komentarze z onetu

Wpisy

  • poniedziałek, 28 maja 2007
    • perwersja publicystyczna / Tinky Winky jest gejem!


          Wszyscy dziś rozprawiają o Rzeczniczce Praw Dziecka, która chce posłać teletubisia do psychologa - żeby ten ustalił "orientację seksualną" Tinky Winky, a ja przy tej okazji opowiem o zjawisku stokroć groźniejszym od - ewentualnego - homoseksualizmu misia, a nawet groźniejszym od  - ewentualnego - szaleństwa pani Rzecznik. Też mówić chcę o perwersji - o perwersji publicystycznej.  Otóż, perwersja - jak uczy nas słownik PWN - jest to zboczenie płciowe, czy inne odchylenia reakcji psychicznych w zakresie popędów, w sferze myślowej i uczuciowej, a także przewrotność i wynaturzenie. Gdy więc - weźmy męski punkt widzenia - kogoś nie porusza widok gołej kobiety, a porusza za to widok - bo ja wiem? - kaktusa, bobra czy deski do prasowania - śmiało możemy zakładać, że mamy do czynienia z perwersją. A co można powiedzieć o publicystach, którzy z wyniosłym lekceważeniem odnoszą się do sprawy "inwigilacji prawicy" czy "taśm Oleksego", egzaltując się za to humbugiem w rodzaju "rury Wassermana"? Mamy tu najwyraźniej do czynienia właśnie z jakąś "publicystyczną perwersją" - jeśli  publicyści są szczerzy i egzaltują się naprawdę. Jeśli szczerzy nie są - w grę wchodzi próba indukowania perwersji odbiorcom, przez  odwracanie ich uwagi od rzeczy ważnych i kierowanie jej na jakieś dziwactwa.
      A najsmutniejsza jest w tym wszystkim łatwość z jaką publiczność perwersyjnym publicystom ulega.  Robienie "tematu dnia" z wypowiedzi Sowińskiej to też przejaw perwersji publicystycznej. Ostatecznie bez trudu można wskazać 10 ważniejszych tematów do omówienia. Co napisawszy sam oddam się perwersji i powiem, co myślę o sprawie Tinky Winky ...

          A więc: czy ci, którzy - w imię postępowości - natrząsają się z Sowińskiej nie popełniają aby błędu? (lub - czy aby nie przesadzają z hipokryzją?). Przecież, wypowiedź Sowińskiej całkiem nieźle wybroniłaby się na gruncie teorii, którym - jak raz - często hołdują kręgi, których przedstawiciele dziś z pani rzecznik szydzą. Bo czy tropienie homoseksualizmu u teletubisia jest naprawdę czymś zasadniczo "głupszym" od tropienia "seksizmu" w reklamach, czy od tropienia "dyskryminujących stereotypów płciowych" w podręcznikach szkolnych? Czy doszukiwanie się gejowskich odniesień w programie dla dzieci, jest bardziej idiotyczne od doszukiwania się homoseksualnego tła w dziełach literackich? A z tego ostatniego utrzymują się dziś przecież całe dziedziny akademickie! Kazimiera Szczuka - na przykład - zrobiła pederastę z Rzeckiego (1), i nie tylko nie miało o to do niej pretensji jej kółko ideowe (z Sowińskiej kółko pewnie dziś "drze łacha"), ale jeszcze pochwalili Szczukę na jednym z gejowskich portali (że niby odwojowuje kulturę dla homoseksualizmu...). Doprawdy - rzecznik Sowińska jest nowocześniejsza, niż się to niektórym wydaje...   

          A co do meritum sporu... Cóż, powiedzmy to sobie wprost: Tinky Winky jest gejem. Być może nie był nim jeszcze w sobotę, ale dziś - już jest. Ostatecznie Tinky Winky nie posiadał określonej (czy trwale nieokreślonej) "orientacji seksualnej". Jego "orientacja" jest konstruktem społecznym - ma taką "orientację" jaką mu się przypisze, a właśnie przypisano mu homoseksualizm. I nie da się już tego odkręcić, a przynajmniej nie będzie to do odkręcenia łatwe.  Dalsze dywagacje na ten temat pozostawiam miłośniczkom teorii mówiących o tym, jak to podmiot konstruowany jest społecznie, w odniesieniu do "realu" teorie te są mocno dęte, ale gdy idzie o wirtualnego teletubisia...

      PS

      W związku z wypowiedzią Sowieńskiej o teletubisiu modne stało się poszukiwanie kryptogejostwa u bohaterów bajek, ofiarą poszukiwaczy padł też Gargamel (że niby mieszka sam z kotem i ugania się za Smerfami). Jest to rozpoznanie błędne. Postać Gargamela to przykład krypto-propagandy antysemickiej. Gargamel ma ostro semickie rysy, nosi coś w rodzaju hałata, za Smerfami - owszem - goni, ale nie w celach erotycznych: Smerfy są mu potrzebne do jakiegoś obrzędu magicznego, co przywołuje skojarzenia z mordem rytualnym (Żydzi byli powszechnie kojarzeni z magią). Samo imię "Gargamel" jest semickie - posiada "boski" sufiks "el" obecny w wielu imionach żydowskich (Ezechiel, Samuel), a także - na gruncie kabalistyki - w imionach aniołów i demonów (Azrael, Samael). Bez wątpienia - Gargamela pod lupę powinni wziąć aktywiści "Otwartej Rzeczypospolitej"...  


       1) "Największym (oprócz doktora Szumana) mizoginem w powieści jest poczciwy Rzecki. Niewątpliwie zakochany w Stachu, sypiał z nim kiedyś w jednym łóżku, wyczekuje go tęsknie, przytula się do niego, obejmuje i - być może - umiera z rozpaczy po jego odejściu. Dla Rzeckiego Wielkim Innym jest Napoleon, a Stach, mający spełnić rolę wybawiciela kraju, jest niewątpliwie jego namiastką. Ale Rzecki ma prócz tego swoje żołnierskie wspomnienia ("pamiętasz Katz, stary druhu"), w których tak wiele łączy go z kolegami wojakami. Co prawda Rzecki zakochuje się w pani Helenie, ale natychmiast zaczyna aranżować jej małżeństwo z Wokulskim, co może spełnić funkcję uwspólnienia obiektu erotycznego" - Kazimiera Szczuka, Kopciuszek, Frankenstein i inne.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „perwersja publicystyczna / Tinky Winky jest gejem!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2007 16:40
  • środa, 23 maja 2007
    • o Kapuścińskim...

