komentarze z onetu

Wpisy

  • niedziela, 25 lutego 2007
    • ofiary z ludzi

          Komu lub czemu składamy dziś ofiary z ludzi? Nikomu i niczemu - powiecie, ale sprawa nie jest taka prosta. Weźmy - Rospudę. Przez Augustów przejeżdża dziennie jakaś obłędna ilość tirów w związku z tym dochodzi tam rocznie do iluś tam wypadków, w których ginie iluś tam ludzi. Zmiana trasy obwodnicy - zmiany domagają się ekologowie - opóźni budowę obwodnicy o lata, można więc zakładać, że - pośrednio - zmiana trasy będzie kosztować ileś tam ludzkich żywotów. Spróbujmy to koślawo policzyć - obwodnica budowana ma być przez trzy lata, trasa alternatywna oznacza budowę przez pięć i pół roku, czyli - dwa i pół roku dłużej. Rocznie w Augustowie ginie w wypadkach ponoć około 20 osób, przez dwa pół roku uskłada się więc około 50 ofiar, oczywiście nie każda ofiara wypadku to efekt braku obwodnicy, powiedzmy, że takich ofiar jest jedna na dziesięć - wypadałoby więc 5 trupów w imię ochrony przyrody (zgoda - obliczenia są karkołomne). Obrońcy Rospudy gotowi są złożyć tą ofiarę Matce Naturze w imię celu wyższego jakim jest - dla nich - zachowanie doliny w stanie nienaruszonym. Oczywiście - mamy tu do czynienia ze statystyką. Nie można wskazać konkretnego mieszkańca Augustowa i z całą pewnością powiedzieć: pan Jan Z. lat 45 zginie - z powodu braku obwodnicy - 4 marca 2013 roku o godzinie 15. Nie można nawet z całą pewnością powiedzieć, że w ogóle ktoś zginie. Ale ze statystyki wynika, że zginie. Ofiara ekologów dziś statystyczna i abstrakcyjna szybko się skonkretyzuje i ucieleśni, co jednak ekologów nie odstrasza - "skarb narodowy Polski" (Rospuda) jest dla nich ważniejszy...

      Usłyszę, że uprawiam demagogię, że podobne rzeczy można wypisywać - na przykład - przy okazji budowy dowolnej drogi (ostatecznie - bodaj na każdej drodze ktoś w końcu ginie), że zrównuję, czy prawie zrównuję, inżyniera projektującego drogę "żeby się ludziom lepiej jeździło" z - dajmy na to - funkcjonariuszem NKWD strzelającym komuś w potylicę "dla lepszego jutra". A przecież inżynier nie chce nikogo zabić! Wypadki na drodze - to efekt uboczny. Zgoda - czym innym jest, że tak powiem, bezpośrednie składanie ofiar, a czym innym składanie ofiar mimo woli i przy okazji. Nie zestawiajmy więc budowniczych dróg, czy ekologów broniących Rospudy z funkcjonariuszami NKWD mordującymi w imię "wyższych celów", ale z innymi przypadkami "ofiar mimo woli"...

      Na przykład: skoro ekologowie gotowi są składać ofiary z ludzi dla zachowania stanu natury, to dlaczego by nie złożyć ofiary ludzkiej dla ratowania stanu kultury? Piję tu - rzecz jasna - do głośnego ostatnio przypadku sparaliżowanego 32 latka domagającego się, by sąd "pozwolił mu umrzeć". Takie przypadki zwykle wywołują dyskusje o eutanazji, tak było i tym razem, przy okazji takich dyskusji zwolennicy eutanazji przedstawiają jej przeciwników jako osobników bezdusznych, wystawiających ludzi na cierpienie w imię abstrakcyjnych zasad (przy tym, tak się jakoś składa, że środowiska mocno pro-ekologiczne są z reguły pro - eutanazyjne i odwrotnie).  Czy ekologowie nie są jednak równie "bezduszni", tyle, że w imię innej sprawy? To prawda - sparaliżowany 32 latek jest ofiarą konkretną, a przyszłe ofiary braku obwodnicy są - dziś – potencjalne i abstrakcyjne, ale to tylko kwestia ustawienia przypadków na osi czasu: piętnaście lat temu Janusz Świtaj był potencjalną ofiarą tabu kulturowego zabraniającego eutanazji, za rok czy dwa ofiary braku obwodnicy - dziś - abstrakcyjne - będą już konkretne...

