komentarze z onetu

Wpisy

  • piątek, 05 stycznia 2007
    • ręce do góry....

          "I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu" - głosi ludowa mądrość, ale Francuzi nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i robią różne inne cuda. Ostatnio - na przykład - znaleźli ksenofobię w zupie. A było to tak: organizacja "Solidarność Francuzów" rozdawała paryskim biedakom zupę gotowaną na wieprzowinie. Policja orzekła, że to dyskryminacja - żydzi i muzułmanie unikają wieprzowiny jak ognia - i dokarmianie kazała przerwać (swoją drogą - ciekawe ile francuskich organizacji charytatywnych wystarało się o certyfikaty koszerności dla swoich garkuchni, a jeśli niewiele, to dlaczego padło akurat na "Solidarność Francuzów"?). Sprawa wylądowała w sądzie, sąd orzekł, że - co prawda - faktycznie była to dyskryminacja, ale zupę je kto chce, więc nie można takiej dyskryminacji zakazać. W tym miejscu wtrącił się burmistrz Paryża, który skarcił sąd słowami: "W obliczu tej inicjatywy, która śmierdzi ksenofobią, chcę jeszcze raz wyrazić pragnienie ratusza, by zwalczać wszelkie formy dyskryminacji, rasizmu i antysemityzmu". I na tym - póki co - stanęło.

          W Polsce nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale przeżywamy właśnie swoją własną histerię związaną z tzw. "hajlowaniem". Oto popularnym sportem stało się polowanie z aparatem fotograficznym na narodowców podnoszących rękę. Przyłapany na czymś podobnym narodowiec zaliczony zostaje w poczet "neonazistów" po czym rozpoczyna burzliwą medialną karierę. Narodowcy ze swojej strony, tłumaczą, że - bynajmniej - nie wykonują gestów nazistowskich, ale - tradycyjne gesty narodowców. I - jak raz – mogą mieć rację. Wystarczy sięgnąć choćby do opracowania "Obóz Narodowo Radykalny. Geneza i działalność" Szymona Rudnickiego, by na stronie 30 przeczytać o takich zwyczajach Ruchu Młodych Obozu Wielkiej Polski: "Witano się podnosząc prawą rękę w górę z zawołaniem "czołem". I teraz można się zastanawiać: czy współcześni narodowcy "tak naprawdę" oddają się neonazistowskim bachanaliom mydląc publiczności oczy gadaniem, że nawiązują do własnej tradycji, czy też - przeciwnie - nawiązują do tradycji przedwojennych narodowców, ale niektórym kojarzy się to z NSDAP? Oczywiście dla zawodowych łowców "nazistów" rzecz jest obojętna - dla nich OWP czy NSDAP to "wsio ryba", ale dla kogoś, kto nawet nie ceniąc narodowych radykałów ceni precyzję sprawa tak prosta już być nie musi.

          W tym miejscu może pojawić się argument: tak czy owak, to nieważne kto jeszcze oprócz nazistów podnosił łapę. Skojarzenie z nazizmem jest dominujące, bo NSDAP zdobyła sobie, największą i trwałą popularność w świadomości społecznej. Naziści, można powiedzieć, zmonopolizowali „hajlowanie” i cześć...  Chętnie przyjąłbym ten argument, ale pamiętam, że gdy pani Nieznalska wystawiła w galerii krzyż z wmontowanym zdjęciem fallusa, byli tacy, co mówili, że katolicy nie powinni się obruszać, albowiem krzyż jest uniwersalnym znakiem kulturowym i chrześcijanie nie mają nań monopolu (a poza tym, gdy kto nie chce czegoś takiego oglądać - niech nie łazi do galerii i nie ogląda). A mówili takie rzeczy akurat przedstawiciele środowisk wojujących z "nazizmem" - na przykład pani Kinga Dunin. Jak nietrudno zauważyć argument ten pasuje równie dobrze do krzyża, jak i do swastyki, czy do podnoszenia ręki. Można wywodzić, że naziści nie mają monopolu na powitanie przez podniesienie ręki, a jeśli kogoś takie powitania rażą, to niech nie wprasza się na prywatne imprezy narodowców. Rzecz prosta – i takiego argumentu łowcy „nazistów” nie kupią. Mam więc dla narodowców inną radę. Otóż, powitanie przez podniesienie ręki upodobali sobie nie tylko młodzi z OWP czy członkowie NSDAP, ale też tzw. „syjoniści-rewizjoniści” pana Żabotyńskiego (takich patentów jak mundury, czy bojówki też – bynajmniej – nie unikali). Co prawda „syjoniści-rewizjoniści” mogą robić za „żydowskich faszystów” (byli tacy, co ich tak nazywali), równie dobrze jak ONR robi za „faszystów polskich”, ale myślę, że gdyby współcześni narodowcy twierdzili, że podnosząc ręce odwołują się do ich tradycji, to mogłoby to chwycić. Ostatecznie robienie im w takim wypadku wyrzutów byłoby równie dobrym przejawem antysemityzmu, co i wieprzowina w zupie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „ręce do góry....”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 05 stycznia 2007 17:50
  • piątek, 29 grudnia 2006
    • opowieść o Strasznych Starcach

      Co prawda już starożytni Rzymianie, którzy obok podboju świata zajmowali się głównie wymyślaniem sentencji na różne okazje, orzekli, że analogia nie jest dobrym argumentem, ale co z tego, skoro dolepienie jakiegoś paskudnego skojarzenia jest całkiem niezłym zabiegiem propagandowym? W związku z tym wszystkie strony publicznych sporów chcą sprawić, by ich oponenci kojarzyli się publiczności jak najgorzej. A że sytuacja polityczna w Polsce mocno się zaostrzyła, to i nie dziwota, że w ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy do czynienia z prawdziwą biegunką skojarzeń. Sytuacja po wygranych nie przez tych co trzeba wyborach kojarzyła się niektórym a to z weimarskimi Niemcami, a to z Hiszpanią generała Franco, a to z "marcem 1968", a to z chińską rewolucją kulturalną. Ale, ciekawa rzecz, wśród wielu malowniczych porównań jakimi raczyli nas obficie komentatorzy opisujący scenę polityczną jedno pojawiało się dziwnie rzadko, można wręcz powiedzieć, że nie pojawiało się niemal wcale. Może to dziwić, bo wpisywałoby się ono świetnie w ogólną poetykę stosowanych porównań, a idzie mi nie o chińską, ale naszą rodzimą "rewolucję kulturalną" zafundowaną Polsce przez komunistów na przełomie lat 40 i 50-tych ubiegłego wieku.

      To nie miejsce ani czas, by rozwodzić się nad szczegółami historii owej "rewolucji kulturalnej", pozostańmy przy ogólnym zarysie. Otóż, komuniści obejmujący - dzięki sowieckiej armii - władzę w Polsce nie mieli zbyt wielu aktywów w sferach akademicko-intelektualno-kulturalnych. Nietrudno więc zrozumieć Władysława Gomułkę, który, w 1945 roku, narzekał (mając na myśli świat akademicki): „Prawdą jest, że są tam profesorowie reakcyjni, ale przecież my profesorów na kursach nie dokształcimy. Profesorowie zdobywają kwalifikacje całe lata, długie lata, a my przecież jesteśmy u władzy dopiero miesiące. My dopiero możemy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno, ale dopiero po latach, po okresie potrzebnym na wychowanie profesora. Musimy pracować przy pomocy tych profesorów, którzy są ....”. Sytuacja, jak widać, była trudna. Przez pewien czas komuniści usiłowali zatem kokietować tzw. "starą kadrę", licząc, że przynajmniej jej część z czasem "dojrzeje do socjalizmu", ale równocześnie, myśląc perspektywicznie, uruchomili produkcję własnej inteligencji. I tu – okazało się – Gomułka był zbytnim pesymistą. Nie docenił siły kursów i różnych innych szybkich ścieżek akademickiej kariery. Nie minęło 4 lata a komuniści już mieli gotowy narybek partyjnej inteligencji. W związku z tym znudziło im się czekanie aż "stara kadra akademicka dojrzeje", tym bardziej, że „władza ludowa” w międzyczasie okrzepła i mogła sobie pozwolić na większą brutalność. Tak więc na przełomie lat 40 i 50-tych XX wieku komuniści gotowi byli do szturmu na uniwersytety, i szturm ten - z sukcesem - przypuścili. "Stara kadra" która nie dojrzała poszła w odstawkę, a jej miejsce zajęła młoda gwardia wyhodowana pod czułymi skrzydłami partii...