          Opisanie przez „Newsweek” teczki Kapuścińskiego wywołało pewien szumek, wcale częsty był przy tym ton: „Kapuściński agentem? Też mi rewelacja! Przecież wszyscy wiedzieli!”. Faktycznie – wygląda na to, że rzecz cała była tzw. tajemnicą Poliszynela. "Czekałam od dwóch lat, kiedy z Ryśka zrobią agenta. On też prawdopodobnie czekał" – napisała Teresa Torańska w „Gazecie Wyborczej”. Co prawda agenta z „Ryśka” zrobili panowie z PRL-owskich służb, zresztą za jego zgodą, ale - mniejsza już o to. Interesuje nas, że Torańska od dwóch lat „wiedziała i czekała”. Zupełnie jak Wojciech Giełżyński, który wyznał „Rzeczypospolitej”: „Od dwóch lat wiedziałem, że są teczki na jego temat”. Wychodzi więc na to, że w „środowisku” fakt współpracy Kapuścińskiego ze służbami PRL od pewnego już czasu był doskonale znany (oczywiście – WSZYSCY, którzy mają choć lekkie pojęcie o PRL mogli się domyślać, że Kapuściński prawdopodobie był uwikłany w takie sprawy, ale „domyślać się” a „wiedzieć” to jednak różnica). „Środowisko” wiedziało, milczało i czekało, dziś – gdy się doczekało – jest oburzone. "Widzę, że w naszym społeczeństwie wyzwala się zło" – to znów Torańska. O co i do kogo Torańska ma pretensje? Do autorów z „Newsweeka”? Nie sądzę. Nikt, a przynajmniej nikt rozsądny nie będzie przypuszczał, że „Newsweek” dostał „zlecenie” na Kapuścińskiego i ochoczo je wykonał. Po niedawnych zmianach w redakcji – podejrzewać „Newsweek” o sympatie do lustracji (PiS-u, projektu IV RP...itd.), to tak, jak podejrzewać urbanowe „NIE” o kryptokatolicyzm. Zresztą – o ile się nie mylę – autor tekstu o Kapuścińskim to ex-dziennikarz „GW”. To wystarczająca antylustracyjna rekomendacja. Skąd wiec w „Newsweek”-u taki wybryk? To proste - dostaliśmy tekstu w „Newsweeku” bo tajemnica środowiskowa nie miała już szansy na to, by pozostać dłużej tajemnicą. „Newsweek” wykonał coś, co nazwać można „uderzeniem wyprzedzającym”. Albo my opiszemy sprawę Kapuścińskiego, obchodząc się z nim jak ze święconym jajkiem, albo – zrobi to nie wiadomo kto, i nie wiadomo jak. Słowem – „Newsweek” oddał Kapuścińskiemu ostatnią przysługę, i wiedzą o tym także ci, którzy się na „Newsweek”  - pro forma – oburzają. Torańska nie ma pretensji do „Newsweeka”. Ma pretensje do tych, którzy sprawili, że „hańba domowa” stać się musiała publiczną. Plebs się dowiedział. To jest owo „zło”...

      Ile jeszcze mrocznych tajemnic krąży w „środowisku”? „Widać było (...), że przeszłość go męczy” – powiedział o Kapuścińskim Giełżyński. Mówił też: „Każdy kto wyjeżdżał na placówkę, musiał składać jakieś raporty”. Każdy kto wyjeżdżał? Musiał? Czy aby przeszłość nie męczy – powiedzmy – Bronisława Geremka? (1960-1965 kierownik Centrum Kultury Polskiej w Paryżu) Odważy się ktoś o to profesora zapytać? (nie, nie jestem aż tak naiwny, tu strach jest dużo większy, niż przy Kapuścińskim, a dziennikarze też ludzie...)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „o Kapuścińskim...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 23 maja 2007 17:15
  • sobota, 19 maja 2007
    • uwaga: rasizm!!!

          Przeciągnie dziś ulicami stolicy tak zwana "Parada Równości". Niektórym to przeszkadza, innym nie przeszkadza, ale najdziwniejsze jest to, że wśród tych, którym parada nie przeszkadza są organizacje walczące z rasizmem. A przecież Parada Równości to w pewnym sensie manifestacja rasistowska! No dobrze - słówko "rasizm" nie jest tu rzecz prosta odpowiednie. Posiada ono określone znaczenie, którego zakres nie obejmuje ideologii ufundowanej na gruncie różnicy "orientacji seksualnej". A jednak wiele rasizm klasyczny z "rasizmem" geistowskim łączy. Oto - na przykład - rasiści klasyczni postulują biologiczny determinizm w sferze wyborów kulturowych (szeroko pojętych). Nie inaczej jest w przypadku geistów. Robert Biedroń, na przykład twierdzi : „W Polsce żyje około 2 milionów homoseksualistów. Osoby te tworzą pewną kulturę” (Zmienić paradygmat rodziny, Nowe Państwo 7/2004). Czy nie jest to swego rodzaju „rasizm”? Chyba tak, bo skoro, po pierwsze "orientacja seksualna" jest wrodzona, a po drugie homoseksualiści to grupa mająca własną, specyficzną kulturę, to mamy do czynienia z mocną sugestią, że korzenie tej kultury tkwią w biologii.

          Bądźmy precyzyjni: korzenie ludzkiej kultury oczywiście tkwią w biologii. Z takim twierdzeniem zgodzi się - większość? - antropologów. Ale właśnie: kultury ludzkiej. Nie kultury niemieckiej, szwedzkiej czy azjatyckiej. Słowem - biologiczna podściółka kultury jest czymś, co ludzi raczej łączy, niż dzieli. Rasiści i geiści tymczasem stawiają na różnicę: biologiczna różnica jest czynnikiem konstytuującym kulturę grupy. Tym szlakiem poszedł niegdyś niemiecki ruch nacjonalistyczny, z którego wyłoniły się takie fenomeny jak "niemieckie chrześcijaństwo", germański neopoganizm czy - wreszcie - aryjska fizyka, które adepci (skądinąd wybitni nieraz uczeni) wojowali z "żydowską" teorią względności. Dla ideologów ruchu sprawa była jasna: Germanie MUSZĄ mieć własną, germańską religię, religie nie-germańskie bowiem (na przykład żydowskie chrześcijaństwo) nie pasują do aryjskiej natury, podobnie jest z etyką, filozofią, w ogóle z kulturą, wreszcie z nauką (także naukami ścisłymi). Dziś na tej drodze najdalej posunęły się pewne odłamy feminizmu - feministki krok po kroku powtarzają schemat rozwoju nacjonalizmu. Mamy już postulaty "kobiecej etyki" (zwie się to - o ile pamiętam - "etyką troski"), mamy "feministyczne religie" (i tu też podobnie, jak w przypadku nacjonalizmu germańskiego: rozpada się to na "zreformowane", sfeminizowane chrześcijaństwo i feministyczny neopoganizm), mamy wreszcie feministyczne boje z "androcentryczną" nauką. Jak niegdyś fizycy aryjscy wojowali z "żydowską teorią względności", tak dziś Luce Irigaray demaskuje "seksistowski" charakter teorii Einsteina (por: Alan Sokal, Jean Bricomont, Modne bzdury, s.112).


          Czy geiści pójdą tym torem? Już idą. Postulaty dotyczące "własnej" etyki są stawiane od pewnego czasu, podobnie jest w przypadku religii. Teologowie związani z tzw. Metropolity Community Churches, związku religijnego, którego spora cześć członków i duchownych to homoseksualiści, twierdzą, że Jezus był homoseksualistą, żyjącym w czymś na kształt "rodziny alternatywnej) (swoją drogą - co by powiedzieli o tym zwolennicy teorii o małżeństwie Jezusa z Marią Magdaleną?. Czy dojdziemy do gejowskiej krytyki nauk ścisłych? Nie wiem, pewnie - tak (może już doszliśmy, a tylko ja nie jestem na bieżąco). Gejowska krytyka "nauk społecznych" w każdym bądź razie kwitnie. Tak więc widząc sunącą ulicami "Paradę Równości" warto może zakrzyknąć: uwaga, rasizm!  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „uwaga: rasizm!!!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 19 maja 2007 11:37
  • poniedziałek, 14 maja 2007
    • lista Kiszczaka

          Jarosław Kaczyński powiedział, że latem 1990 roku Czesław Kiszczak, w zamian za bezkarność, chciał mu przekazać listę najważniejszych, nie rejestrowanych agentów SB. Podobną propozycję miał Kaczyńskiemu składać gen. Dankowski. Kaczyński propozycje odrzucił. Lista – według Kaczyńskiego – trafić miała zatem w inne miejsce, Kiszczak mówić miał, że zostawił ją w spadku Krzysztofowi Kozłowskiemu – swojemu następcy w MSW.