      puenty – nie będzie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „ofiary z ludzi”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 lutego 2007 18:51
  • środa, 21 lutego 2007
    • mądrość starożytnych

          Kilka tygodni temu media doniosły, że Donald Tusk od pięciu miesięcy studiuje „Wojnę peloponeską” Tukidydesa. Byli tacy co się śmiali – że tak długo, ale niesłusznie bo to gruba książka, a do tego wielce polityczna: opisuje wojnę Aten ze Spartą, które tak długo ze sobą wojowały, aż im pod bokiem wyrosła potęga Macedonii. Rozumiecie tę figurę – że niby PO naparza się z PiS, a tu może pojawić się „ten trzeci”, który na tym skorzysta. Nogami przebiera Lewica i Demokraci, a ostatnio podejrzane ruchy robić zaczyna Andrzej Olechowski, który oświadczył, że założy nową partię – jeśli nie zadowoli go majowy zlot Platformy... Jaką więc naukę wyciągnie Tusk z lektury antycznych autorów? Pogodzić Ateny ze Spartą? Wątpię. Stawiam na inne rozwiązanie. Oto, w starożytnych Atenach funkcjonowała instytucja tzw. „synomosias”. Był to rodzaj tajnych klubów tworzonych przez arystokratów w celu obsadzania urzędów przez ludzi stronnictwa oligarchicznego, oraz w celu wpływania na sądy – gdyby któryś z oligarchów został oskarżony o to, czy owo. Jak ujmował to niejaki Adejmantos: „Żeby się zamaskować wejdziemy w tajne związki i zawiążemy towarzystwa – a istnieją nauczyciele wymowy i udzielają mądrości potrzebnych na zgromadzeniach ludowych i w sądzie – więc jedno zyskamy wymową, a drugie gwałtem, tak by zawsze być górą, a kary uniknąć”. Polska to nie Ateny, ale coś mi się zdaje, że tradycja synomosias jest w niej kultywowana, i – kto wie – czy Tusk po lekturze antycznych autorów nie dojdzie do wniosku, że warto by postawić na stronnictwo oligarchów, zwłaszcza, że stronnictwo to ma iście magiczny wpływ na „nauczycieli wymowy” od których roi się w mediach... Ruchy Olechowskiego zdają się być zaproszeniem – z tych nie do odrzucenia – „albo z nami, albo...”  

      PS

      Ale – żeby nie kończyć tak smutno. Skoro już uwikłaliśmy się w antyczne odniesienia, a do tego jest ŚRODA popielcowa... Magalena Środa zajęła się badaniem pogłowia autorytetów. Wnioski wyciągnęła takie: „liczba autorytetów i miernot pozostaje stała (...) tylko nieudacznicy wymieniają się rolami jak w zwariowanej orkiestrze, gdy bębny biorą się za pierwsze skrzypce i gdy milknie fletnia Pana”. Gdyby – na podstawie reszty tekstu Środy - rozszyfrować tą metaforę wyjdzie na to, że w bębny walą Ziemkiewicz z Rybińskim, kto rzępolił na skrzypcach – trudno orzec, ale podejrzewam, że wśród pierwszych skrzypków Środa widzi i siebie, jeśli zaś chodzi o Pana – najwyraźniej idzie tu o Adama Michnika. Całkiem trafne. Pan – jak wiadomo – był opiekunem trzód, to i nie dziwne, że gdy zamilkł – trzodę ogarnęła trwoga...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „mądrość starożytnych”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 21 lutego 2007 20:10
  • wtorek, 13 lutego 2007
    • jak rozmawiać o dyplomacji - poradnik człowieka rozumnego

