komentarze z onetu

Wpisy

  • piątek, 27 kwietnia 2007
    • trickster

          Można się zastanawiać, czy w ogóle istnieje dziś coś takiego jak "kontrkultura", ale pewne jest jedno:  jeśli istnieje, nie jest nią to, co lansują media głównego nurtu. Da się wręcz zaryzykować twierdzenie, że "kontrkultura" to coś, co jest przy aplauzie mediów głównego nurtu wyklinane. Tak było zawsze (choć zmieniało się to, co nazwać da się "mediami głównego nurtu"). Ostatecznie media te, to nic innego jeno lustro odbijające gusta i morale (aktualnego) burżuja. I inaczej być nie może. A jaki jest współczesny burżuj? Ano taki, jakim opisał go Alain Finkelkraut, który skonstatował, że współczesne mieszczaństwo jest jadowicie antymieszczańskie...  

          Tak to mniej więcej wygląda, a,  że większość tzw. "kontrkulturowców" nie przyjmuje tego faktu do wiadomości i "epatuje burżuja", który już od dobrych 30 lat nie istnieje - to już inna rzecz. Widać większość "kontrkulturowców" wie dobrze, gdzie leżą konfitury. Ale w tej masie konformistów pojawiają się od czasu do czasu nonkonformiści, i właśnie taki prawdziwy obrazoburca znów dał o sobie znać. Mam na myśli profesora Macieja Giertycha i jego najnowszy heppening: profesor za pieniądze Parlamentu Europejskiego (a przynajmniej z jego logo) wydał broszurkę godzącą w ideologię geizmu. W broszurze ponoć stoi, że homoseksualizm jest - po pierwsze - nienaturalny, a - po drugie - usuwalny. Burza związana z broszurą dopiero nadciąga, ale - można być pewnym - nadciągnie: Giertych, swoim zwyczajem, wiedział o co zahaczyć, żeby zrobił się szum...

           Nie jest to pierwsza tego rodzaju akcja profesora, niedawno Giertych - też za pieniądze Parlamentu Europejskiego! - opublikował broszurę godzącą w samo - proszę wybaczyć - jądro współczesnych świętości: broszurę okrzyknięto produktem rasistowskim i antysemickim. Tym sposobem Giertych przebił swoje poprzednie heppeningi, (przypomnijmy: podważanie teorii ewolucji i obronę generała Franco). Widać, że się profesor rozwija i rozkręca...  A burżuj? Burżuj szaleje. W związku z broszurą "rasistowską" rzucił się na Giertycha, kto mógł: prasa od lewa do prawa, politycy i amerykańska Liga Przeciw Zniesławieniu. W związku z tym zainteresowaniem, Europejski Kongres Żydów - w specjalnym oświadczeniu - zastrzegł sobie nawet prawo pierwszeństwa do zaciągnięcia Giertycha przed sąd (widać Kongres zdawał sobie sprawę, że znalazłoby się sporo amatorów takich atrakcji). Słowem - nie był to może największy skandal od czasu pojawienia się dadaistów, ale wiele do tego nie brakowało. Teraz Giertych uderzył znowu, i znowu celnie - w pederastów, czy raczej w ich odłam ideologiczny... Krótko mówiąc, profesor wali jak w bęben we wszystkie tabu współczesnego burżuja, i spotyka go za to los zwykły dla kontrkulturowych aktywistów - jest przez współczesnych burżujów wdeptywany w ziemię, przy wtórze wycia mediów głównego nurtu.  Maciej Giertych krewnym bohemy? Na to wygląda ... W każdym bądź razie, gdyby Giertych nie istniał, należałoby go wymyślić...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „trickster”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2007 17:48
  • czwartek, 19 kwietnia 2007
    • metoda "na Bicz Boży"


          Przyznanie Polsce i Ukrainie przywileju (?) organizowania EURO 2012 wywołało mnóstwo reakcji, a wśród nich szczególnie wybijała się jakaś osobliwa radość z tego, że oto pojawił się zewnętrzny Bicz Boży, który wymusi zrobienie różnych rzeczy (wymusi – na przykład – budowę autostrad). Wiadomo, że wszystko to tak czy owak wypadałoby zrobić – zdają się mówić cieszący się z Bicza – ale mogło być z tym różnie, a teraz, skoro musimy, to może i naprawdę zrobimy. Rzecz prosta nasuwa się pytanie: a bez Bicza nie można? Cóż – widać nie można, skoro tak wielu, tak mocno z Bicza się cieszy. A skoro tak, to może warto by metodę „na Bicz Boży” stosować szerzej? (ostatecznie EURO 2012 wszystkiego nie załatwi...). A dałoby się metodę stosować naprawdę szeroko. Bo też – czy mamy w Polsce jakąś dziedzinę, lub obszar publiczny nie wymagający gruntownej reformy? Odpowiedź na to pytanie brzmi: nie mamy. Jest to - przyznać trzeba - prawdziwy fenomen: po 17 latach reformowania wszystkiego, wszystko wymaga reformy i trwa ogólny kryzys. Nie chce mi się sprawdzać po książkach, ale - mam wrażenie - że Niemcy czy Włochy 17 lat po wojnie były już na etapie "cudów gospodarczych", jeśli zaś chodzi o tzw. "Wielki Kryzys" z końca lat 20-tych ubiegłego wieku, to wygrzebano się z niego w niecałą dekadę. W Polsce tymczasem zawsze powtarza się to samo: gdy ten czy inny rząd przedstawi jakiś projekt, opozycja i ci eksperci, którzy akurat nie brali udziału w jego tworzeniu zgodnym chórem oświadczają, że projekt jest - w najgorszym wypadku - szkodliwy, a - w najlepszym – dęty i, delikatnie mówiąc, wiele z tego nie wyjdzie (najnowszą odsłonę tego spektaklu pooglądaliśmy sobie, gdy wicepremier Gilowska opowiedziała o reformie finansów). I wygląda na to, że opozycja - niezależnie od tego, kto nią akurat jest – z reguły miewa w takich razach sporo racji: jeszcze się nie zdarzyła taka reforma, po której dałoby się powiedzieć: w tym obszarze nareszcie jest OK.!.  Czy metoda „na Bicz Boży” byłaby tu wyjściem?  Bardzo możliwe, ale skąd brać Bicze? Ostatecznie nieczęsto zdarza się, że ktoś chce nas biczem obdarować, tak jak to miało miejsce w przypadku EURO 2012. Skoro tak – wyjściem byłoby może kręcenie Bicza na samego siebie. Można by – dajmy na to – dogadać się z Putinem, żeby Rosja postawiła Polsce ultimatum: „Jeśli do 2012 nie zrobicie porządnej reformy służby zdrowia – zakręcamy kurek z gazem!”. Kto wie – może by zadziałało?