          Ledwie Kaczyński to powiedział, rozległy się głosy, że to konfabulacja, Kiszczak – ze swojej strony – oświadczył, że z Kaczyńskim nigdy o czymś podobnym nie rozmawiał, Dankowski – zdaniem Kiszczaka – też nie, pytany o to, czy istniała lista 100 nie zarejestrowanych agentów, Kiszczak odparł „nie”, choć przyznał, że nie rejestrowani agenci istnieli. Od odpowiedzi na pytanie, czy zna nazwiska tych agentów Kiszczak się wykręcił (choć odpowiedź wydaje się oczywista...)  

          I na tym mogłoby stanąć, kto wierzy Kaczyńskiemu, uwierzyłby w wersję Kaczyńskiego, kto Kaczyńskiemu nie wierzy mówiłby o konfabulacji, rzecz w tym, że o podobnej liście lata temu opowiadał sam Kiszczak. W wydanej w 1991 roku książce „Generał Kiszczak mówi ... prawie wszystko” Kiszczak wyznaje: „Krążą plotki, że Kozłowskiemu zostawiłem pustą szafę pancerną. Różnego rodzaju instrukcje, zarządzenia, książki z tajnymi telefonami zdałem za pokwitowaniem. Żadnych spraw osobiście nie prowadziłem. Nikogo nie rozpracowywałem, na osobistej łączności nie miałem żadnej agentury, więc nie miałem co następcy przekazywać. Przekazałem mu natomiast obszerny, bardzo tajny dokument kompromitujący dużą liczbę ludzi. Postąpiłem źle, powinienem go był zniszczyć, gdyż później Kozłowski zapoznał z nim ludzi spoza resortu, swoich znajomych. Tego robić w służbach specjalnych nie wolno” (Witold Bereś, Jerzy Skoczylas, Generał Kiszczak mówi ... prawie wszystko, s.279)

          Jeśli pominiemy teorię, że Kaczyński czytał wyznania Kiszczaka i się pod nie podpiął, wypada uznać, że dwa różne źródła (Kaczyński i Kiszczak) zdają się mówić o tym samym: o tajemniczej liście „kompromitującej dużą liczbę ludzi”, która trafiła w ręce Krzysztofa Kozłowskiego. Spekulacje: opowieść Kiszczaka o przekazaniu listy Kozłowskiemu uważam za dętą, tego typu materiałów nie przekazuje się w ten sposób, zwłaszcza jeśli prawdą jest, że lista była dla Kiszczaka atutem przetargowym. Być może skutkiem rozpowszechnienia listy przez Kozłowskiego wśród znajomych były jakieś wieści o liście krążące w „środowisku”, Kiszczak przedstawiając swoją – poczciwą – wersję historii o liście chciał się usprawiedliwić... Pojawienie się tej listy, to – zresztą – pewien zgrzyt. Ostatecznie ani ze strony Wałęsy (bo to do niego – jak słusznie zauważyli liczni blogerzy – chciał pewnie trafić Kiszczak przez Kaczyńskiego), ani ze strony „lewicy laickiej”, której człowiekiem był Kozłowski nic Kiszczakowi nie groziło. Być może szło jednak o wyrobienie sobie lepszej pozycji w warunkach rozkręcającej się „wojny na górze”, ostatecznie – historia ma swoją dynamikę, być może Kiszczak chciał zacisnąć więzi z tym czy innym obozem władzy w obawie, że więzi zadzierzgnięte wcześniej mogą okazać się za słabe pod naporem dziejów...

          A jakie były dalsze losy listy? Czy ktoś poszedł na układ „lista za bezkarnosć” O to warto by popytać Krzysztofa Kozłowskiego, ani przez chwilę nie wątpię, że nasi dzielni dziennikarze się tym zajmą...  Poza tym – pomyślmy: od kwietnia do czerwca 1990 w archiwach baraszkuje „komisja Michnika”, latem 1990 środowisko Michnika dostaje „listę Kiszczaka”. Może tych doświadczeń było dość, by zebrać paliwa na antylustracyjną kampanię na następne 17 lat?


      PS

      Nie znam wywiadu z Kaczyńskim z „Wprost”, opieram się na internetowym skrócie, być może w wywiadzie jest nawiązanie do wyznań Kiszczaka z książki...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „lista Kiszczaka ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 maja 2007 16:18
  • niedziela, 13 maja 2007
    • mowa wszeteczna, czyli być jak Michał Głowiński



      Uwaga dla wykształciuchów: poniższy tekst narazić może wykształciucha na dysonans poznawczy. Czytanie – na własną odpowiedzialność.  


      „Na fundament, na którym opiera się język, jakim posługuje się obecna ekipa rządząca, jej zwolennicy i propagandyści, składają się trzy zasadnicze elementy. Pierwszy z nich stanowi dychotomiczny widzenie świata, niedopuszczające żadnych niuansów i żadnych komplikacji. My jesteśmy przedstawicielami dobra (...), głosimy słuszne idee, mamy najlepszy, a w swej istocie jedyny program naprawy kraju” (1)

      „Dwie Polski stoją naprzeciw siebie i spoglądają sobie w oczy. Polska podejrzliwości, strachu i rewanżu zmaga się z Polską nadziei, odwagi i dialogu. Wierzę, że ta druga Polska – Polska otwartości i tolerancji Jana Pawła II i Czesława Miłosza, moich przyjaciół z podziemia i z więzienia – zwycięży w tym konflikcie. Wierzę, że Polacy kolejny raz obronią swoje prawo do godności. Druga faza polskiej rewolucji nie zje swego ojca – polskiej woli wolności, i swego dziecka – polskiego demokratycznego państwa” (2)

      „Z podziałem dychotomicznym wiąże się bezpośrednio czynnik następny: wyznacznikiem tego wysłowienia jest idea wroga. Wrogiem jest, a przynajmniej może być, kto znajduje się po drugiej stronie. Wynika z tego, że język nie jest językiem kompromisu, wszelkie rozwiązania ugodowe znajdują się poza jego granicami. A więc, albo się podporządkujesz, i wtedy będziesz nasz, a jeśli się przeciw nam zbuntujesz lub w ogóle reprezentujesz poglądy i dążenia, których nie aprobujemy, jesteś właśnie wrogiem. Możemy nazwać cię rozmaicie: warchołem, spadkobiercą ZOMO, postkomunistą bądź komunistą, jakkolwiek, byle tylko nazwa,  w istocie przezwanie, dyskwalifikowała cię w opinii społecznej (mamy tu zatem odpowiedniki takich określeń, charakterystycznych dla mowy władzy w Polsce Ludowej jak wróg ludu, rewizjonista, agent imperializmu, syjonista itp.)” (1)