          Polityka zagraniczna to temat ostatnio modny, w związku z czym ludzie rozumni mogą stanąć przed dylematem: jak rozprawiać o polskiej dyplomacji bez obawy, że palnie się jakieś głupstwo? Oto kilka dobrych rad pomocnych przy rozwikłaniu tego rodzaju problemów. Zatem: jak w sposób bezpieczny dyskutować o polskiej dyplomacji? Rozstrzygające są tu, rzecz jasna, opinie i znajomości profesora Geremka. Weźmy te drugie. Gdy wiemy, że o Stefanie Mellerze prof. Geremek mówi "to mój doby kolega", a o pani Fotydze "nie znam tej pani" - możemy być pewni, że Stefan Meller to dyplomatyczny geniusz, a minister Fotyga nie może być nawet przeciętną sterniczką dyplomacji, choćby w jej ciele przemieszkiwały pospołu duchy Metternicha i Talleyranda. Dobrze, ale co robić w przypadku, gdy akurat nie znamy opinii prof. Geremka? To proste -  w takiej sytuacji najlepiej oceniać polską dyplomację kierując się opiniami prasy zagranicznej, najlepiej -niemieckiej (nie musimy znać języka, polskie gazety dostarczają nam użytecznych wypisów). Gdy niemieccy komentatorzy Polskę chwalą - jest dobrze, gdy niemieccy komentatorzy na Polskę się krzywią - znak to niechybny, że polska dyplomacja kuleje. W tym miejscu przyda się uwaga o komentatorach polskich. Otóż, jeśli zauważymy, że jakiś komentator notorycznie, przez lata całe w 90% przypadków zgadza się ze stanowiskiem rządu niemieckiego (a te pozostałe 10% to sprawy II i III rzędne), to w żadnym razie nie powinniśmy brać pod uwagę możliwości, że mamy do czynienia z płatnym (lub społecznym) agentem wpływu (nawet jeśli - tak się składa - komentator ów związany jest z fundacją wspieraną przez przeróżnie niemieckie organizacje). Agenci wpływu bowiem, jeśli w ogóle istnieją, to z pewnością nie w Polsce (widział kto kiedy w Polsce agenta wpływu?). Zgodność, o której było wyżej, bierze się po prostu stąd, że rząd niemiecki ma z reguły rację, o czym zresztą łatwo można się przekonać - czytając niemiecką prasę (patrz wcześniejsza uwaga o prasie niemieckiej). Kierując się przedstawionymi wskazówkami śmiało rozprawiać możemy o polskiej polityce zagranicznej bez obawy przed utratą statusu "człowieka rozumnego".   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „jak rozmawiać o dyplomacji - poradnik człowieka rozumnego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 lutego 2007 19:01
  • czwartek, 08 lutego 2007
    • niesmaczne dywagacje

          Dymisje Sikorskiego i Dorna skomentowane zostały na wszystkie możliwe sposoby, trudno dodać do tego coś sensownego (albo i bezsensownego) w związku z czym powiem tyle: miło było dowiedzieć się, że w złożonym z nieudaczników rządzie krył się – jednak! – jakiś zdolny minister, oraz, że w zamordystycznej partii był – jednak! – jeden osobnik myślący samodzielnie, gotów do przeciwstawienia się Wodzowi. Szkoda, że komentatorzy zauważyli te perły gdy obydwaj panowie stracili posady, ale dobrze, że w ogóle zauważyli... Co powiedziawszy przechodzę do tematu głównego, to jest do seksafery, która rozwija się na tyle interesująco, że można ją odgrzać...

          Dowiedzieliśmy się oto, że na okoliczność ustalenia ojcostwa córki Anety Krawczyk przebadano już cztery osoby, oraz, że zatrzymano demonicznego weterynarza, który wstrzykiwać miał Krawczykowej oksytocynę w celu wywołania przedwczesnego porodu. Z miejsca nasuwa się szereg pytań, na przykład: według jakiego klucza typowani są kandydaci do przebadania? Brani są chyba z listy sporządzonej przez Anetę Krawczyk (bo niby skąd?). Można więc głowić się jak długa okaże się ta lista, czy - inaczej - z iloma mężczyznami spółkowała Aneta Krawczyk w tym mniej więcej czasie, w którym doszło do zapłodnienia. Biorąc pod uwagę chociażby wyniki osiągane w trakcie bicia tzw. "rekordów seksualnych" ilość kandydatów na tatę iść może w setki  albo i w tysiące, ale to pewnie przesada - krąg potencjalnych, szczęśliwych inseminatorów obejmuje raczej kilka, kilkanaście osób, z czego czworo już przebadano, a piąty - Lepper - właśnie jest badany. Czy wszyscy badani coś na Anecie Krawczyk - w zamian za seks - "wymuszali"? Nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. A szkoda. Albo – skoro ani Łyżwiński, ani – zakładam – Lepper nie są ojcami, to po co właściwie Anecie Krawczyk aplikowano oksytocynę? O ile – oczywiście - aplikowano. Jedyne sensowne wyjaśnienie jest chyba takie: żaden z wymienionych panów ojcem co prawda nie jest, ale jeden z nich był przekonany, że jest, mielibyśmy więc do czynienia z ponurą komedią pomyłek...