      PS

      Marek Jurek tworzy nową partię. Jest to posunięcie tak głupie, że gotów jestem uwierzyć nawet w motywy ideowe...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „metoda "na Bicz Boży"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 kwietnia 2007 19:50
  • wtorek, 17 kwietnia 2007
    • nowy hegemon

          Z powodów bliżej mi nie znanych ideologiczne mody szerzą się na lewicy na sposób epidemii. Jednego dnia - nic, a następnego - trach! - i prawie wszyscy są zarażeni. Nadszedł chyba właśnie czas na kolejną lewicową modę - tak jak niedawno jeszcze na lewicowym topie było wojowanie z wszelkiego rodzaju hierarchią i wykluczaniem innego (czy raczej Innego), tak dziś w modzie jest hegemonia i wykluczanie. A o co chodzi? "Celem lewicy - tłumaczy rzecz Sławomir Sierakowski - nie jest (...) jak to nieraz można usłyszeć, walka z wykluczeniem jako takim, ale walka o ustanowienie granic tego pola w zgodzie z własnymi ideałami. A zatem o wykluczenie z niego na przykład rasistowskich albo homofobicznych głosów. Celem nie jest zatem jakiś nie realizowalny pełen pluralizm, ale stworzenie przestrzeni, w której pewne praktyki uważane przez lewicę za szkodliwe staną się niedopuszczalne" (cyt.za Pawłem Lisickim, Rz 6/7.01.2007).

          Brzmi to tak jak brzmi, czyli dość ponuro, ale sprawę łagodzi Kinga Dunin. "Jedno jest pewne - mówi Dunin - świat liberalno-lewicowy ze swoim projektem i wykluczeniami byłby bardziej otwarty i tolerancyjny wobec wartości tradycyjnych, niż w odwrotnej sytuacji" (Kinga Dunin, Poza rynkiem i konserwą, GW 24/25.02.2007) Zważywszy, że owa "liberalna lewica" (tak liberalna i lewicowa - jak Kinga Dunin) to jakieś 10 procent obywateli, reszta zaś to - jak to ujmuje Kinga Dunin - "konserwatywna większość", oferta Dunin wygląda mniej więcej tak: dziesięcioprocentowa mniejszość uciskać będzie kulturowo dziewięćdziesięcioprocentową większość, ale za to - w swojej opinii - lżej, niż owa dziewięćdziesięcioprocentowa mniejszość cisnęła dziesięcioprocentową mniejszość. Co jest rozwiązaniem do przyjęcia - o ile jest się częścią owych 10 procent...

          No dobrze, ale - konkretnie - kto i co zostanie wyeliminowane z przestrzeni stworzonej przez "liberalną lewicę"? Taka konkretyzacja jest niezwykle ważna, bo z ogólnikami różnie bywa, może się, na przykład, zdarzyć tak, że wzniosłe gadanie o Równości przyjmuje boleśnie konkretną formę gilotyny i niektórzy są niemile zaskoczeni... A więc - kto i co będzie eliminowane przez nowych hegemonów? Bo jeśli jakieś potwory i poczwary - to można wytrzymać, ale jeśli to eliminowanie pójdzie szerszym frontem? Więc - kto do eliminacji? Cóż, by nie szukać daleko - niedawno z amerykańskiego wydania programu BBC wyeliminowano Bennyego Hilla (pośmiertnie, Hill nie doczekał eliminacji). Programy Hilla uznano za "seksistowskie", ponieważ spora część skeczy ma w nich seksualny podtekst, a w przerwach między skeczami pokazywały się "tańczące zgrabne dziewczyny". Biorąc pod uwagę uzasadnienie eliminacji ("za seksizm!") śmiało można zakładać, że w sprawie kopyto maczały miejscowe feministki, ideowe siostrzyce Kingi Dunin. Mamy więc przykład ofiary nowych hegemonów - ofiarą jest złowrogi komik Benny Hill, który - oczywiście - do końca swoich dni nie był świadom ohydy swojego procederu (ale od tego mamy lewicowych intelektualistów, żeby obiektywne zło, subiektywnie nieszkodliwych praktyk ujawniali)    

          Benny Hill - to w USA, a w Polsce? W Polsce "liberalna lewica" nie dochrapała się jeszcze pozycji hegemona, więc akcje eliminacji może raczej planować, niż przeprowadzać. Coś niecoś o tych planach poczytać można w kultowym piśmie "liberalnej lewicy" - w "Krytyce Politycznej". W ostatnim numerze "KP" znaleźć możemy rozważania niejakiego Krzysztofa Tomasika. Tomasik składa hołd  modzie na wykluczanie ("Trzeba się jednak zgodzić, że zarówno agresja i dyskryminacja, jak i uprzedzenia powinny być wyrugowane z życia publicznego. A zacząć należałoby oczywiście od języka, bo tam najjaskrawiej ujawniają się uprzedzenia"), składa też hołd modzie na hegemonię (lewica "...musi też uczciwie przyznać, że jej celem jest uzyskanie kulturowej hegemonii. Hegemonia taka nie jest zaprzeczeniem różnorodności, gdyż zapewnia dla niej więcej miejsca, niż hegemonia heteronormatywności"). Mamy w tekście Tomasika i kandydatkę do eliminacji. Autor pisze, ze zgrozą: "Nawet w dodatku dla kobiet "Wysokie Obcasy" możliwe jest opublikowanie wywiadu z Józefą Henelową, w którym redaktorka "TP" legitymizację związków jednopłciowych uznaje za "oficjalną akceptację patologii", a akceptację przez matkę homoseksualizmu syna za przesadny gest, bo "problem jest i to jaki!" (Krzysztof Tomasik, Lewica dla gejów i lesbijek, Krytyka Polityczna, 11/12). Widać z tego, że Tomasik życzyłby sobie, by publikowanie czegoś podobnego w "WO" możliwe nie było...

          I już wiemy - "lewica liberalna"(a przynajmniej Krzysztof Tomasik) chciałaby, obok wielu innych kandydatów do wyeliminowania,  wyeliminować i  Józefę Henelową. Jakże to - Józefę Henelową? - zapytacie. Nie "Józefę Henelową", ale homofobiczne poglądy, które głosi! Niestety - nic z tego.
      Nikomu jeszcze nie udała się sztuka oddzielenia poglądów, od ich nosicieli i wyrazicieli, chcąc wyeliminować "homofobię" Józefy Henelowej, trzeba wyeliminować, lub przynajmniej przykneblować ją samą. W tym drugim przypadku Józefa Henelowa mogłaby sobie rozprawiać publicznie o - powiedzmy - hodowli kwiatów, czy literaturze francuskiej, ale w żadnym razie nie mogłaby powiedzieć co myśli o homoseksualistach, choćby i miała na to ochotę...

