadomo, usiłują nas przekonać, że najmocniej ludzką psychikę formują traumy czasów dzieciństwa. Z tych traum właśnie biorą początek kompleksy dręczące później człowieka przez resztę życia. Sprawa byłaby beznadziejna, ale na szczęście pojawili się na świecie psychoanalitycy, którzy - drogą terapii - potrafią z mocy kompleksów wyzwalać. Rzecz nie jest prosta - kompleks zwykle osłaniany jest całą masą mechanizmów ochronnych: projekcji, racjonalizacji, przeniesień, wyparć, a do tego nie objawia się wprost, tylko w sposób okrężny. W związku z tym jedynie ktoś wtajemniczony w arcana psychoanalizy jest w stanie kompleks zdemaskować odkrywając - na przykład - że gdy ktoś się boi konia, to znaczy, że chce zabić ojca, bo pożąda matki. Wydobywanie kompleksu na wierzch to proces bolesny, długi i kosztowny, ale niezbędny, bo tylko zmierzenie się z kompleksem twarzą w twarz znieść może jego złowrogą potęgę.

      Takie ponure opowieści snują psychoanalitycy, dziś już mało kto im wierzy, ale jest jeden obszar ma gruncie którego nastąpić może renesans psychoanalizy. Mam na myśli nasze życie polityczne. Otóż, wystarczy choć pobieżna obserwacja, by spostrzec, że psychiką naszej klasy politycznej rządzi kompleks potężniejszy od kompleksu Edypa. Mam na myśli "kompleks transformacji". Coś straszliwego musiało stać się w dziecięcych latach III RP, skoro została po tym politykom tak potężna trauma. "Kompleks transformacji", jak to kompleks, przez czas pewien był stłumiony, ale tylko czyhał na okazję, żeby wyleźć na wierzch. No i wylazł. Wystarczyły jedne wybory, których wynik nie był taki, jakiego wszyscy się spodziewali.

      Potrzeba nam teraz całej masy politycznych psychoanalityków zdolnych do dekodowania manifestacji „kompleksu transformacji”, bo jak tu bez politycznej psychoanalizy zgadnąć, że gdy ktoś krzyczy o „obronie niezależności Banku Centralnego”, to tak naprawdę idzie o strach przed ujawnieniem przeróżnych bankowych przekrętów z czasu „transformacji ustrojowej”? Albo - spróbujcie krzyknąć znienacka w obecności lidera SLD "moskiewska pożyczka!" czy - nie daj Boże - "Mazur!". Efekt będzie wstrząsający, a bez politycznej psychoanalizy zrozumieć go nie sposób.

      Politycznych psychoanalityków czeka masa roboty, z czasem może dojdzie do skruszenia mechanizmów obronnych i wydobycia „kompleksu transformacji” na wierzch, dręczeni nim politycy będą mogli przeżyć swoje katharsis, ale łatwo nie będzie. Dwa kroki do przodu, krok w tył. U liderów PO, na przykład, pod wpływem szoku związanego z uchyleniem "szafy Lesiaka" doszło najwyraźniej do regresu - cofnęło ich do fazy uniodemokratycznej, dość wczesnej (w klasycznej psychoanalizie odpowiadałaby jej pewnie "faza analna"), w związku z czym liderzy Platformy mówią dziś mniej więcej to samo, co mówili około roku 1993. Ale cóż - mimo wszystko trzeba mieć nadzieję, że proces terapii będzie się posuwał naprzód, jako się rzekło - bez zdemaskowania kompleksu i bez zmierzenia się z nim twarzą w twarz nie ma co gadać o zdrowiu...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „psychoanaliza polityczna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 października 2006 16:55
  • czwartek, 26 października 2006
    • Lament Adama M. nad gruzami 3rp

      Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Otóż, jak słyszałem, tzw. "taśmy prawdy" zainspirowały artystów z "Piwnicy pod Baranami" do napisania piosenki. O ile mi wiadomo nagrania rozmów Rywin-Gudzowaty żadnych artystów jeszcze nie zainspirowały. No cóż - skoro nie chcą artyści, muszę ja. Poniżej przedstawiam zainspirowany nagraniem rozmowy Michnik-Gudzowaty wiersz pt. "Lament Adama M. nad gruzami 3rp". Proszę o wyrozumiałość - nie jestem  artystą z "Piwnicy pod Baranami".

      Lament Adama M. nad gruzami 3rp

      Kurnik -  w policji
      Lesiak – w UOP-ie
      Mazur – w biznesie
      Sekuła – w NIK-u
      Czajkowski – w „Więzi”
      „Ketman” – w Gazecie
      Olek – w Pałacu
      Milan – w dzienniku
      Ola – przy URM-ie
      Dochnal – na raucie
      Rywin – przed kiciem nie czuje strachu
      Miller – na topie
      Kaczor – na aucie
      JA – w samym centrum
      Papała – w piachu

      To były czasy!
      Tak to bywało!

      I komu k...(1) to przeszkadzało?!