      No i powiedźcie teraz sami - czy historia polskiej "rewolucji kulturalnej" nie nadawałaby się do snucia analogii lepiej, niż historia chińskiej "rewolucji kulturalnej"? Ostatecznie bliższa koszula ciału, więc takie porównania winny wręcz cisnąć się na usta tym wszystkim, którzy chcą nas przekonać, że obecny reżim zniszczyć chce stare autorytety i, na ich miejsce, wywindować własne. Powinny się cisnąć, ale jakoś się nie cisną... Dlaczego zrezygnowano z tak smakowitego kąska? Ano dlatego, że - jak głosi ludowa mądrość - w domu powieszonego nie wypada mówić o sznurze. Rzecz w tym, że skutki "rewolucji kulturalnej" z przed dziesięcioleci trwają po dziś dzień, a jeden z tych skutków jest taki, że ośmiu na dziesięciu mających dziś pod 80-tkę koryfeuszy nauki i kultury ma na koncie stalinowski epizodzik. Są to - ni mniej, ni więcej - tylko podstarzali już, dawni stalinowscy hunwejbini, którzy w latach burzy i naporu, pod sztandarami PZPR, szturmowali uniwersytety. Rzućmy okiem na nazwiska osób orbitujących wokół 2-3 pism pozakładanych przez komunistów w latach 40/50-tych ("Kuźnica", "Odrodzenie", "Nowa Kultura"), dodajmy młode gwiazdy stalinowskiej nauki wykreowane przez Adama Schaffa w Instytucie Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR - i mamy ich niemal w komplecie: prawie wszystkie autorytety "lewicy laickiej" przeszły przez te linie produkcyjne "nowej elity intelektualnej". Czy więc nie byłoby dość głupio zestawiać dziś straszliwą władzę PiS-u z rodzimą "rewolucją kulturalną" gdy dzień wcześniej drukowało się Jedlickiego lub Baumana w rolach autorytetów intelektualno-moralnych? Byłoby, rzecz prosta, bardzo głupio, toteż mało kto ośmiela się takie zestawienia stosować...

      Tak więc dawni stalinowscy hunwejbini mają się dziś świetnie zażywając sławy, odbierając hołdy i robiąc za dyżurnych moralistów i ekspertów od moralności. Ich ofiary z lat 40 i 50-tych albo już nie żyją, albo jęczą w sposób niesłyszalny, bo nie porobiły karier, więc ich nie słychać. Wygląda to, doprawdy, na "zbrodnię doskonałą": sprawcy, oraz ich przyjaciele i obrońcy mają monopol na interpretację przestępstwa. Wobec tego dowiadujemy się dziś, że stalinizm był dla hunwejbinów doświadczeniem...tragicznym. Okazuje się, że w sumie sami są ofiarami tamtej okrutnej epoki. By daleko nie szukać - kilka dni temu z wielkim hukiem fetowano 80 urodziny profesor Marii Janion, niegdysiejszej protegowanej Stefana Żółkiewskiego - jednego z głównych stalinowskich macherów od kultury (on to zakładał Instytut Badań Literackich, którego adepci mieli stworzyć jedynie słuszną, marksistowską polonistykę). Maria Janion, której stalinowska gorączka przeszła dopiero około 1956 roku twierdzi, że dała się oszukać, a dała się oszukać dlatego, że przede wszystkim liczył się dla niej pokój. Czy to możliwe, by osoba obdarzona ponoć wybitnym intelektem dała się tak ordynarnie robić w konia przez blisko dekadę? Ano - widać możliwe, wypada więc współczuć oszukanej przez Stalina Marii Janion. Żeby nie współczuć, a do tego wytykać przeszłość, trzeba być, doprawdy, łajdakiem. A dotyczy to, rzecz prosta, i reszty niegdysiejszych hunwejbinów. Jak wyłożył to niezawodny Adam Michnik, którego, nie może zabraknąć w tym wpisie, bo zabrakło go w ostatnim: „Tak jak ataki na faszyzm przez długi czas miały w podtekście dezawuowanie myśli prawicowej, narodowej czy katolickiej (...) tak dziś stosunek do stalinizmu często okazuje się zakamuflowanym atakiem na współczesną myśl liberalną. To się zaczęło w 1968 roku, kiedy ukuto tezę, że protesty studenckie są inspirowane przez odsuniętych od władzy stalinowców, którzy chcieliby przywrócić status quo sprzed 1956 roku. Główny atak skierowany był więc na ludzi, którzy przeciw partii zbuntowali się na początku odwilży – w 1954 czy 1955 roku. Kilkanaście lat później można ich było łatwo dezawuować, cytując teksty z wczesnych lat 50-tych Hańba domowa i cały idący za nią nurt „intelektualnie radykalnych” rozliczeń jest w gruncie rzeczy przedłużeniem tamtego procederu” (między panem, a plebanem s.626).

      Atak na stalinizm – zakamuflowanym atakiem na współczesną myśl liberalną! Wielka jest głębia myśli Mistrza Cytatu, ale my zajmijmy się innym kawałkiem jego wypowiedzi, tym mianowicie w którym zestawia atakujących stalinizm z harcownikami „marca 68”. To się nazywa dokleić paskudne skojarzenie! No dobrze, ale czym był „marzec 68”? Otóż, poza wszystkim innym, był też próbą „powtórki z rozrywki”: kierownictwo partii znów próbowało skorygować kształt elity PRL. Tyle, że czasy były inne, więc próba wypadła znacznie gorzej. Jej smutne skutki odczuli jednak nasi bohaterowie: jak oni kiedyś płynęli na fali "rewolucji kulturalnej", która znosiła "starą kadrę akademicką" i otworzyła im drogi szybkiej kariery, tak teraz na nich płynęła fala "marcowych docentów". Oczywiście w porównaniu z przełomem lat 40 i 50-tych "marzec 68" był dziecinną igraszką, niemniej poobijani przez „marzec” ex-hunwejbini obnoszą swoje rany po dziś dzień – „marzec” robi za ostatni krąg piekła PRL. A przecież stalinowscy hunwejbini i „marcowi docenci” to – w pewnym sensie – koledzy (jeśli chodzi o sposób wchodzenia na szczyt). Ostatecznie i „marcowi docenci” mogliby się tłumaczyć mniej więcej tak, jak robią to humnwejbini „rewolucji kulturalnej”: że najpierw uwierzyli w socjalizm, a potem wierzyli, że socjalizmowi zagraża nacjonalizm, więc, gdy partia powiedziała, że socjalizmowi zagraża nacjonalizm żydowski (zwany syjonizmem), oni odpowiedzieli na wezwanie partii, tym bardziej, że wszystko to sprzężone było z polityką mocarstw na Bliskim Wschodzie, a to już jest kwestia światowego pokoju, no a przecież – pokój przede wszystkim, itd., itd... dziś wiedzą, że dali się nabrać i obiecują, że już więcej się nabrać nie dadzą... Czy ktoś dałby wiarę takim opowieściom „marcowych docentów”? Pewnie ktoś dałby, ale, żeby się takich znalazło wielu – wątpię. A podstarzałym stalinowskim hunwejbinom wierzą całe rzesze. I to też jest miara ich sukcesu...
      Jakie więc wnioski może wyciągnąć z historii współczesny, powiedzmy, 18 latek gdyby zobaczył jakąś szykującą się „rewolucję kulturalną”? Z jednej strony ma smutny przykład „marcowych docentów” żyjących w pohańbieniu, z drugiej strony kusi olśniewający sukces stalinowskich hunwejbinów... Rzecz zaiste godna głębokich przemyśleń...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „opowieść o Strasznych Starcach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 29 grudnia 2006 12:16
  • niedziela, 24 grudnia 2006
    • czyżby naprawdę...?