          Ale porzućmy te niesmaczne dywagacje i zajmijmy się smaczniejszymi: oto w ogniu seksafery swoją pieczeń próbują piec feministki. Chcą nas, na przykład przekonać, że przygody Anety Krawczyk to ilustracja podłego losu kobiety zmuszonej do życia w warunkach patriarchatu. Mocno to naciągane. Równie dobrze można dowodzić, że Aneta Krawczyk, z racji swojej płci miała łatwiej. Dlatego tylko, że jest kobietą robiła karierę niedostępną dla mężczyzn - ostatecznie, nawet gdyby znalazł się desperat gotów oddać się Łyżwińskiemu za posadę, Łyżwiński nie poszedłby na taki układ (choć, rzecz prosta pewności mieć tu - tak do końca - nie mogę...). Mówiąc inaczej - mężczyzna nie mógłby być "molestowany", nawet gdyby sobie tego życzył. Zresztą - czy w ogóle mamy tu do czynienia z "molestowaniem"? Otóż -  i to jest wątpliwe. "Praca za seks" to nie "seks w pracy". Aneta Krawczyk umówiła się z panem Łyżwińskim, że - w zamian za posadę i poparcie polityczne - będzie świadczyć mu usługi seksualne. Z powodów bliżej nieznanych (aczkolwiek można zgadywać, że idzie o walory propagandowe) transakcja ta określona została właśnie jako "molestowanie", choć spełnia kryteria słownikowej definicji prostytucji (cyt: "prostytucja – uprawianie stosunków płciowych w celach zarobkowych”). Prostytucja nie jest zakazana przez prawo, w sumie więc można mieć do umawiających się stron pretensje co najwyżej o to, że jako środka płatniczego używały pieniędzy publicznych, to jest funduszy budżetowych przeznaczonych na prowadzenie biura poselskiego. Tu pojawia się pytanie: jak daleko można się posunąć, by - powiedzmy - zdobyć pracę. W ujęciu feministycznym, kobieta niezaspokojona w pewnym wymiarze potrzeb (np. - kobieta bezrobotna), to istota znajdująca się w stanie wyższej konieczności znoszącym prawa boskie i ludzkie. Jest to rodzaj świętego szału - kobieta w tym stanie może zrobić niemal WSZYSTKO, by zaspokoić swoje potrzeby, a cokolwiek zrobi całe odium spada na "system", kobieta zaś utrzymuje status niewinnej ofiary "męskiego świata". W ten sposób feministyczną bohaterką została pewna pokręcona morderczyni upieczona na krześle elektrycznym w USA, w Polsce - szczęśliwie - takiej bohaterki jeszcze nie mamy, mamy za to Anetę Krawczyk, "ofiarę molestowania", niewinną z definicji – Krawczyk mogła robić (prawie) wszystko, bo nie miała pracy... No cóż, za kilkanaście lat córka Anety Krawczyk dowie się – choćby grzebiąc w starych gazetach, czemu się chyba nie oprze – że jej droga mamusia dla forsy i kariery gotowa była pozbyć się jej w – o ile pamiętam – szóstym miesiącu ciąży, a potem, przez cztery lata żyła w dobrej komitywie z (prawie) mordercą jej dziecka i dopiero gdy wyschło źródełko dochodów poczuła się „ofiarą”... Czy córka Anety Krawczyk podzieli poglądy feministek na całą tą sprawę? Tego też się – pewnie – nie dowiemy...

      (pisząc powyższe zakładałem, że Krawczyk z Łyżwińskim faktycznie coś łączyło, choć i to pewne nie jest...)  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „niesmaczne dywagacje”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 lutego 2007 17:22
  • środa, 31 stycznia 2007
    • bajeczka na dobranoc

          Za górami, za lasami – nie wiadomo gdzie – stoi szklana góra, a na szklanej górze zamek wysoki ze złota cały. W zamkowej wieży uwięziona jest piękna królewna, kto królewnę uwolni - ten ją weźmie za żonę. Sprawa nie jest łatwa bo na szklaną górę wiedzie most z pajęczyny przerzucony nad przepaścią w której goreje ogień piekielny, a – jakby tego było mało – zamku strzeże smok trójgłowy. Każdemu co się napatoczy smok czyta na trzy głosy antylustracyjne eseje Adama Michnika, czego nawet najwięksi śmiałkowie długo zdzierżyć nie mogą, nie dziwota więc, że królewna lata całe czekała w wieży wypłakując swe modre oczęta...   