      (1) k... – słowo pochodzenia łacińskiego modne w kręgu elity 3 rp

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Lament Adama M. nad gruzami 3rp”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 października 2006 16:38
  • niedziela, 22 października 2006
    • okołotygodniowy wybiórczy przegląd medialny VII

      Ze świata polityki. Minister Gosiewski, który wybudował właśnie stację dla pociągów ekspresowych w 10 tysięcznym Włoszczowie, ujawnił, że ma jeszcze około 70 pomysłów na uszczęśliwienie mieszkańców kieleczczyzny. Pierwszym z nich jest budowa międzynarodowego portu lotniczego w Kielcach. Świetnie, ale skoro minister Gosiewski ogranicza się do kieleczczyzny, to kto wybuduje port przeładunkowy w Rzeszowie, metro w Zamościu i ruchome schody na Giewont dla emerytów?

      Weksle dalej na topie. "Kierownictwo LPR szantażowało jednego z posłów tej partii wekslami i "przysięgą na Boga" - odkryło "Życie Warszawy". No nie wiem - skoro są wierzący, to po co te weksle?

      Weksle tymczasem - jak się okazuje - wymyśliło Porozumienie Centrum w roku 1993, co wygrzebała TVP. Wiedziałem, że w "Samoobronie" sami nie wpadliby na coś podobnego!

      A co u opozycji? SLD: Aleksandra "Lwica Lewicy" Jakubowska została wsadzona za kratki. W "Rzeczypospolitej" piszą, że Aleksandrze J. zarzucono między innymi "przyjęcie 90 tys. zł przekazanych na SLD-owską fundację "Dla Przyszłości". Przyznać trzeba - nazwa fundacji akuratna. Mają pewnie też fundusz "Na Czarną Godzinę"...

      Dużo dzieje się i w PO. Oto Jan Maria Rokita zwierzył się "Przekrojowi", że czuje zbliżającą się władzę. Zrobią go w końcu tym szefem klubu parlamentarnego Platformy?

      Na zwierzenia zebrało się też Hannie Gronkiewicz-Waltz. "Może to dziwnie zabrzmi, ale akurat rozumiem te jałówki, co uciekają z Białorusi do Polski" - powiedziała HGW w Polskim Radiu. Hanna Gronkiewicz-Waltz rozumie jałówki. I czemu tu się dziwić?

      Ale o jakich jałówkach mówi Hanna Gronkiewicz-Waltz? Otóż, z Białorusi do Polski uciekło stado krów. Przy tej okazji wykryto poważne braki w unio-europejskich przepisach. "Nie ma żadnych przepisów regulujących przekraczania granic UE przez krowy, bociany, borsuki czy inne zwierzęta" - ujawnił "Dziennikowi" pracownik Europejskiej Agencji Zarządzania Współpracą Operacyjną na Zewnętrznych Granicach Państw Członkowskich. Jak to "nie ma"?! Przepisy opracować, winnych zaniedbania ukarać!

      W pełnej zgodzie z unijnymi przepisami granicę UE przekroczył za to Andrzej Lepper, który złożył wizytę w Rosji. "Lepper pojechał do Moskwy, ale nie zobaczył Putnina" - napisali w jednej gazecie. Dlaczego tak złośliwie? A nie można było: "Putnin miał szansę zobaczyć Leppera, ale ją zmarnował"?

      Ze świata polityki skok do świata mediów. Kto magnetofonem wojuje, od magnetofonu ginie, nie nagrywaj, bo zostaniesz nagrany - oto nauka dla redaktora Michnika, którego nagrał pan Gudzowaty uważający, że "Gazeta Wyborcza" gnębiła go z podpuszczenia służb specjalnych. "Nie trzeba chyba naszym czytelnikom tłumaczyć, że jest absolutnie wykluczone, by "Gazeta" robiła cokolwiek na zlecenie jakichkolwiek służb" - napisał w związku z tym Piotr Pacewicz. Pełna zgoda - czytelnikom "Gazety" absolutnie niczego nie trzeba tłumaczyć. We wszystko wierzą Pacewiczowi na słowo.

      Gudzowany poigrał z redaktorem Michnikiem, a redaktor Pospieszalski z TVP zrobił przykrość redaktorowi Morozowskiemu z TVN przypisując mu zwyczaje Pawki Morozowa. W odpowiedzi redaktor Morozowski puścił aluzję, że w grę może wchodzić jego żydowskie pochodzenie. Niedawno podobne rzeczy o sobie - już jednoznacznie - pisała w NYT Kazimiera Szczuka. Ulżyło mi. Z tym "antysemityzmem BEZ Żydów", to była jednak gruba przesada...

      Tymczasem prześladowana przez antysemitów Kazimiera Szczuka ma być jedną z prowadzących nowy talk-show szykowany w TVN. Show ma się nazywać "Dwururka", a pani z biura prasowego TVN opisuje go tak: "W studiu będą mieli okazję usiąść obok siebie ludzie, którzy nigdy wcześniej się nie spotkali. Na przykład polityk, aktorka porno i ksiądz". Zobaczymy - może będzie ciekawe. Ale skąd pewność, że oni wszyscy nigdy wcześniej się nie spotkali?