      Pora na wnioski. Otóż, gdy przy wtórze gromkich słów o walce z dyskryminacją, ofiarą pada Benny Hill i Józefa Henellowa, jest to rzecz - powiedziałbym - dla nas wszystkich nadzwyczaj niepokojąca...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „nowy hegemon”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2007 18:18
  • niedziela, 15 kwietnia 2007
    • kłopot z Jurkiem

          Temat dnia: awantura w PiS. Wszyscy o tym rozprawiają, to ja też spróbuję (ostatecznie – nie zawsze trzeba być oryginalnym). A więc. Straty polityczne PiSu-u (marszałek) – o ile nie zostaną odkręcone – są duże, straty sondażowe – niekoniecznie. Elektorat trzymają przy PiS-e nie kwestie kulturowe czy ekonomiczne, ale – polityczne. Ściślej: wojowanie z postkomunistyczną oligarchią. Gdyby doszło do wewnętrznej awantury na tym tle – sprawa byłaby innego rodzaju. PiS tymczasem podzielił się w sprawie, w której – jak raz – podzielony jest cały lud, w tym – PiS-owski elektorat, przy tym ten ostatni, będąc podzielony nie traktuje tego akurat podziału za kluczowy. Śmiem przy tym twierdzić, że – że tak powiem – trzon elektoratu PiS-u nie miał najmniejszej ochoty na manipulowanie przy obecnym rozwiązaniu kwestii aborcji.  Nawet większość tych, którzy życzyliby sobie zmiany są przekonani, że nie pora na to (to oczywiście moje spekulacje – nie znam tej większości). Jest to kwestia hierarchii celów: gdy ma się na głowie postkomunistyczne bagienko, nie ma sensu otwieranie innych frontów (o ich otwieranie dba postkomuna). Posunięcie Jurka odebrane zostało – prawdopodobnie fatalnie, z – delikatnie mówiąc – małym zrozumieniem, i jeśli zaowocuje jakimś ruchem elektoratu, to pewnie niewielkim. Anty-postkomunistyczny elektorat jest zwyczajnie na PiS skazany, i to – powiedziałbym – coraz bardziej.

      Pis-owi tradycyjnie udało się przykryć medialnie imprezę PO (choć tym razem - raczej mimo woli), ale z tego nie wynika jeszcze, żeby się PO nie zajmować. Przecież równie interesującym pytaniem co pytanie o to, "co rozsadza PiS" jest pytanie: "co właściwie trzyma PO w kupie?". Sobotnie wystąpienia Rokity i Palikota - które, przyznaję znam pobieżnie - były wystąpieniami z dwóch różnych politycznych światów. O wystąpieniu Olechowskiego nie wspominając (nawiasem mówiąc, Palikot paradując w koszulce z napisami „Jestem w SLD” i „Jestem gejem” potwierdził moje przeczucie, że być w SLD – to rodzaj zboczenia...). A ponieważ „grupie trzymającej władzę” w PO bliżej jest do Olechowskiego i Palikota niż do Rokity, jest już mniej więcej jasne, że PO nie jest „partią zmiany”, czy może jest raczej „partią zmiany kosmetycznej”. Pytanie brzmi – czy fakt ten przebije się do świadomości tej części elektoratu PO, która chce zmiany. Jeśli się przebije, PiS może odrobić, ewentualną stratę części wyborców radiomaryjnych, którą to stratę przynieść ma ponoć ostatnie zamieszanie wokół aborcji...    

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „kłopot z Jurkiem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 kwietnia 2007 09:54
  • czwartek, 12 kwietnia 2007
    • drobiazg o Kwaśniewskim....

          Przyznaję – niepokoiłem się o Kwaśniewskiego. Ale też miałem powody. Od czasu swojego Wielkiego Powrotu każdemu, kto chciał go słuchać Kwaśniewski skarżył się na problemy psychiczne. Wydawało mu się – mianowicie – że jest podsłuchiwany, a podsłuchiwać go miała „IV RP”, twór, który – nawiasem mówiąc – zdaniem Kwaśniewskiego nie istnieje. Mieć nieuzasadnione poczucie prześladowania przez byt nieistniejący – to poważna sprawa, tak więc można się było o Kwaśniewskiego niepokoić. Aż do dziś. Dziś bowiem media doniosły, że Kwaśniewski nosi się z zamiarem założenia czegoś w rodzaju neo-ROPCiO. Jeśli dobrze odczytuję zamiary byłego prezydenta - mamy do czynienia z piekielnie chytrym planem politycznym, którego nie mógł uknuć ktoś mający problemy psychiczne. Idzie o zorganizowanie powtórki z historii (że niby historia powtarza się jako farsa? I co z tego? Lepsza farsa od tragedii...). Rzecz może wyglądać tak: Kwaśniewski organizuje neo-ROPCiO, Magdalena Środa, która niedawno chciała powoływać rząd emigracyjny, mogłaby powołać neo-KPN (skoro tak ceni tradycję niepodległościową...), neo-KOR-u powoływać nie trzeba, bo stary KOR – choć nie istnieje – trzyma się nieźle, w perspektywie widać neo-Solidarność, która o tyle przypominałaby starą, że i w niej sporą rolę odgrywaliby pewnie TW (tym razem – byli)... A dalej to już z górki: nowy Okrągły Stół, uwłaszczenie PiS-owskiej nomenklatury w zamian za dopuszczenie opozycji do władzy,  Macierewicz jako „człowiek honoru”, ogólne „kochajmy się” i „ciszej nad trumnami”... I wszyscy są szczęśliwi. Czy można sobie wyobrazić lepszy koniec historii? Kwaśniewski to jednak polityczny geniusz...