      Wielu rycerzy ruszało, by uwolnić królewnę, ale żaden nic nie wskórał. Albo nie mogli znaleźć szklanej góry, albo bali się wstąpić na pajęczy most, albo wypłaszało ich okrutne smoczysko... Aż wreszcie znalazł się taki jeden – i to nawet nie rycerz, ale prosty łyk – co to wyruszywszy na poszukiwanie szklanej góry w dwie niedziele wrócił z królewną. Dziwili się ludzie okrutnie i prosili chłopa pokornie, żeby im o swoich przygodach opowiedział, bo też – bądźmy szczerzy – dał sobie chłop radę z wyzwaniem nie lada...

      Lubią ludzie słuchać takich opowieści, a i ja chętnie posłuchałbym gawędy chociażby przedstawiciela tych 95 procent radnych, którzy prawidłowo wypełnili i w terminie złożyli wszystkie wymagane papiery, bo – zważywszy na ilość przeszkód utrudniających dokonanie podobnego wyczynu (wymieniała je i ciągle wymienia Hanna Gronkiewicz Waltz) – każdy, kto się na coś podobnego porwał i skończył z dobrym skutkiem musi być chwatem nie lada...   

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „bajeczka na dobranoc”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 31 stycznia 2007 18:44
  • piątek, 26 stycznia 2007
  • czwartek, 25 stycznia 2007
    • felix culpa

          Czy HGW utrzyma prezydencki stolec – to się jeszcze zobaczy, za to już dziś możemy powiedzieć, że wpadka prezydentki to prawdziwa „szczęśliwa wina”. Jest tak już choćby z tego powodu, że przygoda HGW dała wielu osobistościom pretekst do przedstawienia przemyśleń na temat prawa i cośmy się nasłuchali – to nasze. I tak, na przykład Ireneusz Krzemiński oznajmił, że pechowy przepis można było zignorować, bo jest głupi, Jacek Żakowski napisał, że poprawka na której potknęła się HGW jest „absurdalna”, ponieważ przekreśla decyzję tysięcy wyborców z „tego tylko powodu, że osoba, którą demokratycznie wybrali, z opóźnieniem wykonała jakąś formalną czynność”, zaś Marek Borowski dodał od siebie, że zasada „prawo nie działa wstecz” nie jest uniwersalna i niepodważalna – zależy po co zmienia się prawo. A wszystko to mówią przedstawiciele tzw. „Polski liberalnej”. Osobliwy to liberalizm, przecież taki Żakowski – przedkładający wolę ludu nad paragrafy – otarł się wręcz o jakobinizm (starczyłoby trochę pogrzebać, i pewne dałoby się znaleźć podobne klimaty i w pracach nazistowskich teoretyków prawa). Gdyby jedną trzecią tego wszystkiego powiedział ktoś kojarzony z PiS-em darcie szat trwałoby tydzień z okładem. A Krzemińskiemu, Żakowskiemu i Borowskiemu wolno...

      W ogóle zresztą „liberalni Polacy” zrobili się ostatnio jakoś bardziej szczerzy, by daleko nie szukać kolejnych przykładów -  Kinga Dunin przyznała, że celem jej kółka jest taka hegemonia, która pozwoli wykluczyć z dyskursu pewne treści i to raz na zawsze. Skoro jest to plan na przyszłość, to znaczy, że stan obecny Kingi Dunin nie zadowala, słowem – do treści, które już są wykluczane, chciałaby Kinga Dunin dorzucić jeszcze to i owo. Niechby się Kinga Dunin zeszła z Markiem Borowskim, to wyjdzie im na to, że można wykluczać wstecz i to bez oglądania się na formalności – tu już czerpiemy z przemyśleń Jacka Żakowskiego – starczy ogłosić się za wyrazicieli woli ludu... Mróz idzie po plecach od takiego liberalizmu....

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „felix culpa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 stycznia 2007 18:36
  • wtorek, 23 stycznia 2007
    • nadgorliwość