      I to by było na tyle...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „okołotygodniowy wybiórczy przegląd medialny VII”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 października 2006 18:07
  • piątek, 20 października 2006
    • taśmy

          A jednak puścili. Kawałki rozmów między Michnikiem a Gudzowatym. Nie dość jednoznaczne, by krzyknąć „trafiony – zatopiony!”, wystarczająco dwuznaczne, by nie dać się zwieść obrońcom Michnika krzyczącym „tam nic nie ma!”. Może najciekawsze w tych rozmowach jest istniejący między Michnikiem a Gudzowatym consensus – panowie mają wspólną wizję kraju. Idzie mi o - najwyraźniej podzielane przez obydwu - przekonanie o potędze służb specjalnych i przekonanie o ich gruntownym spatologizowaniu. Dodajmy, że postrzegają oni te służby jako kontynuację służb PRL-owskich. Już tego byłoby sporo, ale dorzućmy jeszcze zgodę co do znaczącej roli „czynnika zewnętrznego” -  mam na myśli wpływy Rosji. Jest to  wizja dość popularna w pewnych kręgach, tyle, że Michnik do tych kręgów nie należy, przeciwnie – dość aktywnie takie „spiskowe rojenia” zwalcza...

          Wynikają z nagrań rzeczy zastanawiające, Adam Michnik mówi na przykład, o swoim przekonaniu o „pewnej nieformalnej ekspansji prorosyjskiego lobby” forsującego szkodliwe dla Polski rozwiązania w obszarze „bezpieczeństwa energetycznego”, a był przekonany, ponieważ – jak oznajmił – „miałem stale jakieś interwencje, a to ze strony ludzi z SLD, a to od ludzi ze służb”. Czy rozumiecie? Poszlaką sugerującą, że w grę może wchodzić działanie „nieformalnego rosyjskiego lobby”, jest ta okoliczność, że naciski szły ze strony ... rządzącej krajem partii (takim był wtedy SLD), oraz ze strony mających chronić interesy kraju służb specjalnych. Mówi to wiele o tym, co Michnik myśli i o tej partii i o służbach, a ponieważ Michnik jest osobnikiem dobrze poinformowanym, mówi to pewnie wiele i o stanie kraju. Wbrew więc temu, do czego usiłuje nas dziś przekonać sam Michnik – te taśmy naprawdę sporo mówią, a temu co mówią jakoś dziwnie blisko do opisów „postkomunistycznego monstrum” czy „ubekistanu”, a przynajmniej bliżej do tego, niż do radosnych obrazków III RP produkowanych przez jej obrońców. Mówiąc inaczej - wizja kraju wyłaniająca się z rozmów między Michnikiem a Gudzowatym ma się dość marnie, do propagandy jaką karmiła i krami swoich czytelników dowodzona przez tegoż Michnika „Gazeta Wyborcza”. Im więcej o III RP wiemy, tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że jej obraz serwowany przez tzw. „duże media” miał się do rzeczywistości mniej więcej w takim stopniu w jakim program „Z kamerą wśród zwierząt” miał się do realiów wrocławskiego ZOO prowadzonego przez państwa Gucwińskich.

          I w tym miejscu dochodzimy, to już temat mniej ważny, do pytania: na czym właściwie opiera się dająca się tu i ówdzie zauważyć nostalgia za III RP? Nie chodzi mi o nostalgię, na przykład, pani Jakubowskiej, która jak sądzę, mocno za III RP tęskni, ale o nostalgię, że tak powiem, idealistyczną, nostalgię tych, którzy szczerze wierzą, że III RP była wznioślejsza i czystsza, niż ponury projekt IV RP zafundowany nam przez Kaczyńskich. Czy nie wchodzi tu po prostu w grę triumf propagandy? Czy dobre wspomnienia po III RP to nie jest skutek braku wiedzy o jej ciemnym tle? Słowem, czy nie jest to tęsknota za krajem, który nigdy nie istniał? Ale to już temat na inną okazję...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „taśmy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 20 października 2006 17:03
  • czwartek, 19 października 2006
    • postmodernista z ministerstwa edukacji

          Są tacy co twierdzą, że mamy zacofany rząd, a tu – jakby im na złość – minister Orzechowski zaatakował teorię ewolucji. No, żeby porwać się na coś takiego trzeba być obrazoburcą z urodzenia. Rzecz prosta atak wzbudził wściekłość wśród osobników żywiących jeszcze takie czy inne pozytywistyczne złudzenia, to nie zaskakuje, dziwić jednak może to, że minister nie dostał wsparcia ze strony obozu postmodernistów. Postmoderna widać można jest w gębie, ale – gdy przyjdzie co do czego – rejteruje.