      Wszystko to niby żarty, ale mam wrażenie, że Kwaśniewski faktycznie wspominał coś o nowym Okrągłym Stole...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „drobiazg o Kwaśniewskim....”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2007 15:50
  • czwartek, 05 kwietnia 2007
    • elita ze skazą cz.I

          III RP odziedziczyła elity po PRL i ma to swoje konsekwencje. Wielorakie, ale - dziś - zajmijmy się tymi najmodniejszymi, czyli związanymi z lustracją. Jacek Żakowski pisał przy jakiejś okazji, że celem "rewolucji konserwatywno -republikańskiej", której narzędziami są lustracja i dekomunizacja jest "wykluczenie dużej części elit" i "zerwanie ewolucyjnej ciągłości sięgającej lat PRL-u". Wygląda na to, że i Żakowski miewa rację: realna lustracja oznacza rzeź postPRL-owskiej elity (choć nie wiem, czy jest to "na zimno" zakładany cel jakichś rewolucjonistów). I to z bardzo prostego powodu: postPRLowska elita, to elita ze skazą. A rzecz wygląda tak:

      PRL żądała od swoich obywateli lojalności w stopniu wprost proporcjonalnym do pozycji zajmowanych przez nich na drabinie społecznej, w myśl zasady świetnie wyrażonej niegdyś przez Andrzeja Werblana (wtedy członka KC PZPR): "Komu wiele dano, od tego trzeba wiele wymagać". Rzecz prosta, zasada ta funkcjonuje w takiej, czy innej postaci bodaj w każdym państwie, tyle, że w przypadku państw realnego socjalizmu trzeba brać poprawkę na ich charakter, a był to charakter paskudny. Państwa "obozu socjalistycznego" były bowiem aparatami zorganizowanej demoralizacji, i to na skalę większą, niż - w stosunku do swoich obywateli - była takim aparatem III Rzesza. Dość powiedzieć, że w liczących około 70 milionów Niemczech Hitlera funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa było kilkanaście tysięcy, podczas gdy w zamieszkałej przez ok. 17 milionów osób NRD oficerów i szeregowych funkcjonariuszy STASI było ok. 91 tysięcy (współdziałało z nimi ok. 260 tysięcy TW). PRL uchodzi co prawda - zwłaszcza na tle NRD - za "najweselszy barak w obozie", ale nie przesadzajmy z tą wesołością, zwłaszcza w latach 80-tych, gdy nastąpiła ekspansja służb specjalnych...

          Przytoczona powyżej "zasada Werblana" dawała prosty efekt: im wyżej w ramach systemu usadowiona była dana grupa społeczna, tym czulszą opieką otaczali ją władcy PRL, i tym głębszej współpracy od niej wymagali. Co odbijało się - chociażby - w strukturze agentury. I tak - według Antoniego Dudka - w czasie gdy odsetek osób z wyższym wykształceniem wynosił około 4 procent ogółu mieszkańców PRL, wśród agentury wskaźnik ten sięgał 37 procent. Dodajmy, że do obsługi inteligencji wysyłano doborową kadrę, na przykład, w latach 80-tych XX w stojący na czele zajmującego się inteligencją wydziału III-1 krakowskiej SB Wiesław H. mógł się poszczycić, między innymi, świadectwem ukończenia 9 miesięcznego kursu organizowanego przez moskiewską szkołę KGB im. Feliksa Dzierżyńskiego. Wiele się dziś mówi o "łamaniu ludzi", ale chyba najpopularniejszy sposób nacisku był brutalnie prosty: partia - i jej narzędzia, takie jak SB - rozdawały konfitury. Wszelkiego rodzaju, na przykład - zapewniała wiernym karierę. Oczywiście - można się takiej pokusie oprzeć. Ale nie wszystkich stać na to wyrzeczenie. I mamy gotowy mechanizm "selekcji negatywnej" - niezłomni odpadali, w górę szli wierni. Świat akademicki nie był tu wyjątkiem (a pewnie nawet - wręcz przeciwnie). Dziennikarze "Wprost", którzy rozmawiali z SB-kiem werbującym i nadzorującym agentów "w jednym z miast na północy Polski" usłyszeli od swojego rozmówcy, że "wielu naukowców łatwo, bez szantażu godziło się na współpracę. Młodzi pracownicy nauki uważali bowiem, że dzięki temu szybciej zrobią karierę naukową" (Tomasz Butkiewicz, Jarosław Jakimczyk, Profesor z SB, Wprost, 6.03.2005). Nietrudno spostrzec, że ci, którzy w latach 80-tych ubiegłego wieku byli "młodymi pracownikami nauki", dziś są pracownikami nauki zasiadającymi na wysokich stolcach, lub właśnie po nie sięgającymi. Jaka była skala werbownictwa? Tego się - oczywiście - bez badań nie dowiemy. Tak czy owak, w Toruniu, na przykład, niezbyt długo działająca komisja doliczyła się wśród tamtejszych wykładowców akademickich 25 TW (nawiasem mówiąc, jeden z nich był w latach 90-tych sędzią Trybunału Konstytucyjnego). Były to jednak tylko "ustalenia wstępne". Wygląda więc na to, że słynne słowa Leona Kieresa (wtedy - szefa IPN) o "trądzie", którym w szczególny sposób dotknięte były szkoły wyższe oddają smutny stan faktyczny...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „elita ze skazą cz.I”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2007 19:14
    • elita ze skazą cz.II

          Rzecz jednak w tym, że współpraca w charakterze TW - to jeszcze nie wszystko. "System" wciągał w swoje tryby i na inne sposoby. Oto Marcin Gugulski dotarł do zapisów telekonferencji (lata 1975-1978) generała SB Adama Krzysztoporskiego, generał konferował z funkcjonariuszami szczebla wojewódzkiego, zastanawiano się w jaki sposób nie dopuścić na studia osób, które podpadły władzy (i - dzieci takich osób). Na potrzeby tej akcji sporządzano imienne listy kandydatów na studia, czy "Wykaz studentów UW zaangażowanych w organizowanie akcji petycyjnej", rzecz prosta współpracowano też z urzędnikami odpowiedzialnymi za szkolnictwo, w tym z Sylwestrem Kaliskim, ministrem Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. A urzędnicy działali "po swojej linii". W lipcu 1975 Kaliski pisał o wspomnianej akcji "koszenia" niepokornych do wiceministrów Janusza Górskiego i Romana Neya: "Zrealizować po egzaminach (część odpadnie automatycznie) przez ustalenie taktyki w bezpoś(rednich) rozmowach z Rektorami", albo - innym razem - w czerwcu 1976 roku Kaliski do Górskiego: "Pilne - wszystko dotyczy Twojego pionu. Zadziałaj operacyjnie z Rektorami - postaw to jako bezwzględny wymóg" (Marcin Gugulski, Uczelnia i rektorzy w łapach SB, Głos 1167/1171). Jakby nie patrzeć - owi Rektorzy wykorzystywani byli w dość paskudnej sprawie, a - przypuszczać można - dotyczyło to nie tylko Rektorów (minister "pchnął" sprawę do Rektorów, Rektorzy - niżej). Lata 70-te, wydają się dość odległe, ale - zwróćmy uwagę - że w życiu intelektualnym po dziś dzień czynne są osoby aktywne już w latach 60-tych (a nawet - 50-tych). Zresztą, można zakładać, że podobne akcje prowadzone były i w latach 80-tych, choć - przyznaję - o takich nic mi nie wiadomo (co może świadczyć wyłącznie o marnym stanie mojej wiedzy)...    