          Od dwóch dni Warszawiacy mają powód do zmartwień - oto Hanna Gronkiewicz Waltz, Matka Stolicy, posłała do urzędu papier, którego nikt od niej nie wymagał. Jak mówi, zrobiła to z "nadgorliwości", by "uczynić zadość wyznawanej przez siebie zasadzie pełnej transparentności". Skoro wysłała "nadgorliwie", to znaczy, że świadomie, gdyby nie wiedziała co robi, nie mielibyśmy do czynienia z nadgorliwością, ale z pomyłką, a do pomyłki HGW się nie przyznaje. I jak ocenić czyn HGW? Na pierwszy rzut oka taka nadgorliwość może się podobać, ale wystarczy chwila refleksji, by pojawiły się wątpliwości. Ostatecznie nadgorliwość o tyle jest godna pochwały, o ile ma sens, a w tym przypadku sensu brak. Bo komu i po co potrzebny jest ten papier? Nikomu i po nic. Urzędnicy nie mogą z nim NIC zrobić (co najwyżej – wpiąć do akt, jako niepotrzebny świstek). Przecież, skoro dokument nie był wymagany, to – z urzędowego punktu widzenia – mogłoby go nie być. Równie dobrze HGW mogłaby podesłać urzędnikom próbkę moczu swojego męża - mielibyśmy z tego tyle samo pożytku (czyli - żadnego).  

          Może inaczej. Powiedzmy, że urząd A w ramach sprawy B wymaga, bo tak stanowią przepisy, dokumentu C, a my - przez pomyłkę, z nadgorliwości, czy dla hecy - posyłamy mu dokumenty C, D i E. Do czego urzędowi A potrzebne są dokumenty D i E? Otóż - do niczego. Te papiery - z urzędowego punktu widzenia – jako się rzekło - po prostu nie istnieją w ramach sprawy B (choć mogą być kluczowe w sprawie Z). Urzędnicy mogą je sobie pooglądać jako - bo ja wiem? - ciekawostki, i tyle z tego będą mieli. Prywatnie może to jest coś, ale - z formalnego punktu widzenia - jest to marnowanie opłacanego przez podatnika czasu. A w każdym bądź razie nie jest to żadna zdrowa transparentność. Nie chodzi przecież o to, by obywatel dokonywał przed urzędnikami aktów ekshibicjonizmu, ale o to, by był obnażany w stopniu w jakim określają to przepisy. Na wszystko co ponad to - urząd wręcz powinien być ślepy.  Oczywiście obnażanie się prywatne to już inna rzecz. Jeśli HGW uważa, że obywatele powinni wiedzieć o niej więcej, niż chce tego prawo - niech działa na rzecz jego zmiany, a w między czasie niech wiesza oświadczenia na słupie, albo publikuje je w internecie, ale niech nie zawraca głowy urzędnikom, bo ci są skrępowani przez paragrafy i nie do nich należy ich zmiana. W tym przypadku dawanie urzędowi więcej, niż ten wymaga - nie jest to żadna cnota, a nawet przeciwnie - jest to wprowadzanie w urzędniczy papieroobieg elementu anarchii. Wojaka Szwejka przerażała wizja pozbawionych dyscypliny żołnierzy łażących po drzewach, mieszkańców stolicy może dziś niepokoić wizja prezydentki zasypującej urzędy stosami nie wymaganych przez przepisy papierów, z którymi nie wiadomo co począć. A, że przykład idzie z góry...

      PS

      Oczywiście – pisząc powyższe – zakładam, że wersja HGW (złożenie tego dokumentu nie było wymagane) jest właściwa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „nadgorliwość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 stycznia 2007 17:24
  • sobota, 20 stycznia 2007
    • o Miłosierdziu Bożym - czyli teologia postkomunistyczna

          Okrutnie skrzywdzeni przez faszystowskich konkwistadorów poczciwi Aztekowie wierzyli, że Słońce zgaśnie - jeśli przestaną składać ofiary z ludzi. Ale oto nadszedł dzień, w którym ofiar nie złożono, a Słońce - mimo to - wzeszło... Był to zapewne przykry dzień dla azteckich kapłanów (wielu chyba wolałoby, żeby świat - zgodnie z założeniami azteckiej teologii - trafił szlag), ale był to też pewnie dzień refleksji - w niejednej azteckiej głowie zaświtać musiała wtedy myśl: "a więc to wszystko było mocno dęte?". Coś podobnego musieli przeżyć niedawno ci wszyscy, którzy uwierzyli, że stanie się Coś Strasznego ledwie tylko z NBP odejdzie Leszek Balcerowicz. Złotówka - padnie, "rynki" - oszaleją, słowem nadejdzie jakaś Katastrofa. Balcerowicz tymczasem odszedł i nie stało się nic nadzwyczajnego ((jeśli pominąć tę okoliczność, że giełda zanotowała kolejny "historyczny szczyt"). Co prawda niektórzy kapłani...to jest niektórzy komentatorzy wieszczą katastrofę w "dłuższej perspektywie", ale - zgódźmy się - "dłuższa perspektywa", to już nie to samo gwałtowne załamanie... I tu pojawia się pytanie: jeśli złotówka nie była w sposób magiczny związana z Leszkiem Balcerowiczem, to od czego właściwie zależy jej kondycja? Otóż, niewykluczone, że wkrótce dowiemy się, iż kondycja złotówki zależy od... Bożego Miłosierdzia. Skąd to przypuszczenie? No cóż - skoro właśnie dowiedzieliśmy się, że Boże Miłosierdzie zaważyło na barku w Polsce lustracji... Ale od początku....