      Nie żądam oczywiście, żeby się ponowocześni radykałowie ponawracali na kreacjonizm, ale mogliby powyciągać na wierzch swoje teorie głoszące, że zachodnia nauka jest konstruktem społecznym i w ogóle czymś względnym o dość szemranym statusie. Teorii takich przecież nie brakuje, by daleko nie szukać – w czerwcowym numerze „Le Monde diplomatique” (a nie jest to organ LPR) można było przeczytać artykuł Jeana Marca Levy-Lebonda pt. „Czy nauka jest uniwersalna?”, z którego wynika, że nauka uniwersalna nie jest. Tak więc dziś, gdy między wyznawcami kreacjonizmu a wyznawcami ewolucji iskrzy, mogliby postmoderniści lać oliwę na wzburzone fale dowodząc, że kreacjonizm i teoria ewolucji to dwie różne – ale równoprawne – opowieści na jeden temat, ale – z jakiegoś powodu – tego nie robią. Dlaczego osoby twierdzące, że zachodnia nauka to narracja równie dobra jak każda inna, gotowe są oddać życie za monopolistyczną pozycję teorii ewolucji? Nie wiadomo. Może nie lubią ministra Orzechowskiego, może potrzebna jest im do czegoś teoria ewolucji, a może sami nie bardzo wierzą w to, co głoszą...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „postmodernista z ministerstwa edukacji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2006 18:57
  • wtorek, 17 października 2006
    • kłopoty z "Bolkiem"

          Z szafy Lesiaka wyskoczył – między innymi – „Bolek”. W odtajnionym protokole zeznań Jarosława Kaczyńskiego można wyczytać, że w 1991 roku pan Milczanowski pokazywał Kaczyńskiemu teczkę tajnego współpracownika bezpieki,  twierdząc przy tym, że chodzi o Lecha Wałęsę. Kaczyński: „Była to teczka agenta o pseudonimie „Bolek”, chodziło o Lecha Wałęsę, był to właściwie jeden dokument. Był to opis wydarzeń jakie miały miejsce w Stoczni Gdańskiej, już po głównej fali strajków – albo przy końcu grudnia 1970, albo w styczniu 1971 r. Był to opis dość przejrzysty, wielostronicowy, z wymienianiem nazwisk. Chodziło o zamieszanie w stoczni, kilkusetosobowe wiece” (cyt. za Onetem).

      Do tych rewelacji odniósł się – rzecz prosta – sam Milczanowski, oświadczając, że „ewidentną nieprawdą” jest jakoby miał pokazywać Kaczyńskiemu papiery „Bolka” i przekonywać go, że „Bolek” to LW, a poza tym, w ogóle nie przypomina sobie, by rozmawiał z Kaczyńskim o „Bolku”. No cóż – skoro Milczanowski „w ogóle nie pamięta”, to – być może – „nieprawda” nie jest znów taka „ewidentna”, ale zostawmy to na boku. Wydaje się, że sytuacja jest patowa – mamy słowa Kaczyńskiego przeciw słowom Milczanowskiego - ale sprawa nie jest, być może, beznadziejna, wystarczy bowiem pogrzebać trochę w pamięci (i starych gazetach), by trafić na pewien obiecujący ślad...

      Oto w marcu 2005 roku Antoni Macierewicz odpowiadając w TOK FM na pytanie czy istnieją dowody współpracy LW z bezpieką powiedział: „Tak, są dokumenty w tej sprawie. Chociaż część z nich została potem przez Wałęsę wykradziona. Wziął od pana Milczanowskiego dwie koperty i zwrócił puste, w tej sprawie było śledztwo prowadzone”. Teraz: jeśli w tej sprawie prowadzone było śledztwo, to – prawdopodobnie – istnieją akta tego śledztwa. Zapewne w aktach są zeznania – powinny przecież być – osób najmocniej w rzecz zaangażowanych, a więc i Milczanowskiego, który papiery „Bolka” Wałęsie wydał i Wałęsy, który teczkę „Bolka” wyczyścił. Wydaje się więc, że z akt moglibyśmy się dowiedzieć czegoś i o teczce „Bolka” i o wiedzy pana Milczanowskiego na temat tej teczki.
      Dlaczego żaden z naszych dziennikarskich asów nie wpadł na pomysł, by dziś, gdy „Bolek” wrócił, zainteresować się tym śledztwem – nie mam pojęcia. Może jeszcze któryś na to wpadnie... (bez obaw, nie wierzę w to – nie jestem aż tak naiwny)