          Wciąganie do współpracy przy okazji różnych ponurych operacji dotyczyło, oczywiście nie tylko świata akademickiego, ale - elit w ogóle, mamy tu do czynienia z całym systemem. Henryk Głębocki w ciekawym artykule poświęconym działaniom SB skierowanym przeciw środowisku "Nowej Fali" wydrukowanym przez krakowskie "Arcana", opisuje to tak: "...dokumenty PRL-owskich służb specjalnych zachowane w archiwach IPN pokazują całą gamę najróżnieszych metod, narzędzi nacisku, jego stopniowanie, manewrowanie, a szczególnie współpracę między różnymi segmentami państwa komunistycznego wzajemnie się uzupełniającymi. Można tu mówić wręcz o funkcjonowaniu całkowicie domkniętego systemu, poza który nie można było uciec". Cytowane przez Głębockiego raporty SB ilustrują funkcjonowanie tego systemu. I tak, w meldunku operacyjnym wydziału III SB w Krakowie, z 1976 r, można przeczytać: "W wyniku naszej sugestii w KK PZPR odbyła się narada redaktorów naczelnych pism krakowskich i Wydawnictwa Literackiego poświęcona (nieczytelne) faktu podpisania petycji przez krakowskich literatów i przyjęcia wobec nich odpowiedniej taktyki. Uznano, że nie należy stosować wobec nich restrykcji, które mogłyby sygnotariuszom przysporzyć jedynie reklamy politycznej i stworzyć z nich męczenników. Przyjęto natomiast, że w odniesieniu do sygnotariuszy każdy z redaktorów naczelnych we własnym zakresie będzie decydował o dopuszczeniu ich materiałów do publikacji, stosując ustalone ograniczenia, nie jak w dotychczasowym trybie - drogą ingerencji cenzorskich. Zatrzymano także wydawanie pozycji jakie zostały złożone do druku w Wydawnictwie Literackim oraz podpisanie z sygnatariuszami umów wydawniczych". Inny fragment raportu mówi o inspirowanych przez "bezpiekę" rozmowach toczonych z "figurantem" przez redaktora naczelnego pisma "Student". Mamy tu zatem do czynienia ze współdziałaniem z SB, nie tylko Komitetu Miejskiego PZPR (co zresztą należało do obowiązków jego członków), ale też współdziałanie redaktorów pism krakowskich, kierownictwa "Wydawnictwa Literackiego" i redaktora naczelnego "Studenta". O podobnych działaniach prowadzonych w stosunku do Zbigniewa Herberta pisał niegdyś na łamach "Rzeczypospolitej" historyk Grzegorz Majchrzak. Z dokumentów "bezpieki" wynika, że w rozgrywkach SB z Herbertem uczestniczyli ludzie z Zarządu Kinematografii, kierownictwa Zespołów Filmowych i Ministerstwa Kultury i Sztuki. Nie musieli być formalnymi "Tajnymi Współpracownikami". Po prostu - byli częścią "systemu". Przykłady, które podałem dotyczyły - znów -  lat 70-tych, w przypadku Herberta bodaj jeszcze 60-tych, ale w latach 80-tych, z których weszliśmy w III RP nie było lepiej. System pozostał ten sam. Agenturę jeszcze mocniej rozbudowano...

          Ci ludzie, owi wszyscy rektorzy, dyrektorzy wydawnictw, sekretarze redakcji, redaktorzy naczelni, kierownicy produkcji,  kadra akademicka, itd., itd., którzy współuczestniczyli w tworzeniu i podtrzymywaniu "systemu" nie zniknęli w 1989 roku. Wielu z nich zachowało pozycję w mediach, w świecie nauki, czy  kultury. O polityce nie wspominając. Ostatnią rzeczą jakiej mogliby sobie życzyć jest otworzenie esbeckich archiwów. Z teczek  może się bowiem wyłonić obraz elit  PRL-u źle przystający do obrazka "elita narodu kontestuje systemem komunistyczny".  Zobaczylibyśmy  - już widzimy - nie tylko  "heroizm", czy ewentualnie " brutalne łamanie" i "zmuszanie do współpracy", ale też szereg uwikłań, przejawów współpracy, załatwianie takich czy innych  spraw przy pomocy kolegów z aparatu partyjnego, czy "bezpieki", drobnych i mniej drobnych ustępstw, świadczenie sobie wzajemnych usług w zamian za talon na samochód, paszport, załatwienie działki na Mazurach, zgodę na stypendium, czy usunięcie konkurenta to katedry, wyłoniłyby się z akt  środowiskowe rozgrywki, gra ambicji i zawiści -  słowem otrzymalibyśmy ilustrację demoralizacji jaką niósł ze sobą  realny socjalizm. I dlatego postPRLowska elita będzie się przed lustracją, czy przed szerokim otworzeniem archiwów IPN bronić zębami i pazurami ...  Do końca - pod możliwie wzniosłymi hasłami... I będzie bić czołem przed każdym, kto podtrzyma program - jak to nazywał bodaj Herling-Grudziński - Wielkiego Zamazania...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „elita ze skazą cz.II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 kwietnia 2007 19:13
  • poniedziałek, 02 kwietnia 2007
    • jak trwoga - to do Boga...

          Klerykalizacja lewicy... zjawisko sygnalizowałem już ze dwa razy, ale tak pięknie nam się rozwija, że znowu trzeba do niego wrócić. Co prawda lewica już dawniej praktykowała swego rodzaju ultramontanizm, ale tylko w związku z tzw. „problemem Radia Maryja” (hasłem lewicy było tu zawołanie: „Ojcze  Święty – ratuj!”), teraz idzie to coraz dalej. Musiała przyjść na lewicę sądna godzina, skoro ucieka się biedaczka już do Ostatecznej Instancji. Tak, czy owak, dzieją się na naszych oczach – no, może nie aż cuda – ale rzeczy nadzwyczajne. .Wczoraj, w „Loży prasowej” TVN można było – na przykład – pooglądać redaktor Paradowską, która jak lwica stawała w obronie autonomii Kościoła Katolickiego i konkordatu, zaś Mirosław Czech w „Gazecie Wyborczej” gromko wzywa kościół do zabrania głosu w różnych sprawach politycznych, choć dotąd z kręgu, w którym obraca się Czech słyszeliśmy raczej rady, żeby się kościół za mocno do takich spraw nie wtrącał. Czech zresztą przyjął już nawet język eklezjalny – czy może spłynął na niego duch proroczy – i wysławia się teraz (wieszczy?) w stylu: „Co dziś będzie zasiane, po latach przyniesie plon stukrotny. Co będzie zaniechane i zaniedbane – urodzi jedynie kąkol” (M. Czech, Kościół milczenia, GW 31.03/1.04 2007).  Mamy z czymś podobnym do czynienia zdaje się po raz pierwszy od czasów stanu wojennego, kiedy to różni antyklerykałowie dość gwałtownie i hurtowo się ponawracali...