      „Dlaczego Polską rządzi dziś koalicja złożona z postsolidarnościowych odwetowców, z postkomunistycznych prowincjonalnych awanturników i spadkobierców przedwojennej formacji szowinizmu, ksenofobii i antysemityzmu oraz środowiska Radia Maryja, rzecznika fundamentalizmu etniczno-klerykalnego?” (2)

      „Z podziałem dychotomicznym i eksponowaniem figury wroga ściśle łączy się czynnik trzeci: spiskowe widzenie świata. Ten, kto nie podziela naszych idei, nie tylko znajduje się po drugiej stronie, nie tylko jest wrogiem, ale nieustannie spiskuje. Walczymy z tymi, którzy bez wytchnienia knują, tworzą tajemnicze układy, działają na szkodę narodu, państwa, Kościoła, a przede wszystkim – przeciw interesom Polski” (1)

      „Do przegranych należą też ludzie kiedyś zaangażowani w pokojową rewolucję „Solidarności”. (...). Poczuli się odtrąceni, a takie poczucie rodzi resentyment, zawiść, destrukcyjną energię skupioną na rewanżu wobec dawnych wrogów, a także wobec tych spośród dawnych przyjaciół, których postrzega się jako ludzi sukcesu. Przegrani nie chcieli uznać, że droga do wolności była największym sukcesem Polski od trzech stuleci. Dla nich wolna Polska była Ubekistanem, czyli państwem rządzonym przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Zatem Polska wymagała oczyszczenia, rewolucji moralnej, gdzie występek będzie ukarany, zasługa nagrodzona, a niesprawiedliwość wyrównana” (2)

      1.Michał Głowiński, Dramat języka, uwagi o mowie publicznej IV RP, Przegląd Polityczny 78
      2. Adam Michnik, Sukces i strach, GW 12/13.05.2007

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „mowa wszeteczna, czyli być jak Michał Głowiński”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 maja 2007 19:55
  • sobota, 12 maja 2007
    • TK ogranicza wolność badań naukowych?

          Nie jestem prawnikiem, do tego nie wgłębiałem się – jeszcze – w relacje omawiające orzeczenie TK w sprawie ustawy lustracyjnej, więc może piszę bzdury, ale – co tam... Otóż, usłyszałem, że TK za „niekonstytucyjną” uznał publikację katalogu IPN zawierającego nazwiska osób zarejestrowanych jako współpracownicy przez PRL-owskie spec-służby. Konstytucyjna jest za to publikacja katalogów zawierających nazwiska funkcjonariuszy tych spec-służb, i katalogów z nazwiskami osób represjonowanych. Jest to – przyznać trzeba – werdykt szczególny. Oto TK najwyraźniej delegalizuje pewien typ badań historycznych, polegających na pozyskaniu określonych informacji z określonego źródła (albo – można te informacje pozyskać, ale nie można ich opublikować? albo – można dane pozyskiwać i publikować, ale nie pod banderą IPN? albo – można pozyskiwać i publikować dane szczątkowo, ale nie wolno zestawić ich w postaci katalogu? Nie jest to dla mnie jasne...). Słowem – historycy mogą sobie obrabiać to źródło na wszelkie sposoby, poza tym jednym sposobem wskazanym przez TK. Zdarza się oczywiście, że pewne archiwa pozostają, z takiego czy innego powodu zamknięte (np. – ze względu na bezpieczeństwo państwa), zdarzają się też archiwa „półotwarte” – z dokumentów przed udostępnieniem publiczności usuwane są „dane wrażliwe”, najmodniejszy dziś typ „danych wrażliwych”, to – oczywiście – „orientacja seksualna”. Wygląda na to, że TK za „wrażliwy” na równi z „orientacją seksualną” uznał fakt bycia zarejestrowanym jako współpracownik przez PRL-owski wywiad, kontrwywiad, SB (itd., itd...). W ten tok myślenia wpisuje się też uznanie za niezgodny z konstytucją wzór oświadczenia lustracyjnego.  Z czego wynika, że TK najprawdopodobniej „uwali” ustawę otwierającą archiwa (o ile się taka w ogóle pojawi, Paweł Śpiewak z PO już dziś cofa się rakiem w kwestii tego projektu, mówiąc, że nie może być tak, by każdy grzebał sobie swobodnie w IPN-owskich archiwach...  ). Rzecz chyba nie będzie trudna – na przykład z artykułu drugiego konstytucji, na który tak często powołuje się TK można wyciągnąć co tylko się chce. Tak więc, nagłe nawrócenie się wczorańszych bojowników Frontu Antylustracyjnego na otwartość uznać wypada za, powiedzmy, nieszczere... Ale – mniejsza już o lustrację. Prawdziwie czarny dzień mieli wczoraj historycy. Bo jeśli za „wrażliwe” uznamy dane dotyczące rejestracji przez służby PRL, to jakie jeszcze dane dałoby się wrzucić do tej kategorii? Np. – agentura gestapo. Czy nie są to dane równie „wrażliwe”? Ostatecznie gestapo mogło oszukiwać samo siebie produkując fałszywych TW z zapałem równym temu, jaki przypisuje się SB... Czy możemy krzywdzić dziś (rzekomych)agentów gestapo, i ich rodziny, publikując nazwiska? Doprawdy – nad badaniami historycznymi zawisła czarna chmura...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „TK ogranicza wolność badań naukowych?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 12 maja 2007 12:58
  • wtorek, 08 maja 2007
    • czciciele szarości (18-te urodziny "GW")

          Wczoraj minęła 30 rocznica śmierci Stanisława Pyjasa, dziś 18-te urodziny obchodzi „Gazeta Wyborcza”. Co połączyć może te dwie rocznice? Oczywiście nic, lub wiele rzeczy – zależy co nam przyjdzie do głowy. Mnie przyszedł do głowy Lesław Maleszka. Ale zacznijmy od „Gazety Wyborczej”... Gazeta, jak wiadomo, jest narzędziem realizacji pewnego projektu ideologiczno-politycznego, a elementem owego projektu jest też specyficzny stosunek do PRL-owskiej przeszłości, ze szczególnym wskazaniem na kwestie okołolustracyjne. Wiemy jak to wygląda: dla wszystkich najlepiej byłoby gdyby na lustrację machnąć ręką, jeśli zaś chodzi o materiały pozostawione nam w spadku, przez SB - najrozsądniej byłoby puścić je z dymem w roku 1989... Oczywiście nie zawsze ten przekaz ma tak radykalną formę, ale faktem jest, że „ludzie gazety” robią chyba wszystko, co mogą, by do „teczek” nie dobrali się badacze... Ci, którzy w kwestiach okołolustracyjnych mają inne zdanie nazywani są przez antylustratorów z kręgu „GW” a to „miłośnikami pornografii” (czyli – SB-ckich teczek), a to miłośnikami historii „czarno-białej”. Historia  opisywana przez „lustratorów” – uczą nas „ludzie gazety” – jest bowiem właśnie „czarno-biała”, tymczasem najpiękniejszym kolorem historii jest kolor „szary”. Ale czy historia pisana bez teczek naprawdę jest „szara”? Zobaczmy...  