          Z tym „Bolkiem” to w ogóle ciekawa sprawa.... Według Krzysztofa Wyszkowskiego Wałęsa zwerbowany został przez SB 29 grudnia 1970 roku przez kapitana E. Graczyka otrzymując przy tej okazji numer rejestracyjny GD 12535 (za: W. Łysiak, Salon 2, s.311). Co ciekawe potwierdzenie faktu werbunku znaleźć można w ... „Gazecie Wyborczej” z 17 marca 2005 roku. A było to tak: wiosną 2005 roku – ktoś może jeszcze pamięta – eksplodowała sprawa Wałęsa vs „Radio Maryja”. Na falach RM bodaj Krzysztof Wyszkowski palnął, że LW był TW i zrobił się szum. Głos zabierał kto mógł, Donald Tusk, na przykład, oświadczył, że godzenie w Wałęsę to godzenie w polską rację stanu (!), za to Jarosław Kaczyński od obrony Wałęsy się wykręcił, chociaż dziennikarze mocno go w tej sprawie naciskali. I właśnie na fali obrony dobrego imienia LW pojawił się w „GW” niezbyt długi tekst pani Kublik, z którego wynikało, że papiery „Bolka”, owszem, istnieją, ale jest to esbecka fałszywka. SB miała „podrasować” teczkę „Bolka” w latach 80-tych, w czasie, gdy Wałęsa brany był pod uwagę jako poważny kandydat do nagrody Nobla, celem tej akcji – nie jedynym, ale ważnym – było pogrzebanie kandydatury Wałęsy.

      Ale właśnie... celowo użyłem słowa „podrasować”, a nie „sfabrykować” – z cytowanej przez p. Kublik notatki inspektora z biura studiów SB wynika bowiem, że LW tajnym współpracownikiem był. Idzie to tak: inspektor pisze, że manipulacje teczką „w pierwszym etapie” polegały na „przedłużeniu działalności TW „Bolek” to jest Lecha Wałęsy o minimum 10 lat (ostatnie doniesienie „Bolka” pochodziło z 1970 r)”. I dalej: „Sporządziliśmy kilka doniesień z których ostatnie nosiło datę prawdopodobnie 1981” (A. Kublik, Kreatywna dokumentacja SB, GW 17.03 (5?).2005). No cóż – jakby nie patrzeć wychodzi na to, że – przynajmniej około 1970 roku – LW tajnym współpracownikiem był. Gdyby prawdą było, że LW zwerbowany został 29 grudnia 1970 roku, i gdyby prawdą było, że ostatni meldunek „Bolka” pochodzi z 1970, i gdyby data ostatniego donosu była zarazem datą zerwania współpracy,  wychodziłoby na to, że kariera „Bolka” była niezwykle krótka, ale to nie zmieniłoby faktu, że – była. Tyle tylko, że zbyt chyba za wiele tych „gdyby” – o czym niżej...         

      No dobrze, ale jeśli wszystkie donosy „Bolka” pisane po 1970 roku to fałszywski, to co stoi na przeszkodzie ich opublikowania (z odpowiednim komentarzem)? A coś najwyraźniej stoi... Jeszcze w marcu 2005 roku LW zapewniał, że jeśli dostanie jakieś „teczki” z IPN, to „natychmiast ujawni mediom ich zawartość” (GW. 16.03.2005). Mamy październik 2006 roku, o ile mi wiadomo LW nie ujawnił nic (być może jednak coś mi umknęło – gdyby ktoś słyszał o ujawnieniu przez LW materiałów, proszę o informację). Nie wiem – czy dotąd nic nie dostał, czy dostał, ale nie ujawnił (czy ujawnił, ale ja o tym nie słyszałem). Co więcej – blokowano tych, którzy ujawnić coś chcieli. W numerze 1-2 „Arcanów” z roku 2005 miały ukazać się materiały z teczki „Bolka”, zamiast nich pokazało się oświadczenie redaktora naczelnego, Andrzeja Nowaka, w którym stało: „W tym numerze „Arcanów” mieliśmy wydrukować raporty TW „Bolek” z Gdańska, których naukowe opracowanie przygotował historyk tamtejszego oddziału IPN. Sławomir Cenckiewicz. W momencie oddawania numeru do drukarni autor opracowania zmuszony został do zrezygnowania z publikacji i wypowiedzi w tej sprawie” (Andrzej Nowak, Czego nie ma i kto o tym decyduje, Arcana 1-2.2005).  Wyobraźmy sobie szum, gdyby podobny numer zrobiony został w związku z teczką Kaczyńskiego. Tzw. „niezależne media” rozdmuchałyby sprawę, w przypadku teczki „Bolka” na ten akt cenzury spuszczono zasłonę milczenia.