      A wszystko – rzecz prosta – przez lustrację...
       
      A może jest w tym jakaś prawidłowość? Jak nas przekonują historycy, chwile kryzysów społecznych obfitują w przeróżne zadziwiające fenomeny religijne, biczownicy – dajmy na to – łączeni są z epidemią Czarnej Śmierci. Nie, no oczywiście, że nie spodziewam się, że po ulicach polskich miast zaczną snuć się pochody biczowników smagających się w intencji oddalenia Bicza Bożego w postaci lustracji (a tym bardziej nie spodziewam się pochodów skruszonych TW). Ale tego i owego się spodziewam. Nie zaskoczyłaby mnie – na przykład – jakaś antylustracyjna interpretacja Apokalipsy św. Jana (1). Mirosław Czech, w każdym bądź razie, jest zdaje się na dobrej drodze ku temu dziełu...  

      1) Nie ma takiej rzeczy, której nie dałoby się z Apokalipsy wyinterpretatować, lustracja nie jest tu wyjątkiem.  Weźmy coś takiego – o otwieraniu archiwów:

      „I ujrzałem:
      gdy Baranek otworzył pierwszą z siedmiu
       pieczęci,
      usłyszałem pierwsze z czterech Zwierząt
      mówiące
      jakby głosem grzmotu:
      „Przyjdź!”
      I ujrzałem:
      oto biały koń
      a siedzący na nim miał łuk
      i wyruszył jako zwycięzca, by jeszcze zwyciężać”

      Albo – o TW „naznaczonych” współpracą z bezpieką:

      „I usłyszałem liczbę opieczętowanych:
      sto czterdzieści tysięcy opieczętowanych
      ze wszystkich pokoleń synów Izraela:
      z pokolenia Judy dwanaście tysięcy opieczętowanych
      z pokolenia Rubena dwanaście tysięcy”
      itd., itd.

      Pasuje? Pasuje! Mirosławie Czechu – do dzieła!

      (fragmenty Apokalipsy za Biblią Tysiąclecia)
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „jak trwoga - to do Boga... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 kwietnia 2007 17:46
  • niedziela, 01 kwietnia 2007
    • rewolucja moralna - rok II

          W pewnych kręgach wypada dziś kpić z obiecywanej przez PiS "rewolucji moralnej" (że niby nic z niej nie wyszło), a przecież "rewolucja moralna" to akurat jedna z tych rzeczy, która się PiS-owi wcale nieźle udała. Zgoda - PiS nie jest doskonały, ale ostatecznie miarą sukcesu kaznodziei jest nie tyle to, jak on sam się prowadzi, ale raczej wpływ jaki wywiera na swoje owieczki. Powiedzmy, że kaznodzieja, który sam jest skończonym alkoholikiem wygłasza tak sugestywne kazania antyalkoholowe, że nawraca na abstynencję cała parafię. Sukces? Bez wątpienia - sukces! (choć sprzedawcy alkoholu widzieliby to pewnie inaczej). Otóż PiS-owi właśnie udała się podobna sztuka. Sam nie będąc świętym wprawił w stan moralistycznej gorączki i media i opozycję. I jedni i drudzy wznoszą się dziś na szczyty moralnego rygoryzmu i wytykają wszystko to, na co w 3rp nie zwróciliby najmniejszej uwagi. Skutkiem tego, rzeczy, które jeszcze kilka lat temu przeszłyby niezauważone wywołują dziś coś na kształt ataków histerii na tle urażonych uczuć moralnych. Wystarczy tylko wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby prezydent Kaczyński doznał ataku bólu golenia w czasie wizyty zagranicznej. Albo coś takiego: w 2002 roku pan Stypułkowski, prezes PZU, w taki sposób prowadził samochód, że wyprawił na tamten świat trzy osoby. Jakby tego było mało wokół owego przykrego incydentu zaroiło się od tajemniczych wydarzeń i osób: zniknął komputer pokładowy samochodu pana prezesa, powypadkowa ekspertyza techniczna wozu była - ponoć - nieco dziwna, a niejaki pan Tadeusz Czerwiński prowadził - jak wieść niesie - intensywne rozmowy z policjantami, którzy zajmowali się wypadkiem (kim jest Tadeusz Czerwiński? To jedna z tych figur, której kariera - jakimś trafem - nie przyciągnęła uwagi dziennikarzy w czasach III RP, Czerwiński zaczynał karierę w zajmującym się duchowieństwem IV departamencie PRL-owskiego MSW, później - jako urodzony fachowiec od wszystkiego - został dyrektorem administracyjnym Banku Handlowego, wreszcie trafił do PZPN). Wszystko to umknęło uwadze mediów - jeśli pominąć "Gazetę Polską" z której dociekliwości korzystam. Co stałoby się dziś, gdyby pan Netzel - następca Stypukowskiego na stolcu szefa PZU - "skasował" trzy osoby i gdyby wokół tej sprawy miało miejsce coś, co robi wrażenie mataczenia? Otóż - nastąpiłby medialny Armageddon.  Podobne przykłady można oczywiście mnożyć. Ci, którzy nie dostrzegali ex esbeków na kluczowych stanowiskach w policji nie mogą dziś przeoczyć clowna jako doradcy Leppera (a przecież - bądźmy szczerzy - kto niby ma być doradcą Leppera?), ci, których uwadze umknęło, że w MSZ znajdują sobie przytulisko krewni i znajomi różnych znanych figur - na przykład szwagier Tadeusza Mazowieckiego, z zawodu krytyk filmowy (1) - grzmią z oburzenia, gdy pojawia się pogłoska, że Gosiewski, chce dać jakąś posadę żonie kolegi, itd., itd... Słowem - rewolucja moralna trwa w najlepsze. Co prawda uderza dość wybiórczo, ale - nie wymagajmy za wiele. Początki zawsze są trudne...