          Dawno temu Jan Józef Lipski napisał książkę o KOR-rze. Jest to, zdaje się, po dziś dzień jedyna książka o KOR-rze - jeśli pominiemy wydawane oficjalnie w PRL dzieła w rodzaju "Import kontrrewolucji. Teoria i praktyka KSS KOR" Edwarda Modzelewskiego. Dlaczego twór tak ważny jak KOR nie został w ciągu kilkunastu lat III RP przerobiony na wylot przez historyków? Nie wiem, choć mogę się domyślać (znów zatrącamy o wspomniany wyżej projekt ideologiczno polityczny...). Wracajmy do Lipskiego. Otóż Lipski we wstępie do swojej książki zaznaczył, że nie uważa jej za pracę naukową, a jest tak z tego - między innymi - powodu, że nie są dostępne archiwa policyjne. Wynika z tego, że Lipski nie tylko nie miał nic przeciw grzebaniu w tych archiwach, ale też zdawał sobie sprawę z tego, jak ważne źródło historyczne stanowią. I tu pojawia się – wreszcie – Lesław Maleszka. Maleszka pojawia się w książce kilka razy, zawsze - rzecz prosta - w kontekście pozytywnym: jako sygnotariusz listu napisanego do prokuratury przez krakowskich studentów po śmierci Pyjasa, jako autor tekstu ważnego dla ruchu SKS, jako członek redakcji pisma "Ideks", jako jeden z pobitych przez milicję, przy okazji zorganizowanej przez MO akcji przeciw "Latającemu Uniwersytetowi", wreszcie jako uczestnik głodówki w maju 1980 roku... Słowem - mamy obraz wzorowego opozycjonisty. Równie pozytywnie wypada się Maleszka we wspomnieniach Jacka Kuronia (o ile pamiętam, ale mogę się mylić, to właśnie od Maleszki Kuroń dowiedział się o śmierci Pyjasa...).   Ale wspomnienia innych - to jeszcze nic. W starych numerach "Tygodnika Solidarność" trafić można na  kombatancką rozmowę Bogdana Rogatki z Maleszką i Henrykiem Karkoszą. Leci to sobie mniej więcej tak:

      (...)
      B. Rogatko: 13 grudnia zostaliście internowani
      H. Karkosza: Znaleźliśmy się najpierw w Nowym Wiśniczu, a potem w Jaworzu, gdzie spotkaliśmy wielu naszych kolegów z wielu ośrodków wydawniczych.
      B.Rogatko: Czy podczas rozmów ze śledczymi próbowano skłonić was do dekonspiracji wydawnictw?
      H. Karkosza: Takich rozmów w ogóle nie było. Namawiano nas natomiast do wyjazdu za granicę.
      B. Rogatko: I jak na to reagowaliście?
      L. Maleszka: Z ruchu wydawniczego prawie nikt nie wypełnił kwestionariusza, załamali się natomiast dziennikarze z radia i telewizji. Nacisk na tę grupę był zresztą wyjątkowo silny.
      B. Rogatko: Wyszliście na początku lata i przystąpiliście od razu do reaktywowania wydawnictwa. Czy w sytuacji, gdy byliście już namierzeni przez SB, nie było to zbyt ryzykowne?
      H. Karkosza: Owszem, dlatego zmieniliśmy nazwę. Wtedy powstała Oficyna Literacka, która zresztą wydawała pod różnymi nazwami: jako Wszechnica Społeczno-Polityczna oraz Oficyna Wydawnicza "Margines".
      B. Rogatko: To był rzeczywiście skuteczny chwyt konspiracyjny, nawet ja nie kojarzyłem z wami "Marginesu".
      H. Karkosza: A wydawanych przez nas pism często w ogóle nie sygnowaliśmy. Jedynie kwartalne wybory tekstów z "Kultury" wydawaliśmy jako firma "Pod Prąd".
      L. Maleszka: O czym z kolei ja, w końcu dość ściśle związany z Oficyną, nie wiedziałem. Ten chwyt podyktowany warunkami konspiracji miał swoje konsekwencje merytoryczne. Wokół tych trzech pism skoncentrowały się jakby trzy profile, trzy serie wydawnicze.
      B. Rogatko: Trzy biblioteki.
      L. Maleszka: To jest najlepsze określenie, bo odzwierciedla bogaty program edytorski: literacki i eseistyczny oraz historyczny i polityczny.  
      (...)
      B. Rogatko: (...) Czy można więc powiedzieć, że byliście od stanu wojennego monopolistami na krakowskim rynku wydawniczym?
      H. Karkosza: Nie mieliśmy takich ambicji, przeciwnie, staraliśmy się pomagać innym środowiskom wydawniczym, zwłaszcza pismom. Nie wiem czy pamiętasz, że to my wydaliśmy pierwszy numer "Miesięcznika Małopolskiego" drukowanego jeszcze techniką sitodruku (1)

      Ładne prawda? Zwłaszcza, gdy wiemy, że Rogatko rozmawia z  TW "Ketmanem" i TW "Moniką". Otóż, gdyby konsekwentnie wcielić w życie filozofię „GW” i SB-ckie teczki spalić, zalać betonem, czy – to projekt łagodniejszy – zamknąć na 50 lat, todo końca naszych dni (chyba, że ktoś odczekałby te 50 lat...) widzielibyśmy Maleszkę (i „Monikę”) przez pryzmat wspomnień Lipskiego Kuronia, i przez pryzmat tego, co „Ketan” z „Moniką” powiedzieliby sami o sobie. Słowem: „Ketan” z „Moniką” chodziliby w glorii niezłomnych weteranów opozycji... Jeśli to miałaby być „szara” wersja historii, to – doprawdy – byłby to bardzo specyficzny odcień szarości...    



      1) Własne życie, O krakowskich wydawnictwach niezależnych rozmawiają: Henryk Karkosza, szef Oficyny Literackiej, Lesław Maleszka, redaktor Oficyny Literackiej oraz Bogdan Rogatko, Tygodnik Solidarność 22/59, 3.11.1989)  


      PS

      Jeśli faktycznie „Ketman” z „Moniką” byli w latach 80-tych „monopolistami na krakowskim rynku wydawniczym”, to możemy być pewni, że SB miało cały ten rynek wystawiony jak na widelcu i warto by się przyjrzeć, które pisma wpadały, a które „konspirowały” skutecznie..  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „czciciele szarości (18-te urodziny "GW")”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 maja 2007 16:53
  • czwartek, 03 maja 2007
    • rozważania 3-cio majowe

          Motto 1

      „Na „szał” warszawski znalazła Katarzyna wypróbowane lekarstwo – w re-konfederacji. Narzędzia narzucały się same. Seweryn Rzewuski nie znalazłszy zbawienia dla polskiej wolności w Wiedniu ani w Berlinie, zakołatał do Petersburga. (...). Carowa, nie wdając się w republikańskie programy magnatów, kazała im podpisać i zaprzysiąc w Petersburgu dnia 27 kwietnia akt konfederacji ułożony przez (Wasyla Popowa) (...). Pod fałszywą datą 14 maja (3 maja starego stylu) ogłoszono w pogranicznej Targowicy nad Siniuchą ów tekst petersbusrki, niby to wówczas dopiero powstały na terenie polskim. Ponieważ uzurpatorzy warszawscy za pomocą spisku i gwałtu przez „zuchwałą zbrodnię” 3 Maja obalili wszystkie kardynalne prawa Rzeczypospolitej, znieśli wolność i równość szlachty, a narzucając na kraj zarazę demokratycznych idei paryskich wprowadzili w Polsce despotyzm, więc podpisani ministrowie, senatorowie, urzędnicy itd. łączą się przy wierze katolickiej, przy wolności i równości szlacheckiej, przy całości granic państwa i dawnej republikańskiej formie rządów. Że zaś i wojsko przeszło na stronę uzurpatorów, więc ujarzmiona Rzeczpospolita ucieka się o pomoc do „Wielkiej Katarzyny” (Władysław Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej”