          W tym przedświątecznym dniu ułatwię sobie życie i skorzystam z krynicy wiecznej inspiracji, czyli – z „Gazety Wyborczej”. A dzieją się na jej łamach rzeczy tajemnicze. Oto w świątecznym dodatku do "GW" możemy przeczytać artykuł o Waldemarze Łysiaku pióra Wojciecha Czuchnowskiego. Skąd w "GW" tekst o Łysiaku i to popełniony przez głównego gazetowego speca od "czarnej roboty"? Dotąd był w "GW" na Łysiaka "zapis" - nie można było o nim pisać nawet źle. A tu naraz - nagła zmiana? Na usta ciśnie się więc pytanie: co się stało?! Skazani jesteśmy na hipotezy. Stawiam taką: Czuchnowski dostał na Łysiaka zlecenie, ponieważ o Łysiaku napisali niedawno - i to pozytywnie- w "Rzeczypospolitej". "Rzeczpospolita" liczona jest w poczet tzw. "poważnych mediów" więc "GW", chcąc nie chcąc,  musiała dać odpór. I dała. Artykuł Czuchnowskiego pisany jest, swoją drogą, według starej receptury. Jacek Baryzel wspominał (można to przeczytać w najnowszych "Arcanach"), jak to - w latach 70-ubiegłego  wieku - brygady okołoKORowskich młodzianków przekopywały w bibliotekach stare numery "Stolicy" w których znaleźć można było teksty Leszka Moczulskiego. Moczulski podpadł w tym czasie KOR-owcom – bez ich zgody prowadził działalność polityczną - młodziankowie szukali cytatów, które mogłyby Moczulskiego skompromitować (w tym miejscu wyrażam współczucie dla stażystów z "GW", którzy musieli przekopać te wszystkie roczniki PRL-owskich gazet, w których pokazał się Łysiak - bo przecież sam Czuchnowski nie grzebał...)

          Ale z tym Łysiakiem to drobiazg. W tym samym numerze "GW" mamy prawdziwą bombę: Michał Cichy przeprasza powstańców warszawskich za swój tekst z roku... 1994! (chodzi o słynny artykuł o powstańcach mordujących Żydów). Dwanaście lat to kupa czasu, do tego za oknem mamy grudzień - ani to rocznica wybuchu powstania, ani rocznica jego upadku, co więc nagle napadło Michała Cichego? Co prawda blisko do Świąt, więc może tu jest coś na rzeczy – Cichego ruszyło przed Wigilią sumienie.  Niewykluczone, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.  Artykuł z 1994 roku to nie był żaden wyskok pana Cichego, tylko realizacja polityki redakcyjnej, dziś podobnie - nie mamy do czynienia z poruszeniem sumienia, ale z polityką. Nad przeprosinami Cichego unosi się bowiem, niczym Duch Boży nad wodami, słówko: lustracja. Zdaje się, że w redakcji „Gazety” mocno już czują zbliżającą się falę rewizjonizmu historycznego i – w związku z tym - rzeź autorytetów. Dodajmy też przeczucie końca pół-monopolu „Gazety” na ustawianie dyskursu publicznego.  Bo o czym mówi nam pan Cichy, niby to mówiąc nam o powstańcach warszawskich? Ano, mówi nam, że „nie miał racji” gdy myślał, że „jesteśmy sobie winni przyznanie się do prawdy, choćby była okrutna”, nie miał też racji, wierząc, że „prawda podziała oczyszczająco”. Zweryfikował pan Cichy także swoje przekonanie, co do tego, że „debata jest naczelną cnotą wolnego społeczeństwa, że dzięki starciom odmiennych stanowisk przyszłość będzie lepsza od teraźniejszości”. Cichy stracił też wiarę w wartość dokumentów. Bije się więc w piersi: „Dziś widzę, że mój faktograficzny ton, bogactwo źródeł i przypisów, cała aparatura historiograficzna ukrywały jeszcze jedno – nieczułość”. I, żeby już było zupełnie jasne o co chodzi – w końcu nie każdy czytelnik „GW” „załapie” – rzuca na siebie Cichy najstraszniejszą z potwarzy: „zachowywałem się jak lustrator, przekonany, że prawda ponad wszystko – ponad pokój  i ponad ludzki ból. Miałem stosunek nieubłaganie krytyczny wobec wszelkich świętości. Później dopiero dotarło do mnie, że nie da się deptać świętości, nie depcząc ludzi, którzy je wyznają”. A co do prawdy, to dowiadujemy się, że „nie wystarczy mówić prawdy, żeby mieć rację” (!). Dodajmy jeszcze ten kawałek (bo ładny): Nie ma wydarzeń historycznych bez czarnych kart. (..). Nie uważam już, żeby skupianie się na czarnych stronach życia prowadziło do czegokolwiek dobrego, podobnie zresztą jak znieczulanie się samymi stronami najpiękniejszymi. Nie powinno się milczeć o grzechach, ale należy ich żałować, a nie czerpać satysfakcję z ich wytknięcia”. Piękne prawda? Znowu sobie w „Gazecie” poigrali z powstańcami. Ostatecznie tak, jak w 1994 czymś obrzydliwym było, akurat w 50 rocznicę powstania,  wciąganie powstańców w tryby gazetowej propagandy promującej teorie „polskiego antysemityzmu”, tak dziś obrzydliwe jest wykorzystywanie ich do gazetowych wojenek z lustracją. Nic się nam przez lata pan Cichy nie zmienił, ale – z drugiej strony – kto się po nim, albo po „gazecie”, czegokolwiek spodziewał? Ale skoro Cichy znów wkracza do akcji, to chyba znak, że sytuacja uznawana jest przez „ludzi gazety” za poważną... Czyżbyśmy naprawdę mieli szansę doczekać się lustracji oraz otwartej debaty, która – jak wierzył Cichy dwanaście lat temu, i jak niektórzy wierzą po dziś dzień – jest „naczelną cnotą wolnego społeczeństwa”?

      A poza tym – Wesołych Świąt!

      Tekst obrabiany – Michał Cichy, Przepraszam powstańców, GW 23/24.12.20006

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „czyżby naprawdę...? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 grudnia 2006 10:08
  • czwartek, 14 grudnia 2006
    • będzie trzęsło...

          Wśród całej masy informacji przemknęła ostatnio i taka: Rosyjskie Centrum Badania Elit ocenia, że 78% ludzi tworzących rosyjską elitę polityczną związanych było z KGB. Jeśli ta ocena jest trafna - wychodzi na to, że odwieczną rywalizację KGB-GRU wygrało to pierwsze. Trudno przecież inaczej zdiagnozować sytuację, w której zaledwie 22% elity miało związki z GRU (chyba, że to te ważniejsze 22% i dlatego Centrum woli siedzieć cicho na ich temat...). Wszystko są to rzeczy ciekawe, ale ciekawostką jest i to, że w Rosji istnieje coś takiego jak Centrum Badania Elit. W Polsce niczego podobnego zdaje się nie ma, i jeszcze długo nie będzie, bo też elity III RP wolą raczej, by narzędzia badawcze trzymać od nich z daleka. Tak więc na Centrum Badania Elit pewnie sobie poczekamy, ale - mimo wszystko - jakieś tam badania się robi...