      1. Informację tę podaję za Jerzym Robertem Nowakiem, w którego dziełku "Czerwone dynastie" znaleźć można przykłady wielu innych, podobnych karier.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „rewolucja moralna - rok II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2007 12:20
  • wtorek, 27 marca 2007
    • political fiction

          Wszyscy lubimy sobie poplotkować (no - może nie aż tak jak Józef "Brzytwa" Oleksy, który może plotkować przez trzy godziny bez przerwy...), wszyscy lubimy sobie pospekulować, ja też trochę sobie pospekuluję, a temat sam pcha się w łapy, oto autorzy bloga „Piąta Władza” stawiają pytanie: „Kto i w jakim celu chciał obalić Leszka Millera w 2003 roku? A jeśli faktycznie była montowana taka intryga, to jaką rolę odegrał w niej prezydent Kwaśniewski?”. Temat dobry, ale mocno go rozszerzę... Nietrudno zauważyć, że – gdzieś tak – od roku 2002 lewą stronę sceny politycznej wstrząsają ruchy tektoniczne - epizod o którym pisze „Piąta Władza” to epifenomen tego zjawiska. Zapytajmy więc: co było główną sprężyną nakręcającą cały ten mechanizm? Oto moje spekulacje...  

          Wyjdziemy od epizodu, o którym donosił Dziennik z 11.09.2006. Otóż, Dziennik donosił w tym dniu właśnie o prowokacji wymierzonej w Leszka Millera: "W 2003 roku Leszek Miller mógł być zmuszony do rezygnacji ze stanowiska premiera. I nie za sprawą demokratycznych procedur, a prowokacji przygotowanej przez ludzi związanych z lewicą i służbami specjalnymi. (...). Syn Leszka Millera miał brać łapówki od największych polskich biznesmenów: Kulczyka, Staraka i Gudzowatego. Miał o tym mówić jeden z zainteresowanych - Aleksander Gudzowaty. Wiadomość ta dotarła do ówczesnego premiera Millera od Zbigniewa Siemiątkowskiego. Gdyby taka informacja dostała się do mediów, mocny wtedy jeszcze Leszek Miller skończyłby natychmiast karierę". Miller - po otrzymaniu tej informacji - rozmawiał z Gudzowatym, ten wszystkiemu zaprzeczył...

          Jak zauważyła niedawno Kataryna, sprawa owej prowokacji była jednym z ważnych tematów rozmowy Gudzowaty - Oleksy. Przypomnijmy, że Gudzowaty mówił Oleksemu: "Moje zdanie jest takie, jeśli chcesz je znać, to Kwaśniewski szykował coś na Millera. Coś poważnego moim kosztem. (...). Oni chcieli premiera obalić moim kosztem". Co do opinii Millera w sprawie tych machinacji - Dziennik pisał: "Leszek Miller odrzuca (...) domysł, że zaplanowali to ludzie prezydenta. "Wykluczam hipotezę, że za całą prowokacją wobec mnie stał Aleksander Kwaśniewski". Były premier wskazuje raczej na tajemnicze "olbrzymie interesy i międzynarodowe siły nacisku", którym nie podobało się to, że nie zgadza się na sprzedaż polskiego sektora paliwowego" (Znajomi Millera chcieli łapówki od Gudzowatego, Dziennik 11.09.2006).

      Sprzedaż polskiego sektora paliwowego - dotarliśmy właśnie do głównej sprężynki napędzającej (według moich spekulacji oczywiście)ruchy tektoniczne po lewej stronie polskiej scenie politycznej. Z opinią Millera nie zgadzam się jednak w pełni. Owszem - były tu czynne "olbrzymie interesy i międzynarodowe siły nacisku", tyle, że i Kwaśniewski siedział we wszystkim po uszy. Ale - zacznijmy od początku(?)...  

          W roku 2001, gdzieś nad Morzem Śródziemnym Leszek Miller i Andrzej Kapkowski (były szef UOP) spotkali się ponoć z Wagitem Alekpierowem - szefem Łukoila. Rozmawiano o przyszłości polskiego sektora paliwowego. Rosjanie - w zamian za finansowe wsparcie kampanii wyborczej SLD - mogli liczyć na udział w prywatyzacji sektora... Takie przynajmniej zeznania trafiły do sejmowej komisji badającej aferę Orlenu a ich autorem był Maciej Maksym - były szef windykacji polskiego oddziału firmy Łukoil (za: Piotr Bączek, Rosyjski skok na polską ropę, Niezależna Gazeta Polska, nr.4). Czy do podobnych ustaleń doszło, czy nie faktem jest, że w lutym 2002 roku w czasie posiedzenia Rady Gabinetowej pojawia pomysł sprzedaży rynku naftowego Rosjanom - Rosjanie mają kupić Rafinerię Gdańską. Sprzeciwów nie było - obawy budziła jedynie możliwość pobudzenia w kraju "antyrosyjskich fobii".

          Tymczasem we wrześniu 2002 Miller staje okoniem i Łukoil nie kupuje Rafinerii Gdańskiej. Miller ma inny plan, za którym stoi - ponoć - Jan Kulczyk. Kulczyk chce połączyć w jeden koncern Rafinerię Gdańską z PKN Orlen i - dopiero potem - sprzedać Rosjanom pakiet kontrolny koncernu, co - swoją drogą -  oznaczało by przejęcie przez Rosjan kontroli nad Naftoportem. O działaniach Kulczyka 8 grudnia 2004 roku donosiła "Rzeczpospolita": "Jan Kulczyk obiecał szefowi Łukoilu, że pomoże rosyjskiemu koncernowi przejąć polski rynek naftowy". Według notatki wywiadu - która trafiła do komisji sejmowej badającej sprawę Orlenu - w październiku 2002 roku Kulczyk spotkał się w Londynie z szefem Łukoilu Wagitem Alekperowem, rozmawiali o połączeniu Orlenu i Rafinerii Gdańskiej i o przejęciu przez Rosjan pakietu kontrolnego koncernu. Kulczyk mówił, że może Rosjanom zapewnić ten interes, w notatce pojawia się suma miliarda dolarów (według autorów artykułu z "Rz" z którego czerpię - może to być "jaką miałby zarobić pośrednik"). Kulczyk miał się spotykać z szefami Łukoilu jeszcze kilka razy, choć wypierał się tego w prokuraturze, a w lipcu 2003 spotkał się w Wiedniu z Ałganowem, to spotkanie stało się później bardzo głośne...  