          Motto 2

      „Niespodziewanie w trakcie majowego weekendu i bez wielkiego rozgłosu blisko sto osób, w tym Aleksander Kwaśniewski, Andrzej Olechowski, noblistka Wisława Szymborska oraz liderzy lewict, ogłosiło deklarację Ruchu na rzecz Demokracji. (...). Deklaracja została ujawniona w przeddzień święta 1 Maja. Jej przesłanie jest jasne: obecny rząd nie rozumie demokracji, lekceważy zasady państwa prawa i dąży do jego upartyjnienia i ideologizacji. Wniosek jest czytelny – demokracja jest zagrożona” (Mikołaj Wójcik, Pierwsza drużyna Kwaśniewskiego, Dziennik 2.03.2007)
       



          Jakiś czas temu Ewa Thompson, slawistka z Ameryki zaproponowała (w „Europie”), by analizując polskie stosunki korzystać ze schematów interpretacyjnych oferowanych przez teorię postkolonialną. Pomysł nie jest zupełnie oryginalny, coś podobnego zdarzało się mówić intelektualistom krajowym, tyle, że oni mieli ochotę przepuszczać przez teorię postkolonialną tubylczy lud, siebie usuwając spod jej zasięgu. Thompson tymczasem ostrzem postkolonialnej teorii mierzy i w tubylczą elitę. Możemy zatem być spokojni – teoria postkolonialna szczególnej kariery w Polsce nie zrobi. A skoro tak, zajmijmy się więc innymi pomysłami Ewy Thompson - te mogą wypalić lepiej. Oto pani Thompson radzi nam, byśmy się odwołali do sarmatyzmu. A bo to się nie odwołujemy? Przecież odruchy uchodzące za „sarmackie” z wielką mocą pojawiły się ostatnio nawet w środowiskach chcących uchodzić za dziedziców oświecenia. A i motywy tych odruchów jakby znajome: albo strach przed absolutum dominium i obrona wolności (jak twierdzą sami neo-sarmaci), albo prywata i warcholstwo (jak dowodzą ich oponenci). Tak czy owak śmiało można przekładać współczesne wypadki na pojęcia czerpane ze słownika politycznego I RP. Mamy i rokosze, i konfederacje, antyszambrowanie po zagranicznych dworach, a pewnie i jurgielity, by się znalazły. Idę też o zakład, że niejeden z obrońców status quo III RP tęskni dziś za liberum veto – gdyby istniało, jeden Olejniczak mógłby posłać do diabła Sejm. Nawet głośna w XVIII wieku kwestia dysydentów religijnych ma współczesny odpowiednik – idzie mi o „kwestię gejowską” (gdy pruski i rosyjski dwór gardłowały w obronie dysydentów religijnych, których los był – ponoć – w RP ponury, dla wszystkich było mniej więcej jasne, że jest to gra polityczna, mamy wierzyć, że współczesna obrona gejów przez europejskie lewactwo motywowana jest li tylko względami moralnymi?) 
       
          Można się więc, szczególnie dziś, zastanawiać - po jakiej stronie znaleźliby się 200 lat temu obrońcy III RP? Czy aby nie po stronie przekonanych o doskonałości ustroju I RP targowiczan? Ostatecznie Konfederację Targowicką zawiązano pod hasłem obrony szlacheckiej demokracji.  I – z formalnego punktu widzenia – targowiczanie mieli swoje racje: skoro mamy dziś narodowe święto, warto przypomnieć, że konstytucję 3 maja wprowadzono, jeśli nie drogą zamachu stanu, to przynajmniej potężnie naciągnąwszy ówczesne prawa. Gdyby istniał w I RP Trybunał Konstytucyjny – konstytucja powędrowałaby prawdopodobnie do kosza. Ale że Trybunału nie było i miejscowi obrońcy „złotej wolności” nie mogli sami dać sobie rady, więc poprosili o pomoc Europę. Zagraniczne dwory interweniując celem obalenia konstytucji argumentowały, że stoją na gruncie prawa i bronić chcą zagrożonych swobód Polaków, a przyklaskiwali im w tym dziele ówcześni intelektualiści. Gdyby dziś doszło do interwencji też pewnie znalazłby się jakiś Volter sławiący carycę, bo też i obraz Polski noszony w sercu lewoskrętnych intelektualistów europejskich niewiele zmienił się od XVIII wieku – dalej widzą nasz kraj, jako miejsce zamieszkałe przez dziką tłuszczę fanatyzowaną przez katolickich księży...

          A jeśli mi ktoś powie, że to wszystko to nic innego, tylko naciągane analogie, to się z nim zgodzę, z tym zastrzeżeniem, że moje analogie nie są naciągnięte mocniej, niż analogie zestawiające sytuację w Polsce z sowiecką Rosją, nazistowskimi Niemcami, „marcem 68” czy czym tam jeszcze. A różnica polega na tym, że ja robię sobie świąteczne pół-żarty, a inny naciągają albo na serio, albo w złej woli...


      PS

          „Dziennik” poinformował wczoraj o zawiązaniu się neo Konfederacji Targowickiej (zdaje się, w Warszawie, więc raczej Warszawskiej...), zwie się ta Konfederacja „Ruchem na rzecz Demokracji”. Doniesienie ozdobił „Dziennik” zdjęciami trójki konfederatów: Wisławy Szymborskiej, Aleksandra Kwaśniewskiego i Andrzeja Olechowskiego. Co może połączyć niegdysiejszą piewczynię Stalina, byłego PZPR-owskiego aparatczyka, oraz Kontakt Operacyjny (czy Tajnego Współpracownika?) PRL-owskiego wywiadu? Rzecz prosta połączyć ich może zbożne dzieło obrony III RP. Przyznać trzeba -  ta trójka dobrała się już w sposób wręcz symboliczny. Każda z trzech figur reprezentować może jeden z trzech wymiarów poskomunizmu, czy jeden z trzech aspektów transformacji ustrojowej, a więc aspekt kulturowy, instytucjonalny, i ekonomiczny.
       
      Aspekt kulturowy –Szymborska. Przedstawicielka "nowej inteligencji" wypromowanej po wojnie przez komunistów, zawsze w pierwszym szeregu walki o Postęp, niezależnie, czy za "postępowy" uważa się w "środowisku" akurat stalinizm, socjalizm czy liberalizm i tolerancję, skłonna do świadczenia "swoim" usług poetyckich, czy będą to wierszyki ku czci partii, czy ku pognębieniu rządu Olszewskiego, ulubione zajęcie - podpisywanie "słusznych" listów otwartych, jak zaczęła podpisywać w latach 50-tych (podpisywało się wtedy listy potępiające wrogów ludu), tak nie może przestać do dziś ...

      Aspekt instytucjonalny – Kwaśniewski. Kariera w aparacie partyjnym pociągała go tak bardzo, że nie chciało mu się nawet skończyć studiów, wybór okazał się ze wszech miar słuszny i to zarówno w czasach PRL-u, jak i w III RP, w której Kwaśniewski zaszedł tak wysoko, że wyżej już nie można, z czego płynąć może nauka, że w III RP najwięcej zdziałać mógł ten polityk, który w PRL postawił na solidną organizację - PZPR.