      Nie, no oczywiście, że żaden desperat - może poza prof. Zybertowiczem -  nie bada jaki odsetek elity III RP związany był z SB czy "wojskówką". Robi się inne badania, też ciekawe. Na przykład - zważywszy, że właścicielami Polski Ludowej była partyjna nomenklatura ciekawie byłoby zobaczyć jak też sobie ta nomenklatura poradziła w wolnej już Rzeczypospolitej. Otóż, wyniki badań mówiących to i owo ta ten temat przedstawił w jednej ze swoich książek pan Majcherek. A wyglądało to mniej więcej tak: jedna czwarta dawnej nomenklatury założyła własne firmy, lub zajęła wysokie stanowiska w firmach prywatnych i prywatyzowanych (zdaniem Majcherka członek nomenklatury miał o 65% więcej szans na zostanie prywatnym przedsiębiorcą od tych, którzy w nomenklaturze nie byli). Dalej. Około siedemnastu procent dawnej nomenklatury utrzymało, lub zyskało wysokie stanowiska w firmach państwowych. Czyli - zacytujmy Majcherka dosłownie - "łącznie około 40% wszystkich znalazło się na wysokich miejscach drabiny społecznej III RP". Do tych pracujących dodać należy około 15% tych, którzy przeszli na renty i emerytury (Majcherek: "w zdecydowanej większości przyznane i wyliczone w oparciu o specjalne przywileje, co zagwarantowało im utrzymanie wysokiego statusu materialnego"). Oczywiście w każdym większym gronie znajdzie się pewien procent idiotów, nie inaczej było i w przypadku nomenklatury, ta jej pośledniejsza część nie potrafiła wykorzystać swojej szansy i poleciała w dół na drabinie społecznej, ale - jako się rzekło - była to mniejszość. Większość utrzymała, lub podniosła swój status (oczywiście konwertując go na warunki "wolnorynkowe"). Nie przypuszczam, by ci "beneficjenci transformacji ustrojowej" mieli swój hymn, ale - gdyby chcieli go mieć - świetnie nadawałaby się nań pieśń uczestników jednej z dymitriad przytoczona przez Pawła Jasienicę w "Rzeczypospolitej Obojga Narodów". Szło to tak:  

      Kto nam chce skarby wydrzeć,
      Nie wydrze, nie wydrze, nie wydrze!
      Trwogi się bać!, trwogi się bać!, trwogi się bać!
      Nic nie bać!
      Nic nie bać!

      Brońmy!, brońmy!, brońmy!
      Niech nas znają.
      Nas niewiele
      A ich wiele

      Bić!, bić!, bić!, siec, bronić
      A nieprzyjaciół gromić!
      Kto wykroci, kto wykroci?
      Nie ugrożą, nie ugrożą
      Ale się srożą!

      Nie dbać, bronić,
      A skarbów chronić!
      Wygrają - nie wygrają!
      Niechaj nas znają!

          Teraz: skoro właścicielem Polski Ludowej była partyjna nomenklatura, a w wolnej Rzeczypospolitej ta (była)nomenklatura ma się, generalnie rzecz biorąc, równie dobrze, albo i lepiej, to jak brzmi odpowiedź na pytanie: kto jest właścicielem III RP (a przynajmniej właścicielem jej co bardziej smakowitych kawałków)? Zadajmy jednak inne pytanie. Do kogo w III RP należy władza? Do pana prezydenta, do pana premiera, parlamentu i sądów - odpowie każde dziecię, które przyswoiło sobie lekcję o trójpodziale władz. I byłaby to odpowiedź trafna, ale - nie do końca. Ostatecznie nikt, kto nie jest już dzieckiem nie powie, że formalne struktury kanalizują władzę w stu procentach, a już zwłaszcza nie w Polsce, gdzie - jak ujął to klasyk teorii politycznej III RP Józef Oleksy - polityka salonowa przeważa nieraz nad sejmową. Zatem: kto dzierży w III RP władzę? III RP jest oczywiście demokracją, tyle, że demokracja to tylko jeden z pseudonimów oligarchii, słowem suwerenem jest lud, ale tak naprawdę realna władza spoczywa w wypielęgnowanych dłoniach znacznie węższego grona, którego spora część jest niezależna od wyroków ludu-suwerena, nie pochodzi bowiem z wyboru, ani też nie jest nominowana przez wybrańców ludu.

          Jak wąskie jest to grono? Obawiam się, że jest to trudne do ustalenia, bo gdy mowa o władzy realnej, to pod uwagę trzeba brać też władzę nieformalną, a coś takiego jak nieformalne wpływy bada się dużo trudniej, niż - dajmy na to - posła Łyżwińskiego na okoliczność ojcostwa, a i wyniki są dużo bardziej dyskusyjne. Nie mogę zatem przedstawić żadnych szacunków dotyczących oligarchii III RP (kłania się brak Centrum Badania Elit?), ale mogę podać dane nie pochodzące z naszego ogródka – zawsze pozwala to wyrobić sobie jakieś wyobrażenie o jakie wielkościach może chodzić... Bodaj w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku niemieccy socjologowie postanowili porachować jak liczny jest – w ich kraju - ten najbardziej wpływowy krąg, i wyszło im - mowa o ówczesnej RFN - że w grę wchodzi z grubsza rzecz biorąc 500 osób. Liderów politycznych, finansistów, przemysłowców, wreszcie organizatorów zbiorowej wyobraźni i modelatorów dyskursu publicznego, czyli dysponentów mediów, dziennikarzy, publicystów i intelektualistów.  Gdybyśmy zrobili podobny rachunek w Polsce zwracając przy tym uwagę na to KIM są przedstawiciele tych paru górnych setek, to wyszłoby, że - tak, zgadliście - są to w dużym procencie wspomniani wyżej „beneficjenci transformacji ustrojowej" (bo jakże mogłoby być inaczej?). Wychodzi więc na to, że spory kęs władzy w Polsce wciąż należy do byłej nomenklatury partyjnej...

      Chwileczkę! – powie ktoś – w PRL nomenklatura była grupą zorganizowaną, zgoła sformalizowaną i centralnie zarządzaną. Dziś nie mamy z niczym podobnym do czynienia. Jeśli nawet znacząca część tych „paru górnych setek” tworzących elitę władzy wywodzi się z nomenklatury, to i co z tego? Nie tworzą przecież jednej organizacji ze ścisłym kierownictwem i programem działania. Istotnie nie tworzą organizacji. Ale istnieje coś takiego jak „interes grupowy” czy chociaż „instynkt samozachowawczy”. A ten interes czy instynkt każe im bronić „zdobyczy okrągłego stołu”. Przecież iluś tam z nich uprzywilejowaną pozycję nie zdobyło dzięki talentowi i pracy. Pieniądze na rozruch interesów „pożyczyli” sobie z kieszeni podatnika, najsłynniejszą z takich przepompowni był oczywiście FOZZ...

      Co by się więc stało, gdyby nagle do głosu doszły siły kontestujące sporą część pookrągłostołowego porządku i mające ochotę pogrzebać przy korzeniach „transformacji ustrojowej” (a przynajmniej znacząco ułatwić to grzebanie)? Wiadomo co: „kto nam chce skarby wydrzeć...”, itd., itd. Tak więc niech porzucą nadzieję ci, którzy liczą na jakieś „uspokojenie sceny politycznej” Będzie jeszcze trzęsło i to jak cholera...



      Dane o losach partyjnej nomenklatury w III RP za: Janusz A. Majcherek, Kto zyskał, kto stracił, Plus-Minus nr.333

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „będzie trzęsło... ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 grudnia 2006 17:06
  • wtorek, 12 grudnia 2006
    • wywiad z Adamem M.

          W sobotniej „Gazecie Wyborczej” (co blogowicze robiliby bez tej gazety?) dowcipni redaktorzy wydrukowali sztuczny wywiad z ojcem Rydzykiem klecąc go (wywiad, nie Rydzyka) z wypowiedzi Ojca Dyrektora pochodzących z różnych miejsc i czasów. Było to jawne wyzwanie rzucone filutom wszelkiego gatunku – z miejsca zaczęły powstawać spreparowane w podobny sposób wywiady z Adamem Michnikiem. Widziałem już ze dwa takie wywiady, przedstawiam kolejny...


      Ojciec Redaktor: na początek - może coś o sobie.

      Adam M.: Jak na pewno wiecie, środowiskiem z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być komunistą znaczyło wtedy coś więcej, niż przynależność do partii - oznaczało przynależność do pewnego języka, pewnej kultury, fobii, namiętności.... (1)

      Ojciec Redaktor: To wszystko wiemy.  Chodziło nam raczej, o coś bardziej wewnętrznego, o rodzaj spowiedzi... Jak widzi się Adam M.?

      Adam M.: ulegam nałogom, żądzom, pokusom. Po prostu grzeszę... (2)

      Ojciec Redaktor: coś jeszcze?

      Adam M.: mam temperament fanatyka. Na ogół jestem przekonany, że we wszystkim mam absolutną rację. A ponieważ dobrze rozumiem swoją naturę, wiem, że muszę mieć poglądy liberalne i tolerancyjne. Inaczej byłbym Berią. Potworem. Kaligulą. (2)

      Ojciec Redaktor:  Berią? Kaligulą? Potworem? Aż tak ostre oceny? Kim zatem by Pan był, gdyby przyszło Panu żyć w czasach Kaliguli, albo - może lepiej, bo to bliższa nam epoka - w czasach Berii?