          Z chwilą gdy ulotniła się gdzieś atmosfera lat 90-tych odpowiedź na pytanie "dlaczegóż to nie przeprowadzono w Polsce lustracji?" stała się trudna. Udzielane dotąd odpowiedzi zaczęły wyglądać jakoś naiwnie, straciły urok i moc, stały się nieprzekonujące, słowem -  anachroniczne. Pojawiło się więc zapotrzebowanie na odpowiedź nową, i odpowiedź taka padła: lustracji w Polsce nie było, bo nie chciał jej Jan Paweł II. Jako pierwszy objawił tę nową prawdę bodaj Jacek Żakowski, a potem to już poleciało... Co prawda Żakowskiemu szło najpierw tylko o lustrację w kościele, ale - bądźmy poważni - gdyby papieżowi udało się przeforsować lustrację kościoła nie sposób byłoby uniknąć lustracji i w innych obszarach, tak więc Jan Paweł II blokując lustrację kościelną zablokował lustrację ogólną. Tak to mniej więcej wygląda - jeśli uwierzymy Jackowi Żakowskiemu i innym teologom lustracyjnym.  Ale w imię czego papież miałby stopować lustrację? No więc właśnie w imię Bożego Miłosierdzia. Naiwni myśleli, że anylustracyjny pasztet pichci się głównie przy ulicy Czerskiej w Warszawie, tymczasem inspiracja szła wprost z Watykanu (by nie powiedzieć - z Nieba).

          Niczego tu nie zmyślam. Podobne teorie brzmią ostatnio coraz głośniej. Na przykład pan Wołek - w "Polityce" - pisze: "Rząd dusz piastował w Polsce nie żaden Michnik - lecz, przynajmniej od roku 1978, Jan Paweł II. To on w stopniu przemożnym formował polskie umysły, to on przeorał nasze serca, chociaż można by się smętnie zadumać, jak powierzchownie, jak pobieżnie przyjmowano papieskie nauczanie". Wołkowi nie wyszło to najzręczniej (czy coś przyjmowane "powierzchownie" i "pobieżnie" może "formować" i "przeorać"?), ale znalazł się tęższy teolog, który lepiej wszystko ułożył - prof. Romanowski w „GW”: „Jan Paweł II sprawę Miłosierdzia Bożego postawił w centrum swojego nauczania. Kiedy jednak z minionych lat usiłuję sobie przypomnieć jakiś głos na temat miłosierdzia w życiu publicznym, sztuki wybaczania, gotowości do pojednania – wówczas nie przychodzi mi do głowy nikt z biskupów czy katolickiego laikatu, lecz tylko Adam Michnik”.

      I teraz już wszystko jasne:

      Duch Święty przez swego Namiestnika natchnął Adama Michnika, by ten głosił, że nie mają racji zwolennicy grzesznej lustracji. Za udział w tym bożym trudzie szarpią Michnika źli ludzie, nagroda mu będzie dana - na łonie Abrahama.

      Wykładam rzecz rymem częstochowskim i żółtym w formie dziadowskiej pieśni dobrej do śpiewania po odpustach, bo w tym kształcie łatwiej chyba będzie propagować teologię lustracyjną wśród ludu. Tylko - czy w 2007 roku ktoś w coś podobnego uwierzy? Ale cuda się przecież zdarzają. A to złotówka nie upada, choć Balcerowicz odszedł, a to znani publicyści, jak jeden mąż zaczynają nagle propagować pewien przekaz z papieżem w roli głównej - zupełnie jakby się zmówili (a to przecież niemożliwe - natchnienie musiało spłynąć na nich z Góry!). Tak więc - niech żywi nie tracą nadziei. Gdy już obrońców 3rp wszystko inne zawiedzie – zawsze będą mogli liczyć jeszcze na cuda i Boże Miłosierdzie...     

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „o Miłosierdziu Bożym - czyli teologia postkomunistyczna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2007 10:23
  • wtorek, 16 stycznia 2007
    • socjopatyczna histeria....