      Donosy Bolka wydrukował za to niszowy „Głos” Macierewicza w numerze z 18 czerwca 2005 roku. Były to donosy z wiosny 1971 roku, utrzymane w stylu: „W sobotę dn. 24.04 o godz. 17.30 przy wychodzeniu z szatni podeszła do mnie grupka ludzi w tym: ślusarz Opola, który zarzucił mi tchurzostwo i brak oddania się ludziom, którzy mnie wybrali do rady. Pytał dlaczego nie zbieramy na wieńce dla poległych” itd., itd...  Wiosna 1971 – a więc, teoretycznie, fałszywka... Ale i to nie jest takie pewne. Są bowiem tacy, którzy twierdzą, że donosy „Bolka” pisane po 1970 roku bynajmniej fałszywkami nie są. Na przykład Jan Tarnawa pisał w „Głosie” z czerwca 2005: „Gdański IPN prowadzi dwa postępowania w sprawie Wałęsy. Pierwsze dotyczy rozpatrzenia wniosku b. prezydenta o nadanie mu statusu osoby pokrzywdzonej. Bardziej nagłośniona jest druga sprawa – chodzi o sprawę materiałów przekazanych do Komitetu Noblowskiego. Wałęsie i jego obrońcom nie przeszkadza fakt, że informacje na temat fałszowania przez SB niektórych z jego dokumentów oparte są na doniesieniu oficera SB, w którym czarno na białym napisane jest, że chodzi o przedłużenie działalności TW „Bolek” co najmniej o 10 lat. Trzeba też dodać, że nie wiadomo czy w ogóle do operacji fałszowania doszło. Tymczasem zapomina się, że istnieją materiały ewidencyjne, raporty i sprawozdania, które wskazują na agenturalną działalność Wałęsy w latach 70., a którym nikt nie zarzucił, że są fałszywe” (Jan Tarnawa, Operacja sierpień, Głos 18.06.2005). Także Krzysztof Skibniewski, też na łamach „Głosu”, twierdzi, że istnieją autentyczne dokumenty dotyczące „Bolka” pochodzące z początku lat 70-tych, obejmują one „donosy, przyjmowanie zleceń, przyjmowanie pieniędzy, których L.W. domagał się za swoje usługi” (Krzysztof Skibniewski, Plusy dodatnie, plusy ujemne, Głos 27.05.2006). Skibiewski napisał to przy okazji omawiania filmu „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, który – dziwnym trafem – jakoś nie może zostać pokazany w żadnej z telewizji (chociaż krąży w internecie)... Nie możemy dojść do ładu z tym „Bolkiem”, i to przez 17 lat po 1989 roku! A tak przy okazji – kiedy pokazała się ostatnia biografia Lecha Wałęsy, jednego z najgłośniejszych Polaków XX wieku? Że co? Że takiej nie ma? Dziwne...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „kłopoty z "Bolkiem"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 października 2006 18:08
  • poniedziałek, 16 października 2006
    • okradając Rafała Z.

          Wśród komentarzy do wpisu „Utrata pamięci długotrwałej” pojawił się zarzut, że ukradłem felieton Rafałowi Ziemkiewiczowi, i, że w ogóle okradam go intelektualnie (łącznie z tytułem bloga). Co prawda z czasem autor zarzutu przyznał, że się zapędził, ale – żeby nie było niejasności – oświadczam: niczego Ziemkiewiczowi nie ukradłem. Pomijając już inne kwestie – na przykład etyczne -plagiatowanie Ziemkiewicza byłoby równie „rozsądne”, co pisanie dramatu o nieszczęśliwej miłości potomków dwóch zwaśnionych rodów, z nadzieją, że się to nikomu z niczym nie skojarzy. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ziemkiewicz to nowy Szekspir, ale, że jest autorem czytanym przez tak wielu, że nie można z niego zrzynać nie gwarantując sobie przy okazji zdemaskowania. Jeśli więc ktoś wątpi w mój szacunek do własności intelektualnej, to niech przynajmniej nie wątpi w mój rozsądek!

      Co do tytułu:

      Po pierwsze zwrot „Perły przed wieprze” jest o jakieś dwa tysiące lat starszy i od mojego bloga i od rubryki Ziemkiewicza w „Rzeczypospolitej” i już w związku z tym, jeśli ktoś w ogóle ma do niego prawo własności, nie jestem tym kimś ani ja ani Ziemkiewicz. Rzecz wygląda tak, że  „perły przed wieprze” weszły w obieg mowy potocznej i funkcjonują jako dobro ogólne, z którego korzysta każdy, kto ma na to ochotę.

      Po drugie, o ile mnie pamięć nie myli – a może mylić – rubryka Ziemkiewicza pojawiła się w „Rzeczypospolitej” na miejscu kupionego przez „Dziennik” Rybińskiego, „Dziennik” ruszył w kwietniu, więc – jak sądzę – rubryka Ziemkiewicza też w tym mniej więcej czasie, tymczasem „Perły przed wieprze” istnieją od lutego.

      Po trzecie wreszcie, i najważniejsze, rubryka Ziemkiewicza nie nazywa się „Perły przed wieprze”, ale „Perły i plewy”, i tu – gdyby ktoś chciał – można dowodzić, że Ziemkiewicz „ukradł” nazwę – na przykład – „zawłaszczając” i lekko modyfikując tytuł zbioru felietonów Adolfa Nowaczyńskiego „Plewy i perły”, ale byłaby to teoria naciągana, co najmniej równie mocno, jak teoria zawłaszczenia przeze mnie „pereł i wieprzy”.