      Adam M.:  Doceniam tę Boską łaskę, że nie żyłem w stalinizmie. Bo byłbym komunistą i takich ludzi jak Józek (Tischner ) bym niszczył z absolutną bezwzględnością" (2)

      Ojciec Redaktor: A więc - istotnie -  pozostaje nam tylko cieszyć się z tego, że jest Pan liberalny i tolerancyjny... Porozmawiajmy teraz o środowisku, z którego się Pan wywodzi, wspomniał Pan o nim na początku naszej rozmowy. To środowisko postrzegane jest bardzo różnie. By daleko nie szukać - Ojciec Dyrektor, czy w ogóle intelektualiści skupieni wokół Radia Maryja niezwykle ostro oceniają tradycję tzw. "lewicy laickiej", postrzegają ją jako siłę antypolską, i - zwłaszcza - antykatolicką. Wywodzi się Pan z tego środowiska, niegdyś był Pan jego gorliwym obrońcą, czy dziś zgadza się Pan raczej z ocenami Ojca Dyrektora?

      Adam M.: Ateizm i antyklerykalizm były trwałymi składnikami ideologii polskiego rewizjonizmu. W przeprowadzanych przez rewizjonistów -najostrzejszych nawet - krytykach stalinizmu prześladowania religii i Kościoła nie piętnowano wcale, albo też widziano w nich jedynie błędną taktykę, która - spychając Kościół na skraj katakumb - umacniała "przesądy religijne". Zaryzykowałbym pogląd, że wielu rewizjonistów uważało wydatne ograniczenie wpływów katolicyzmu i Kościoła jako jedną z niewielu zalet epoki "błędów i wypaczeń"... (3)

      Ojciec Redaktor: Może konkretniej. Proszę podać jakiś przykład

      Adam M.: tzw. list otwarty do PZPR, posiadał wszystkie cechy antykościelnego obskurantyzmu lewicy... (3)

      Ojciec Redaktor: obskurantyzmu ... lewicy?

      Adam M.: poza obskurantyzmem kościelnym istnieje też obskurantyzm antykościelny! (3)

      Ojciec Redaktor: ach tak...więc może podobny temat... mówiliśmy o tradycji "lewicy laickiej", więc teraz, dla równowagi, zajmijmy się tradycją endecką... sporo kontrowersji wywołało odsłonięcie pomnika Romana Dmowskiego, lewica ostro krytykowała ten projekt, pojawił się list otwarty podpisany, między innymi, przez Marka Edelmana i Marię Janion, zarzucali Dmowskiemu, czy szerzej endecji tendencje faszystowskie, zainfekowanie polskiej przestrzeni publicznej antysemityzmem... co sądzi Pan o takim widzeniu tradycji Narodowej Demokracji? Czy - Pana zdaniem - i w tym przypadku mamy do czynienia z jakimś "lewicowym obskurantyzmem"? Może uprzedzeniem?

      Adam M.: stereotyp antyendecki - zwłaszcza lewicowy - jest (...) jednowymiarowy i prymitywny. Akcentuje się w nim ksenofobię i antysemityzm endecji, prorosyjskość, związek z klasami posiadającymi i caratem, ciągoty pałkarsko-dyktatorskie, sympatie do faszyzmu... (4)
       
      Ojciec Redaktor: Zarzucenie Markowi Edelmanowi czy Marii Janion propagowania jednowymiarowych, prymitywnych antyendeckich stereotypów nie przysporzy Panu popularności w pewnych kręgach, zwłaszcza, że i inne przedstawiane tu przez Pana poglądy wydają się bliskie poglądom Ojca Dyrektora. Ciekawe zatem jak ocenia Pan ideę tzw. "krytycznego patriotyzmu" propagowaną, między innymi, przez "Gazetę Wyborczą", przypomnijmy, że idea ta zasadza się na bezwzględnej walce z narodowymi mitami, bogoojczyźnianym patosem, itd., itd... sądząc po tym, co powiedział Pan wcześniej koncepcja "patriotyzmu krytycznego" chyba już Pana nie zachwyca ...  czy może Pan wymienić kilka słabych punktów tej koncepcji?

      Adam M: krytyczny, "szyderczy" stosunek do tradycji; niechęć do gloryfikowania przeszłości wiodącą czasem ku przesadnemu "czarnowidztwu" polskich dziejów; lekceważenie i całkowite niemal pomijanie roli katolicyzmu w kulturze narodowej; ignorowanie funkcji Kościoła w życiu społecznym" (3)

      Ojciec Redaktor: mocno powiedziane... ale, skoro już złapaliśmy byka za rogi - porozmawiajmy jeszcze o siłach zagrażających Polsce. Na przykład o masonerii. Wielu ją lekceważy, osoby, które wskazują na masońskie niebezpieczeństwo są wyśmiewane. A jak Pan postrzega ten problem? Niegdyś i Pan należał do prześmiewców kpiących z „wyznawców spiskowej teorii dziejów”...

      Adam M.: Teraz widzę, że była w tym jakaś naiwność. Kiedy pewien wybitny intelektualista tłumaczył mi, że włoskie uniwersytety kontroluje masoneria, uznałem, że po prostu oszalał. Zaraz potem wybuchła we Włoszech afera z lożą P-7, która – jak się okazało – w wielkim stopniu kontrolowała nie tylko uniwersytety... (2)

      Ojciec Redaktor: Wystarczy! Mądrej głowie dość dwie słowie, a możemy się zapędzić... chyba i tak powiedział Pan zbyt wiele. I jeszcze, już na koniec, pytanie o historię najnowszą. Mamy kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, proszę o krótką ocenę tzw. "twórców stanu wojennego"

      Adam M.: szpicle, kaci i tchórze! (5)

      Ojciec Redaktor: jest Pan bezkompromisowy! To rzadkie w naszych czasach. Skąd czerpie Pan siłę?

      Adam M.: Nie mam cienia wątpliwości, że Chrystus mnie umiłował! (6)

      Ojciec Radaktor: Amen. Dziękujemy za rozmowę. Były to prawdziwe "Wyznania nawróconego dysydenta"!  

      1. Michnika dla "Powściągliwości i Pracy" z 1988 roku (cyt. za: Gergely Ungran, Historyczny kompromis, w: Fronda 23/24).
      2. Adam Michnik, Józef Tischner, Jacek Żakowski, Między panem a plebanem
      3. Adam Michnik, Kościół, lewica, dialog,
      4. Adam Michnik, Szanse polskiej demokracji
      5. cytowane za: Andrzej Walicki, Polskie zmagania z wolnością
      6. cytowane za: Waldemar Łysiak, Rzeczpospolita kłamców. Salon
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „wywiad z Adamem M. ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 grudnia 2006 16:09
  • poniedziałek, 11 grudnia 2006
  • piątek, 08 grudnia 2006
    • styl i mentalność

      W poniedziałek dowiemy się jak wypadł „test na ojcostwo” posła Łyżwińskiego. Poseł Łyżwiński, jeśli miał okoliczność z Anetą K. strasznie się chyba denerwuje, Aneta K., jeśli miała okoliczność nie tylko z posłem Łyżwińskim, też pewnie nie śpi spokojnie, cała Polska czeka na wyniki testu, a my zajmijmy się jednym z bocznych wątków dyskusji związanych z seks-sferą, a takim wątkiem są rozważania dotyczące mentalności i stylu polskiej klasy politycznej. Dominika Wielowiejska, na przykład, napisała w swoim, blogu, że – jakkolwiek seks-afera się skończy – Samoobrona i tak jest skończona a to właśnie za sprawą mentalności i stylu jej członków objawionych przy okazji sprawy Anety K. Dominika Wielowiejska ma tu na myśli sposób w jaki politycy Samoobrony odpierają zarzuty (nie przypominam w jaki sposób to robią, bo wszyscy jeszcze to pamiętają). „Żal mi premiera” – pisze pani Dominika, sugerując, że Jarosław Kaczyński powinien się wstydzić aliansu z takimi ludźmi. W porządku. A co z innymi? Ot na przykład - Demokraci (kolejna mutacja Unii Wolności), ci arbitrzy elegancji polskiej polityki, celem obrony zdobyczy III RP zawarli niedawno w sojusz z SLD tworząc twór zwany Lewica i Demokraci. Sprawdźmy więc jaki styl i mentalność reprezentuje SLD -  jeśli chodzi o sprawy okołopłciowe. Czy nie znalazłaby się jakaś seks-afera w kręgu SLD? Proszę bardzo. Wystarczyło lekko pogrzebać w archiwum gazetowego Forum Kraj, by znaleźć coś takiego:
       