          Blogi, jeśli mają być w pełni wartościowym medium, powinny odnosić się i do siebie nawzajem, odniosę się zatem do pewnego bloga (czytuję go, ponieważ jego autorka do tego stopnia liczy się z moim zdaniem, że aż zablokowała mi możliwość komentowania swoich wpisów). Mam na myśli blog o nazwie „Socjopatyczna Malkontentka”. Jego gospodyni zamieściła właśnie utrzymany w tonie cierpiętniczym długaśny tekst, a pretekstu do tej bolesnej obstrukcji dostarczył tym razem Lech Kaczyński, który powiedział: „chrześcijański, czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem w naszym kraju i on nie ma alternatywy”.

          Niżej podaję (mam nadzieję działający) link, nie będę więc dokładnie streszczał wpisu Malkontentki. Kto chce – przeczyta oryginał. Powiem jedynie krótko, że Kaczyński Malkontentkę nastraszył: przeczytawszy jego słowa Malkontenkta poczuła się „wykluczona” i „stygmatyzowana” (było też coś o totalitaryzmie, brunatnych koszulach, Kazimierzu Wielkim i Polsce Jagiellonów, zajęciach ze studentami i romantyzmie, a nad tym wszystkim motto ze świętej Teresy, w sumie – warto zajrzeć, zwłaszcza, gdy kto lubi bigos). No dobrze, ale czy Lech Kaczyński powiedział coś szczególnie kontrowersyjnego? Jego wypowiedź można rozbić na dwa kawałki:

      1. chrześcijański, czy katolicki system wartości jest jedynym powszechnie przyjętym systemem w naszym kraju.
      2. on nie ma alternatywy.

      Co do punktu pierwszego – nie tak dawno z badań CBOS wynikało, że za katolików uważa się 96 procent badanych (jedynie 4 procent stwierdziło, że religia nie odgrywa w ich życiu ważnej roli). Śmiem twierdzić, że w sytuacji, gdy przywiązanie do jakiegoś systemu deklaruje 96 procent badanych, nazwanie tego systemu „jedynie powszechnie przyjętym” jest niczym więcej, jak stwierdzeniem faktu. Co do punktu drugiego – chętnie zapytałbym Malkontentkę jaką to REALNĄ alternatywę widzi dla obecnego jedynie powszechnie przyjętego systemu wartości w naszym kraju. Jaki system – w miejsce katolicyzmu - może, jej zdaniem, zostać POWSZECHNIE przyjęty? Otóż, takiej REALNEJ alternatywy, moim zdaniem, nie ma. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma alternatywnych systemów. Są oczywiście, także w Polsce. Jednemu z nich hołduje Malkontentka. Twierdzę jednak, że żaden z tych systemów nie ma dobrych widoków na powszechne przyjęcie. A jeśli ktoś twierdzi, że jest inaczej – niech przedstawi zarys drogi, jaką miałoby się to dokonać, i co miałoby być tą alternatywą. Świecki humanizm? Islam? Konfucjonizm? Wolne żarty! Być może katolicyzm zmniejszy stan posiadania, jego hegemonia ulegnie osłabieniu, ale kandydata na nowego hegemona brak. Można się z tego cieszyć, można nad tym boleć – to już inna rzecz. Cóż więc takiego powiedział Lech Kaczyński? Powiedział coś, pod czym podpisałaby się bez wahania większa część socjologów. Dlaczego wobec tego jego wypowiedź wprawiła Malkontenkę w stan histerii? A to już jest kwestia pewnej mentalności, ale opowieść o niej zostawimy na inną okazję (gdyby ktoś chciał jednak pooglądać wykwity tej mentalności – niech pilnie studiuje blog Socjopatycznej...).

      Link do bloga:

      http://socjopatycznamalkontentka.blox.pl/html

      PS

      Zauważyłem, że tym razem nie było nic o „Gazecie Wyborczej”, odrabiam zatem to zaniedbanie. Otóż, dowiaduję, że „ludzie gazety” mają pretensje do pewnego warszawskiego radnego z PiS o to, że ten nazywa „Gazetę Wyborczą” „koszerną”. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek przyjdzie mi się zgodzić z „ludźmi gazety”, ale – stało się – zgadzam się z nimi. Nazywanie „GW” „koszerną” jest nie na miejscu. „GW” nie jest koszerna! „GW” jest trefna!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „socjopatyczna histeria.... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 stycznia 2007 17:13