      Aspekt ekonomiczny – Olechowski. Współorganizator kultowego banku nomenklaturowego - Banku Inicjatyw Gospodarczych, o związkach Olechowskiego z Bankiem Handlowym w bardzo interesującym okresie historii tego banku nie wspominajmy...

      Postkomunistyczna „nowa inteligencja”, postkomunistyczni dziedzice PZPR i beneficjenci „uwłaszczenia nomenklatury”. Zaprawdę - III RP ma akurat takich obrońców, na jakich zasługuje...
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „rozważania 3-cio majowe”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 maja 2007 11:03
  • poniedziałek, 30 kwietnia 2007
    • heterofobia cz.I

          Tuje umieścił pod moim ostatnim postem długi wpis, do którego warto się odnieść. W skrócie Tuje pisze, że: Giertych twierdząc to, co twierdzi mówi głupoty homoseksualizm jest bowiem naturalny i nieusuwalny, ci, którzy twierdzą, że się z homoseksualizmu wyleczyli - udają, prawicowa homofobia i oskarżanie gejów o spiski i knucie zaś to choroba (lewica też ma to tu i owo na sumieniu). Nim przejdę do rzeczy - uwaga terminologiczna. Posługiwał będę się terminem "geiści", a to w celu odróżnienia homoseksualistów od homoseksualistów zaangażowanych w związku ze swoim homoseksualizmem ideologicznie i politycznie. Nie każdy homoseksualista jest geistą, a nawet nie każdy geista jest homoseksualistą, istnieją wszak heteroseksualiści zaangażowani czy popierający ruch gejowski. A teraz - odpowiedź dla Tuje...  

          Co do naturalności homoseksualizmu - zgoda. Homoseksualizm jest naturalny, skoro występuje w naturze, ale z tego nie wynika jeszcze, że nie jest zaburzeniem. Co do usuwalności homoseksualizmu - tu nie mogą się pogodzić strony sporów ideologicznych (i medycyna - o ile mi wiadomo - też). Rzecz w tym, że nie liczy się tylko to, co się mówi, ale też - kto to mówi. Elizabeth Badinter może, na przykład twierdzić: "można nie bez racji wątpić w to, że skłonności heteroseksualne są cechą wrodzoną", i wcale nie oburza to, tych, którzy są oburzeni, gdy analogiczną rzecz o homoseksualizmie powie jakiś "prawicowiec", a trudno jest przecież uwierzyć, że skłonności homoseksualne są wrodzone, za to skłonności heteroseksualne - nie są. Albo - inny przykład. Kilkanaście dni temu Nikolas Sarkozy wywołał skandal, mówiąc, że - jego zdaniem - pedofilia to przypadłość wrodzona, i - być może - nieusuwalna. Maciej Giertych zaś - i nie tylko on - wywołał skandal mówiąc, że homoseksualizm, to przypadłość nabyta i usuwalna. Najciekawsze jest to, że wypowiedzi Sarkozyego i Giertycha wzburzyły to samo środowisko, czyli - środowisko znajdujące się na lewo od Sarkozego i Giertycha. Można oczywiście wywodzić, że pedofilia i homoseksualizm różną się zasadniczo - gdy idzie o kwestie ich nabywania i usuwania, ale wiadomo przecież, że nie idzie tu o kwestie medyczne, ale - ideologiczne. Potwierdził to zresztą rywal Sarkozeyego Francis Bayrou, który orzekł, że poglądy Sarkozyego są nie na miejscu w demokratycznym społeczeństwie początków XXI wieku. Gdy mówi się o kwestiach medycznych, nie musi się mieszać do tego kwestii ustrojowych, wystarczy powiedzieć: niech Sarkozy rzuci okiem do opracowań naukowych.  Dlaczego Sarkozy z Giertychem wzburzyli lewicę? To proste - teoria o wrodzonej naturze i nieuleczalności pedofilii godzi w bliskie lewicy przekonanie o decydującym wpływie "warunków społecznych", jeśli zaś chodzi o teorię o nabytym charakterze i usuwalności homoseksualizmu - godzi on w bliską lewicy ideologię geistów opierającej się na założeniu "taki już jestem i dobrze mnie z tem". A, że po złożeniu razem niezbyt mocno trzyma się to kupy? Ano - taka już jest lewica...

           Czy obawy przed kulturowym oswojeniem homoseksualizmu to fobia, a oskarżanie gejów o spiski i knucie to choroba - jak sugeruje Tuje? Zajmiemy się w tym miejscu przywołanym wyżej, ulubionym przez geistów założeniem "taki już jestem, i dobrze mnie z tem". Wszystko, co godzi, lub zdaje się godzić w to założenie wywołuje wśród geistów histerię (chyba sami nie są do końca pewni trafności założenia...) O tym, jak drażliwi są na tym punkcie geiści, świadczy historia opisywana jakiś czas temu w "Najwyższym Czasie!". Oto amerykańscy farmerzy zaniepokojeni zjawiskiem homoseksualizmu wśród owiec zwrócili się o pomoc do uczonych z Oregon State University. Uczeni zastosowali kurację hormonalną i - jak donosił "Chicago Sun Times" - odnieśli "znaczące sukcesy". W tym miejscu do akcji wkroczyli gejowscy aktywiści - w tym Martina Navratilova. Według niej cała sprawa była "niedopuszczalną manifestacją homofobii". Szczególne zaniepokojenie geistów budziła podana przez "Times" (później zdementowana) informacja jakoby szef zespołu kurującego owce zamierzał wykorzystać zaaplikowaną owcom metodę, do "prostowania" homoseksualistów gatunku homo sapiens.   

          Ale właśnie - zostawmy w spokoju homoseksualne owce, i weźmy się za ludzi. Istnieją przecież osoby, twierdzące, że udało im się z homoseksualizmu wyleczyć. Otóż, tacy "wyprostowani homoseksualiści" sieją wśród geistów zgorszenie. Gdy w 2005 roku w Bostonie odbywała się konferencja zorganizowana przez ex-homoseksualistów, pod budynkiem w którym konferowano zebrał się 1000 osobowy, podburzany przez aktywistów gejowskich tłum wznoszący okrzyki w rodzaju: "Wypierdalać z Bostonu", czy "Zamknąć Focus on the Family!" (jest to - zgaduję - organizacja nawróconych homoseksualistów). Czy była to manifestacja heterofobii geistów? Wydaje się, że - tak. Bo też - w jaki sposób osoby źle czujące się ze swoim homoseksualizmem powinny być traktowane przez geistów, gdyby poważnie potraktować to, co geiści mają zwykle do powiedzenia o "wolności wyboru"? Otóż, osoby takie powinny być przez geistów traktowane z szacunkiem i zrozumieniem. Mniej więcej tak, jak transseksualiści.  Z niczym podobnym nie mamy do czynienia. Argument, że jest tak, ponieważ ex-homoseksualiści popierani są przez środowiska geistom nieprzychylne, nie jest najmocniejszy - w świetle tego, co geiści głoszą w odniesieniu do siebie samych. Pewnie nie uznaliby za silny argumentu głoszącego, że można geistów nie lubić, ponieważ ich ruch popierają - dajmy na to - komuniści. Woleliby pewnie stanowisko, zgodnie z którym, tym, co powinno się w takich przypadkach liczyć jest indywidualne szczęście ludzkie i wolność wyboru, nie zaś takie czy owakie ideologie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „heterofobia cz.I”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 kwietnia 2007 12:23
    • heterofobia cz.II