      Jest z tej historii pewien zysk – dowiedziałem się, że Rafał Ziemkiewicz prowadzi własny blog („Między Michnikiem a Rydzykiem”), to w ogóle ciekawa rzecz, bo wydaje się, że blog Ziemkiewicza jest mało znany (zważywszy na popularność autora), ja przynajmniej nigdy nigdzie nie spotkałem linku do niego prowadzącego. Ostatni wpis w blogu pt. „Chiw, Chiw, hurra!”, rzeczywiście zawiera fragment, który może się kojarzyć z „Utratą pamięci długotrwałej”, tyle, że mój wpis jest z niedzieli, a wpis Ziemkiewicza z poniedziałku, co – mam wrażenie – odsuwa ode mnie podejrzenie „zrzynania”.  Jeśli pominiemy pochlebną dla mnie, ale – obawiam się – nieprawdopodobną teorię, że to ja Ziemkiewicza inspirowałem, wypadnie nam przyjąć, że zbieżność jest dziełem przypadku, co nie byłoby znów takie dziwne, bo – bądźmy szczerzy – ani ja, ani Ziemkiewicz nie odkryliśmy Ameryki pisząc o politykach to, cośmy napisali, podobne rzeczy – przy różnych okazjach – pisane były, jak sądzę, wiele razy i jeszcze będą pisane -  mniej więcej do chwili zniknięcia polityków z tego najlepszego ze światów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „okradając Rafała Z. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 października 2006 16:33
  • niedziela, 15 października 2006
    • utrata pamięci długotrwałej

          W środę pan Schetyna, baron, a jak twierdzą niektórzy, wręcz suweren Platformy Obywatelskiej, zapowiedział, że następnego dnia, to jest w czwartek, około godziny 17.30 ockniemy się wszyscy w „nowej rzeczywistości” politycznej. Uruchomiłem więc w czwartek około 18 telewizor i zobaczyłem polityków Platformy żalących się dziennikarzom, że PiS ich po raz kolejny w okrutny sposób wyrolował. Słowem ujrzałem coś, co – w ciągu ostatniego roku – można było oglądać, nie wiem już, 666 czy 1852 razy. W sumie więc – nic nowego, tym bardziej, że – być może – nastąpi powrót do przeszłości: pewne znaki wskazują na to, że Andrzej Lepper wróci do rządu, a Samoobrona do koalicji. A jednak są w tym wszystkim nowe elementy – o czym niżej.

      W związku z zapowiadanym powrotem Leppera wielu zastanawia się w jaki sposób Kaczyński wyjaśni swojemu elektoratowi przyjęcie do rządu "warchoła", nikt za to nie zastanawia się w jaki sposób Lepper wyjaśni swojemu elektoratowi ponowny związek z "chamem". Powiedzieć można: bo nikt nie ma złudzeń co do Leppera i jego elektoratu. Nie jest to jednak takie proste, skoro przy innych okazjach uczucia elektoratu Leppera jednak bierze się pod uwagę, twierdząc, na przykład, że jest Lepper zakładnikiem postawy protestu, i - gdyby przestał być radykalny i antysystemowy - szybko straciłby wiarygodność (w oczach tych, dla których w ogóle jest wiarygodny) i poszedł na dno. Jest to sprawa niby drobna, ale jakoś tam ilustrująca niekonsekwencję sporej części komentatorów, mamy jednak lepszy numer, i to jest jedna z nowości: oto - przez chwilę - widzieliśmy w mediach "dobrego Leppera". Najmocniej strzeliła nasza ulubienica, „Gazeta Wyborcza”, która przy pomocy swoich niezawodnych anonimowych informatorów, tym razem aż z Brukseli, poinformowała publiczność, że Lepper uznany został na europejskich salonach za pragmatyka i fachowca. Teraz trzeba będzie to jakoś odkręcić, ale – nie martwmy się o gazetę – jakoś da sobie radę. Nie takie rzeczy odkręcała czy ukręcała. Może jakiś inny brukselski anonim doniesie, że ten pierwszy, chwalący Leppera, to znany pijak i konfabulator i, że Lepper wcale salonów nie olśnił, przeciwnie – podejrzewa się, że ukradł widelec w czasie oficjalnego przyjęcia. Zobaczymy.

      Ale zgryz ma nie tylko „Gazeta Wyborcza”, ale też Platforma Obywatelska, która zdążyła przyznać Lepperowi honorową zdolność polityczną, oznajmiając ustami swoich liderów, że Samoobrona wchodzi do puli partii mogących – razem z Platformą – wziąć na swoje barki „patriotyczną odpowiedzialność”. Po tym wszystkim rozdzieranie szat z powodu powrotu Leppera do rządu trącić będzie na kilometr hipokryzją, bo, ostatecznie, co złego jest w zatrudnieniu pragmatycznego fachowca liderującego partii mogącej podejmować patriotyczne obowiązki?