          Wiele wskazuje na to, że wokół kwestii przyszłości sektora paliwowego rozkręca się - przyznaję - dość dla mnie mętna rywalizacja w obozie władzy. Według autorów "Rz" w zamieszaniu wokół Orlenu  "prawdopodobnie poszło o to, kto pomoże Rosjanom przejąć PKN Orlen i Rafinerię Gdańską i zarobi na tym krocie" (Michał Majewski, Luiza Zalewska, Jak Kulczyk grał z Rosjanami, Rz 8.12.2004). Wygląda na to, że środowisko Kwaśniewskiego zaczyna gryźć się o te profity ze środowiskiem Millera. Ludzie Kwaśniewskiego usiłowali zablokować projekt połączenia Orlenu z Rafinerią Gdańską - tak to przynajmniej zdaje się wyglądać w odbiciu medialnym (aczkolwiek przyznaję - nie wgryzałem się zbyt mocno w archiwa). Przeciw fuzji Orlenu z Rafinerią Gdańską występował zarówno Kaczmarek, jak i jego następca na stołku Ministra Skarbu – także kojarzony z Kwaśniewskim – pan Cytrycki. Przypomnijmy, że aferę Orlenu odpalił Kaczmarek udzielając w kwietniu 2004 roku wywiadu GW, w którym to wywiadzie uchylił kulis zatrzymania prezesa Orlenu przez UOP (w lutym 2002). Z drugiej strony projekt fuzji Orlenu z Rafinerią Gdańską forsować miał Kulczyk – też kojarzony z Kwaśniewskim – podczas spotkania z Ałganowem powoływał się na „pierwszego”... Tak więc, jak pisałem, jest to wszystko dość mętne, ale na potrzeby mojego political fiction przyjmę, że koteria Millera faktycznie pogryzła się z koterią Kwaśniewskiego o zysk z pośredniczenia w wystawieniu Rosjanom polskiego rynku naftowego... Czy to możliwe, by konflikt na tle "sprzedaży polskiego sektora paliwowego" do tego stopnia rozpalił namiętności wśród liderów SLD, że środowisko Kwaśniewskiego gotowe było nawet rozbić partię, by "uwalić" grupę Millera? No cóż, gdy w grę wchodzą miliardy dolarów...

          Spróbujmy teraz prześledzić polityczny aspekt konfliktu w SLD, pamiętając o okolicznościach zarysowanych powyżej. Oprzemy się na bardzo ciekawym wywiadzie jakiego dziennikarzom  „Panoramy Dolnośląskiej” udzielił w listopadzie 2005 roku Marek Dyduch. Dyduch narzekał, że w SLD trwała walka frakcyjna, i, że "ktoś namówił Wojciecha Olejniczaka, żeby pozbył się Millera, Józefa Oleksego". Winnymi rozbicia lewicy byli - zdaniem Dyducha - Kwaśniewski, Janik i Borowski. Idea nowej partii miała pojawić się po wyborach samorządowych 2002 roku, w których SLD zdobyło 24,5 procent głosów. Wtedy to w otoczeniu Kwaśniewskiego zaczęto mówić o konieczności "zejścia SLD ze sceny". Dyduch łączy te plany z wynikiem wyborów, ale - czy aby ważniejsze nie były tu inne czynniki? Przypomnijmy - w 2002 zaczyna się konkretyzować plan oddania sektora paliwowego Rosjanom... Nowa lewicowa partia powstać miała po wyborach do Parlamentu Europejskiego (czerwiec 2004) - z partii wyjść miał Marek Borowski z grupą posłów. Dyduch zapewnia jednak, że "grupa Borowskiego" chciała "zrobić Millerowi psikusa" jeszcze w roku 2003. Jak pamiętamy Borowski trochę się pospieszył – w stosunku do planów przewidujących powstanie nowej partii na czerwiec 2004 roku - nowy byt polityczny wykreował w marcu 2004-go...  

          Jeśli chodzi o SLD – miało zostać „odnowione”. Kwaśnieski stawiał na Janika, który został przewodniczącym SLD 21 stycznia 2004 roku wykopując ze stołka Millera. Wszystko zdawało się iść nieźle, ale oto  w grudniu 2004 r. pojawił się zgrzyt - szefem SLD zostaje Oleksy wygrywając z Janikiem (485 głosów do 393). W sympatyzującej z Kwaśniewskim GW skomentowano to w taki oto sposób: "Wraz z Janikiem przegrali SLD-owscy zwolennicy oczyszczenia partii z integracji lewicy z Alekandrem Kwaśniewskim na czele" (em. wz, Rozłam w SLD? GW 20.12.2004). Sukces Oleksego pogrzebać miał szansę na wspólnego kandydata lewicy w wyborach prezydenckich, typowany był Belka. Kwaśniewski nie pojawił się na kongresie, który wybrał Oleksego, wysłał jedynie list (i list prywatny do Janika), Janik zaczął montować w ramach SLD "socjaldemokratyczną platformę" (razem z Napieralskim, Nikolskim, Ostrowską, Jeschkem), nazywało się to "Socjaldemokratyczna Przyszłość". Gdy na początku 2005 roku z SLD wyszedł Hausner (wtedy - wicepremier), by z Frasyniukiem i Steinhoffem montować nową partię - "Socjaldemokratyczna Przyszłość" udzieliła mu pewnego poparcia (SLD wycofało co prawda poparcie dla Hausnera, ale nie dla rządu). Pojawił się nowy byt polityczny – Demokraci... Koterii Kwaśniewskiego udaje się „odbić” kierownictwo SLD stosunkowo szybko - 29 maja 2005 roku szefem SLD zostaje człowiek Kwaśniewskiego – Olejniczak. I tak dochodzimy do czasów – że tak powiem – nam współczesnych...  

      Trzęsie się scena polityczna kraju, rozpadają się jedne partie, powstają inne, w tle trwa "walka buldogów pod dywanem", starzy przyjaciele (przynajmniej - przyjaciele polityczni) montują przeciw sobie ponure prowokacje... Czy to możliwe, by głównym napędem tego wszystkiego były konfitury związane z prywatyzacją sektora paliwowego? Nie wiem. To tylko political fiction... Jak w każdym przyzwoitym political fiction mogłyby się tu pojawić różne barwne epizody, jak – dajmy na to – pożar w Rafinerii Gdańskiej w maju 2003 roku (Możejki też płonęły, gdy ważyły się ich losy), czy lotniczy wypadek Millera, ale – darujmy sobie takie efekciarstwo i skończmy w tym miejscu nasze spekulacje czekając na to, co przyniesie przyszłość...  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „political fiction”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2007 19:29