      "Sąd Rejonowy w Sławnie (Zachodniopomorskie) skazał Ryszarda P., byłego szefa powiatowego SLD, na półtora roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata za zmuszanie liderki jednego z kół partyjnych do seksualnego współżycia. Seksualna afera w kręgach sławieńskiej lewicy ujrzała światło dzienne 26 listopada 2001 roku. 32 letnia wówczas Kinga K. zawiadomiła prokuraturę i pomorskie media, że 58 letni Ryszard P. zmuszał ją do stosunków seksualnych. Od utrzymywania intymnych stosunków uzależniona była moja praca - twierdziła pokrzywdzona. Ryszard K. oponował: - Owszem, pomagałem tej dziewczynie znaleźć pracę, ale nie utrzymywałem z nią żadnych intymnych stosunków. To biedna, słabo wykształcona i podatna na różne naciski kobieta. W doniesienie do prokuratury wmanewrowali ją moi polityczni przeciwnicy. Sąd nie uznał jednak jego wyjaśnień za wiarygodne i po niejawnym procesie orzekł "winny". Wyrok nie jest prawomocny. Adwokat Ryszarda P. zapowiedział odwołanie" (wątek: kolejny przypadek molestowania w SLD, 19.07.2002)

      Co tam – powiecie – cóż to jest: szef powiatowego SLD? Nie ma jakiejś grubszej ryby? Jest: może ktoś jeszcze pamięta -  w 2002 roku Tadeusz Iwiński, SLD-owski prominent i - wówczas - jakiś tam minister, bawiąc w Barcelonie z oficjalną wizyta obłapywał publicznie tłumaczkę. Zrobił się z tego, oczywiście, skandal, a koledzy bronili Iwińskiego w stylu zgoła podobnym do stylu Samoobrony. I tak, Leszek Miller stwierdzić miał, że skoro tłumaczka nie ma pretensji, to nie ma sprawy, Józef Oleksy oznajmił, że był to "gest życzliwości", sam Iwiński orzekł zaś, że "nie ma w tym nic niestosownego" i jeszcze: "od tylu lat uczestniczę w różnych forach międzynarodowych. Np. na forum Rady Europy z delegatkami z południa obejmujemy się, całujemy, ściskamy. Mamy taki sposób bycia". A Jaruga-Nowacka? Jaruga-Nowacka napisała do Leszka Millera list z prośbą o wyjaśnienie co się zdarzyło i czy aby nie doszło tu do molestowania. Minister klepie publicznie tłumaczkę po pupie, a Jaruga-Nowacka pyta Millera co to było! To się nazywa styl i mentalność! (odpowiedzi Millera nie znam, a szkoda...)  I z partią, której członkowie reprezentują taki właśnie "styl i mentalność" Demokraci bronić chcą "dorobku III RP"... Co pani na to pani Dominiko? Żal pani Demokratów?  Albo-  z innej beczki - jakiż to styl i mentalność wyłania się z nagrań rozmów wybitnego eseisty z wielkim animatorem kultury lub z nagrań rozmów tegoż wybitnego eseisty z rekinem biznesu? Jeśli styl odbija mentalność, to - doprawdy - nie wydaje mi się, by Adam Michnik, Lew Rywin i pan Gudzowaty – bo o nich tu mowa -  źle czuli się w towarzystwie posła Filipka, i w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z poetyką zgoła knajacką. To prawda - nie mieliśmy okazji usłyszeć jak panowie Michnik, Rywin i Gudzowaty rozprawiają między sobą na tematy erotyczne, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że ktoś, kto o biznesie mówi posługując się grypserą, sprawy okołopłciowe opiewa językiem trubadurów...

      Zaprawdę! Styl i mentalność to słaba strona nie tylko Samoobrony...
      A może krzywdzimy ich wszystkich? Może po prostu ich nie rozumiemy? Niewykluczone. Ostatecznie istnieją tzw. gwary środowiskowe. Mamy nawet pod ręką ciekawy przykład. Oto, na uboczu wielkich wydarzeń politycznych toczy się właśnie proces osławionego Huberta H. – bezdomnego przyskrzynionego za obrazę urzędu Prezydenta RP. Obrona oznajmiła ostatnio, że Hubert H. nie bluzgał, ale prowadził debatę publiczną w swoim narzeczu, to jest posługując się językiem bywalców noclegowni. Co tak naprawdę chciał powiedzieć Hubert H.? Zaraz do tego dojdziemy, zacytujmy wpierw oryginalną wypowiedź: „Wy kmioty Kaczyńskiego, czego się ch... czepiacie, przez tego ch... prezydenta, ch... mu w d..., wyr... obie kaczki”. Zatem – co chciał przez to powiedzieć Hubert H.? Otóż, jak sam wyjaśnił: „Moim celem nie było obrażanie kogokolwiek, ale zwrócenie uwagi na tragiczny los ludzi bezdomnych, ludzi, którymi się gardzi, którymi się pomiata. Zapytuję was wszystkich, czy dobrze się wam z nami żyje?”. To właśnie w swoim narzeczu powiedział Hubert H. Tak przynajmniej twierdzi on sam i jego obrońcy. Kto wie co w swoich narzeczach chcieli nam powiedzieć posłowie Samoobrony, albo panowie Michnik, Rywin i Gudzowaty?
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „styl i mentalność”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      piątek, 08 grudnia 2006 18:37
  • środa, 06 grudnia 2006
    • hipotezy okołorozporkowe


          A więc doczekaliśmy się i w Polsce - mamy seks skandal, polityka sięgnęła rozporka. Prawda - była wcześniej Anastazja P., ale teraz to chyba grubszy kaliber. Aneta H. oskarżyła posła Łyżwińskiego i wicepremiera Leppera o seksualne wykorzystywanie, Łyżwiński wykorzystywać miał regularnie, Lepper z doskoku, a trwać to miało latami. Narzędziem nacisku była posada – gdyby Aneta H. nie zaspokajała chuci Łyżwińskiego, dla którego pracowała miała zostać wyrzucona na bruk. Szczerze mówiąc wygląda to wszystko nie tyle na straszliwe wymuszanie, co na układ akceptowany przez obie strony - póki działał. Sypnęło się z czasem - Samoobrona miała fatalny wynik wyborczy i Aneta H. cie została radną, co jak się wydaje było częścią umowy, a Łyżwiński nie miał ochoty płacić w inny sposób. Byłby więc Łyżwiński tyleż ofiarą chuci, co i węża, którego hoduje w kieszeni - gdyby z większą łatwością otwierał portfel, pewnie nie byłby dziś w tarapatach. Co niech będzie nauką dla wszystkich...  