      Oczywiście robię sobie żarty, wiemy jak będzie: wszyscy przejdą nad epizodem „dobrego Leppera” do porządku , mniej więcej w taki sposób, w jaki Kaczyński spuści zasłonę milczenia na „Leppera złego”. I numer ten się uda, jak bowiem wiadomo większa część tzw. „opinii publicznej” cierpi na przypadłość zwaną utratą pamięci długotrwałej interesująco opisywaną, między innymi , przez angielskiego neurologa Olivera Sacksa (oczywiście opisywaną w wymiarze przypadków indywidualnych, nie publicznych). Utrata pamięci długotrwałej objawia się, na przykład, tak, że pacjent widząc lekarza z którym rozstał się piętnaście minut wcześniej wita go jak kogoś, kogo widzi po raz pierwszy w życiu. Na gruncie neurologii coś podobnego uważane jest za poważny feler, ale na gruncie polityki to zupełnie co innego. Bez – symulowanej rzecz prosta - utraty pamięci długotrwałej polityka jest absolutnie niemożliwa...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „utrata pamięci długotrwałej”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2006 10:19
  • czwartek, 12 października 2006
    • pogrzeb za wcześnie ogłoszony

      Adam Michnik szykuje się do obchodów urodzin, a proroctwo jego zgonu już się w necie szerzy... Zgonu publicznego rzecz prosta - oto dziś około 22 w TVP mają być puszczone taśmy z nagraniem rozmowy Michnik – Gudzowaty, przy których to rozmowach nagrania Begerowej mają okazać się niczym. W związku z taką zapowiedzią niektórzy już wieszczą cywilną śmierć Michnika, a nawet wysadzenie w powietrze całego „układu medialnego”. Jest to – uważam – pewna naiwność. Przypuśćmy, że taśmy istnieją i zostaną puszczone. I co z tego wyniknie? Obawiam się – niewiele. Oczywiście, będzie trochę zamieszania, ale żeby coś więcej? By sprawa zaistniała musiałaby zostać w odpowiedni sposób podchwycona przez tzw. „osoby publiczne”, a to wcale nie jest pewne (osobami publicznymi nazywam tu osobników, których głos mocno brzmi w przestrzeni medialnej, niekoniecznie ich osobisty głos – mogą to być głosy podległych danej osobie publicznej dziennikarzy podchwytujących zadaną pieśń).

      Jak więc wyglądają relacje Michnik – osoby publiczne? Otóż, jakieś złudzenia co do Michnika mogą mieć jeszcze jedynie tacy, którzy będą mieć je nadal choćby Michnik na ich oczach złożył krwawą ofiarę szatanowi. Tych nic nie odczaruje, ale – przyznajmy – takich ostatnich naiwnych nie ma już zbyt wielu. Za to na pęczki jest takich, którzy – co prawda – sami złudzeń co do Michnika nie mają, ale – skądinąd całkiem słusznie – uważają, że w ich interesie jest, by złudzenia co do Michnika miał tzw. „ciemny lud”. Tych jest najwięcej. Są wreszcie tacy, którzy – z takich czy innych powodów – chcieliby Michnika pogrążyć, ci, owszem, chętnie z okazji skorzystają, ale – ilu ich jest? Garstka. Co się więc stanie? Biorąc pod uwagę, że nie to jest aferą co jest aferą, ale to, co zostanie za aferę okrzyknięte w mediach stawiam nie na wielki wstrząs i „wysadzenie układu medialnego”, ale na drobny skandal, który szybko przykryją bieżące wydarzenia. By mogło stać się inaczej TVP, która – jak zakładam – zdecydowała się na ogłoszenie nagrań musiałaby się zachować tak, jak zachowały się TVN i Polsat w przypadku nagrań Begerowej i – przy tym – podobnie musieliby się zachować politycy. Słowem dziennikarze TVP musieliby się wprawić w stan najwyższej egzaltacji i międlić sprawę nagrań przez 24 godziny na dobę przez dobry tydzień wspomagana przy tym przez histeryzujących polityków, niechby tylko z PiS i LPR. Coś podobnego raczej się nie zdarzy, TVP – jak dotąd – nie działała w ten sposób, a media prywatne tematu nie podchwycą, bo ich właściciele należą do opisanej powyżej kategorii tych, którzy złudzeń co do Michnika nie mają, ale nie mają też ochoty go ruszać. Bo czy pan Walter, Wejchert i Solorz mają jakiś interes, by kopnąć Michnika? Na dziś – żadnego, a nawet przeciwnie: jadą z nim na jednym wózku. „Układ medialny” w powietrze nie wyleci, bo to „układ medialny” ma moc nagłaśniania, by nie powiedzieć tworzenia, faktów i ustalania ich interpretacji. Najlepszym przykładem – tzw. „sprawa inwigilacji prawicy”, z której – koniec końców – wyniknie tyle, że Kaczyńscy sami się inwigilowali, a płk. Lesiak, rosnący na medialną gwiazdę, zasługuje na medal. Tak więc – pewnie – nic wielkiego się nie zdarzy, ostatecznie bodaj każdy program z cyklu „Konfrontacje” mógł był się stać detonatorem skandalu wstrząsającego sceną publiczną, a – jak pamiętamy – żaden z odcinków czymś podobnym się nie stał. Wszystkie zostały dość gładko łyknięte, poszumiały co najwyżej przez jakiś czas i tyle z tego będzie i tym razem, o ile w ogóle jakieś taśmy zostaną puszczone...

      oczywiście – wolałbym się mylić...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „pogrzeb za wcześnie ogłoszony”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 października 2006 17:16