          Wracajmy do homoseksualistów "wyprostowanych". Ex-homoseksualiści budzą wśród geistów szczerą nienawiść, są też przez nich- niejako - "unieważniani": geiści, twierdzą, że ex-homoseksualiści albo nigdy nie byli homoseksualistami, albo nie są dziś prawdziwymi heteroseksualistami, a jedynie tak im się wydaje, lub - udają heteroseksualistów. Pomińmy teorię o "wydawaniu się" - ta teoria jest odwracalna, równie dobrze można twierdzić, że nie istnieją homoseksualiści, a jedynie heteroseksualiści, którym zdaje się, że są homo. Zajmijmy się udawaniem. Przypuśćmy, że istnieją osobnicy, którzy, będąc homoseksualni - z takiego czy innego powodu - udawać chcą heteroseksualistów (ale czy nawrócenie udawały też leczone hormonalnie homoseksualne owce?). No więc ludzie tacy istnieją. I co z tego? Byłaby to - powiedzmy - jakaś odmiana draq queens. W jaki sposób tacy udawacze szkodzą homoseksualistom? W żaden sposób, jeśli trzymać się będziemy sposobu w jaki geiści zwykle interpretują kluczową dla nich zasadę "co nie szkodzi innym jest dozwolone". Zasada ta bowiem stosowana jest przez geistów na gruncie indywidualnych stosunków międzyludzkich ( w ten sposób, za nieszkodliwe, a więc dozwolone uważane są dobrowolne związki homoseksualne dwojga dorosłych osób). Nietrudno zauważyć, że na gruncie tak postrzeganej zasady "co nie szkodzi innym jest dozwolone" osobnicy homoseksualni udający heteroseksualistów nie są dla geistów szkodliwi. Jeśli jakiś dorosły homoseksualista dobrowolnie ma ochotę twierdzić, że jest heteroseksualistą - nic nikomu, w tym geistom, do tego. Wszyscy powinni zaakceptować ten wybór, i wkraczać do akcji dopiero wówczas, gdy znajdzie się jakiś konkretny, indywidualny osobnik skrzywdzony przez udawacza (ale to samo dotyczy i innych przypadków, choćby homoseksualistów i wspomnianych już transseksualistów). W żadnym razie podstawą do interwencji nie mogą być argumenty, że udawacz (homoseksualista, transseksualista) szkodzi, bo "obraża moralność", "narusza interesy" czy "godzi w tożsamość" jakiejś grupy. Tego rodzaju argumenty - gdy wymierzone są w homoseksualistów - uważane są przez geistów za "homofobiczne"...

          Czego zatem obawiają się geiści, skoro ex-homoseksualiści nie zagrażają im na gruncie postrzeganej w kontekście indywidualnych relacji międzyludzkich zasady "co nie szkodzi innym, jest dozwolone"? Otóż, najwyraźniej obawiają się ewentualnych skutków społecznych jakie nieść może za sobą istnienie osób twierdzących, że wyleczyły się z homoseksualizmu, ex-homoseksualiści to przecież żywe wyzwanie dla założenia "taki już jestem, i dobrze mnie z tem". Geiści mogą więc - na przykład - obawiać się, że, gdy homoseksualizm uzna się za usuwalny, ktoś wpadnie na pomysł przymusowego leczenia homoseksualistów. Rzecz w tym, że obawa przed "ewentualnymi skutkami społecznymi", to dokładnie ten rodzaj obawy, jaki trapi "homofobów". Ich zdaniem kulturowe oswojenie homoseksualizmu przynieść może takie czy inne skutki negatywne, na przykład redefinicję małżeństwa, czy "zarażanie" homoseksualizmem dzieci. Jeśli więc fobią nazwiemy obawę przed "ewentualnymi skutkami społecznymi" - na fobię cierpią też geiści (ci przynajmniej, którzy boją się ex-homoseksualistów). Nazwijmy ową fobię "heterofobią". Ktoś mógłby w tym miejscu powiedzieć, że o ile obawy geistów są uzasadnione, o tyle obawy "homofobów" są urojone. Tu już wkraczamy na pole ocen mocno subiektywnych. Jest jednak co najmniej jeden mocny argument przemawiający na korzyść "homofobów", otóż sami geiści i ich sojusznicy twierdzą, że kulturowa aplikacja homoseksualizmu ma być dźwignią rewolucyjnych zmian społecznych. Oczywiście tego rodzaju teorie nie są wysuwane na pierwszy plan, przy okazji publicznych dyskusji o "kwestii gejowskiej", nie są też jednak "doktryną tajemną" - by się z nimi zetknąć, wystarczy sięgnąć do periodyków zawierających teoretyczne rozważania czy to geistów, czy feministek.

          Gdy już do takich periodyków sięgniemy, znajdziemy na przykład, coś takiego: " (...) znaczna część najwartościowszych z opublikowanych ostatnio analiz struktur patriarchalnych sugeruje, że "obowiązkowa heteroseksualność" jest wbudowana w zdominowane przez mężczyzn systemy pokrewieństwa, czyli, że homofobia jest nieuniknioną takich patriarchalnych instytucji jak heteroseksualne małżeństwo. (...). Nasze społeczeństwo nie mogłoby się uwolnić od homofobii i zachować przy tym swoich politycznych i gospodarczych struktur w niezmienionej postaci" (Eve Kosofsky, Męskie pragnienie homospołeczne i polityka seksualności, Krytyka Polityczna 9/10), czy: "odpowiedzią na strategię przeciwną promowaniu homoseksualizmu, mogłaby być strategia ujawniania przywilejów heteroseksualizmu - przy jednoczesnym wskazywaniu wartości własnych relacji. (...). W grę wchodziłoby tu podważenie samej instytucji rodziny, przez ukazywanie wielości jej form istniejących współcześnie" (J. Mizielińska, Nasze życie, nasze rodziny, nasze wartości, Krytyka Polityczna 5). Zaznaczmy od razu - nie interesuje nas trafność tych teorii. Mogą być błędne. Liczy się to, że - najwyraźniej - w ich trafność wierzą ci, którzy je głoszą. Słowem - zupełnie szczerze - chcą oni, posługując się "kwestią gejowską" jako narzędziem zmiany, działać czy to na rzecz "podważenia struktur politycznych i gospodarczych", czy to na rzecz "podważenia instytucji rodziny". Czy obawy "homofobów" są więc nieuzasadnione, skoro sama strona gejowska mówi wprost: "tak, tego właśnie chcemy"?

          Podsumujmy: z jednej strony geistom da się przypisać coś w rodzaju "heterofobii", z drugiej strony obawy "homofobów" trudno uznać za "nieuzasadnione", skoro zdają się je potwierdzać teorie geistów i ich sojuszników... Tak więc - sprawy są bardziej skomplikowane, niż chcieliby nam to wmówić geiści i ich sojusznicy... Pewne jest natomiast, że nikt się od gejów i lesbijek nie odpieprzy, po pierwsze dlatego, że „kwestia gejowska” zbyt mocno wrosła już w najnowsze wojny kulturowe, po drugie dlatego, że geje i lesbijki sami lubią się przypieprzać...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „heterofobia cz.II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 kwietnia 2007 11:24