          Jest jednak w tej sprawie coś dziwnego – Aneta H. zapewnia, że Łyżwiński jest ojcem jej córki, Łyżwiński zapewnia, że ojcem nie jest. Tak więc jedna ze stron kłamie (lub co najmniej się myli), co trudno zrozumieć - biorąc pod uwagę, że ustalenie ojcostwa nie jest dziś wielkim wyczynem. Żadna ze stron, jeśli działa racjonalnie, nie powinna wystawiać się na tak łatwe zdemaskowanie. Nie kłamie się publicznie w sytuacji, gdy można łatwo zweryfikować kłamstwo. Łyżwiński albo powinien siedzieć cicho, albo – co byłoby chyba rozsądniejsze, jeśli jest ojcem – przyznać się do ojcostwa trzymając się przy tym wersji „romans – tak! molestowanie – nie!”. Aneta H. również – o ile nie jest pewna swego – nie powinna poruszać kwestii ojcostwa; gdyby badania wypadły na korzyść Łyżwińskiego – jej wiarygodność runie jak domek z kart. O co więc może chodzić? Cóż – może po prostu jedna ze stron nie działa racjonalnie, ale możemy też puścić wodze fantazji i nawymyślać trochę hipotez. A co by było, gdyby ojcem dziecka był ... Andrzej Lepper? Przypuśćmy, że badania, że tak powiem, oczyszczają Łyżwińskiego z zarzutu, Lepper z Łyżwińskim triumfują, wiarygodność Anety H. rozbita zostaje w pył, wydaje się, że z aferą koniec, a tu Aneta H. oświadcza: „doprawdy! Współżyłam w tamtym czasie głównie z Łyżwińskim, i przekonana byłam, że to jego dziecko, ale pamiętam, że raz czy dwa zdarzyło mi się i z panem przewodniczącym...”. Mamy rewitalizację afery i to nawet z większym rozmachem... No zgoda – łatwo wykazać, że ta hipoteza ma słabe strony, nie będę się przy niej upierał, mam jeszcze lepszą – a gdyby była to... prowokacja Samoobrony? Ostatecznie Lepper już raz posłużył się kobietą i dziennikarzami... Przypuśćmy, że Aneta H. jest wierną funkcjonariuszką partii, która zgadza się „wystawić” w ten sposób, by skompromitować wrogów Samoobrony. Wokół Samoobrony robi się szum, wrogowie triumfują, a tu nagle Aneta H. oświadcza: „Nie mogę tego dłużej ciągnąć! Przyznaję: dałam się namówić do wystąpienia przeciwko panu przewodniczącemu. Namawiali i zastraszali mnie:.....”. Gazeta Wyborcza zostaje mocno kopnięta... Owszem, jest to hipoteza fantastyczna, Aneta H. za dużo by ryzykowała, naskładała już przeciwko Łyżwińskiemu i Lepperowi zeznań w prokuraturze, ale z drugiej strony nie takie numery zdarzają się na świecie... Rzeczywistość okaże się pewnie znacznie bardziej prozaiczna...  


      Ps

      Mam wrażenie, że wyznanie o podaniu oksytocyny w celu wywołania porodu w 6 miesiącu ciąży nie padło w programie „Teraz My” spontanicznie, pod wpływem chwili. Wyglądało to mniej więcej tak: Aneta H. informuje Sekielskiego z Morozowskim, że jej córka jest wcześniakiem, a jeden z redaktorów pyta (mniej więcej): „a dlaczego jest wcześniakiem?”. Skąd takie „ginekologiczne” pytanie?
      I dlaczego Aneta H. mówi w telewizji coś, o czym „zapomniała” poinformować prokuratora?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „hipotezy okołorozporkowe”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      środa, 06 grudnia 2006 17:47
  • czwartek, 30 listopada 2006
    • dwie dusze Platformy

          Dawno temu, w czasach, gdy stonkę ziemniaczaną zwano żukiem colorado, a Wisława Szymborska nie była liberalną ironistką, tylko zupełnie poważną stalinistką pewien bojownik frontu ideologicznego – bodaj, czy nie był to jeden z późniejszych „autorytetów moralnych” – wymyślił doktrynę podwójnej duszy chłopa-średniaka. Chłop-średniak – zdaniem autora doktryny – posiadać miał dwie dusze. Jedna dusza ciągnęła chłopa ku socjalizmowi i kolektywizacji, druga – do kułactwa. Od tego, która dusza w chłopie wygra zależeć miało to, czy wykona on skok do Królestwa Wolności, czy też wyląduje na Śmietniku Historii. Oczywiście chłopu w dokonaniu właściwego wyboru należało pomóc, i tu właśnie otwierało się pole do działania dla – między innymi – bojowników frontu ideologicznego.

          Widząc co się od niedawna dzieje wokół Platformy Obywatelskiej, trudno doprawdy oprzeć się wrażeniu, że doktrynę podwójnej duszy wyciągnięto z lamusa, tyle, że tym razem nie idzie o dwie dusze chłopa-średniaka, ale o dwie dusze PO. Ktoś najwyraźniej usiłuje pomóc Platformie podjąć pewne decyzje, i znów czynni są bojownicy frontu ideologicznego. Osłona medialna jaką dotąd cieszyła się PO została, no może nie zdjęta, ale uchylona. Ot na przykład w TVN-24 pokazano posła Platformy, pana Chlebowskiego, akurat w chwili, gdy zapina guziki wychodząc z ubikacji. Powiedzie: drobiazg, ja powiem: ZNAK. Gdy wysokiego działacza PO pokazują w TVN w sposób, w jaki zwykło się tam pokazywać działaczy PiS – to musi coś znaczyć. Zresztą, nie musimy zajmować się takimi podprogowymi subtelnościami, w mediach oligarchii w Platformę od kilku dni wali się już i łopatologicznie. W Faktach TVN mogliśmy usłyszeć, że PO brakuje wyrazistego programu, że odnotowany przez PO spadek w sondażach może okazać się trwałym trendem i, że z kłopotów konkurencji cieszy się koalicja rządowa. Pojawił się też pan Kosh opowiadający o zawodzie jakim sprawił mu Jan Rokita.
       W wiadomościach Polsatu zaś usłyszeliśmy, że PO oferuje jedynie to, że nie jest PiS-em, że wyborcy okazali się łaskawi, ale może się to nie powtórzyć na co wskazuje ostatni sondaż, za wzór dla Platformy postawiono PiS (!!), który pozbył się działaczki, która weszła w sojusz z SLD (zdaje się w Czeladzi). Można by tu jeszcze dorzucić występ pana Kosha w programie TokSzok 2 panów Najsztuba i Żakowskiego (dowiedzieliśmy się, że Rokita był nielojalny, kłamał i lepiej byłoby dla Platformy, gdyby Rokity w niej nie było). Nie inaczej jest w gazetach – w „Polityce” na przykład mogliśmy przeczytać, że PO nie jest żadną opozycją i jej wygrana nie przyniosłaby żadnej zmiany w Polsce.

          Jak widać stworzył nam się ostatnio nieźle zgrany medialny front ideologiczny, który chce Platformę ociosać w ten sposób, żeby dało się z niej wystrugać drugą Unię Wolności. Ton nadaje – jakże by inaczej – nasza ulubienica Gazeta Wyborcza. Obowiązujący trend wskazał Piotr Pacewicz w tekście pod rozbrajająco trafnym tytułem „Wykształciuchy mają dość”, trend wygląda tak: młodzi, dobrze wykształceni mieszkańcy dużych miast coraz mocniej pożądają sojuszu PO z SLD i Demokratami, komunistyczna przeszłość bowiem nie ma już znaczenia. Czytać o tym, że przeszłość nie ma znaczenia w gazecie dzielnie wojującej z nieboszczykiem Dmowskim – to jeden z zabawnych paradoksów serwowanych nam przez GW, ale roztrząsanie takich paradoksów zostawmy sobie na inną okazję a dziś postawmy pytanie: która dusza wygra w PO? Czy frakcja Rokity (o ile jeszcze istnieje) będzie miała jeszcze coś do powiedzenia czy też Platforma rzuci się w ramiona LiD-u? Coś mi się zdaje, że to drugie rozwiązanie jest coraz bardziej prawdopodobne...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „dwie dusze Platformy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 listopada 2006 19:24
  • czwartek, 23 listopada 2006
    • passe(nt)

          Kilka lat temu, w jakimś jeziorze capnięto rybę-dziwo, prehistoryczne monstrum, które - zdaniem uczonych - nie powinno było żyć od ładnych paru milionów lat, a jednak - jak się okazało - żyło, i nieźle się miało. W jaki sposób bezczelna ryba przetrwała wszystkie kataklizmy, które zmiotły z powierzchni Ziemi jej krewnych i znajomych nie wspominając już o potężnych dinozaurach? Nie wiadomo. Pewne jest jedno - musiała się bestia nieźle ustawić. Rzeczona ryba nie była zresztą jedynym znaleziskiem tego rodzaju, zdarzały się podobne wcześniej i pewnie jeszcze się zdarzą, a nazywa się podobne przypadki "żywymi skamielinami".

          W naszym niesamowitym kraju też natknąć się można na "żywe skamieliny", by daleko nie szukać - uczucia obcowania ze swego rodzaju "żywą skamieliną" doświadczam zawsze, gdy na ekranie telewizora pojawia się pan Daniel Passent - weteran PRL-owskiej publicystyki czynny od lat 60-tych XX wieku (a - kto wie? - może popełnił coś jeszcze w latach 50-tych?). Dlaczego czepiłem się akurat Passenta, chociaż od "żywych skamielin" i to gorszego autoramentu aż się roi? Wyjaśnię niżej, najpierw kilka słów o niszy ekologicznej w której Passent wyewoluował, i w której czuł się jak ryba (!) w wodzie. Otóż, w coraz bardziej zamierzchłych czasach PRL-u Daniel Passent był przedstawicielem formacji zwanej "partyjnymi liberałami" (idzie mi o sposób funkcjonowania w ramach systemu i sposób podejścia do niego, a nie o formalną przynależność organizacyjną - czy Passent był w partii nie wiem). "Partyjnego liberała" opisać można jako zdystansowanego beneficjenta czy pragmatycznego entuzjastę. Zdystansowanego - bo, w przeciwieństwie do prymitywnych propagandzistów nie głosił on, że wszystko jest wspaniale, beneficjenta - bo bez wątpienia należał partyjny liberał do elity systemu. Przekaz, który oferował publiczności partyjny liberał odwoływał się nie do emocji, ale - do rozumu. Był to swego rodzaju socjalistyczny pozytywizm obliczony na uwiedzenie tych, którzy byli zbyt trzeźwi, by nabrać się na propagandę masową. Słowem  - partyjny liberał był od uprawiania propagandy dla inteligencji (pewien typ "partyjnego liberała" uwiecznił Stanisław Bareja w serialu "Alternatywy cztery" tworząc postać towarzysza Winnickiego, kto oglądał - a kto nie oglądał? - wie, co mam na myśli).

          "Nie podoba się wam to wszystko? - mówił partyjny liberał - jakże was rozumiem! Mnie też nie podoba się to i owo. A nawet, będę szczery, nie podoba mi się całkiem sporo. Ale - zastanówmy się. Jaką mamy alternatywę? Otóż, gdy się dobrze zastanowić wyjdzie na to, że lepiej być nie może, za to gorzej - jak najbardziej! Twardogłowi tylko czekają na okazję, by dorwać się do władzy! Dbajmy o to, co mamy! Zresztą - władza ma sporo racji robiąc to, co robi, a ci, którzy przeciw niej wierzgając, to - mówiąc między nami - oderwani od rzeczywistości durnie", itd., itp. -  uprawiając tego typu retorykę partyjni liberałowie obsłużyli Gomułkę, Gierka, Kanię i Jaruzelskiego (najstarsi z nich czynni byli już za Bieruta, ale w tamtych czasach o żadnym dystansie nie mogło być mowy, więc darujmy sobie ten epizod z ich życia...). Partyjni liberałowie mieli też pewne zrozumienie dla Zachodu (choć świt Nowego Jutra widzieli jednak na Kubie...) wykazywali też niejaką sympatię dla lewicy niekomunistycznej, zdarzało im się bywać w świecie i przywozić stamtąd różne nowinki. Tak więc, w warunkach PRL-u- w zestawieniu z, bo ja wiem?, Władysławem Machejkiem był taki Daniel Passent (i jemu podobni), jak się to mówi, "powiewem Europy". Ale tylko w takim zestawieniu, i nie wiem doprawdy, czy jest to dla Passenta komplement. Tacy mniej więcej byli „partyjni liberałowie”, formacja w sumie dość obrzydliwa, jak obrzydliwa byłaby każda formacja chcąca nas przekonać, że państwo policyjne, może i nie jest doskonałe, ale jest to najlepsza rzecz jaka mogła nas spotkać.

          W 1989 „partyjni liberałowie” jak jeden mąż przechrzcili się na demoliberalizm, ogłosili dziećmi Boya-Żeleńskiego i po dziś dzień mają się jak pączki w maśle, a Daniel Passent (obok Krzysztofa Toeplitza) należy do najgłośniej basujących w tym gronie. Umieć się ustawić – to dobre prawo dla każdego, także dla „partyjnych liberałów”, nie dziwmy się więc Danielowi Passentowi, dziwmy się raczej ich dzisiejszym wielbicielom. W tym miejscu muszę wyjaśnić skąd moje nagłe zainteresowanie akurat Passentem. Otóż, złożyły się na te dwie rzeczy: po pierwsze odwiedziłem blog Daniela Passenta, po drugie „Niezależna Gazeta Polska” w ostatnim numerze dała zestaw pochodzących z lat 60-80 tych XX wieku cytatów z tekstów „partyjnych liberałów”, w tym Passenta właśnie. Cytaty są smaczne, a, że na ten blog mogą trafić osoby, które nie czytają „Niezależnej Gazety Polskiej” więc kilka cytatów zacytuję. Cytaty robią szczególne wrażenie w zestawieniu z aktualną passentową twórczością blogową, tak więc – prawdziwym koneserom – zalecam takiego zestawienia dokonać. Tyle przydługiego wstępu, teraz obiecane cytaty.

      1. Poniższy cytat uznać można za kwintesencję „partyjnego liberalizmu”. Każdy aktualny tyran jest dla „partyjnego liberała” najlepszym z możliwych. Cytat pochodzi z „Polityki” z roku 1982.

      „W dającej się przewidzieć przyszłości Polska może być tylko socjalistyczna, z kierowniczą rolą partii, jak Pan Bóg przykazał. W świecie współczesnym nie widzę możliwości zmiany tego stanu rzeczy, ani od wewnątrz, ani od zewnątrz, a tylko alternatywę przerażającą, po której Polska będzie jeszcze bardziej smutna, zdyscyplinowana i milcząca. Dlatego ci, którzy rzucają kamieniami w milicję, powinni się nimi raczej podrapać w głowę i zadać sobie pytanie: czy w obecnej sytuacji kraju istnieje dla władz alternatywa liberalna? Pomijając już fakt, że nie jest to kwestia do roztrząsania na ulicy, moja odpowiedź brzmi: NIE. Alternatywą wobec obecnego kursu władz jest wyłącznie kurs bardziej surowy”

      2. Cytat drugi to opinia Passenta o weryfikacji kolegów-dziennikarzy w stanie wojennym (weryfikowano od prasy centralnej po gazetki zakładowe, inne media oczywiście też). To danie najlepiej spożywać zakąszając cytatami z blogu Passenta – niedawno pojawiły się tam wpisy gromiące straszliwe czystki robione przez PiS w mediach publicznych. Cytat jest z „Polityki” z roku 1982.

      „Zgadzam się z Urbanem, że wiarygodność pewnych ludzi, a także prasy po 13 grudnia wymagała, aby część aktywu odeszła, aby ludzie najbardziej krótkowzroczni i zacietrzewieni, którzy utracili poczucie rzeczywistości i stracili tę niezbędną dla dziennikarza kwalifikację usunęli się, niekoniecznie na zawsze, ale przynajmniej na czas otrzeźwienia i kaca. Słowem problem polityczno-kadrowy w dziennikarstwie istniał. Ani Urban ani weryfikanci go nie wymyślili”

      3. I na koniec Passent walczący z bezproduktywnym malkontenctwem. Znów „Polityka” z 1982 roku.

      „Nikt w Polsce socjalizmu kochać nie każe, do entuzjazmu już nie namawia, więcej się dziś mówi o reformowalności niż o wyższości systemu, nikt nikogo nie zmusza, by wstąpił do partii czy został posłem, ale do postawy czynnej zamiast chowania się po kątach i czerpania masochistycznej satysfakcji, że nic się nie udaje – namawiać trzeba”

      I my nie każemy dziś Passentowi „kaczyzmu” kochać, do entuzjazmu nie namawiamy, ale bezproduktywnemu malkontenctwu mówimy zdecydowane NIE  ;-)

      Cytaty pochodzą z: Piotr Lisiewicz (i współpracownicy), Dziennikarze z przeszłością, Niezależna Gazeta Polska nr. 9

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „passe(nt)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      tad9
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 listopada 2006 19:52